Zaloguj się

Zobacz pełną wersję : Co by tu poczytać? Kącik Ksiązki



Strony : 1 [2]

bartolomeo
18-10-2019, 13:18
Dla czytających na czytnikach okazja: "Szlaki" Roberta Macfarlane'a (http://www.publio.pl/szlaki-robert-macfarlane,p180496.html) w doskonałej cenie 14,90zł. Dla wędrujących na piechotę pozycja - moim zdaniem - obowiązkowa. Książka jest bardzo mocno (może nawet dla polskiego czytelnika za mocno) osadzona w świecie literatury anglosaskiej, wiele jest w tekście odwołań i dygresji niezrozumiałych dla nas. Samo opowiadanie o wędrówkach (podtytuł książki to "Opowieści o wędrówkach" właśnie) jest jednak przednie. Jak czytałem miałem ochotę od razu jechać w opisane miejsca :wink: Polecam na długie, zimowe wieczory!

Jeżeli ktoś zabierze się za czytanie drobna uwaga: tłumacz w kilku miejscach przeliczył mile na kilometry nie zmieniając stojącej za liczbą jednostki (weryfikowałem podejrzane dane z oryginałem, w uproszeniu: w oryginale jest 1 mila a w polskiej wersji 1,6 mili zamiast 1,6 km). Wychodzą dystanse i prędkości dla piechura nieosiągalne. Pisałem w tej sprawie do wydawnictwa ale mnie zignorowali :sad:

włóczykij
28-11-2019, 22:33
Coś dla fanów westernu.
"Na Południe od Brazos". Autor: Larry McMurtry.
Powieść-western. Dbałość o szczegóły, o realia, akcja i sugestywne opisy. Podczas czytania prawie czuć smród krowiego łajna, niedomytych prostytutek z saloon-baru czy palące słońce na Llano Estacado.
Piszę tak celowo, bo nie jest to powieść dla wrażliwych.
McMurtry wiedział o czym pisze, gdyż wywodził się z rodziny teksańskich hodowców bydła. Urodził się w 1936 r. Ojciec i jego 8 braci także zajmowali się hodowlą bydła. Wszelkie informacje na temat "kowbojstwa" i Dzikiego Zachodu miał więc z pierwszej ręki od naocznych świadków - od dziadka, własnego ojca i jego braci.
Prawdziwa cegła na 860 stron, ale ani się obejrzycie, gdy się skończy i będziecie żałować, że się skończyła.
Baaardzo polecam !

Slav
14-02-2020, 23:19
Przeczytałem i polecam.

"Tajga, to fotograficzno-reporterska opowieść o wyprawie, jaką profesor Andrzej Strumiłło odbył w 1958 r. do Kraju Chabarowskiego - egzotycznej, azjatyckiej części Rosji graniczącej od północy z obwodem magadańskim, od zachodu z Jakucją i obwodem amurskim, na południu z Żydowskim Obwodem Autonomicznym, Chinami i Krajem Nadmorskim, a od wschodu oblewanej wodami Morza Ochockiego.
Od wyprawy minęło prawie pół wieku, wiele się w tej części świata zmieniło, upadały państwa, reżimy, ale jedno nie zmieniło się na pewno: dzika, nieujarzmiona, syberyjska przyroda i fantastyczni ludzie, jakich Strumiłło na swym szlaku spotkał wówczas, lecz spotkać mógłby i teraz. Tajga to poetycki zapis wędrówki przez surową krainę i opowieść o odwiecznym związku natury i kultury, człowieka i przyrody, i o trwaniu w nim, na przekór wszelkim wiatrom historii... Notatki z tej myśliwsko-reporterskiej wyprawy ilustruje kilkadziesiąt znakomitych fotografii, oddających klimat i niezwykłego ducha syberyjskiej tajgi... "

https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4433906/tajga

bartolomeo
24-02-2020, 20:43
W najbliższym czasie pojawią się dwie pozycje na temat tajemniczej tragedii na Przełęczy Diatłowa (https://pl.wikipedia.org/wiki/Tragedia_na_Prze%C5%82%C4%99czy_Diat%C5%82owa):
- "Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga" Anna Matwiejewa, Wydawnictwo Kobiece/MOVA (http://www.wydawnictwokobiece.pl/produkt/przelecz-diatlowa-tajemnica-dziewieciorga/), Premiera: 26 lutego 2020
- "Tragedia na Przełęczy Diatłowa. Historia bez końca" Alice Lugen, Wydawnictwo Czarne (https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/tragedia-na-przeleczy-diatlowa), Premiera: 15 kwietnia 2020

Czytającym w języku inglisz polecam jeszcze:
- "Dead Mountain: The Untold True Story of the Dyatlov Pass Incident" Donnie Eichar, Chronicle Books, Premiera: 2014

Ta ostatni pozycja do dostania na Amazonie. Zawiera bardzo szerokie omówienie samej wyprawy, wywiad z tym członkiem wyprawy, który zawrócił i przeżył, wiele zdjęć i dość - dla mnie - nieprawdopodobną (ale uzasadnianą naukowo) hipotezę dotyczącą przyczyn tragedii.

kulczyk1
25-02-2020, 21:59
A.Rybak , A. Smółka - WIEŻA EIFFLA NAD PINĄ -Kresowe marzenia RP.
Bardzo przyjemnie się czytających 6 opowieści z Kresów miedzywojennych.

bartolomeo
18-03-2020, 20:16
Czy ktoś z Was czytał "Trylogię tatrzańską" Wawrzyńca Żuławskiego? Podobno klasyka tatrzańska, ale jak trochę lewy z Tatr jestem :wink:

Browar
19-03-2020, 12:31
Czy ktoś z Was czytał "Trylogię tatrzańską" Wawrzyńca Żuławskiego? Podobno klasyka tatrzańska, ale jak trochę lewy z Tatr jestem :wink:

Ja czytałem, świetne, sporo się dowiesz o tatrzańskich klimatach. Polecam w tym temacie Komin Pokutników Długosza, wg mnie jeszcze lepsze ;)

bartolomeo
19-03-2020, 13:47
Długosza czytałem, w tej chwili znam Żuławskiego wyłącznie z relacji Długosza z tej tragicznej akcji ratunkowej pod Mount Blanc.

Dzięki, wysupłam 20zł i kupię :-)

kulczyk1
19-03-2020, 18:19
Podobno klasyka tatrzańska, ale jak trochę lewy z Tatr jestem :wink:

Jeśli nie razi Cie gwara podhalańska (znam takich co nie przepadają - podobnie jak za muzyką góralską;))poleciłbym jeszcze Jalu Kurka "Ksiegę Tatr" .
Ciekawie opisane jak zaczęła sie moda na Tatry i Zakopane.

bartolomeo
19-03-2020, 21:51
No toś mnie zachęcił! Ja jestem właśnie z tych, których podhalańska muzyka... nie zachwyca :wink: Na razie kupiłem Żuławskiego.

Browar
19-03-2020, 22:17
No to może skosztuj jeszcze "W stronę Pysznej" Zielińskiego, też znakomita w warstwie wyrypowej.

bartolomeo
19-03-2020, 22:28
Pyszną to i Bazyl od dawna poleca. Bać się zaczynam, jak w to wdepnę to będę musiał na drugą w życiu wędrówkę w Tatry pojechać!

kulczyk1
19-03-2020, 22:52
będę musiał na drugą w życiu wędrówkę w Tatry pojechać!

Zaraz Tatry może Równia Krupowa wystarczy.:wink::mrgreen:
Tam wyjasnią , wytłumaczą a nawet odpowiednio do usługi skroją.:mrgreen:

bartolomeo
19-03-2020, 23:02
A czy ja wiem co to Równia Krupowa? Może wystarczy, może nie... Ale nic sobie odkroić nie dam! :mrgreen:

A żeby za bardzo na bok nie złazić to polecę coś do czytania: "Rum Doodle" W. E. Bowmana, o pierwszym wejściu na najwyższy szczyt świata (tytułowy Rum Doodle). Do czytania na luzie doskonałe ale jak ktoś szuka czegoś na poważnie to zdecydowanie odradzam :wink: Czytał może ktoś inne rzeczy samego autora? Podobno jeszcze ze dwie książki napisał.

kulczyk1
20-03-2020, 10:00
Bartolomeo gdybyś wybierał sie w Tatry a droga jednak prowadziła przez wzmiankowaną Równię poniżej podaję instruktarz pióra Ferdynanda Goetela jak się tamtędy poruszać:

"..i ruszyliśmy - przez Krupówki z minami ludzi majacymi zabić Cezara.Nie odpowiadaliśmy na ukłony podrzędnych znajomych , nie ogladaliśmy się za kobietami , uśmiechem pobłażliwym odpowiadaliśmy na słowa podziwu i zdumienia padajace z ust przerażonych ceprów. Czuliśmy w sobie potegę zbliżającej się chwili.." :mrgreen:

bartolomeo
20-03-2020, 10:44
A, to to jest Równia Krupowa :smile:

Cytat wyjątkowo smakowity! Gdzie znajdę więcej? :mrgreen:

Leuthen
20-03-2020, 14:52
Jeśli nie razi Cie gwara podhalańska (znam takich co nie przepadają - podobnie jak za muzyką góralską;))poleciłbym jeszcze Jalu Kurka "Ksiegę Tatr" .
Ciekawie opisane jak zaczęła sie moda na Tatry i Zakopane.

"I tylko Tatry niech w śniegu zapłaczą.
Za tobą. Za mną. Za nami.

Oto są sprawy najprostsze.
I nic
ponad Tatrami."
(Jalu Kurek)

Kogo mierzi gwara podhalańska, a chciałby coś poczytać o Tatrach epoki heroicznej (od lat 40. XIX w. do I wojny światowej), polecam ze swojej strony książkę łódzkiego wydawnictwa Galaktyka autorstwa Jarosława Skowrońskiego pt. "Dawno temu w Tatrach" wydaną w 2003 r. Niecałe 170 stron (z czego połowa to ilustracje), lekkie pióro autora, wiele ciekawostek. Bardzo udana próba oddania klimatu i specyfiki Tatr sprzed 120-180 lat. Kontynuację stanowi pozycja tego samego autora pt. "Tatry międzywojenne" (też Łódź i też 2003 r.). Komu spodobało się "Dawno temu w Tatrach", z równym zachwytem połknie i to ;)

PS Ja się ostatnio wkręciłem w powieści historyczne Philippy Gregory z czasów Wojny Dwu Róż oraz następujących po niej czasów rządów dynastii Tudorów. Przeczytałem już "Białą królową" (o Elżbiecie Woodville) i "Córkę Twórcy Królów" (o Annie Neville). Książki pisane przez kobietę o kobietach dla kobiet. Ale jak widać udało mi się je przeczytać bez zmiany płci :mrgreen: Na podstawie tych i innych powieści tejże autorki powstał seriale historyczne "Biała królowa", "Biała księżniczka" oraz "Hiszpańska księżniczka", jak również głośny swego czasu film "Kochanice króla" - Natalie Portman kontra Scarlett Johansson w boju o Erica Banę (jako króla Henryka VIII)

kulczyk1
20-03-2020, 18:26
A, to to jest Równia Krupowa :smile:

Cytat wyjątkowo smakowity! Gdzie znajdę więcej? :mrgreen:

F.Goetel -'Wycieczka jak się o niej nie pisze" z wydanej przez Iskry pracy zbiorowej "Kpiarze pod Giewontem"

bartolomeo
25-03-2020, 12:09
Dziś urodziny obchodzi Wiesław Myśliwski, z jego książek czytałem jak dotąd tylko "Traktat o łuskaniu fasoli (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4861206/traktat-o-luskaniu-fasoli)" i "Nagi sad (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4907044/nagi-sad)".

Absolutnie wyjątkowe, szczególnie "Traktat...", a podobno to nie są jego najlepsze dzieła.

wojtekzwierzyń
25-03-2020, 15:38
Dziś urodziny obchodzi Wiesław Myśliwski, z jego książek czytałem jak dotąd tylko "Traktat o łuskaniu fasoli (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4861206/traktat-o-luskaniu-fasoli)" i "Nagi sad (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4907044/nagi-sad)".

Absolutnie wyjątkowe, szczególnie "Traktat...", a podobno to nie są jego najlepsze dzieła.

Na czas obecnego stanu ep.czas na czytanie wymarzony.Aż zazdroszczę ile Myśliwskich przed Tobą.Zatem do czytania Wiesława Myśliwskiego przystępujmy...

kulczyk1
25-03-2020, 22:48
Wabienia Bartolomea na "Ksiege Tatr" cd.:
"..Obyczaje były dzikie.Raz przyszedł do Stolarczyka chłop na zapowiedzi z dwoma dziewczetami równocześnie. Ksiądz go wyścigał. "Przyjdź z jedną , dam ci ślub.Za rok dwa przyjdziesz z drugą." W jakiś czas później Stolarczyk spotyka pana młodego na drodze , przypomina go sobie i zagaduje:"Kiedyż przyjdziesz z tą drugą?" tamten odpowiada z westchnieniem:"Oj, Jegomoś wystarcy nam ta jedna obu z bratem"

Sabała przed smiercią.
Jak sie macie Sabała?
Jak deska zbutwiała na descu - uśmiecha się.-Podłyk. Ale trzimiem sie jakoś .Pokiel sie ta do jesce.
-Może wam zawołac ksiedza?
Wydoł wargi.-E, a po co? Mie go ta nie trza na nic. Co beda haw z pachołkami ukfalował, kie ide do samego gazdy, to se taś nim uradzimy. Sami bez parobków.

bartolomeo
25-03-2020, 23:21
Kurczę, nie kuś bo i tak przez najbliższe kilka lat nie dam rady. Chyba że po kawałeczku można?

długi
26-03-2020, 08:32
Nie mam pod ręką Księgi, więc zacytuję z pamięci w ramach ciągu dalszego kuszenia:
Po mszy bacowie przypalali tytoń od lampki przy ołtarzu. Na zwróconą uwagę odpowiedzieli: Pan Bucek bacą na niebie my na ziemi, nie ubędzie MU

bartolomeo
26-03-2020, 11:25
A niech Was! Kupiłem, z przesyłką niecałe 9zł. Tylko kiedy ja to przeczytam? :wink:

Stały Bywalec
26-03-2020, 16:36
Zainteresowanym historią podpowiadam mój blog pt. "Czytelnia książek historycznych" (łatwo "wygooglować"). Ostatnio opisałem tam "Księgi Jakubowe (...)" naszej noblistki.

kulczyk1
26-03-2020, 18:01
A niech Was! Kupiłem :wink:

I brawo jak mówią domokrążcy "Będzie Pan zadowolony":mrgreen:

sir Bazyl
07-04-2020, 20:45
„Ostatni pustelnik”

Michael Finkel


Pewnego dnia 1986 roku młody człowiek wraca z wakacyjnej objazdówki swoim nowym samochodem po jakiś tam stanach USA i coś się w nim na tyle zmienia, że zaczyna skręcać w coraz to podrzędniejsze drogi, gruntowe, leśne i jak już zabrnął w totalną dzicz a wskaźnik paliwa osiągnął minimum, wysiada z samochodu, zostawia na kokpicie kluczyki i rusza z plecakiem przed siebie. Nie jest to surwiwalowiec, turysta czy zapalony miłośnik przyrody. Nie ma kompasu, mapy, nie zna miejsca, w którym porzucił samochód. Po kilku dniach wędrówki postanawia zatrzymać się na dłużej.
Po 27 latach, w 2013 roku zostaje zatrzymany przez stróża prawa nieopodal swojego obozowiska i następnie „przywrócony” społeczeństwu.

W ciągu tych 27 lat tylko raz odezwał się do innego człowieka - mijając go w lesie powiedział "cześć". Po aresztowaniu publicznie również nigdy nie zabrał głosu. Autorowi udało się przez pewien czas nawiązać z nim nić porozumienia. Najpierw następuje wymiana korespondencji a później podczas widzeń w więzieniu udaje się wyciągnąć z pustelnika (jak go nazwały media)odrobinę informacji o jego życiu w lesie. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż odpowiada bardzo zwięźle i musi uznać dany temat za na tyle ważny bądź w jakimś stopniu interesujący by w ogóle się odezwać a w kontakcie bezpośrednim nie bawi się w konwenanse:
„Knight precyzyjnie ważył każde słowo, uważnie jak poeta. Nawet przy listach, przyznał, przepisywał tekst przynajmniej raz, głównie po to, żeby usunąć zbędne nieuprzejmości. Zostawały tylko te niezbędne”

Polecam – książkę łyka się w jedno solidne popołudnie.

bartolomeo
13-04-2020, 16:10
Jeszcze tylko dziś ze sporą zniżką (50%) "Internat" Serhija Żadana (https://ebookpoint.pl/ksiazki/internat-serhij-zadan,e_10ur.htm) w e-booku. Polecam, to powieść pokazująca jak wygląda bratobójcza wojna na wschodzie Ukrainy. Pisałem o tej książce wcześniej w tym wątku (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/2239-Co-by-tu-poczyta%C4%87-K%C4%85cik-Ksi%C4%85zki?p=176084&highlight=#post176084).

komisaRz von Ryba
19-04-2020, 19:34
Jadąc w Bieszczady czasem warto zatrzymać się po drodze, właśnie się pojawił jeszcze ciepły w wersji PDF (papierowa pojawi się w najbliższym czasie)
„Ziemia brzozowska - przewodnik po przestrzeni i czasie”
o autorach i treści można przeczytać tu, PDF pod zdjęciam
https://powiatbrzozow.pl/index.php/dla-mieszkancow/turystyka-powiat-brzozowski
PDF
https://powiatbrzozow.pl/images/download/Ziemia%20Brzozowska%20przewodnik%20po%20przestrzen i%20i%20czasie.pdf

47475
warto przeczytać

bartolomeo
21-04-2020, 16:57
Czy ktoś z Was czytał "Trylogię tatrzańską" Wawrzyńca Żuławskiego?
Ja czytałem, świetne, sporo się dowiesz o tatrzańskich klimatach.

Przeczytałem. Dziękuję za zachętę, warto było :smile:

bartolomeo
21-05-2020, 12:02
Tylko dziś za złotówkę "Do zobaczenia w piekle. Kresowa apokalipsa: reportaże" Wojciech Pestka (http://www.publio.pl/do-zobaczenia-w-piekle-wojciech-pestka,p253412.html?utm_source=swiatczytnikow.pl&utm_medium=art&utm_campaign=promo).

47637

sir Bazyl
21-05-2020, 17:09
Tylko dziś za złotówkę "Do zobaczenia w piekle. Kresowa apokalipsa: reportaże" Wojciech Pestka (http://www.publio.pl/do-zobaczenia-w-piekle-wojciech-pestka,p253412.html?utm_source=swiatczytnikow.pl&utm_medium=art&utm_campaign=promo).

47637

Przyjazna cena :) , dzięki!

bartolomeo
22-05-2020, 09:28
Smacznego!

Żebyś się tylko nie przejadł, bo dziś za złotówkę "Szczelina" Jozefa Karika (http://www.publio.pl/szczelina-jozef-karika,p184979.html?utm_source=swiatczytnikow.pl&utm_medium=art&utm_campaign=promo). Nie znam tej książki, ale recenzje ma niezłe. Z oficjalnego opisu:


Legenda, mistyfikacja czy przerażająca rzeczywistość? Powieść najpopularniejszego słowackiego pisarza. Jozef Karika staje w niej twarzą w twarz z legendą górskiego Trybecza. „Szczelina” zdobyła najważniejsze słowackie wyróżnienie literackie – ANASOFT LITERA w kategorii nagroda czytelników.

Trybecz, pasmo górskie na Słowacji. Od dziesięcioleci krążą o nim legendy z powodu tajemniczych zaginięć. Niektóre ofiary zostały znalezione martwe. Niektóre zniknęły bez śladu. A jeszcze inne powróciły – ranne i niezdolne do życia.
Igor zdobył tytuł magistra. Po pięciu latach wreszcie może zacząć karierę jako… robotnik budowlany. Na swojej pierwszej budowie odkrywa tajemniczy sejf. Znajduje w nim płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat. Słyszy na nich głos człowieka, który przez ponad trzy miesiące błąkał się w górach Trybecza…

bacza
24-05-2020, 19:54
(....) dziś za złotówkę "Szczelina" Jozefa Karika (http://www.publio.pl/szczelina-jozef-karika,p184979.html?utm_source=swiatczytnikow.pl&utm_medium=art&utm_campaign=promo). Nie znam tej książki, ale recenzje ma niezłe. (...)
Dzięki, przeczytałem...
Chyba za bardzo wczułem się w klimat, a to może zaowocować rozbiciem mózgownicy na czas jakiś...
Dość powiedzieć, że dziś rano, gdy oglądając historię transakcji w banku zobaczyłem... płatności z dnia jutrzejszego, to na początku mnie zmroziło...
Jedność czasu, miejsca i akcji... a fakty(?) sobie...
Ale czytało się fajnie ;)

bartolomeo
29-06-2020, 09:39
Dariusz Jaroń Polscy himalaiści

47720

Pierwsza polska wyprawa w Himalaje (lato 1939 r.) i późniejsze zaplątanie w historię jej uczestników. Dawno żadna książka mnie tak nie wciągnęła.

Poszukiwaczom karpackich smaczków podpowiem, że w kilku akapitach i jednym szkicu pojawiają się w tej książce Świdowiec, Syniak czy Połonina Douha.

sir Bazyl
29-06-2020, 16:26
Dariusz Jaroń Polscy himalaiści

47720

Pierwsza polska wyprawa w Himalaje (lato 1939 r.) i późniejsze zaplątanie w historię jej uczestników. Dawno żadna książka mnie tak nie wciągnęła.

Poszukiwaczom karpackich smaczków podpowiem, że w kilku akapitach i jednym szkicu pojawiają się w tej książce Świdowiec, Syniak czy Połonina Douha.

Zapisuję w kolejce, tym bardziej, że na półce już czeka „Dziennik Himalajski i inne pisma Jakuba Bujaka” w opracowaniu Magdaleny Bujak-Lenczowskiej, którego lwia część poświęcona jest właśnie tej pierwszej, polskiej wyprawie w Himalaje.

Otworzyłem teraz „Dziennik…” na chybił-trafił i taki wspaniały cytat rzucił mi się przed oczy:

„…góry zyskały jeszcze całe rzesze innych nowoczesnych wielbicieli. Rekrutują się oni z różnych narodów i z rozmaitych warstw społecznych. Należą do nich mężczyźni i kobiety, ludzie młodzi, w sile wieku i starzy. Wszyscy mają jedną wspólną cechę, jedną słabość, albo może jedną siłę: kochają góry.
Entuzjazmują ich zmarszczki i wyniosłości na powierzchni ziemi. Mogą to być łagodne wzgórza, porosłe lasami, urwiste turnie skalne lub niebosiężne szczyty opancerzone lodami. Jednym wystarcza patrzeć z dołu na góry i sycić się ich pięknem. Inni wolą wejść na szczyt i patrzeć stamtąd w dół i w dal. Inni wreszcie szukają tam czegoś więcej. Nie wystarcza im napawać się pięknem, nie wystarcza patrzeć. Chcą być czynni, pokonywać trudności, zdobywać.
Bo taka jest już natura ludzka, że nie ceni sobie zbytnio tego, co przyszło łatwo i bez trudu. Ale rzecz wywalczoną, zdobytą znacznym nakładem sił i pracy, okupioną trudem i niebezpieczeństwem, taką rzecz cenimy sobie wielce. I cena nie mierzy się wartością samego przedmiotu, ale wielkością naszego wysiłku, naszego umiłowania i zapału.
Różni ludzie różnie na góry patrzą i różnych rzeczy w nich szukają. Na to nie ma stałej recepty. Ale jedna rzecz jest wspólna: góry posiadają ogromną siłę atrakcyjną dla swoich wyznawców. Trudno, bardzo trudno wytłumaczyć komuś, nie należącemu do „sekty”, na czym ta atrakcyjność polega. Trudność polega na tym, że rzecz uchyla się spod ścisłego rozumowego traktowania, jako że lezy na innej płaszczyźnie, mającej z powierzchnią codziennej rzeczywistości tylko pewne punkty styczne, podczas gdy reszta leży poza tą rzeczywistością, może nawet całkiem blisko – ale w innym wymiarze.”

sir Bazyl
29-06-2020, 17:11
Pozostając przy polskich osiągnięciach, chciałbym zarekomendować Wam, jedno z większych według mnie osiągnięć literatury polskiej 20-go wieku jakim jest diariusz Andrzeja Bobkowskiego zatytułowany „Szkice piórkiem”. Dziennik ten pisany był przez autora w latach 1940 – 1944. Andrzej Bobkowski przebywał wtedy we Francji i opisywał codzienne życie poczynając od czasu tuż przed niemiecką okupacją Francji do chwili jej oswobodzenia przez aliantów. Jest to proza niezwykle żywa, mięsista, pełna wspaniałych opisów codzienności, która jakże była inna niż w okupowanej Polsce. We Francji kwitło życie kulturalne, jeździło się na prowincję na wczasy, stołowało w bistrach itd. – całkiem odmienne realia niż u nas. Autor czasami dokonuje również bieżących analiz polityczno-militarnych tego co się dzieje w ówczesnej Europie i na frontach wojennych. Dla mnie jednak najwspanialsze są jego opisy życia codziennego, prób rozwiązywania problemów, radości z życia i podróżowania, smakowania codzienności, spotkań, rozmów itd.


Część dziennika poświęcona jest podróży na rowerach, którą autor odbył w towarzystwie warszawskiego taksówkarza -Tadzia. Taka parantela dwóch środowisk, oczytanego i błyskotliwego inteligenta z życiowo cwanym, w dobrym tego słowa znaczeniu, warszawskim taksówkarzem wspaniale wpływa na odbiór tych fragmentów pamiętnika. Panowie odbyli podróż z Paryża, przez m.in. Carcassonne do wybrzeża Morza Śródziemnego, następnie wzdłuż niego aż po Alpy i stąd w poprzek Francji z powrotem do jej stolicy.

Żeby nie zanudzać a zachęcić do lektury, krótki fragment z tej podróży:



„Betonujemy się czekoladą i po godzinie odpoczynku wyłazimy z ziemianki. Słońce zapadło już poza górami i jest przeraźliwie zimno. Szczękając zębami, siadamy na rowery. Ledwie ruszyliśmy, przebijam przednie koło na gwoździu z buta wojskowego. Klniemy. Zgrabiałymi z zimna palcami nie możemy niczego porządnie zrobić. Po gołych nogach tnie lodem; zerwał się wiatr przewiercający do kości, twardy jak pogrążone w cieniu ściany skalne. Po dwudziestu minutach startujemy do tego biegu zjazdowego na rowerach. Z Cayolle do Barcelonette jest 30 km. Droga jest szaleńcza. Kładziemy się na kierownicy, zaciskamy palce na hamulcach i zaczynamy spadać w dół, zlatywać w tempie ponad 60 km/godz na prostych odcinkach. Strzałka na szybkościomierzu dochodzi wtedy do 60 i zatrzymuje się na sztyfciku. Nie nadąża. Przed każdym zakrętem piszczą hamulce, pochylamy się, szczęk odpuszczonych dźwigni przy kierownicy i rower skacze do przodu, jakby miał motor. Na 30-tu metrach prostej osiąga się szybkość ponad 50 km. Po dziesięciu kilometrach tej jazdy ręce mam zupełnie zdrętwiałe. Przymarzły do hamulców. Nóg nie czuję w ogóle; zbite lodowatym wiatrem, zwisają przy siodełku jak obcy przedmiot. Jedynie na piersiach, pod swetrem, jestem spocony i z wysiłku, i z emocji. Upijam się prawie do nieprzytomności szybkością, furkotem wiatru przy uszach i tańcem na zakrętach. Raz tylko spojrzałem na przednie widełki i na krótką chwilę struchlałem: co stałoby się, gdyby widełki pękły. Przy tej szybkości i obciążeni drgały one od nasady do osi koła, drgały tak szybko jak uderzony kamerton. Ach – co tam; znowu prosta. Puszczam hamulce, skaczę od razu na 40, 50, 60 – strzałka znowu utyka i utyka oddech w piersiach. Zakręt, skok mostem na drugą stronę rzeki, zapach mokrych bierwion, ułożonych przy drodze, żywicznych i sękatych, mroczne wrota krótkiego tunelu. W tunelu asfalt jest wilgotny i opony mlaskają na nim tak, jakby pociągnięty był klejem. Pachnie pleśnią i grzybem. Rośnie gwałtownie jasny otwór wyjazdu, zbliża się, majaczy popielata wstęga drogi i wali się w dół, w las, w świerkową zieleń i przedwieczorną czerwień pni. Słońce przedarło się tu jeszcze przez jakąś szparę, z której wypryskuje jak pęk promieni z małego okienka kabiny operatora w kinie. Ekran czerwonej zieleni, a na nim pędzi mój rower. Czasem, w ciągu ułamka sekundy, widzę swój cień. Gdy znika, wydaje mi się, że go przegoniłem i że nie może za mną nadążyć. Zakręt w lewo, potem w prawo, znowu na drugą stronę huczącego potoku, wzdłuż skalnej ściany. Droga zaczyna opadać łagodniej i po chwili wpadamy wprost na rynek w Barcelonette, Patrzę na zegarek, ledwo utrzymując się na nogach. 32 km w ciągu 43-ech minut. Przeciętna 45 km/godz. Twarze, ręce, uda i łydki mamy zupełnie sine pomimo opalenizny. Palce tak sztywne, że nie możemy wyciągnąć zapałki z pudełka. Jest to chyba najładniejszy dzień całej naszej podróży. Ale jesteśmy piekielnie zmęczeni. Czuję to teraz , stojąc na rynku i paląc papierosa. Ręka mi drży i drgają mi usta zupełnie tak, jakbym miał wybuchnąć płaczem. Sześć godzin podejścia i 32 km piekielnego zjazdu. Tadzio powiada: „Ten dzień będę pamiętał nawet po śmierci”.

Wojtek Pysz
29-06-2020, 17:49
.... diariusz Andrzeja Bobkowskiego zatytułowany „Szkice piórkiem”....
Dla lubiących posłuchać: https://ninateka.pl/audio/szkice-piorkiem-andrzej-bobkowski-1-17

bartolomeo
29-06-2020, 22:39
Zapisuję w kolejceW takim razie zapisz jeszcze to:

Janusz Klarner Nanda Devi
47721

Ta sama wyprawa, tylko oczami innego z uczestników.

Stały Bywalec
03-07-2020, 16:41
Polecam i książkę, i film. Książka była podstawą scenariusza.
Szczegóły tu:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2020/06/irlandczyk-frank-sheeran-i-wyjasnienie.html

bartolomeo
03-07-2020, 22:12
Choć tytuł byś podał tutaj :evil:

bartolomeo
17-08-2020, 13:42
Ziemowit Szczerek Przyjdzie Mordor i nas zje

Polecam wszystkim jeżdżącym na Ukrainę, choć to opowieść nie tyle o Ukrainie co o Polakach tam jeżdżących. Jak zwykle u Szczereka wiele kwestii jest kontrowersyjnych, ale przeczytać z pewnością warto. Szczególnie, że ebook obecnie jest w promocji za 6.75zł (https://ebookpoint.pl/ksiazki/przyjdzie-mordor-i-nas-zje-ziemowit-szczerek,e_1nrf.htm)! Krótka recenzja autorstwa iaa była tutaj (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/2239-Co-by-tu-poczyta%C4%87-K%C4%85cik-Ksi%C4%85zki?p=152448&viewfull=1#post152448).

Przy okazji - inna książka tego samego autora, Siódemka, w tej samej księgarni za 8.10zł (https://ebookpoint.pl/ksiazki/siodemka-ziemowit-szczerek,e_1nrd.htm). Tematyka zupełnie inna, ale temat - my - podobny. Też polecam.

Stały Bywalec
13-10-2020, 16:10
Daniel Silva „Ostatni szpieg Hitlera”
PRIMA Oficyna Wydawnicza sp. z o.o., Warszawa 1999

Trwa druga wojna światowa. Już się zarysowuje militarna przewaga aliantów, trwają długie i tajne przygotowania do otwarcia w Europie trzeciego frontu (wschodni i włoski już istnieją). Czyli do operacji Overlord i daty D-day (6.06.1944). Ale Niemcy są jeszcze wciąż bardzo silni. Inwazji na kontynent we Francji się spodziewają. Przygotowali na tę okoliczność „komitet powitalny” – kilkadziesiąt dywizji Wehrmachtu i SS, w tym także wyborowe, pancerne. Usytuowane w pobliżu miejsca inwazji zadałyby ciężkie straty wojskom lądującym na plażach. Zdziesiątkowałyby je i zepchnęły z powrotem do morza. Ale mogłoby to nastąpić tylko pod warunkiem szybkiego takiego zadziałania. Opóźnienie pozwoli bowiem Amerykanom, Brytyjczykom i Kanadyjczykom wyładować na brzeg dosyć sił zdolnych odeprzeć niemiecki kontratak.
Sęk jednak w tym, że Niemcy czasu i miejsca inwazji nie znają. Trafnie wytypowali dwie odległe od siebie lokalizacje, boją się jednak usytuować siły strategiczne w pobliżu jednej z nich, bo a nuż inwazja z morza nastąpi w tej drugiej. Wywiad niemiecki szaleje. Abwehra uruchamia swego najlepszego agenta – dotychczasowego „śpiocha” w Anglii. Innym już się w berlińskiej centrali nie ufa – powpadali i dezinformują, ratując w ten sposób życie. A ów agent jest rzeczywiście doskonały. Dotrze do prawdy, ale już nie zdąży jej przekazać niemieckim mocodawcom.
Cóż to wszystko Państwu przypomina? Oczywiście bestsellerową „Igłę” Kena Folleta, w wersji książkowej i ekranizowanej. To prawda, ale Daniel Silva dorównuje tu mistrzowi. Podobnie jak Ken Follet w „Igle”, tak i Daniel Silva w „Ostatnim szpiegu Hitlera” w sposób niezmiernie pasjonujący przedstawia akcję wywiadu niemieckiego, kontrwywiadu brytyjskiego (i amerykańskiego), wreszcie szpiegowską działalność tytułowej postaci – wyborowego niemieckiego agenta. Jego agent jest jednak … płci pięknej. Piękność i kobiecość okazuje się tu wyjątkowa i nietypowa, tytułowa pani jest bowiem komandosko sprawna oraz bezlitosna. Już w pierwszym rozdziale powieści dokonuje morderstwa niezbędnego do uzyskania nowej tożsamości i naturalizacji na wyspach brytyjskich. Swoją atrakcyjną kobiecość wykorzystuje w celu „służbowym”, czyli uwiedzenia wskazanego mężczyzny. Choć w głębi duszy jest lesbijką i marzy o powojennym powrocie do kochanki mieszkającej w odległej, neutralnej Hiszpanii.
Polecam tę pasjonującą lekturę. Jest ona historyczna o tyle, że dość szczegółowo oddaje atmosferę panującą w Anglii podczas wojny. Naloty, usuwanie ich skutków, niedobory artykułów powszechnego użytku, racjonowanie żywności i paliw, mentalność i życie codzienne przeciętnych obywateli, skuteczność brytyjskiego kontrwywiadu, itd. itp. Także wielka dbałość rządu o perfekcyjne przygotowanie inwazji sił sprzymierzonych na kontynent i utrzymanie w najściślejszej tajemnicy jej miejsca i daty. Aż do dnia 6 czerwca 1944 r., gdy wylądowano na plażach Normandii. W powyższe realia autor wplótł tytułowy wątek szpiegowski. Czy całkowicie przez siebie wydumany, czy może mający choć częściowe potwierdzenie w archiwach służb specjalnych (niemieckich i brytyjskich), tego nie wiem. Autor też tego nie zdradził w „Podziękowaniach” zamieszczonych na początku książki. Reasumując: raczej fikcja literacka osadzona w realiach historycznych. Ale naprawdę porywająca lektura. Bardziej (moim zdaniem) niż inne książki Daniela Silvy, których bohaterem jest Gabriel Allon (jeśli dobrze zapamiętałem imię i nazwisko agenta Mossadu).

Tekst skopiowany z mojego blogu pt. CZYTELNIA KSIĄŻEK HISTORYCZNYCH

Stały Bywalec
19-10-2020, 13:10
Ziemowit Szczerek Przyjdzie Mordor i nas zje

Polecam wszystkim jeżdżącym na Ukrainę, choć to opowieść nie tyle o Ukrainie co o Polakach tam jeżdżących. Jak zwykle u Szczereka wiele kwestii jest kontrowersyjnych, ale przeczytać z pewnością warto. (...)
Przy okazji - inna książka tego samego autora, Siódemka, (...) Też polecam.

No to jeszcze o 3-ciej książce p. Ziemowita Szczerka pt. "Tatuaż z tryzubem" proszę poczytać tu (tekst mój sprzed 3 lat, natomiast wydanie książki sprzed 5 lat ):
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2017/07/tatuaz-z-tryzubem-autor-ziemowit.html

bartolomeo
19-10-2020, 14:14
O tej książce był na forum odrębny wątek (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/9184-Ziemowit-Szczerek-quot-Tatua%C5%BC-z-tryzubem-quot).

Stały Bywalec
19-10-2020, 19:10
O tej książce był na forum odrębny wątek (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/9184-Ziemowit-Szczerek-quot-Tatua%C5%BC-z-tryzubem-quot).
Faktycznie. Sorry, rzadko tu bywałem. Link też tam wkleiłem - do kompletu wypowiedzi o książce.

komisaRz von Ryba
30-12-2020, 22:12
Jurij Smirnow, Sekrety Lwowa,
Jurij Smirnow – dziennikarz ukazującego się na Ukrainie polskiego dwutygodnika „Kurier Galicyjski” oraz przewodnik po Lwowie.
przeczytałem i polecam historie przedwojenne ale tez z czasów wojny i te powojenne, widzę że jest 2 część

48037

https://www.km.com.pl/lwow

Stały Bywalec
12-02-2021, 16:19
Mocna lektura. "Król". Autor: Szczepan Twardoch
Opisałem tę książkę tak:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2021/02/krol-autor-szczepan-twardoch.html

Stały Bywalec
22-02-2021, 11:50
Mocna lektura. "Król". Autor: Szczepan Twardoch
Opisałem tę książkę tak:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2021/02/krol-autor-szczepan-twardoch.html

I jeszcze o tej książce, jak również o jej ekranizacji:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2021/02/warszawa-w-krolu-autor-jerzy-s-majewski.html

Stały Bywalec
27-02-2021, 15:42
I jeszcze o tej książce, jak również o jej ekranizacji:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2021/02/warszawa-w-krolu-autor-jerzy-s-majewski.html

A teraz o drugiej części dylogii Szczepana Twardocha, o kontynuacji "Króla", czyli o powieści pt. "Królestwo":
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2021/02/krolestwo-autor-szczepan-twardoch.html

Stały Bywalec
08-03-2021, 18:13
Iwona Kienzler „Kasiarze, doliniarze i zwykłe rzezimieszki. Przestępczy półświatek II RP”
Wydawnictwo Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

Pani Iwona, korzystając z innych, bardziej obszernych i specjalistycznych publikacji, jak również z prasy okresu międzywojennego (źródeł skrupulatnie wskazywanych w przypisach i w bibliografii), ukazuje nam mało znane, ciemne oblicze społeczeństwa II Rzeczypospolitej. Czytamy o przestępczej działalności przeróżnych wyrzutków społecznych płci obojga, choć oczywiście z przewagą płci brzydkiej. Od prymitywnych bandziorów-morderców po wysublimowanych oszustów, nieraz wzbudzających nawet sympatię. Tak, tak – nie przejęzyczyłem się. Bo jak tu nie patrzeć z uśmiechem i pobłażaniem na warszawskiego cwaniaka, który przybyszom spoza stolicy potrafił sprzedać kolumnę Zygmunta, fragment podwarszawskiej linii kolejowej, wydzierżawić tramwaj, a nawet wynająć pewnemu Francuzowi halę warszawskiego Dworca Głównego na cele imprezy tanecznej. Rozbawienie wzbudza również wielka łatwowierność i bezmyślność niektórych pań – ofiar oszustów matrymonialnych. Poza tym jednak czytelnikowi raczej nie jest do śmiechu. Natomiast jest mu często blisko do zaciśnięcia pięści i zgrzytnięcia zębami – zwłaszcza gdy autorka przedstawia opryszków niebrzydzących się mokrą robotą, mordujących spokojnych obywateli i funkcjonariuszy państwowych. No a takiego „Hipka Wariata” to ja bym osobiście utłukł. Ten psychopatyczny bandzior, nie dość że wyspecjalizowany w napadach rabunkowych, to jeszcze miał jakąś paranoiczną obsesję na punkcie kotów – w życiu zamordował kilkaset tych niezwykle sympatycznych zwierzątek. W chwili, gdy to piszę, po moim mieszkaniu hasają dwa przemiłe koty: Sabinek i Kubuś. Sabinek pochodzi z Ustrzyk Górnych.
Lektura rozdziału 5 pt. „Tata Tasiemka i Doktor Łokietek – władcy warszawskiego półświatka” każe nam sobie przypomnieć powieść pt. „Król” Szczepana Twardocha, już wcześniej tu opisaną. Tata Tasiemka i Doktor Łokietek to tamtejsi Kum Kaplica i dr inż. Janusz Radziwiłek. Rozdział ten autorka oparła o informacje zaczerpnięte z książki Jerzego Rawicza pt. „Doktor Łokietek i Tata Tasiemka. Dzieje gangu”, wydanej w 1968 r. (wznowionej w 2014 r.). Z kolei pisząc o przemytnikach autorka przy okazji wskazuje niektóre nonsensy polskiej przedwojennej polityki gospodarczej, faworyzującej monopole. Przykładowo – ochrona monopolu zapałczanego powodowała, że każdy nierozważny nabywca zwykłej zapalniczki do papierosów musiał w urzędzie uiścić opłatę stemplową i ostemplować tam własną zapalniczkę. Czegoś podobnego to przecież nawet w PRL nie zdołano wykoncypować. Choć nie przeczę – iście księżycowa gospodarka epoki PRL też obfitowała w przeróżne bezsensowne regulacje, np. w sprzedaż alkoholu dopiero po godzinie 13. Rozdział poświęcony kontrabandzie (ostatni w książce) autorka kończy przypomnieniem postaci pisarza Sergiusza Piaseckiego, mającego w bogatym życiorysie m.in. etap działalności przemytniczej – na płonącej granicy polsko-radzieckiej. Gorąco zachęcam do sięgnięcia po książki przez niego napisane. W katalogu blogu proszę ich jednak nie szukać, przeczytałem je bowiem (wszystkie!) w czasach zanim namówiono mnie do opisywania lektur w Internecie.

Reasumując, polecam Państwu tę ciekawą, łatwą i przyjemną, ale też historycznie poznawczą książkę p. Iwony Kienzler. Dowiemy się, na jakie kradzieże, oszustwa (drobne i poważne) bywali narażeni nasi dziadkowie/pradziadkowie i dlaczego bali się wychodzić po zmroku z domu czy samotnie jeździć pociągiem. A także jakie więzy „rodzinne” (zwracam uwagę na cudzysłów) połączyły Sergiusza Piaseckiego z Czesławem Miłoszem.
PS. Na str. 257 w wierszu 12 od góry wyrazy „Związku Armii Zbrojnej” proszę poprawić na wyrazy „Związku Walki Zbrojnej” (prawidłową nazwę organizacji będącej poprzedniczką Armii Krajowej).

Powyższy tekst znajdzie się w mojej CZYTELNI KSIĄŻEK HISTORYCZNYCH przypuszczalnie dopiero za kilka tygodni (czeka na swoją kolej za napisanymi wcześniej)

Stały Bywalec
21-05-2021, 14:49
Tomasz Awłasewicz „Niewidzialni. Największa tajemnica służb specjalnych PRL”
Wydawnictwo Agora SA, Warszawa 2021

Autor, młody ambitny dziennikarz, naświetlił bardzo interesujący wycinek pracy służb specjalnych, jakim jest (oraz było i będzie) tzw. tajne przeszukanie. Polega ono na niewłamaniowym wejściu do konkretnego lokalu, spenetrowaniu go bez pozostawienia najmniejszego śladu swojej obecności, oraz (to cel główny) sporządzeniu potrzebnych fotografii, w tym kopii dokumentów lub zdjęć innych przedmiotów będących w zainteresowaniu służby specjalnej. Wykonanie tego wymaga wiedzy o nieobecności użytkownika lokalu, pokonania zamków i innych zabezpieczeń bez ich uszkodzenia, bardzo ostrożnego zachowania się wewnątrz lokalu oraz dopilnowania, aby wszystkie znajdujące się tam rzeczy pozostały na swoich miejscach. Sytuacja komplikuje się, gdy wewnątrz znajduje się sejf, który też przecież trzeba będzie otworzyć bez uszkodzenia (i ponownie zamknąć na ten sam szyfr). Nieraz też użytkownik lokalu (np. obywatel państwa niekoniecznie zaprzyjaźnionego) nie wyklucza możliwości podobnych „odwiedzin” i zastawia pułapki mogące potwierdzić fakt odbytej penetracji (np. jakaś nitkę lub włos zahaczone o szufladę biurka). Następnie, po wykonaniu zadania, należy na paluszkach stamtąd wyjść, wszystkie otwarte wcześniej drzwi za sobą dokładnie pozamykać, znów oczywiście bez uszkodzenia zamków. Dodatkowy problem może sprawić ciekawski sąsiad gotów zadzwonić po policję, gdy tylko zauważy coś nietypowego i jego zdaniem (skądinąd słusznie) podejrzanego. Jak więc widać, wykonanie powyższych czynności operacyjnych wymaga dużych umiejętności specjalistycznych, większych niż np. posiadane przez historycznie sławnych włamywaczy-kasiarzy. Tamci bowiem byli głównie zainteresowani wejściem do banku czy sklepu jubilerskiego, pokonaniem sejfu, zabraniem łupu, a następnie już tylko … w nogi. Nie obchodziło ich inteligentne zatarcie śladów swojej obecności, na ogół jedynie przestrzegali niepozostawienia odcisków palców.

Służby specjalne większości państw dysponują takimi specjalistami od tajnych przeszukań. Zatrudnieni są oni w odrębnych wydziałach niektórych jednostek (departamentów, biur, delegatur) operacyjnych. Do ich dyspozycji stoją najnowsze urządzenia techniczne, ale przede wszystkim sami muszą posiadać odpowiednie zamiłowania techniczne oraz kwalifikacje teoretyczne i praktyczne. O celu realizowanego tajnego przeszukania najczęściej mają tylko mgliste lub żadne pojęcie. Ich bowiem rolą jest umożliwienie wykonania zadania przez towarzyszącego oficera operacyjnego z innego pionu służby specjalnej, zainteresowanego konkretnym lokalem i działalnością jego użytkownika. Czyli zleceniodawcę tajnego spenetrowania lokalu. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych PRL takimi specjalistami od tajnych przeszukań byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa zatrudnieni głównie w Departamencie Techniki MSW i podległych mu komórkach jednostek wojewódzkich resortu spraw wewnętrznych. Napisałem „głównie”, ponieważ dwa inne departamenty Służby Bezpieczeństwa miały potrzebę posiadania własnych fachowców w tej dziedzinie, luźno tylko współpracujących z Departamentem Techniki MSW. Taką jednostką był np. Departament II MSW, czyli kontrwywiad. W jego strukturze funkcjonował bardzo utajniony Wydział IX, m.in. zajmujący się tajnym przeszukiwaniem pomieszczeń zachodnich ambasad i konsulatów. Zatrudnieni w nim fachowcy czynili to z wykorzystywaniem ówczesnych możliwości naukowo-technicznych, co jednak bardzo odbijało się na ich zdrowiu, a często wręcz skracało życie. O swojej tam służbie w latach 70. i 80. ubiegłego stulecia opowiadają autorowi książki byli funkcjonariusze SB, m.in. podkreślając swoją przydatność dla ekonomicznych interesów państwa. Dzięki ich działaniom polscy negocjatorzy umów międzynarodowych niekiedy znali treść instrukcji negocjacyjnych zagranicznego partnera jeszcze przed przystąpieniem z nim do rozmów, np. w sprawach zakupu przez Polskę licencji, czy sprzedaży wyprodukowanych w kraju towarów. Wiedza ta pozwalała im na wynegocjowanie optymalnych warunków umów. A jak to się wszystko (w szczegółach) odbywało, jakie poważne zagrożenia pociągały za sobą tajne przeszukania lokali ambasad i konsulatów, to już sobie Państwo sami przeczytacie. Myślę, że Was do tego wystarczająco zachęciłem. Nie? No to jeszcze dodam, że największą zmorą owych polskich funkcjonariuszy SB był autentyczny przypadek węgierski. Węgierscy „tajni przeszukiwacze” weszli bowiem kiedyś nocą do jednej z zachodnich ambasad i … już stamtąd nigdy nie wyszli (ani ich nie wywieziono). I nikt się o nich nie śmiał upomnieć, gdyż przecież formalno-prawnie nie istnieli.

Powyższy tekst znajdzie się w mojej CZYTELNI KSIĄŻEK HISTORYCZNYCH przypuszczalnie dopiero za kilka tygodni (czeka na swoją kolej za napisanymi wcześniej).

Stały Bywalec
10-06-2021, 13:09
Grzegorz Górski „Wrzesień 1939. Nowe spojrzenie”
Jagiellońskie Wydawnictwo Naukowe, Toruń 2017

Elektroniczna wersja tej książki jest do pobrania (nieodpłatnie) tu:

http://kj.edu.pl/wp-content/uploads/2017/05/wrzesien_39_publikacja.pdf

Polecam tę publikację, daleko odbiegającą od opinii o genezie polskiego Września 1939, zakonserwowanej w naszej historiografii.

Trzy lata temu tak ją opisałem:

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2018/01/wrzesien-1939-nowe-spojrzenie-autor.html

Zdania nie zmieniłem.

włóczykij
10-06-2021, 22:30
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2018/01/wrzesien-1939-nowe-spojrzenie-autor.html

Cytat z Twojego bloga: "Podstawowym kanonem ówczesnej radzieckiej polityki (wynikającym z ideologii) było przecież wejście do trwającej wojny europejskiej, pokonanie osłabionych jej uczestników i „uwolnienie ciemiężonych mas żołnierskich, robotniczych i chłopskich spod kapitalistyczno-imperialistycznego jarzma”.

Analogiczną opinię spotkałem w książce "Lodołamacz" autorstwa Wiktora Suworowa (były agent GRU).
Wyraził pogląd, że klęski Armii Czerwonej w początkowej fazie wojny z Niemcami wynikały nie tylko z faktu wymordowania większości kadry oficerskiej podczas stalinowskich czystek.
Wielki wpływ na rozmiar klęski miały też kierunki szkolenia krasnoarmiejców. Szkolono ich do walki ofensywnej. Z tego względu armia miała nikłe pojęcie o walce obronnej.
Stalin nie był gotowy do wojny obronnej, bo planował wojnę agresywną.

Stały Bywalec
13-06-2021, 12:03
[QUOTE=włóczykij...
Analogiczną opinię spotkałem w książce "Lodołamacz" autorstwa Wiktora Suworowa (były agent GRU).
Wyraził pogląd, że klęski Armii Czerwonej w początkowej fazie wojny z Niemcami wynikały nie tylko z faktu wymordowania większości kadry oficerskiej podczas stalinowskich czystek.
Wielki wpływ na rozmiar klęski miały też kierunki szkolenia krasnoarmiejców. Szkolono ich do walki ofensywnej. Z tego względu armia miała nikłe pojęcie o walce obronnej.
Stalin nie był gotowy do wojny obronnej, bo planował wojnę agresywną.[/QUOTE]

Oczywiście, że tak. Jeśli ten temat Cię interesuje, to przeczytaj, jak go widzi prof. Ernst Topitsch w książce pt. „Wojna Stalina”:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2016/10/wojna-stalina-autor-ernst-topitsch.html

włóczykij
17-06-2021, 23:44
Oczywiście, że tak. Jeśli ten temat Cię interesuje, to przeczytaj, jak go widzi prof. Ernst Topitsch w książce pt. „Wojna Stalina”:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2016/10/wojna-stalina-autor-ernst-topitsch.html

Dziękuję za informację. Przeczytam w najbliższym czasie.
W sprzedaży nie ma tej książki (w wersji papierowej), ale podobno dostępny jest e-book.
Pozdrawiam.

Stały Bywalec
25-07-2021, 13:08
I jeszcze jedna adekwatna lektura dla osób zainteresowanych genezą i przebiegiem wojny niemiecko-radzieckiej. Poniższy tekst z czasem znajdzie się na moim blogu, ale "premierę" ma dziś już tu.

Borys Sokołow „Straszliwe zwycięstwo. Prawda i mity o sowieckiej wygranej w drugiej wojnie światowej”
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2021

Rosyjski historyk, bazując na badaniach archiwów, relacjach świadków, własnych analizach i obliczeniach oraz wybranej literaturze przedmiotu, przedstawia oraz komentuje przebieg „wielkiej wojny ojczyźnianej” toczonej od dnia 22 czerwca 1941 r. do dnia 9 maja 1945 r. pomiędzy III Rzeszą a Związkiem Radzieckim. Miło się to czyta, zwłaszcza czytelnikowi polskiemu. Treść książki w niczym bowiem nie przypomina oficjalnych wersji głoszonych dawniej przez historiografię radziecką, a obecnie przez współczesną rosyjską. Poniżej pozwolę sobie wypunktować najważniejsze tezy autora o tym świadczące.

 Stalin był na równi z Hitlerem odpowiedzialny za wybuch II wojny światowej. Atak ZSRR na Polskę w dniu 17 września 1939 r. rosyjski autor określa jako wbicie nam noża w plecy. W 1940 r. Stalin liczył na wyczerpującą wojnę okopową pomiędzy Francją a Niemcami. Po wzajemnym wykrwawieniu się przeciwników Armia Czerwona ruszyłaby na zachód, dotarła do Atlantyku i na opanowanym obszarze zapewne zostałby ustanowiony jedyny sprawiedliwy ustrój polityczno-społeczny, czyli radziecki „raj” (tfu, tfu).

 Nie powołując się na współczesnego prekursora tej idei, Wiktora Suworowa, prof. Borys Sokołow dochodzi do identycznego wniosku: w lipcu 1941 r. miało dojść do ataku stalinowskiego ZSRR na hitlerowskie Niemcy, ale Hitler zdołał uśpić czujność Stalina i wyprzedził go o kilka tygodni. Trudno to jednak nazwać atakiem stricte prewencyjnym, gdyż obaj dyktatorzy – po fiasku wizyty Mołotowa w Berlinie w listopadzie 1940 r. – już wzajemnie szykowali się do wojny ze sobą. Stalin przy tym nie wierzył, aby Hitler – nie mając zawartego rozejmu z Wielką Brytanią – zdecydował się na uruchomienie nowego frontu wojny. Uwierzył dopiero w przeddzień napaści Niemiec, wtedy było już jednak za późno na wydanie i wdrożenie odpowiednich dyrektyw militarno-organizacyjnych.

 Armia Czerwona, pomimo potencjału materialnego dorównującego, a nawet przewyższającego Wehrmacht i inne niemieckie formacje zbrojne, znacznie ustępowała przeciwnikowi pod względem potencjału ludzkiego. Oczywiście nie pod względem jego liczebności (tu bowiem znacznie górowała) lecz jakości, czyli wyszkolenia bojowego. Poczynając od szeregowego rekruta, a kończąc na najwyższej kadrze dowódczej i systemie dowodzenia, była wyraźnie gorsza od armii niemieckiej, co powodowało olbrzymie straty podczas wszystkich bitew, także tych toczonych już w 1945 r. Radzieccy dowódcy, w tym sam Stalin, dopiero uczyli się współcześnie wojować. Ich stałą taktyką było szafowanie krwią żołnierską, nieliczenie się z własnymi stratami osobowymi. Temu zawdzięczali powodzenie historycznych ofensyw, przełamywanie niemieckich linii obronnych, itp. Ale nie tylko temu.

 Autor, akcentując fakt zaangażowania na froncie wschodnim gros sił niemieckich, równolegle stawia jednak tezę, iż bez udziału w wojnie aliantów zachodnich Niemcy byłyby w stanie skierować na front wschodni siły jeszcze większe, zdolne do pokonania ZSRR. Bitwa na Łuku Kurskim latem 1943 r. była już prawie przez Wehrmacht i Waffen SS wygrana, ale w tym samym czasie alianci wylądowali na Sycylii i na Półwyspie Apenińskim, wyeliminowali Włochy z wojny, co spowodowało pilną konieczność ściągnięcia z frontu wschodniego części niemieckich sił pancernych celem skierowania ich do Italii. I analogicznie: letnie ofensywy radzieckie rok później mogły być skuteczne tylko dzięki zaangażowaniu sił niemieckich na nowo otwartym froncie francuskim po wylądowaniu aliantów w Normandii w czerwcu 1944 r. Poza tym przez cały czas trwania wojny Luftwaffe nie mogła przeznaczyć odpowiedniej liczby samolotów do walk na froncie wschodnim, tocząc obronną batalię powietrzną z nalotami brytyjskimi i amerykańskimi, niszczącymi m.in. wojenny przemysł niemiecki. Także bitwa o Atlantyk pośrednio okazała się pomocna dla Związku Radzieckiego. Konieczność budowy dużej liczby okrętów podwodnych dla Kriegsmarine implikowała pomniejszenie potencjału produkcyjnego przeznaczanego na inne rodzaje uzbrojenia, w tym tego wykorzystywanego na froncie wschodnim. Autor podkreśla również olbrzymią przydatność pomocy materiałowo-sprzętowej kierowanej drogą morską i lądową do ZSRR przez aliantów zachodnich.

 Sporą liczbę kart książki autor poświęca na przedstawienie rzeczywistych strat poniesionych przez obie walczące strony. Jego wyliczenia znacznie odbiegają od informacji podawanych przez „oficjalną” historiografię rosyjską, po stronie strat radzieckich wykazują dane znacznie wyższe od danych tzw. urzędowych. Przyznam, że te analityczne i skrupulatne szacunki mogą być dla przeciętnego czytelnika dość nużące, zainteresują raczej tylko osoby zawodowo zajmujące się tematyką wojny niemiecko-radzieckiej (historyków, politologów, publicystów historycznych).

 Borys Sokołow nie unika również przedstawiania możliwych wersji alternatywnych rozwoju tej wojny, zarówno w kontekście poszczególnych operacji militarnych, jak i jej finalnego rezultatu. Wysuwa ciekawą tezę, że zwycięstwo Armii Czerwonej, uwieńczone zdobyciem Berlina, było niezwykle korzystne dla … Niemiec. Gdyby bowiem front wschodni utknął gdzieś w głębi ZSRR lub w Polsce, Amerykanie latem (a najpóźniej jesienią) 1945 r. powaliliby Niemcy na kolana, rzucając na nie od 10 do 12 bomb atomowych. Zdaniem autora tylko dwie, jak w przypadku Japonii, nie wystarczyłyby na zmuszenie nazistów do bezwarunkowej kapitulacji. III Rzesza spłonęłaby wówczas nuklearnym ogniem. ZSRR najprawdopodobniej powróciłby do swoich granic sprzed 17 września 1939 r. A rzeczywiście niepodległa Polska do swojego przedwojennego, nieuszczuplonego obszaru dodałaby całe Prusy Wschodnie (Królewiec nie stałby się wówczas Kaliningradem), oczywiście także Gdańsk oraz resztę Górnego Śląska. I jak tu nie kochać prof. Sokołowa? „Poloniców” w jego książce jest zresztą więcej. Borys Sokołow z sympatią wyraża się o naszej Armii Krajowej, bez ogródek pisze o zbrodni katyńskiej i tragedii powstania warszawskiego.

 Dwa rozdziały książki autor poświęca omówieniu sytuacji panującej na terenach ZSRR czasowo okupowanych przez Niemcy oraz na obszarze reszty kraju, stanowiącej gigantyczne zaplecze logistyczne dla potrzeb wojny. Podkreśla bardzo ciężką sytuację ludności cywilnej – zmuszonej do niewolniczej wręcz pracy na rzecz frontu, przymierającej przy tym głodem.

Reasumując, gorąco polecam tę interesującą lekturę autorstwa historyka – Rosjanina. Jak powyżej nadmieniłem, czytelnik znużony danymi statystycznymi może poświęcone im fragmenty książki po prostu szybciej przekartkować, zapamiętując tylko ogólny ich sens. Nie ma potrzeby ślęczenia nad szczegółowymi analizami składów formacji wojskowych oraz ich strat osobowych i materiałowych. A postać prof. Borysa Sokołowa nieco mi się kojarzy z osobą naszego nieodżałowanego śp. prof. Pawła Wieczorkiewicza, również nieprzejmującego się mainstreamową polityką historyczną i wysuwającego własne śmiałe, ale jakże słuszne tezy.

Stały Bywalec
02-09-2021, 14:55
Przypominam:
Grzegorz Górski „Wrzesień 1939. Nowe spojrzenie”
Jagiellońskie Wydawnictwo Naukowe, Toruń 2017

Elektroniczna wersja tej książki jest do pobrania (nieodpłatnie) tu:

http://kj.edu.pl/wp-content/uploads/2017/05/wrzesien_39_publikacja.pdf

Polecam tę publikację, daleko odbiegającą od opinii o genezie polskiego Września 1939, zakonserwowanej w naszej historiografii.

I jeszcze o jednej książce "okolicznościowej". Poniższy tekst znajdzie się na moim blogu za kilka dni.

Robert Forczyk „Fall Weiss. Najazd na Polskę 1939”
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2019

Dr Robert Forczyk, amerykański doradca i publicysta w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego oraz stosunków międzynarodowych, były zawodowy oficer (ppłk.) US Army, napisał bardzo ciekawą książkę nt. wojny obronnej Polski w 1939 r. przed agresją z zachodu i ze wschodu. Od razu zastrzegam, iż (zgodnie z tytułem) znaczna jej część zawiera opisy potencjału militarnego walczących stron, posiadanego przez nie uzbrojenia i sprzętu oraz samego przebiegu działań wojennych – z wyszczególnieniem jednostek wojskowych, ich liczebności i struktur, dowódców oraz wskazania terytoriów, na których operowały. Te rozdziały spodobają się głównie miłośnikom historii wojskowości. Śmiało mogę je polecić, jako że zostały napisane przez specjalistę, który opisy strategii i taktyki walczących stron wzbogacił własnymi, fachowymi komentarzami. Oczywiście książka jest poświęcona całokształtowi wojny 1939 r., obszernie też przedstawia genezę jej wybuchu, całe tło polityczne tamtego okresu i (pobieżnie) lat dużo wcześniejszych, a także – już bardzo skrótowo – dalsze konsekwencje przegranej przez Polskę wojny. Na pewno zadowoli więc również czytelnika preferującego historię polityczną, wolącego ją od drobiazgowego śledzenia ruchu armii dopiero tę historię kreujących.
Przegraliśmy wojnę i już. Ale autor inaczej niż większość historyków tę naszą porażkę postrzega. Jej przyczynę widzi nie w dysproporcji sił zbrojnych III Rzeszy i II RP, choć oczywiście tę dysproporcję zauważa i nie szczędzi jej opisów. Wskazuje natomiast błędy w polskim systemie dowodzenia, skutkujące chaosem organizacyjnym. Na str. 369 pisze wprost (cyt.): Można nawet powiedzieć, że Niemcy odnieśli zwycięstwo nie tyle ze względu na przewagę techniczną czy liczebną, ile na zdolność do koordynacji działań wielu dywizji, której to zdolności Polacy nie mieli. Należy to jednak rozumieć tylko jako przyczynę klęski tak szybkiej, ale nie przegrania wojny w ogóle. Zostaliśmy bowiem osamotnieni, a liczenie na odciążającą nas ofensywę na zachodzie było bezzasadne. Opisy żenującego zachowania przywódców Anglii i Francji oraz przebiegu „dziwnej wojny” na froncie zachodnim w 1939 r. autor kończy stwierdzeniem (cyt., str. 267): Wielka Brytania i Francja od początku 1939 roku wiedziały, że w razie niemieckiego ataku nie będą udzielać rzeczywistej pomocy zbrojnej Polsce, ale nie dzieliły się tą informacją. Ich dyplomaci natomiast karmili chętnych Polaków obietnicami, że gwarancje wojskowe zmienią się w wystarczająco silną reakcję zbrojną, by uniemożliwić Niemcom opanowanie Polski. (…) Tak naprawdę brytyjscy i francuscy przywódcy wojskowi spisali Polskę na straty jeszcze przed wybuchem wojny i nie planowali rozpoczęcia poważnej ofensywy wcześniej niż co najmniej w roku 1941. Ale jednak w 1939 r. coś się na tym froncie zachodnim działo – Niemcy bombardowano ulotkami (głównie), a armia francuska ograniczonymi siłami wdarła się (przejściowo) „aż” 8 km w głąb Niemiec, tracąc ok. 2 tys. żołnierzy, podchodząc pod bunkry niemieckiego Wału Zachodniego, ale już ich nie szturmując.
Autor przedstawia również działania militarne na wschodzie, zaistniałe po napaści na nasz kraj przez Związek Radziecki. Poprzedza je opisem nerwowych starań dyplomacji niemieckiej, dopingującej ZSRR do jak najszybszego uderzenia na Polskę, zgodnie z tajnymi ustaleniami paktu Ribbentrop-Mołotow. Na str. 328 i 329 zamieszcza pełny tekst noty dyplomatycznej wręczonej w Moskwie dnia 17 września o godz. 3:15 nad ranem polskiemu ambasadorowi Grzybowskiemu przez radzieckiego wiceministra Potiomkina.
Reasumując, amerykański autor niczego w swojej książce nie przemilcza, a do napadniętej i następnie zniewolonej Polski odnosi się z dużą sympatią. Jest to bardzo istotne ze względu na skierowanie tej publikacji przede wszystkim do czytelnika amerykańskiego, dla którego może stanowić pierwsze i tak bogate źródło informacji o sprawach tylko dla nas oczywistych. Co nie znaczy, że polski czytelnik może przejść obok niej obojętnie. Sięgnijmy i my po to opracowanie popularnonaukowe. Przypominam, iż jego autor to zarazem zawodowy politolog, uznany historyk II wojny światowej oraz specjalista od wojskowości, co już – w odniesieniu do dziś omówionej książki – dało gwarancję obiektywnego, kompleksowego przedstawienia genezy, przebiegu i następstw wojny polsko-niemieckiej.
PS. Ani w notkach na obwolucie, ani w Wikipedii, nie doczytałem się informacji o polskim pochodzeniu autora, na co może wskazywać brzmienie jego nazwiska.

Stały Bywalec
20-09-2021, 06:53
Jeszcze o wojnie Polski z Niemcami, rozpoczętej 1 września 1939 r. Tak o niej pisze i tak jej ew. dalszy przebieg widzi dr Tymoteusz Pawłowski – przy założeniu, że nie doszło do napadu na Polskę również przez ZSRR dn. 17 września:

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2021/09/sowieci-nie-wchodza-polacy-mogli-wygrac.html

bartolomeo
27-09-2021, 18:18
Wreszcie wychodzi w ebooku wybitna "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla (https://woblink.com/ebook/-smier-c-pieknych-saren-przedsprzedaz-ota-pavel-226371u), w przedsprzedaży za jedyne 17,99zł. Za taką książkę to jak za darmo. Gorąco polecam!

bartolomeo
10-11-2021, 16:45
Dariusz Jaroń Polscy himalaiści

47720

Pierwsza polska wyprawa w Himalaje (lato 1939 r.) i późniejsze zaplątanie w historię jej uczestników. Dawno żadna książka mnie tak nie wciągnęła.
Aktualnie e-book w promocji na nexto.pl, posiadacze konta premium kupią książkę za 11,45zł. To szersza promocja na książki górskie (https://www.nexto.pl/ksiazki_o_gorach__c5123.xml#filters), w dobrych cenach m.in. "Minus 100 stopni" Arta Davidsona czy "Wszystko za Everest" Krakauera.

bartolomeo
16-11-2021, 18:58
Tym razem nie do czytania a do słuchania: audiobook "Huculszczyzna" Ossendowskiego (https://www.publio.pl/huculszczyzna-antoni-ferdynand-ossendowski,p920352.html) do pobrania za darmo. Tegoż autora "Polesie" (https://www.publio.pl/polesie-antoni-ferdynand-ossendowski,p920412.html) w tej samej cenie.

Tego samego wydawcy (Muzeum Historii Polski) jeszcze kilka innych darmowych audiobooków,

Stały Bywalec
11-12-2021, 11:54
Poniższy tekst jeszcze w br. powinien znaleźć się na moim blogu. Ale premierę ma dziś tu.

Theodor Plievier „Stalingrad”
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1958

O autorze proszę poczytać np. tu:
Theodor Plievier – Wikipedia, wolna encyklopedia:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Theodor_Plievier

Przez chwilę o tym konkretnym egzemplarzu książki. Pochodzi on z jej wydania pierwszego, tj. tylko o 7 lat młodszego ode mnie. Ówczesna cena detaliczna 31 zł. Ale na ostatniej stronie widnieje wpisana ołówkiem cena antykwaryczna 200 zł – to dowód, że do mojego prywatnego księgozbioru książka trafiła gdzieś tak pod koniec lat 80. lub na początku lat 90. ub. wieku. I spoczywała tam, zawieruszona i nieprzeczytana, aż do grudnia 2021 r. W dniu, gdy to piszę, jestem świeżo po jej lekturze. W księgarniach proszę książki nie szukać. Raczej w bibliotekach publicznych – w czasach PRL miała kilka wydań. A gdyby ktoś chciał ją nabyć na własność (polecam!), to pomoże mu w tym Internet – spostrzegłem w nim kilka ofert sprzedaży po tylko kilkanaście zł za egzemplarz. Tłumaczenie angielskie (wersję elektroniczną) można sobie ściągnąć za darmo.
Do nazwy wydawnictwa i czasów publikacji proszę się nie uprzedzać. Żadnej agitacji proradzieckiej Państwo się nie obawiajcie. Na 591 stronach (tego wydania) znajdujemy bardzo realistyczną powieść dokumentalną, napisaną dla czytelnika niemieckiego już w 1945 r. Przedstawiającą opis bytowania żołnierzy niemieckich w coraz to bardziej kurczącym się kotle stalingradzkim (listopad 1942 – luty 1943). Nie tylko ich zaciętych walk z oblegającą Armią Czerwoną, ale też zakwaterowania, wyżywienia, zaopatrzenia, opieki medycznej. Wszystko to szybko okazało się niedostateczne. Zakwaterowanie frontowych żołnierzy miało miejsce w prowizorycznych bunkrach, w wykopanych i okrytych tylko brezentem dołach, także w ruinach domów – przy zawiejach śnieżnych i temperaturze sięgającej minus 30 st. C. Wyżywienie było skąpe, niekiedy żadne. Zaopatrzenie w broń i amunicję też szwankowało – zwłaszcza gdy przedwcześnie wysadzano w powietrze własne magazyny, aby nie dostały się w ręce wroga. Opieka medyczna nad olbrzymią liczbą żołnierzy (chorych, rannych, z ciężkimi odmrożeniami) była iluzoryczna. Nielicznym lekarzom szybko zabrakło lekarstw, środków znieczulających, z czasem też materiałów opatrunkowych. Nieleczeni pacjenci tłoczyli się i masowo umierali w zimnych piwnicach – także z chłodu, głodu i ostrzału artyleryjskiego. Generalnie wśród oblężonych powstawał coraz większy chaos, zauważalny również w systemie dowodzenia obroną.
Bohaterami powieści Plievier uczynił kilkunastu żołnierzy Wehrmachtu, z których większość uśmiercił. Padli w boju lub zmarli z ran i odmrożeń, nie otrzymawszy właściwej (bądź żadnej) pomocy lekarskiej. Postacie te były autentyczne lub autor wprowadził je do powieści na podstawie konkretnych pierwowzorów. Owi bohaterowie książki to żołnierze w stopniach od szeregowca do generała – różnego pochodzenia społecznego i wykształcenia, różnych światopoglądów oraz oczywiście różnych charakterów. Generalnie, z małymi wyjątkami, odważni i dobrze sprawujący się na polu walki. Swojego Führera przestawali szanować na ogół dopiero wtedy, gdy uświadomili sobie iluzoryczność odsieczy i nieuchronność klęski. Autor pokrótce przedstawił też ich wcześniejsze losy, zanim trafili pod Stalingrad. Kilku wysłano tam drogą lotniczą, już podczas oblężenia. W tym niektórych na własną prośbę – uroili sobie, że uczestnictwo w bitwie stalingradzkiej zapewni im wysokie odznaczenia bojowe i przyspieszy drogę awansową. Oczywiście po odblokowaniu kotła, w co święcie przed wylotem uwierzyli.
Reasumując, książka przedstawia niezwykle realistyczny obraz kilkudziesięciu dni walk w oblężeniu, jak też zawiera opisy różnych żołnierskich zachowań, charakterów i refleksji wywołanych tragiczną sytuacją. Miłośnicy dobrej literatury pola walki na pewno się nie rozczarują. Jak dowiedziałem się z powołanej na wstępie notki w Wikipedii, „Stalingrad” to tylko jedna część wojennej trylogii Plieviera, pozostałe to „Moskwa” i „Berlin”. Tych dwóch innych nie znam, zdaje się, że nie było ich polskich wydań.

Leuthen
11-12-2021, 21:28
Poniższy tekst jeszcze w br. powinien znaleźć się na moim blogu. Ale premierę ma dziś tu.

Theodor Plievier „Stalingrad”
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1958
Czytałem jak najbardziej w czasach współczesnych - w bieżącym stuleciu. Przyłączam się do opinii: warto przeczytać. Mocna rzecz! Do dziś pamiętam opis jak żołnierze niemieccy zaglądają do wagonów i odkrywają ich przerażającą "zawartość". Oraz to, że jeden z bohaterów tej powieści był wcześniej strażnikiem w obozie dla jeńców radzieckich. I ten finał, gdy ślady dwu bohaterów dołączają do tysięcy innych wyznaczających szlak wędrówki jeńców niemieckich do niewoli po kapitulacji - po latach powróci z niej tylko 6 tysięcy "Stalingradkaempfer"...

Stały Bywalec
14-01-2022, 17:52
Poniższy tekst znajdzie się w mojej „Czytelni Książek Historycznych” dopiero za parę tygodni. Premierę ma dziś tu.

Robert Walenciak „Gambit Jaruzelskiego. Ostatnia tajemnica stanu wojennego”
Wydawca: Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2021

Trudno tę książkę sklasyfikować formalnie. Stanowi po części reportaż historyczny, można ją określić jako literaturę faktu, ale też składają się na nią osobiste wspomnienia i opinie głównych dramatis personae wydarzenia, którego 40-tą rocznicę obchodziliśmy dnia 13 grudnia 2021 r. Autor prezentuje się jako niezależny komentator poszukujący wyłącznie prawdy, bez znaczenia jakiego odcienia politycznego by ona nie była. I prawdę tę odkrywa, m.in. dokładnie analizując dostępne po latach radzieckie dokumenty. Nie bez kozery napisałem: dokładnie. Robert Walenciak demaskuje m.in. manipulatorskie czynności niektórych naszych historyków, którzy ze stenogramu dyskusji z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR w dniu 10 grudnia 1981 r. wysnuli „rewelacyjny” wniosek, jakoby Związek Radziecki nie zamierzał zbrojnie w Polsce interweniować. A zatem, w domyśle, tłumaczenie gen. Jaruzelskiego, iż stan wojenny zapobiegł takiej interwencji, wg nich nie wytrzymuje krytyki. W książce dokładnie są zacytowane fragmenty ww. stenogramu, z premedytacją pominięte przez owych historyków. Całość dostępnego tekstu dowodzi, że towarzysze radzieccy, i owszem, podjęli wówczas decyzję o nieinterwencji, lecz chodziło wtedy o rezygnację z wkroczenia do Polski wojsk Układu Warszawskiego równocześnie z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego (którego datę w dniu posiedzenia politbiura już na Kremlu znano). Czyli nie była to decyzja o nieinterwencji w ogóle, lecz tylko rezygnacja z przygotowanej interwencji „wspomagającej”. Natomiast groźba wkroczenia do PRL „sojuszniczych” sił zbrojnych ZSRR, w politycznym towarzystwie dywizji czechosłowackich i enerdowskich, pozostawała cały czas realna – w razie niewprowadzenia w Polsce stanu wojennego, bądź jego niepowodzenia.

Autor dokładnie przeanalizował ówczesną rolę Polski w polityce międzynarodowej, gdzie byliśmy bardziej przedmiotem niż podmiotem. Przez nasz kraj wiódł najkrótszy szlak zaopatrzeniowy dla ok. 400 tys. żołnierzy radzieckich stacjonujących w NRD. Także około ich 100 tys. ulokowano w Polsce. Jedni i drudzy dysponowali strategiczną bronią jądrową. I nie chodziło przecież tylko o wojskową logistykę (transport, zaopatrzenie, etc.) w okresie pokoju. Trwała tzw. zimna wojna, w każdej chwili mogąca się przerodzić w rzeczywistą. Niedawno oglądałem na kanale TVP Historia odcinek cyklicznego programu pt. „Archiwum zimnej wojny”. Odcinek ten dotyczył pierwszych lat 80-tych i przygotowań w tym czasie do ofensywy wojsk Układu Warszawskiego przez terytorium Polski w kierunku północnych Niemiec i Danii. Twierdzenie, że na Kremlu AD 1981 pozwolono by na wyplątanie się PRL z gorsetu wspólnoty „demoludów” świadczy albo o złej woli głosicieli takiego poglądu, albo o ich polityczno-historycznej ignorancji. Nie bez znaczenia pozostawały też dla władców ZSRR, Czechosłowacji i NRD względy ideologiczne – wszak polska „zaraza” (Solidarność) mogła się rozprzestrzenić na kraje sąsiednie niczym współczesny covid-19 w mutacji omikron.

Wyraz „gambit” posiada dwa znaczenia. Drugie, to nieszachowe, wytłumaczone jest jako (cyt. str. 197 w: „Słownik 100 tysięcy potrzebnych słów pod redakcją profesora Jerzego Bralczyka”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2005): „działanie ryzykowne, podjęte w celu stworzenia korzystnej dla siebie sytuacji”. Jakiż był zatem ów tytułowy gambit Jaruzelskiego? Pozwolę go sobie, tak jak to zrozumiałem z lektury książki, wypunktować.

 Perfekcyjne (z punktu widzenia organizacji i logistyki) przygotowanie i przeprowadzenie operacji stanu wojennego. Także uzasadnione choć bardzo ryzykowne zwlekanie z decyzją o jego wprowadzeniu, ponieważ mogło to wyczerpać cierpliwość Breżniewa i jego świty.

 W polityce wewnątrzpartyjnej pozbawienie realnej władzy tych towarzyszy z polskiego politbiura, których zidentyfikowano jako faktycznych radzieckich agentów, kontaktujących się z ambasadorem ZSRR i z wojażującymi po Polsce (jawnie bądź incognito) radzieckimi generałami. Jaruzelski ów czołowy tzw. beton partyjny wtedy jedynie skutecznie zneutralizował, pozbył się zaś go całkowicie dopiero w połowie lat 80-tych.

 W polityce wewnętrznej brak możliwości i chęci Jaruzelskiego do dogadania się z Solidarnością, niezamierzającą dać się uczynić partyjną przybudówką na wzór peerelowskiej Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ). W kraju szalał kryzys ekonomiczny, w sklepach zaczynało brakować już w zasadzie wszystkiego (doskonale to pamiętam z autopsji). Zdesperowani pracownicy byli podatni na wszelkie hasła antyrządowe, antypartyjne i antyustrojowe. Ciągle albo strajk, albo pogotowie strajkowe. Chciano pracować jak w socjalizmie, ale zarabiać jak w kapitalizmie (czego bezsens wyjaśnił dopiero 10 lat później prof. Balcerowicz). Jedną z radzieckich opcji było podjęcie zbrojnej interwencji dopiero po wybuchu w Polsce wojny domowej. I zapewne by do niej doszło, ponieważ ZSRR planował w 1982 r. drastycznie ograniczyć nam dostawy ropy naftowej i gazu. Bez tych nośników energii i tak ledwo dysząca gospodarka PRL by padła, a wtedy cały polski naród (głodny, nieogrzany, nieleczony, pozbawiony transportu, etc.) wyszedłby na ulice. Od owej, już zaplanowanej redukcji Związek Radziecki odstąpił dopiero po wprowadzeniu u nas stanu wojennego.

 Równoczesne z ogłoszeniem stanu wojennego wyprowadzenie Ludowego Wojska Polskiego z koszar, skierowanie oddziałów (w pełni wyposażonych w broń i amunicję) na poligony oraz w miejsca blokad dużych ośrodków miejskich – dziwnym „zbiegiem okoliczności” były to rejony planowanych dyslokacji oddziałów radzieckich. W tej sytuacji, w razie podjęcia radzieckiej interwencji, naszego wojska nie można by odizolować w koszarach (jak to miało miejsce w przypadku armii czechosłowackiej w 1968 r.), a ponadto wejście „sił sojuszniczych” groziło niekontrolowanym wybuchem starć zbrojnych.

 Świadomość generała Jaruzelskiego, że rozpoczęcie radzieckiej interwencji wojskowej będzie stanowić koniec jego kariery politycznej, być może też kres jego życia. Nie chcąc doczekać upokarzającego aresztowania lub nawet doraźnej egzekucji, był przygotowany na popełnienie honorowego samobójstwa (co również sugerował, w takiej hipotetycznej sytuacji, Mieczysławowi Rakowskiemu).

Reasumując polecam tę książkę wszystkim zainteresowanym okolicznościami wprowadzenia dnia 13 grudnia 1981 r. stanu wojennego w PRL i dalszego jego przebiegu. Także osobom, które – wskutek zmanipulowanej tzw. polityki historycznej – uwierzyły w urzędową wersję przekazu historycznego. Będą miały teraz okazję ją zweryfikować. Pod warunkiem, że nie cierpią na redukcję dysonansu poznawczego.

Na zakończenie jednak też i parę słów krytyki – nie orientuję się tylko, czy pod adresem autora, czy wydawnictwa. Na str. 252 i 253 znajduje się tabelaryczny wykaz sił zbrojnych Ludowego Wojska Polskiego i planowanych sił interwencyjnych. Pomylono tam rozmieszczenie pozycji w tabeli – siły LWP wykazano jako liczniejsze i lepiej uzbrojone niż oddziały radzieckie, czechosłowackie i enerdowskie razem wzięte. O tym, iż jest to ewidentny błąd, można się przekonać podsumowując dane liczbowe z poszczególnych wierszy tabeli.

partyzant
14-01-2022, 21:31
Byłem w Trójmieście w czasie gdy Wałęsowie mieszkali już przy ulicy Polanki. Mogę podzielić się tylko okruchami jakie zostały mi w pamięci. Wtedy jako jeden z punktów wycieczki mieliśmy
przejazd ulicą obok domu Wałęsów.
Pamiętam, że w porcie pani przewodnik pokazywała nam rurociąg wychodzący daleko w morze(zatokę), który był zbudowany w czasach Gierka(któremu stanowczo odradzano ten projekt) i przystosowany do odbioru ropy z tankowców, których kilka sztuk wtedy mieliśmy. Sprawa była mało opłacalna i stało to prawie bezużyteczne, tankowce zaczęto wyprzedawać ale nie wszystkie. Według słów pani przewodnik gdybyśmy tego nie mieli, to ze strony ZSRR groził nam paraliż energetyczny.
Odnośnie zasadności wprowadzenia stanu wojennego, to wypowiedzi Zbigniewa Brzezińskiego potwierdzają tezy zawarte w tej książce.
Brzeziński był doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego USA za prezydentury Jimmy'ego Cartera w latach 1977-1981 i z tego co pamiętam,
nie miał złudzeń co do ewentualnego zachowania Moskwy.

mazg
15-01-2022, 14:28
ten rurociąg w morze to chyba była budowa portu Północnego...

sir Bazyl
10-02-2022, 23:07
Albert Wass „Czarownica z Funtinel”

Niegdyś zachęcajkę do przeczytania książki zacząłem od opisu okładki (link) (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/5527-Krzysztof-Wiktorowicz-quot-TŁUMACZE-CISZY-quot) a dzisiejszą zacznę od ostatniego zdania :grin:, czyli na samym początku zdradzę Wam zakończenie :mrgreen: :
„Niech ta książka będzie hołdem złożonym przeszłości, pamiątką minionych dni, drogowskazem w ludzkiej dżungli.”

I o tym właśnie jest ta powieść.
Koniec.

E tam, ściemniam – jeszcze kilka zdań skrobnę, żeby zachęcić, ponieważ wydaje mi się, że ta powieść jest u nas mało znana a moim zdaniem zasługuje na szersze zainteresowanie gdyż (i tu nie ma co ukrywać) jest fantastyczna! I to nie z tego powodu, że gdy była dostępna w księgarniach to umieszczano ją na półkach z fantastyką, jeno dlatego, że w sposób genialny przenosi czytających do czasów jeszcze niemalże dziewiczych Karpat Węgierskich (obecnie Rumuńskich):

„A kiedy już mocno zatęsknisz za pięknem, a i za tym, by móc zapomnieć o ludziach, chodź, pójdziemy w górę wzdłuż rzeki Maros!
Przy Dédzie dolina jest jeszcze szeroka, ale gdy pozostawisz za sobą piłę nieopodal Bystrego i dotrzesz tam, gdzie zielone wody potoku Galonya wlewają się do Maros, naraz gromadnie otoczą cię góry. Rzeka jest tam już płytka i wartka. Kamienie na czysto filtrują jej wody i pośród tych kamieni zobaczyć możesz przemykające pstrągi i lipienie. Podnóże lasu schodzi aż do pędzącej wody, a ze szczelin w ogromnych szarych skałach wychyla się jedna i druga słabowita brzózka i w znikającym lustrze podziwia swój biały pień.
Do Ratosnyi dolina coraz bardziej się zwęża i gęstnieje las po obu jej stronach. Wody Zsizsy wpadają do rzeki już w szpalerze świerków, a dalej, za Ratosnyą, koronkowy grzbiet Lisztes wypiętrza się niemal nad twoją głową.
Tutaj powietrze ma już swój własny zapach. Wiosną jest to aromat brzóz, latem – świerków, jesienią – buków. A jeśli napotkasz wiatr, poczujesz w nim poziomki, maliny, jagody, które wypełniają jary tam w górze. Gdy halą Kóbor wdrapiesz się na szczyt Andrenyásza i na wielkiej polanie zatrzymasz się przed kolibą węglarzy, ujrzysz przed sobą nasze piękne góry, wszystkie, każdą z nich. Na wschodzie Pietrosz, Cserbükk, Góry Kelimeńskie, na południu góry Ilva, Bélbor, Borszék, w kierunku zachodu łańcuchy łagodnych grzbietów Görgény, a na północy Tron Boży o płaskim szczycie.
I pod sobą, tam głęboko, dostrzec możesz Maros, jak w ciasnych przesmykach zakręca to w jedną, to w drugą stronę, podobna do wąskiej srebrnej wstążki. I dokładnie naprzeciw ciebie, pod Szerecsen, zamknięty pomiędzy dwiema górami o ostrych szczytach, wpada do Maros potok. To właśnie jest Szalárd. Wypływa gdzieś daleko w górze, na grzbietach Görgény, i z rozległego, pokaźnego obszaru przynosi z sobą wody trzydziestu kilku potoczków. Wokół niego, dokąd tylko sięgną twe oczy, wszędzie jest las. Tylko las. I nigdzie twój wzrok nie dojrzy zagrody leżącej w odosobnieniu, wsi, nawet w odległości, do której przebycia potrzeba by dwóch dni.”

Za czasów młodości nie trawiłem opisów przyrody a teraz je uwielbiam. Być może wtedy zniechęcały mnie smęcenia lekturowe, do których miałem chroniczne anty nastawienie. Może było tak, że te opisy w lekturach nie były najwyższych lotów? Nie wiem i na razie sprawdzał nie będę. Za to te zamieszczane przez Alberta Wassa po prostu mnie urzekają i działają niesamowicie na wyobraźnię, wybornie odmalowując karpackie pejzaże z całym ich przyrodniczym bogactwem.
Powieść nie tylko obfituje we wspaniałe opisy szczytów, połonin, lasów, śródleśnych polan, rzek i potoków, jeleni, niedźwiedzi, dzików, głuszców i innych przedstawicieli fauny i flory ale też np. obiektów użyteczności ludzkiej:

„Taki właśnie był ten dom, który powstał na hali Komárnyik. Gdy powoli i spokojnie wznoszono jego ściany, pomiędzy ładnie pachnące bale świerkowe wbudowało się coś z ciepła promieni słońca. Z czystości błękitu letniego nieba. Z zapachu kwiatów, który unosił się tam pod drzewami niczym jakiś niewidoczny woal. Wbudowało się weń ciche gruchanie gołębi grzywaczy, gwizd drozda, gdy rankiem zataczał łuk ponad polaną, chłodne opary rosy i ten cichy, kojący szmer, jakim czasem rozmawiały drzewa, gdy po cichutku przemykał pomiędzy nimi wiatr w papuciach z mchu.”

„Naprzeciw ganku stał most. Jedyny most, który wiódł przez Maros, nad Szalárd. Zbudował go Márton, cieśla z Ilvy. Był to most osobliwy. Márton takie oto dostał zlecenie:
– Ma to być taki most, żeby przeszedł po nim koń i krowa też, ale wóz już nie!
I taki powstał ten most. Wąski na pięć stóp, z poręczą po obu stronach. Strzeliste jesionowe słupy dźwigały go wysoko nad wodą, żeby na wiosnę, gdy ruszają lody, nie zaszkodziła mu piętrząca się kra. Długi był, wysoki i wąski. Chybotał się pod nogami, a na środku wręcz huśtał się. A jednak nigdy nie było z nim problemu. Dobrze go posadowił Márton, ów cieśla.”

Któż by nie chciał mieć takiego domu gdzieś na polanie za rzeką, przez którą prowadziłby tylko taki most? Ja bym chciał :grin: ale na razie widoki na to są marne :evil: Za to dzięki lekturze tej książki , kisząc się teraz w blokowisku mogę sobie poczytać i pomarzyć o takiej hawirze.
Wracam na orbitę i zachęcam dalej:
Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni kilkunastu lat. Główną bohaterką jest Nuca, tytułowa czarownica, która w wyniku pewnych okoliczności , jako dwunastoletnia dziewczyna pędzi żywot sama w domu znajdującym się na znacznie oddalonej od siedzib ludzkich górskiej polanie. Historia kilku/kilkunastu lat jej życia jest głównym motywem opowieści ale występuje tam wiele innych barwnych postaci. Są to m.in. Dumitru Wilk, Gáspár, duży Dudás i mały Dudás, Iwan ryży moskal, stary Vénség, Mihály, Birtalan, Csoban, Bandilla, Ferenc, Włochatouchy, Tóderik i inni. Wymienieni powyżej to ludzie, którzy parają się różnymi zajęciami (małomówni strażnicy leśni, przepadnicy, karczmarz, bartnik) bądź psy. Kto z nich jest człowiekiem a kto psem zdradzał nie będę :) Autor powieści co pewien czas przeplata główny wątek pogmatwanymi i ciekawymi historiami z ich życia.
Wracając do głównej bohaterki to zdradzę tylko, że posiada ona pewne niecodzienne przypadłości/umiejętności, które tłumaczą tytuł i przez to pewnie umieszczano książkę w dziale fantastyka. Ale proszę się tym nie zrażać, gdyż to tak jakby umieścić książkę o indiańskich szamanach czy słowiańskich szeptuchach bądź zielarkach też w tym dziale.
Jak już wcześniej wspomniałem akcja toczy się przez lat kilka więc obserwujemy wielokrotnie zmieniające się pory roku, które autor cudownie opisał:

„Na próżno wysilały się ciemnoniebieskie lejki goryczki, żeby las uwierzył w lato: las już im nie wierzył. W głębinach jarów, w cieniu kotlin ziemia była już gotowa na przyjęcie pierwszego szronu. A powietrze było czyste i chłodne niczym stal, jakby wiatry odcedziły z niego ostatnie krople lata.
Dobre było to rykowisko. Jeszcze nawet w południe byki nie odpoczywały, tyle że pomoczyły się w błocie, tam gdzie kąpie się dzika zwierzyna, a ich porykiwania słychać było to tu, to tam, w głębinie jarów lub w drągowinie. Kiedy zaś słońce poczynało się skłaniać ku zachodowi i mgła ruszała w górę wzdłuż potoków, odzywały się wszystkie naraz. Powietrze falowało koliście, ziemia jęczała. Wieczorem byki porykiwały już z górskich grzbietów, na polanach, na płaśniach hal, dopóki tylko trwała noc, bez przerwy waliły ich racice, stukały wieńce i ryczały gardła. Od tego wszystkiego powietrze aż drżało. A odurzone byki ryły przejętą dreszczami ciszę nocy. Piękne było to rykowisko.”

„Bo jakżeż inne są wysokie góry zimą, ledwie można je rozpoznać! Tam, gdzie był nieprzebyty wiatrołom, tam jest gładki całun śniegu. Młoda choina zdaje się być raczej ośnieżoną skalną ścianą, a każda szczelina, którą wiatr wygrzebał w lesie, wabi ku sobie wędrowca, jakby była drogą, a w końcu prowadzi go w gęstwę nie do przebycia.
A kiedy nadejdzie wieczór! Kiedy wszystko staje się szare i śmiertelnie jednakowe, drzewa wręcz strzelają, trzeszczą od mrozu, a człowiek jest zmęczony, głodny i wstrząsają nim dreszcze od potu, co przymarzł do ciała. Człowiek zatrzymuje się w środku ośnieżonych szczytów i naraz dochodzi do niego ta przygnębiająca, przeraźliwa cisza, która wraz z oparami zmierzchu opada na pogrzebane w śniegu lasy. To już nie jest cisza; to już jest sama śmierć, zabójcza, wielka samotność, która niczym jakaś ogromna trumna z kości zamyka w sobie zamarznięty świat i w nim też człowieka, który stoi tam tak śmiertelnie osamotniony, że aż krew zastyga w żyłach.
Biada wówczas temu, kto się zatrzyma i zmęczony siądzie na śniegu, żeby odpocząć! Biada mu! Do rana wyciągnąłby się martwy na złudnym łożu, jeśliby go do tej pory nie pożarły włóczące się wilki. Biada temu, kto jest zmęczony i bezradny wobec spadającej nań zimowej nocy! Kogo sparaliżuje cisza. Kogo zaczaruje szarobiały bezruch. W kim nie ma siły i woli, żeby walczyć z każdą minutą. Kto nie potrafi znaleźć najodpowiedniejszej choiny, której gałęzie, niczym namiot, sięgają w dół do śniegu, nie odgarnie spod tych gałęzi lodu i białego puchu, nie nanosi do tego legowiska, ile tylko się da, świerkowych pędów. Kto jest już zbyt słaby, by zwalić kilka drzew i zbudować przed sobą ścianę, a pod ścianą ułożyć ogromny stos i przez całą bożą noc, czuwając, strzec ognia, żeby potem rankiem jeszcze bardziej zmęczony, z oczami na czerwono przeżartymi od mrozu i dymu, leczy żyw, żyw, móc dalej powędrować poprzez krainę, którą włada śmierć, poprzez góry.”

Nie myślcie sobie, że tylko przyroda i przyroda i tak do znudzenia. Fabuły opisywać nie chcę, żeby pozostawić każdemu jej odkrywanie ale zapewniam, że toczy się wartko niczym wody górskich potoków i jest pełna zwrotów i niespodziewanych zdarzeń. A wracając do przyrody (a jakże :mrgreen:) to przytoczę też opisy innych zjawisk, np. wiatru:

„Któż zna tajemnicę wiatrów tam wysoko, w krainie ośnieżonych szczytów, któż ją zna? Któż zna te zapadłe kotliny, gdzie owe wiatry kryją się w taki czas, wraz z upływem jesieni, pod wilgotną szubą deszczu, w szczelinach skał, przyczajone obok przemokniętych pni drzew? Któż je zna?
Człowiek myśli, że to już koniec świata. Każde życie powoli więdnie i pada, podobnie jak liście z potarganych drzew. Gasną światła i barwy. Z każdym dniem gęstnieje szarzyzna, chmury stają się coraz cięższe i człowiek myśli, że to koniec świata.
Po czym raptem zjawiają się wiatry. Któż to wie skąd? Któż to wie, w której kotlinie czaiły się do tej pory, pod którą skałą cierpliwie znosiły mgły i deszcze, które tam padają? A przecież wreszcie się zjawiają.
Lecz są już inne, jakżeż inne!
Nadchodzą któregoś wieczoru. Albo kiedy jest już nocka. Nie wiadomo skąd i kiedy. Raptem zaczyna gwizdać strych. Człowiek w ciemności siada na łóżku i zamienia się w słuch. I nagle do jego uszu dochodzi z daleka szum świerków. Wtedy już można wiedzieć: to one, wiatry.
Kilka chwil i trzeszczą buki. Jęczą, wzdychają. Potok wyje w głos, jary zgrzytają zębami. Skrzypią okapy w chacie, szaleje ogień w piecu. Chłodne ostrza tną przestrzenie pomiędzy belkami i wydmuchują na środek izby starannie powtykany tam mech. Człowiek czuje, że na zewnątrz coś się oswobodziło. Rozpętało się i teraz galopuje poprzez góry, obala drzewa w drągowinie i zmusza jary do płaczu, przeczesuje przemoczoną wełnę choin i batem wybija mgły z kotlin. Huczy, świszcze przez calutką noc.”


- mrozu i śniegu:

„Kto zimę zna tylko w wygodnej izbie, przy ciepłym piecu, ten nawet nie może sobie wyobrazić, jak to jest, gdy człowiek o głodzie, szczękając zębami, brnie w śniegu, zboczem w górę, zboczem w dół, pośród dzikich świerkowych borów, okrutnie daleko od miejsca zamieszkanego przez ludzi. Kiedy pot przymarza człowiekowi do skóry, a płuca rozrywa mu zimne powietrze oddechu. Kiedy przy każdym kroku człowiek zapada się na tych bezdrożach po pas, a przy tym musi uważać nie tylko na śnieg, nie tylko na mróz, ale i na samą połoninę, na bezładnie pokręcone górskie grzbiety, żeby nie zgubić się na tym pustkowiu. Bo jakżeż inne są wysokie góry zimą, ledwie można je rozpoznać! Tam, gdzie był nieprzebyty wiatrołom, tam jest gładki całun śniegu. Młoda choina zdaje się być raczej ośnieżoną skalną ścianą, a każda szczelina, którą wiatr wygrzebał w lesie, wabi ku sobie wędrowca, jakby była drogą, a w końcu prowadzi go w gęstwę nie do przebycia.
A kiedy nadejdzie wieczór! Kiedy wszystko staje się szare i śmiertelnie jednakowe, drzewa wręcz strzelają, trzeszczą od mrozu, a człowiek jest zmęczony, głodny i wstrząsają nim dreszcze od potu, co przymarzł do ciała. Człowiek zatrzymuje się w środku ośnieżonych szczytów i naraz dochodzi do niego ta przygnębiająca, przeraźliwa cisza, która wraz z oparami zmierzchu opada na pogrzebane w śniegu lasy. To już nie jest cisza; to już jest sama śmierć, zabójcza, wielka samotność, która niczym jakaś ogromna trumna z kości zamyka w sobie zamarznięty świat i w nim też człowieka, który stoi tam tak śmiertelnie osamotniony, że aż krew zastyga w żyłach.
Biada wówczas temu, kto się zatrzyma i zmęczony siądzie na śniegu, żeby odpocząć! Biada mu! Do rana wyciągnąłby się martwy na złudnym łożu, jeśliby go do tej pory nie pożarły włóczące się wilki. Biada temu, kto jest zmęczony i bezradny wobec spadającej nań zimowej nocy! Kogo sparaliżuje cisza. Kogo zaczaruje szarobiały bezruch. W kim nie ma siły i woli, żeby walczyć z każdą minutą.”


Do tej krainy sielskiej wkracza w pewnym momencie nowe, burząc dotychczasowy porządek:

„Tamtego lata zaczęli budować kolej w górę wzdłuż Maros. Wcześniej mówili, że tylko do Szászrégen, potem jednak okazało się, że zbudują ją wysoko, aż po Dédę, a to z powodu piły barona. Okolicę po prostu zalali inżynierowie, którzy przez całe lato dokonywali pomiarów i słupkami wytyczali drogę dla parowej maszyny. Niewiele dbali o to, czyją ziemię rozcinają na dwoje. Gdzie taki inżynier wbił czerwony palik, tam od tej pory ziemia służyła już nie swemu dawnemu gospodarzowi, lecz państwu. Tak mówili.
Oczywiście nocami ludzie starali się nieco poprawiać pracę inżynierów i tu i tam przesuwali paliki. Ale wszystko to w niczym im nie pomagało, a tylko sprowadzało na kark kłopoty i żandarmów. Za inżynierami stało, niczym jakiś niewidzialny potężny bóg, państwo, i ludzie musieli się nauczyć, że jest dwóch bogów.”

Widać, że miejscowi starali się jak mogli temu zapobiec ale czy im się udało i jak przebiegało wkraczanie nowego dowiecie się z lektury tej powieści.
Jest też sporo o ludzkich namiętnościach, uczuciach, uprzedzeniach, przywarach i zaletach.
Np. o ludzkiej pazerności:

„Bo wiesz, jakoś tak to jest: człowiek kręci się tu i tam po świecie, niczym jakiś niespokojny dziki zwierz, i czegoś szuka. Ale ledwie to znajdzie, już chce mieć z tego zysk, i w ten sposób wszystko psuje. Bo świat nie jest po to, żeby komuś przynosić zysk. Świat jest po to, żeby był piękny, żeby był pełen spokoju, żeby był dobry. Żeby można było w nim żyć, w znoju, jednak bez zysku. Bo sensem życia jest piękno. A zysk to najbardziej niepożyteczne słowo, jakie kiedykolwiek wymyślono. Jednak dzisiaj już człowiek w tej pogoni zaszedł tak daleko, że ilekroć zobaczy coś pięknego, natychmiast się zastanawia, jaki zysk mógłby z tego mieć. I dlatego jest tak, że to, co zbuduje, mając na uwadze ów cel, to całkiem szybko też upada. Najczęściej burzy to jakiś inny człowiek, zazdrosny o ów zysk, a na miejscu tego czegoś dawnego nie pozostaje nic, tylko plama pokrzyw: wieczny ślad po człowieku.
Także u wylotu Szalárd żyli ludzie szukający zysku, mordowali las i dzisiaj już tylko pokrzywy zachowują pamięć o nich. Ile drobnych podłości owi ludzie uronili, tyle łodyg pokrzyw wyrosło z ziemi i nadal będzie wyrastać, póki istnieć będzie świat, ku pamięci i przestrodze.
Ale to wszystko to są już nowsze sprawy. W tamtych czasach, kiedy żyli jeszcze ludzie, o których chcę ci opowiedzieć, kolej nie dochodziła w góry. Nie było również pił parowych, tylko tu i ówdzie jeden i drugi młyn wodny. Ale też i mało kto mieszkał w tamtych stronach.”

I na koniec przytoczę fragment z samego początku książki:

„Tam wysoko, ponad rzeką Maros, stoi góra Istenszéke – Tron Boży. Po jednej jego stronie rozgałęzia się potok Galonya, po drugiej płynie potok Bystry, a za nim widać szczyty Gór Kelimeńskich. Oczywiście dzisiaj nawet i tam świat nie jest już taki, jaki był naonczas, gdy Bóg przysiadł, by odpocząć pośród gór. Dzisiaj już nie przychodzi w tamte strony, gdy pragnie odpocząć. Przegnali go ludzie. Odstraszyły piły parowe, zgiełk i krzyki, hałas spowodowany wyrębem drzew, gwizdy lokomotyw; wiele zbudowanych naprędce, byle jak skleconych domów, śmieci, brud, brak spokoju i wszystko to, co wraz z człowiekiem przyszło z dolin.
Dzisiaj już tylko na górskich grzbietach i tam, gdzie biją źródła, wciąż panuje porządek. To tam, w górę, przeniosły się także jelenie i tych kilka niedźwiedzi, które ocalały. Jesienią głosy wielkich byków przenikają poprzez mgłę i słychać je nawet w dolinie. Kiedy harujący przy parowych piłach ludzie je posłyszą, przeciągają po bladych czołach brudnymi rękoma i mają uczucie, jakby coś sobie przypominali.”

Mimo, iż zamieściłem tu sporo cytatów, to nie łajajcie mnie, że zbyt wiele zdradziłem, gdyż to zaledwie trzy, cztery strony z powieści liczącej stron 877. Chciałem tylko dać miarodajną próbkę stylu pisarza, żeby każdy mógł pokosztować, czy mu smakuje, czy raczej niekoniecznie. Albert Wass oprócz tego, że był powieściopisarzem i poetą był również leśnikiem i w opisach czuć łączącą go więź z przyrodą, podziw nad jej misterium i zrozumienie zachodzących w niej cyklów. Jest pięknie, czasami wręcz baśniowo ale też bywa melancholijnie i smutno, że się nawet kilka razy wzruszyłem ukradkiem roniąc łzę w rękaw koszuli!
Jeśli komuś przypadły do gustu takie powieści jak „Leśne morze” czy „Wzgórze błękitnego snu” Neverlego, „Na wysokiej połoninie” Vincenza to jest duża szansa, że i na „Czarownicy z Funtinel” się nie zawiedzie.
Książkę polecam wszystkim przyrodolubom i miłośnikom Karpat.
Dla mnie 10/10.

kulczyk1
22-02-2022, 22:36
Zaproponuję dwie pozycje ze znanej serii wyd.Czarne - Reportaż.

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/nomadland

https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/karawana-kryzysu

Czytam dużo i od zawsze ale już dawno słowo pisane tak mną nie wstrząsnęło.
Zresztą przeczytajcie sami - naprawdę warto.

bartolomeo
12-04-2022, 21:28
Może komuś się przyda: Słownik tematyczny polsko-ukraiński z PWN (Польсько-український тематичний словник) (https://swiatczytnikow.pl/slownik-tematyczny-polsko-ukrainski-z-pwn-%d0%bf%d0%be%d0%bb%d1%8c%d1%81%d1%8c%d0%ba%d0%be-%d1%83%d0%ba%d1%80%d0%b0%d1%97%d0%bd%d1%81%d1%8c%d 0%ba%d0%b8%d0%b9-%d1%82%d0%b5%d0%bc%d0%b0%d1%82%d0%b8/) - do pobrania bezpłatnie przez dwa miesiące.

Malla
29-07-2022, 15:42
Zachęcona wpisami Włóczykija i Slava zakupiłam i przeczytałam "Na południe od Brazos" Larry'ego Mc Murtry oraz "Tajgę" Andrzeja Strumiłło.

Pierwszą z nich jestem zachwycona, należy teraz do moich ulubionych książek. Oprócz wymienionych w poście zalet dodałabym jeszcze pierwszorzędny humor oraz znakomitą paletę postaci; Gus - rewelacja.

Druga książka mnie rozczarowała. Oczekiwałam relacji z wyprawy, tymczasem tekstu jak na lekarstwo, a zdjęcia też mnie nie zachwycają.

włóczykij
18-08-2022, 00:03
Zachęcona wpisami Włóczykija i Slava zakupiłam i przeczytałam "Na południe od Brazos" Larry'ego Mc Murtry oraz "Tajgę" Andrzeja Strumiłło.
Pierwszą z nich jestem zachwycona, należy teraz do moich ulubionych książek. Oprócz wymienionych w poście zalet dodałabym jeszcze pierwszorzędny humor oraz znakomitą paletę postaci; Gus - rewelacja.


Polecam kontynuację, czyli "Ulice Laredo". Akcja toczy się kilkanaście lat później. Uprzedzam, że powieść jest "przejmująco smutna i brutalna" - jak ktoś trafnie napisał w jednej z opinii. Nie tak pochłaniająca i może nawet bardziej brutalna niż "Brazos". Ale i tak warto przeczytać. Nie zdradzę nic więcej, aby nie psuć smaku poznawania nieznanego.

Malla
18-08-2022, 12:56
Przeczytałam już wszystkie 4 książki, także "Dead man's walk" i "Comanche moon", zakupione za horrendalną cenę na allegro. Czekam niecierpliwie na tłumaczenie.

włóczykij
19-08-2022, 18:28
Przeczytałam już wszystkie 4 książki, także "Dead man's walk" i "Comanche moon", zakupione za horrendalną cenę na allegro. Czekam niecierpliwie na tłumaczenie.

Szczerze zazdroszczę :-)

Stały Bywalec
08-10-2022, 11:46
Poniższy tekst znajdzie się za kilka tygodni na moim blogu ("Czytelnia Książek Historycznych"). Premierę ma dziś tu.

Dziś propozycja lektury dwóch książek – obydwu poświęconych tej samej historycznej (niestety) postaci.
1. Alberto Vasquez-Figueroa „Piękna bestia SS. Opowieść seksualnej niewolnicy jędzy z Belsen”
Wydawca: Bellona, Warszawa 2021
2. Daniel Patrick Brown „Piękna bestia. Zbrodnie SS-Aufseherin Irmy Grese
Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2017

No to po kolei:
Ad. 1. Alberto Vasquez-Figueroa „Piękna bestia SS. Opowieść seksualnej niewolnicy jędzy z Belsen”
Wydawca: Bellona, Warszawa 2021
Hiszpański pisarz stworzył paradokumentalną opowieść, której tytułową „bohaterką” uczynił Irmę Grese, strażniczkę SS w kobiecych sektorach obozów koncentracyjnych w Auschwitz, Ravensbrück i Bergen-Belsen. Postać złowieszczą i autentyczną, skazaną na śmierć i straconą w 1945 roku w wieku „aż” 22 lat. Główną jednakże bohaterką książki, także tytułową, jest jej o 3 lata młodsza niewolnica-służąca-kochanka Violeta Flores. I to właśnie tę panią wiele lat później, będącą już 90-letnią staruszką, nieprzypadkowo napotyka Mauro Balaguer, szef jednego z hiszpańskich wydawnictw książkowych i przeprowadza z nią wywiad-rzekę (z jej inicjatywy). Violeta Flores, postać zapewne fikcyjna, daje panu redaktorowi spowiedź z własnego życia, zarówno z przeżytych wydarzeń, jak i niegdysiejszych przemyśleń, doznań, refleksji, uczuć. W większości, aż do końca 1944 roku, niezwykle tragicznych. Los rzucił tę Hiszpankę do Niemiec, Polski, znów do Niemiec, aż wreszcie udało jej się przedostać (nielegalnie) do neutralnej Szwajcarii. Irmę Grese, będącą nieletnią, nastoletnią hitlerówką, przypadkowo napotkała na swej drodze życia jeszcze przed wojną. Już wówczas wpadła Irmie w oko, ich znajomość skończyła się wtedy lesbijskim brutalnym gwałtem. Ponownie obie nastolatki zetknęły się ze sobą w 1941 r. Violeta była wówczas ukrywającą się w Polsce Cyganką, a Irma obozową strażniczką SS w Auschwitz. Tu koniecznie należy wyjaśnić, że śliczna i zgrabna Violeta z racji ciemnej karnacji i typu urody tylko uchodziła za Cygankę w opinii hitlerowskich rasistów. Faktycznie zaś była Andaluzyjką, jednakże hiszpańskie dokumenty jej rodziny zaginęły w nazistowskich Niemczech. Irma, szantażując Violetę zagrożeniem życia matki i przyrodniego brata, uczyniła ją na 3 lata swoją prywatną niewolnicą wykorzystywaną seksualnie oraz do prac domowych (zamieszkały razem). Irma Grese okazała się biseksualistką o bardzo dużym temperamencie, w odniesieniu do więźniarek wyładowującą się w skrajnie sadystyczny sposób. Violetę jednakże oszczędzała, dbała nawet o zapewnienie jej przyjemności w ich erotycznym pożyciu. Na swój sposób zakochała się w niej. Violeta po latach niechętnie przyznała, że także i ona, jako młoda, namiętna choć niedoświadczona kobieta, nie była obojętna na owe wymuszone fizyczne doznania ze strony atrakcyjnej, pięknej niemieckiej sadystki. Tym niemniej doskonale wiedziała (i widziała!), co się wokół niej w obozach hitlerowskich dzieje, a ponadto Irma szczegółowo relacjonowała jej swoje liczne, krwawe (dosłownie) postępki. Wszystko to powodowało wielki psychiczny bunt, chęć ucieczki, pragnienie zemsty, do czasu oczywiście głęboko utajone. Aż wreszcie z powodzeniem zrealizowane (szczegóły w książce).
Książka ta, oprócz historycznych już wspomnień, zawiera także narrację współczesnych perypetii i refleksji Violety Flores i jej interlokutora - oboje mają aktualne, bieżące problemy życiowe. Mauro Balaguer jest starzejącym się hipochondrykiem, zamartwiającym się kłopotami finansowymi. Żywi nadzieję, że wydane przez niego w dużym nakładzie wspomnienia Violety przyniosą mu (i jego rodzinie) poprawę sytuacji materialnej. Violeta Flores takich kłopotów nie ma, m.in. dzięki równie nieoczekiwanemu, co wielkiemu wzbogaceniu się podczas przygotowywania się do ucieczki z obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen (powtarzam: sensacyjne szczegóły w książce). Za to bardzo irytują ją ukazywane w mediach demonstracje europejskich neofaszystów. Ma nadzieję, że publikacja jej wspomnień dotrze do młodego pokolenia, ukaże mu prawdę o hitleryzmie, wzbudzając w ten sposób odrazę do faszyzmu i rasizmu. Na zakończenie dodam, że w książce napotykamy też nieco poloniców. Hiszpański autor z sympatią wyraża się o Polsce i Polakach, wykazuje się pobieżną (nie zawsze jednak odpowiadającą faktom) znajomością naszej najnowszej historii. Mnie szczególnie ujęło nawiązanie do powieści pt. „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”, autorstwa Sergiusza Piaseckiego, mojego ulubionego pisarza. W autorskim katalogu tej czytelni proszę go nie szukać, wszystkie jego książki przeczytałem zanim jeszcze zacząłem się bawić w zamieszczanie recenzji w Internecie. Ale wszystkie je Państwu z całego serca (!) polecam. Po bliższe informacje proszę się pofatygować np. do Wikipedii.

PS. Choć autor o tym nie wspomina, uważam, że dodatkowego wyjaśnienia wymaga pewna, wydawałoby się drugorzędna kwestia. W prawodawstwie III Rzeszy penalizowano homoseksualizm, jednakże pod tym pojęciem rozumiano jedynie pederastię, natomiast miłości lesbijskiej formalnie za homoseksualizm nie uznawano. Tak więc „Piękna Bestia” mogła przez trzy lata bezkarnie afiszować się wobec kolegów i koleżanek z SS posiadaniem kobiety-kochanki, swojej służącej i zarazem seksualnej niewolnicy. Ale czy rzeczywiście mogło to być bezkarne, czy przypadkiem nie podpadało pod inny hitlerowski paragraf? O tym, między innymi, poniżej.

Ad. 2. Daniel Patrick Brown „Piękna bestia. Zbrodnie SS-Aufseherin Irmy Grese
Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2017
Amerykański historyk stworzył popularnonaukową biografię Irmy Grese, docierając do dużej liczby dokumentów źródłowych, badając akta procesowe, przeprowadzając liczne wywiady. Lektura w ogólnym zarysie potwierdza postępowanie, w tym okrucieństwo czynów tytułowej postaci, o czym pisał hiszpański autor w książce tuż powyżej omówionej. Jednakże pozwala też stwierdzić, iż żadna Violeta Flores, ani jej kobiecy pierwowzór, nigdy u boku Irmy Grese nie zaistniały. Choć ta faktycznie miewała również lesbijskie „romanse”, w tym z wybranymi żydowskimi więźniarkami, później przez nią uśmiercanymi. Z obawy, aby nie wyszły na jaw zakazane kontakty seksualne z podludźmi, czyli czyny zhańbienia nordyckiej rasy. Daniel Patrick Brown skrupulatnie prześledził losy Irmy Grese - od wczesnego dzieciństwa aż po egzekucję przez powieszenie (dość dokładnie zrelacjonowaną). Przedstawił jej życie prywatne, opisał „karierę” zawodową, przeanalizował motywy postępowania. Według niego istniały trzy główne, obiektywne powody pozwalające zrozumieć zbrodnicze czyny Irmy Grese, choć bynajmniej ich nie usprawiedliwić. Były to: dysfunkcjonalność jej rodziny, brak wykształcenia i związane z tym niepowodzenia zawodowe przed podjęciem służby w SS, wreszcie podatność na propagandową indoktrynację reżimu hitlerowskiego. Autor wymienił także powód czwarty, subiektywny: skrajny sadyzm zapisany w genach. Według mnie w tym przypadku najważniejszy, albowiem jak głosi nasze ludowe porzekadło - „Dobrego karczma nie zepsuje, a złego kościół nie naprawi”. W tle biografii Irmy Grese mamy historię złowrogiej epoki hitleryzmu - autor przedstawia ogrom i sposoby ludobójstwa dokonywanego w obozach koncentracyjnych. Imiennie wymienia również innych tego wykonawców – przełożonych oraz kolegów i koleżanek Irmy Grese. Ostatni rozdział książki poświęcony jest opisowi ich procesu karnego. Organizatorzy i świadkowie (głównie przybyli tu dziennikarze) pozostawali pod wrażeniem urody sądzonej „Pięknej Bestii”, potrafiącej (w przeciwieństwie do koleżanek z ławy oskarżonych) zadbać o swój wygląd także w warunkach przebywania w areszcie. Lektura przez nią tam napisanego wiersza (treść oryginalna oraz w tłumaczeniu polskim zamieszczona jest w aneksie) budzi zdumienie – Irma Grese początkowo nie zdawała sobie sprawy, że zasłużyła na karę śmierci! Cyt. str. 239: Lecz ja nie rozpaczam – cokolwiek się stanie, kiedyś maj zakwitnie dla nas kwiatami, nawet jeśli spędzimy lata w więzieniu, kiedyś znowu będziemy kochać i całować!!!

Reasumując, proponuję Państwu lekturę ww. dwóch książek o „Pięknej Bestii”, ale koniecznie w kolejności tu dziś przedstawionej. Lepiej bowiem później, już po przeczytaniu, samodzielnie i w sposób tylko ogólny zweryfikować ciekawą, pociągającą beletrystykę, niż - czytając ją - co rusz zauważać, że jej główny, rozbudowany wątek osobisty, jego intymność, a także szczegółowość oraz kolejność niektórych wydarzeń z życia Irmy Grese, to literacka fikcja. Nie zawsze odpowiadająca dokładnym przecież informacjom zawartym w naukowej biografii.

PS. O kobietach - aktywnych uczestniczkach zbrodni hitlerowskich pisze również amerykańska profesor Wendy Lower w książce pt. „Furie Hitlera. Niemki na froncie wschodnim”, już na blogu omówionej (dostęp poprzez katalog autorski alfabetyczny L-Ż lub katalog tematyczny 7).

Wojtek Pysz
17-11-2022, 23:35
Stanisław Vincenz - Dialogi z sowietami
Kilkanaście lat temu już ktoś na forum polecał, ale chyba bez szczegółów.

Ciekawe opisy, co się działo w Czarnohorze i okolicach po zajęciu tych terenów przez ZSRR we wrześniu 1939 r. i w latach następnych.
Z lenistwa - zamiast pisania będzie parę zdjęć. Na ostatnim zdjęciu widać, jak cenne były kiedyś książki:-)

48937 48938 48939 48940 48941

Grzegorz881
22-11-2022, 16:57
I pomyśleć, że nie nigdy w życiu nie czytałem tego ;)

partyzant
22-11-2022, 21:49
Wincenz jest kimś bardzo wyjątkowym w polskiej kulturze i bardzo nieobecnym. Mógłbym powiedzieć, że podobnie jak Lem, jest "asymilowany" przez naszych sąsiadów, którzy nie bardzo zwracają uwagę na ich autonomiczną przynależność do polskości. Oczywiście że to brzmi mało pojednawczo. Odnoszę wrażenie, że podobnie ma się sprawa z Brunonem Szulcem. Genealogia to jedno, a przynależność do określonej kultury, to drugie. W moim odczuciu to nie jest "fer". Odnośnie samego tytułu, to Vincenz był bardzo "fer" określając dialogami, to co w rzeczywistości było mową do ściany.

Wojtek Pysz
22-11-2022, 22:16
Odnośnie samego tytułu, to Vincenz był bardzo "fer" określając dialogami, to co w rzeczywistości było mową do ściany.
Można też na to spojrzeć inaczej, na przykład:


W 1939 roku Vincenz był już osoba znaną jako redaktor miesięcznika literackiego i jako pisarz. Z takimi sowieci rozmawiali trochę inaczej, mając nadzieję, że da się ich wykorzystać do swoich potrzeb propagandowych. Takie działania wspominane są w omawianej książce;
Owe "dialogi" w tytule mogą być też stwierdzeniem bardziej prześmiewczym, niż pozytywnym;
Zawsze może by jeszcze trzecia możliwość, znana tylko autorowi, o którą go już nie spytamy.


P.S. Byłem kiedyś (na rowerze) w Słobodzie Rungurskiej ale nie udało mi się odnaleźć materialnych śladów po pisarzu.

Tomnatyk
27-11-2022, 17:26
Odnośnie samego tytułu, to Vincenz był bardzo "fer" określając dialogami, to co w rzeczywistości było mową do ściany.

Czytałeś książkę? Zajrzyj do spisu treści. Generalizując, były dwa okresy "dialogowania" z Sowieciarzami: 1939-1940 z "komisarami" na Huculszczyźnie i Pokuciu oraz 1944-1945 z "sołdatami" na Węgrzech. Zarówno w jednym jak i w drugim były to rozmowy z okupantami, lecz w drugim - z tego co pamiętam - udawało się Vincenzowi docierać do nich jako ludzi.


jest "asymilowany" przez naszych sąsiadów, którzy nie bardzo zwracają uwagę na ich autonomiczną przynależność do polskości. [...] W moim odczuciu to nie jest "fer".

Vincenz zakorzeniony na Huculszczyźnie był obywatelem Rzeczypospolitej Wielu Narodów (nie "Obojga" ani nawet "Trojga"), a na emigracji stał się nolens volens Obywatelem Świata (zob. co pisał o nim w tym okresie Miłosz). Nikt go nie zawłaszcza, nie odbiera polskiej kulturze. W końcu zaczęto go doceniać i tłumaczyć na Ukrainie. Czy to źle?

partyzant
27-11-2022, 20:35
"O.Hnatiuk...tylko Vincenz mógł nazwać te przymusowe spotkania "dialogiem".
Jego szlachetność oczywiście była postrzegana przez drugą stronę jako słabość. Jednak to on wygrał , a nie oni..."

Jest to jeden z bardzo licznych komentarzy ukraińskich intelektualistów i polityków, a są one utrzymane w podobnym tonie.
Utwór znam we fragmentach, czytałem liczne recenzje a obecnie książka ukazała się po ukraińsku.
Oceniana jest w samych superlatywach.
Moja wzmianka o "ścianie" była wrzucona nie bez powodu.

Dlaczego Vincenz pisał po polsku? Dlaczego w roku 1919 zgłosił się ochotniczo do Wojska Polskiego?

Tomnatyk
27-11-2022, 23:29
Dlaczego Vincenz pisał po polsku? Dlaczego w roku 1919 zgłosił się ochotniczo do Wojska Polskiego?

Ja bym - jeśli wolno - nieco rozszerzył te pytania: Dlaczego pisał po polsku epopeję Huculszczyzny? Dlaczego wstąpił do WP i jakie zadania/misje wypełniał w jego szeregach?

Co do opinii O.Hnatiuk i ukraińskich intelektualistów, to każdy ma prawo do własnych interpretacji literatury i ich "aktualizacji" w warunkach wojennych. Pierwszy raz czytałem "Dialogi" jakieś ćwierć wieku temu i od tamtego czasu nie zmieniłem poglądu, co do istoty jego dialogowania z Sowieciarzami. W interlokutorze szukał człowieka. I znalazł na Węgrzech w nie jednym prostym żołnierzu. Inna rzecz, że był tam zmuszony interweniować w obronie miejscowej ludności cywilnej, i robił to z dobrym skutkiem.


Utwór znam we fragmentach

Warto przeczytać całość, choć oczywiście najciekawsza jest część dot. lat 1939-40 z ucieczką przez Czarnohorę.

partyzant
28-11-2022, 00:22
Ale ucieczką przez berda Czarnohory jako przez skały, czy jako przez pastwiska?

Wojtek Pysz
30-11-2022, 19:45
Ale ucieczką przez berda Czarnohory jako przez skały, czy jako przez pastwiska?
18 września Vincenz udał się na Węgry (wraz z najstarszym synem) bardziej prozaiczną drogą - przez Przełęcz Tatarską;-)

Wojtek Pysz
01-12-2022, 20:00
Wyjazd był więc komfortowy. Do przełęczy dotarli ze Słobody Rungurskiej samochodem, odwiedzając po drodze Bystrec. Oprócz ojca i syna Vincenzów jechał tym samochodem Jerzy Stempowski i jakiś kapitan wojska polskiego. Na Przełęczy Tatarskiej było legalne przejście graniczne.

Bardziej emocjonujący był powrót do Polski, który miał charakter ambitnej wycieczki górskiej. Po 5 tygodniowym pobycie postanowili wrócić do kraju, by zorganizować wyjazd rodziny za granicę. Stanisław senior i Stanisław junior Vincenzowie wprost z Budapesztu pojechali pociągiem do stacji Burkut-Kwasy a potem autobusem do pobliskiej wsi. Nie wiem, która to obecnie stacja, pewnie Kwasy. Nie ma też podanej nazwy tej wsi, ale z opisu trasy, jaką przeszli, można wywnioskować, że były to Łuhy. Ale dlaczego jechali do Łuhów z Kwasów, a nie z Rachowa? Pewnie taki był rozkład jady tutejszego PKS-u;-)
Z Łuhów do grzbietu poprowadziła ich pasterskimi ścieżkami kobieta, miejscowa pasterka. Widzieli po drodze Tomnacki Staw i podchodzili zboczem Berbrnieski. Na grzbiecie zaskoczyła ich taka wichura, że momentami trzeba się było kłaść na ziemi, by wiatr nie zwiał z grani. Zeszli w dół do kotła Gadżyny a stamtąd już mieli prostą i znaną drogę do domu w Bystrzcu. Było to 20.X.1939; wyruszyli o świcie a dotarli po zmroku.

Tomnatyk
03-12-2022, 09:07
Andrzej Ruszczak zebrał i zanalizował źródłowe przekazy na ten temat: Stanisława Vincenza i Jerzego Stempowskiego perypetie na granicy węgierskiej 1939-1940 (Płaj 35) | Karpaccy.pl (https://karpaccy.pl/stanislawa-vincenza-i-jerzego-stempowskiego-perypetie-na-granicy-wegierskiej-19391940-plaj-35/)

Wojtek Pysz
03-12-2022, 09:16
Andrzej Ruszczak zebrał i zanalizował źródłowe przekazy ....
Autor dobrze przeanalizował drogę powrotną przez grzbiet Czarnohory, wszystko się zgadza z mapą i terenem. Nie wiem jednak nadal, która to stacja stacja "Burkut-Kwasy"; według Ruszczaka, przedostatnia przed granicą. Obecnie ostatnia stacja to Łazeszczyna a przedostatnia to Jasinia. A jak było przed wojną? Mapa WIG z tego terenu jest bardzo nieczytelna.

Tomnatyk
03-12-2022, 10:01
Tak też było w 1939, niezależnie na której mapie - polskiej "setce" czy czechosłowackiej "dwusetce". W komentarzu A. Ruszczaka "czeski" błąd.

Tomnatyk
03-12-2022, 10:13
Wincenz jest kimś bardzo wyjątkowym w polskiej kulturze i bardzo nieobecnym. Mógłbym powiedzieć, że podobnie jak Lem, jest "asymilowany" przez naszych sąsiadów, którzy nie bardzo zwracają uwagę na ich autonomiczną przynależność do polskości

Ciekawe, co on sam pisał o swej przynależności kulturowej (cyt. za A. Ruszczakiem z listu do Wołodymyra Poleka):
„Urodziłem się w Słobodzie Rungurskiej 30 XI 1888 r. Ojciec mój Feliks był znanym pionierem naftowym na tym terenie, ale niesłuszne byłoby określenie go jako kapitalisty, nawet narodowo nie należał on jeszcze do tej fazy dziejowej, w której jako rzymski katolik musiał być określony jako Polak, gdyż nie język decydował wówczas o wszystkim, a pamiętam dobrze, że wykładowym językiem w gimnazjum był niemiecki. Ojciec wybrał jako język ukraiński, zwany wówczas ruskim czym ściągnął na siebie niechęć katechety, który był w dodatku pochodzenia włoskiego. W każdym razie, jak podkreślał, panowała wówczas przyjaźń między współobywatelami (a tym bardziej) sąsiadami obu wyznań.Jeśli chodzi o mnie to życie naszej rodziny tak było związane z krajem i z grupą chłopską-huculską w szczególności, że więcej miałem wspomnień bliskich z praktyki kultu cerkiewnego greckiego niż łacińskiego. Toteż muszę się przyznać, że po ustanowieniu naczelnika wyznania Kardynała Slipyja miałem sporo radości, że ten miły mi osobiście kult, na którym opiera się zresztą cała moja książka „Na wysokiej połoninie”, może dalej istnieć. Czy to oznacza zacofanie? W moim najgłębszym przekonaniu wcale nie. Przede wszystkim moja najbliższa rodzina nie była zacofana. Prawie groteskowy szczegół, że moja prababka budowała świątynie żydowskie w charakterze protektorki, a choć nikt w naszej rodzinie nie był pochodzenia żydowskiego, może wywołać zdziwienie, ale nie zdziwi chyba nikogo, kto zna dawniejsze epoki historyczne. Tak samo część rodziny budowała świątynie greko-katolickie, co jest uwydatnione w napisie w cerkwi w Krzyworówni, może jeszcze istniejącym.
Owym epokom to należy przyznać, że nacjonalizm może jeszcze nie był się narodził. W moich wspomnieniach nie mogę się doszukać żadnych niechęci narodowych albo wyznaniowych. Przeciwnie. Moja Matka dzięki temu, że urodziła się w Krzyworówni, należała do zasięgu gospodarstwa pasterskiego i jak Panu wiadomo z lektury mojej książki – także ja znałem lepiej niż ktokolwiek staroświecki typ życia, język i obyczaj mego kraju. Chcę wspomnieć tu wcale ważny dla mnie szczegół, że karmicielka mojej Matki, a moja Niania Pałachna Slipeńczuk, zamężna Rybeńczuk z osiedla Tarnoczka w Krzyworówni wywarła na mnie największy wpływ, jaki na dziecko można wywrzeć.
Przede wszystkim w dziedzinie języka. W okresie kiedy zacząłem się uczyć po francusku, a miałem z tym niemałe trudności, upominała mnie bardzo sugestywnie: „Szje budesz maty czejes howoryty panskymy jezykami, a teper howory po ludsky. Taj pamiataj donyku abys nykoły ludskoho języka nie zabuwaw!5” Widzi Pan zatem, że językiem ludzkim dla mnie miał być język huculski względnie ukraiński. Z tym w naszej rodzinie nikt nie walczył i wynikiem tego że posłuchałem mojej niani Pałachny jest książka "Na wysokiej połoninie", bo szczerze mówiąc zanim jakąś stronę napisałem, obmyślałem ją w języku ludzkim.
Co do niani Pałachny to trzeba jeszcze dodać szczegół niewątpliwie zabawny, choć dla Hucułów charakterystyczny. Zarówno ze względu na to jak rozpuszczają dzieci, jak też z powodu małego poczucia rzeczywistości o ile chodzi o społeczeństwo poza nimi. Moja Matka niewątpliwie mnie rozpuszczała ale tego było mało dla niani Pałachny. Zawsze brała mnie w „obronę”, choć widocznie niepotrzebnie, mówiąc między innymi półszeptem i jak gdyby tylko do mnie: „Korołem budesz donyku.” Oczywiście takie powiedzenia irytowały moją Matkę. Pamiętam dobrze jak oburzała się nieraz: „Co ta stara ogłupia dziecko. Co to ma za sens. Jakim królem?” Pałahna odpowiadała niezachwianie: „Ludskim korołem!6”
Teraz przechodzę do rzeczy ważniejszej może niż wspomnienie z dzieciństwa, a mianowicie do pomnika Franki. Tutaj należy przede wszystkim sprostowanie. Otóż mimo królewskiego proroctwa Pałachny, pozostało mi tyle zdrowego rozsądku, że nie ważyłem się podpisać na hołdzie złożonym France, tak jak głosi wersja podana przez Pana, która mija się z prawdą. Faktyczny napis był taki: WIRJU W SYŁU DUCHA (cytat Franki po ukraińsku) i komentarz po polsku: Synowi tej ziemi, i daty, nic więcej. Zatem ani „na pamiątkę” , ani „Dr Vincenz” nie było"
Źródło: Stowarzyszenie Res Carpathica - Stowarzyszenie Res Carpathica (https://rescarpathica.pl/index.php/component/content/article?id=60:po-stronie-stanislawa-vincenza)

partyzant
03-12-2022, 22:21
No i spotkała mnie miła niespodzianka.jak podaje M. Kniazhytsky, ukraiński "poseł" zajmujący się kulturą i jednocześnie wielki popularyzator twórczości St. Vincenza, tegoroczną nagrodę imienia Stanisława Vincenza, polskiego pisarza i tłumacza literatury, otrzymała Julia Pajewska"Tajra".
O ile zrozumiałem to przyznanie nagrody miało miejsce na piątym forum Via Carpatia, a jej wręczenie będzie 4 grudnia we Lwowie w Domu Franka.
Mniej więcej o to mi chodziło na samym początku.

Tomnatyk
04-12-2022, 09:25
Tzn. co? Lobbowałeś tu wpisami o "dialogowaniu" Vincenza za nagrodą dla "Tajry"?

partyzant
04-12-2022, 11:06
Możliwe, że nie zaznaczyłem tekstu odpowiednio i dlatego kolega Tomnatyk nie zrozumiał.
Z grubsza chodziło o to, że wreszcie ze strony ukraińskiej padło stwierdzenie, że Vincenz był polskim pisarzem.
Nie wiem na ile to stwierdzenie było zamierzone a na ile ktoś pierwszy "chlapnął" we wpisie o nagrodzie, a reszta przedrukowała.
Kolega Tomnatyk jako żartowniś tylko udaje, że nie rozumie o co chodzi.
I nie- nie zaprzeczaj, bo to będzie kolejny żart,w dodatku nie dla wszystkich zrozumiały.

Wojtek Pysz
04-12-2022, 17:45
Koniec dyskusji, przechodzimy do następnej książki;-)

Kamil Barański
Przeminęli zagończycy, chleborobi, chasydzi
Rzecz o ziemi stanisławowsko-kołomyjsko-stryjskiej.

Ta książka to nietypowy gatunek literacki. Jest to skrzyżowanie eseju historycznego, kroniki towarzyskiej i rejestru działalności gospodarczej, z odrobiną elementów krajoznawczych. We wstępie autor zaznacza, że polskie panowanie na tych terenach było wzorcem wolności, tolerancji religijnej, mądrych i humanitarnych metod rządzenia oraz umożliwiały każdemu mieszkańcowi dostęp do edukowania, wzbogacania się i życia w godności. Dowodów autor nie przytacza, lecz zapewnia, że czytelnik znajdzie je w tym opracowaniu. Kto więc chce znaleźć - niech poczyta.

Ze obszernego spisu treści zamieszczam tylko fragment. Są zdjęcia obydwu okładek, bo nie wiem, na której jest ważniejsza część mapy. I na koniec mały kawałeczek tekstu.

48942 48943 48944 48945
48948 48946 48949

Tomnatyk
06-12-2022, 18:13
Koniec dyskusji

Więc może dyskusja od końca;)


We wstępie autor zaznacza, że polskie panowanie na tych terenach było wzorcem wolności, tolerancji religijnej, mądrych i humanitarnych metod rządzenia oraz umożliwiały każdemu mieszkańcowi dostęp do edukowania, wzbogacania się i życia w godności. Dowodów autor nie przytacza

Jeden za to podaje Vincenz w wyżej cytowanym przeze mnie liście, wyznając: "pozostało mi tyle zdrowego rozsądku, że nie ważyłem się podpisać na hołdzie złożonym France" (na jego pomniku).


I na koniec mały kawałeczek tekstu

... a w nim mnóstwo niepolskich nazwisk o brzmieniu zwykle niemieckim ...

kulczyk1
06-12-2022, 22:57
Grzegorz Kasdepke (https://lubimyczytac.pl/autor/6090/grzegorz-kasdepke), Hubert Klimko-Dobrzaniecki (https://lubimyczytac.pl/autor/13803/hubert-klimko-dobrzaniecki) - "Królik po islandzku" jeśli nie czytaliście - poczytajcie.

Z "Lubimy Czytać":
"Łajdackie opowieści z żarciem w tle.
Lektura będzie nie lada zaskoczeniem dla czytelników przyzwyczajonych do pióra autorów. Tym razem połączyli siły, talenty, pasję i poczucie humoru, aby stworzyć wartką prozę WYŁĄCZNIE DLA DOROSŁYCH! Anegdoty, wspomnienia i portrety – wszystko opowiedziane językiem lekkim, czasem ironicznym, czasem refleksyjnym, a miejscami nawet zaskakująco sprośnym. Mówią o smakowaniu życia całym sobą i o pierwszych razach doświadczanych wszystkimi zmysłami. Przywołane historie wieńczą przepisy na dania, które kojarzą się Autorom z najważniejszymi momentami w ich życiu."

Ja trafiłem na nią w bibliotece. Taki wybór z braku laku ale nieoczekiwanie szczęśliwy. Dawno tak się nie uśmiałem a w naszych nieciekawych by nie napisać ponurych czasach to ważna rzecz.
Pozycja raczej dla 50-cio latków i więcej. Książka warta zakupu (czyli dla mnie taka , którą warto znów przeczytać po jakimś czasie).

Stały Bywalec
17-12-2022, 22:22
Piotr Zychowicz "Ukraińcy (...)"

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2022/12/ukraincy-opowiesci-niepoprawne.html

Stały Bywalec
21-01-2023, 16:22
Też o Ukrainie:
Anne Applebaum "Czerwony głód"

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2023/01/czerwony-god-autorka-anne-applebaum.html

I przy okazji o radzieckich łagrach. Też tej autorki.

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2023/01/guag-autorka-anne-applebaum.html

Stały Bywalec
22-02-2023, 15:24
Na moim blogu za kilka dni. Premiera dziś tu.

Serhii Plokhy „Wrota Europy. Zrozumieć Ukrainę”
Wydawnictwo Znak Horyzont, Kraków 2022

Serhij Mykołajowycz Płochij, ukraiński i amerykański historyk, wykładowca na Uniwersytecie Harvarda w Stanach Zjednoczonych, napisał tę książkę w formie eseju historycznego – historii ziem i ludów Ukrainy od czasów starożytnych aż po rok 2020. Tytuł angielskojęzycznego oryginału brzmi The Gates of Europe. A History of Ukraine. Konsekwentnie imię i nazwisko autora też zostały w książce „zamerykanizowane”. U nas jest to jej pierwsze wydanie, ale w USA już drugie, zaktualizowane w 2021 roku (poprzednie było z roku 2015). Za niemal pewne uważam też przyszłe, trzecie wydanie, gdy zakończy się obecnie trwająca wojna. Ale jaka będzie treść kolejnej aktualizacji, tego sam autor jeszcze nie wie. Książka na pewno zainteresuje polskiego czytelnika – roi się w niej bowiem od poloniców, gdyż długo mieliśmy wspólną historię. Albo jako państwa graniczące i rywalizujące ze sobą, albo jako jeden byt państwowy, albo jako narody uwikłane we wzajemny konflikt. Musieliśmy cierpieć również „wspólnych” zaborców – monarchie Romanowów i Habsburgów. O Polsce i Polakach autor pisze bardzo obiektywnie, żadnego banderowskiego antypolonizmu się nie obawiajmy. Nieliczne drobne nieścisłości historyczne wyjaśniają odredakcyjne przypisy, których radzę nie pomijać. Streszczać książki, będącej de facto historią Ukrainy, tu nie zamierzam. Pokrótce tylko o tym, co mnie zaabsorbowało i na co moim zdaniem warto zwrócić uwagę.

 Zmienny był kształt terytorialny i granice, kolejno: Rusi Kijowskiej, późniejszych księstw ruskich, południowo-wschodnich terenów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, tzw. Hetmanatu (tereny województw bracławskiego, czernihowskiego i kijowskiego), Ukraińskiej Republiki Ludowej, Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej, Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, wreszcie niepodległej Ukrainy po rozpadzie ZSRR. Zauważymy przy tym, iż okrutny wiek XX przyniósł z jednej strony multum cierpień ludności Ukrainy (z dwukrotnym ludobójstwem włącznie), z drugiej jednak znacznie wzbogacił ją terytorialnie – nie tylko na zachodzie, ale również na wschodzie i południu (Ukraina Słobodzka z Charkowem i m.in. obwodami donieckim oraz ługańskim, także wybrzeże czarnomorskie z Odessą, Krym). W orientacji pomogą mapki zamieszczone na początku książki.

 Zanim nastała era europejskich nacjonalizmów (druga połowa XIX wieku), elity rządzące ziemiami ukraińskimi orientowały się na współpracę i sojusze z Rzecząpospolitą, Moskwą, Turcją, nawet ze Szwecją. Autor krytykuje tu brak zdecydowania hetmanów kozackich i jednorodnej ich polityki. W okresie późniejszym narodowy ruch ukraiński odrębnie się budził (ale i wzajemnie przenikał) w rosyjskim Kijowie i w austriackim Lwowie. Napotykał przy tym na silnego wroga wewnętrznego – tzw. moskalofilów uznających własny naród ukraiński tylko za gałąź jednego, wielkiego narodu rosyjskiego.

 Jedno ze stwierdzeń autora wzbudziło moje poważne wątpliwości. Na str. 329 (dolny akapit) pisze, iż Adolf Hitler już w „Mein Kampf” przewidział pakt z Rosją mający na celu zniszczenie Polski. Osobiście nie czytałem owego Hitlerowskiego „wyznania wiary”, ale żaden ze znanych mi naukowych komentarzy tego zapisu nie potwierdza. Pakt Ribbentrop-Mołotow został przecież wynegocjowany ad hoc latem 1939 r., gdy stało się już jasne, że Polska nie zgodziła się na przyjęcie roli satelity Niemiec, natomiast przystąpiła do koalicji antyniemieckiej montowanej gorączkowo przez Wielką Brytanię po złamaniu przez Hitlera układu monachijskiego z września 1938 r.

 Bardzo ciekawie i z pozycji ukrainocentrycznej napisana jest historia polityczna – od czasów księcia Olega (początek X wieku) do pierwszych lat prezydentury Wołodymira Zełenskiego (2019 i 2020). Czytając kolejne rozdziały porównujemy ich treść z naszą znajomością historii powszechnej i historii Polski. W tym kontekście jest to uczta intelektualna, ale też lektura dla zaawansowanych – po książkę nie powinien sięgać czytelnik niemający przynajmniej czwórki z historii na maturze (chyba że gorszy stopień nadrobił późniejszym samouctwem).

Reasumując, bardzo Państwu polecam tę lekturę będącą „na czasie” w związku z trwającą już rok wojną rosyjsko-ukraińską. Może i dobrze, że końcową cezurą opisanych wydarzeń jest rok 2020. Dowiadujemy się, w jakim stanie polityczno-społeczno-ekonomicznym Ukraina w tę wojnę została uwikłana. Natomiast dalszy bieg wydarzeń śledziliśmy i nadal śledzimy już na bieżąco.

PS. Książki poświęcone dziejom Ukrainy (omawianym kompleksowo lub dotyczących tylko konkretnych czasów) już gościły na tym blogu. W ostatnim roku: „Historia Ukrainy” (autor: Władysław A. Serczyk) oraz „Czerwony głód” (autorka: Anne Applebaum). Opisy do odszukania w katalogach.

Stały Bywalec
08-04-2023, 22:54
Adrian Sandak "Muszkieterowie 1939-1942. Historia tajnej organizacji wywiadowczej"

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2023/04/muszkieterowie-1939-1942-historia.html

Stały Bywalec
17-04-2023, 21:45
Poniższy tekst znajdzie się za jakiś czas na moim blogu. Premierę ma dziś tu.

Witold Pronobis „Imiennik Lenina”
Wydawnictwo Naukowe FNCE, Poznań 2022

O książce dowiedziałem się z audycji programu Ex Libris w TVP Historia – polecił ją goszczący tam profesor Antoni Dudek. Z dużymi problemami nabyłem ją na początku kwietnia 2023 r. (mimo „świeżego” wydania z 2022 r. i nie najniższej ceny). Zaciekawiony nie odkładałem jej na półkę. Od razu pochłonęła mnie bez reszty. Można ją określić jako zbeletryzowaną memuarystykę – w podtytule czytamy: Życie Włodzimierza Ziomka w opracowaniu Witolda Pronobisa. Sam autor nazwał ją „pół-powieścią”, mając na względzie dodane beletrystyczne ubarwienia, nieco wykraczające poza treść zwierzeń Włodzimierza, ale pozostające w zgodzie z ich ogólnym przesłaniem oraz osobowością bohatera. Poza tym autor wprowadził własne, obszerne komentarze historyczne, przybliżające realia opisywanych miejsc i czasów. Przedstawił też okoliczności poznania Włodzimierza oraz atmosferę i charakter odbywanych z nim długich rozmów. Już po kilkudziesięciu stronach, na łączną ich liczbę 411, czytelnik zostaje zorientowany w ogólnym zarysie przedwojennych i wojennych losów tytułowego bohatera (z tzw. happy endem włącznie) i z zapartym tchem śledzi jego dalsze życiowe perypetie. Teraz zatem też tylko bardzo ogólnie je w całości opiszę – tak gwoli zaciekawienia.

Włodzimierz Ziomek, ur. 1923, przybył wraz z rodzicami i młodszym bratem do ZSRR w 1934 r. na życzenie ojca, aktywisty Komunistycznej Partii Polski. Ojciec właśnie odbywał w Polsce krótki wyrok więzienia i w ramach wymiany więźniów politycznych dołączono go do grupy komunistów przekazywanych Związkowi Radzieckiemu w zamian za więzionych tam Polaków. Początkowo wiodło mu się dość dobrze, choć nie tak, jak sobie pobyt w Kraju Rad wyobrażał. Rodzina otrzymała w Moskwie samodzielne dwupokojowe mieszkanie, co było wielkim luksusem, jako że ponad 80% moskwian gnieździło się w tamtych czasach w przeludnionych mieszkaniach komunalnych, zajmowanych nieraz nawet przez kilkanaście niespokrewnionych ze sobą osób. No i nadchodziły trudne czasy! Stopniowo nasilający się wiatr historii przeistoczył się w 1937 r. w istny huragan! Stalinowski tzw. Wielki Terror zmiótł m.in. niemal wszystkich zagranicznych komunistów, którzy w latach poprzednich – niczym ćmy do świecy – z własnej woli przybyli do upragnionego radzieckiego raju. Ojciec Włodzimierza został po parodii śledztwa rozstrzelany jako nasłany polski dywersant i szpieg, matkę skazano na pobyt w łagrze (wkrótce tam zmarła), młodszego brata zabrano do domu dziecka, gdzie zmieniono mu tożsamość (był wszak synem skazanego „wroga ludu”). Czternastoletni Włodzimierz przypadkiem zdołał uniknąć aresztowania. Pokumał się z bandą bezprizornych, nastoletnich urków. Byli dobrze zorganizowani, potrafili załatwić mu wyrobienie nowego, autentycznego dokumentu tożsamości na „lewe”, już rosyjskie nazwisko Bragin, z zachowaniem imienia Władimir. Z dokumentem tym wpadł w lipcu 1939 r. podczas próby nielegalnego przedostania się do Polski. Był podejrzewany o dywersję, przesłuchiwany, bity. Od wyroku śmierci wybawił go … wybuch wojny. Na skutek bałaganu administracyjnego, jaki zapanował w NKWD w związku z nowymi „zadaniami” po agresji na Polskę, pomylono go z innym aresztowanym Braginem i jako więźnia kryminalnego (nie politycznego) skazano na pięcioletni pobyt w dalekim syberyjskim łagrze na Kołymie. Do morderczej pracy w kopalni na szczęcie nie trafił. Początkowo utrzymywał się przy życiu dzięki odnowionym kontaktom z urkami, akceptując ich przestępczy sposób radzenia sobie w łagrowej rzeczywistości. Wkrótce administracja obozu odkryła jego zdolności radiotelegraficzne (tą techniką pasjonował się jeszcze na wolności) i zaczęła go wykorzystywać w pracy na rzecz wojska. Z czasem został powołany do Armii Czerwonej, w której walczył i odnosił rany. W pierwszych tygodniach 1945 r. trafił z nią do wsi Marwice (niem. Marwitz) koło Gorzowa Wielkopolskiego (niem. Landsberg). Tam z wojska zdezerterował, przyjmując kolejną nową tożsamość – tym razem jako Zygmunt K. (pełne brzmienie nazwiska pomijam; w książce się znajduje, ale autor nie pisze, czy jest ono fikcyjne). Pomógł mu przypadek – jego mniej więcej rówieśnik, nawet podobny, został zastrzelony przez patologicznego czerwonoarmistę. Polak Zygmunt K. przebywał w Niemczech na robotach przymusowych i akurat tak … doczekał uwolnienia. Włodzimierz uciekając zabrał jego dokumenty osobiste. Wcześniej zabił ww. krasnoarmiejca, z którym miał odrębne, własne porachunki. I odtąd już, aż do końca życia, był Zygmuntem K, także dla najbliższej rodziny: żony i syna, noszących nazwisko K., niewiedzących, iż nie jest ono jego rodowym. W drugiej połowie lat 90-tych ubiegłego wieku wystąpił nawet o odszkodowanie należne za pracę przymusową dla III Rzeszy, otrzymując z Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie kwotę ok. 10 tys. zł. Rzeczywisty, historyczny Zygmunt K. figurował bowiem w odpowiedniej niemieckiej ewidencji.

Tyle w telegraficznym skrócie. Na ponad 400 stronach szczegółowo poznacie Państwo dzieje Włodzimierza i jego bliskich w latach 1934-1945, z wielką historią w tle. Okrutny los przypadł mu w okresie męskiego dojrzewania, dorastania, czego we wspomnieniach nie pomija, opowiadając o swoich dwóch wielkich młodzieńczych miłościach, a także o inicjacji seksualnej w gronie nastoletnich bezprizornych. W treści wspomnień da się zauważyć kilka drobnych niespójności, dotyczących chronologii wydarzeń i stopni wojskowych Władimira, których autor już nie zdążył z nim wyjaśnić. Włodzimierz Ziomek vel Władimir Bragin vel Zygmunt K. zmarł na początku stycznia 2014 r. w wieku 90 lat. Naprawdę polecam pasjonującą lekturę jego biografii, godnej dobrej powieści sensacyjnej, którą zresztą m.in. też jest. Osobom słabo znającym historię na pewno pomogą przypisy oraz wplecione komentarze autora, przemiennie przyjmującego rolę narratora. Ponadto na stronach 399-407 znajdują się objaśniające aneksy, od których takim osobom proponuję rozpocząć lekturę.

PS. A propos przypisów. Na str. 66 w dolnym przypisie (ostatni wiersz) błędnie podano nazwę miejscowości, w której znajdował się hitlerowski obóz zagłady. Napisano tam (cyt.): „w Chełmie/Nerem”, powinno zaś być: „w Chełmnie n/Nerem”. Wzmianka o tym obozie dotyczyła porównywania metodyki zadawania śmierci przez oprawców z NKWD i SS.

Stały Bywalec
29-04-2023, 15:05
Aktualnie obserwujemy obchody 80-tej rocznicy powstania w getcie warszawskim. Na tę okoliczność proponuję lekturę dwóch nw. książek:

Tadeusz Obremski „Wśród zatrutych noży. Zapiski z getta i okupowanej Warszawy”
Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2017
Opis pod linkiem:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2023/04/wsrod-zatrutych-nozy-zapiski-z-getta-i.html

Joshua D. Zimmerman „Polskie Państwo Podziemne i Żydzi w czasie II wojny światowej”
Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2018
Opis pod linkiem:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2023/04/polskie-panstwo-podziemne-i-zydzi-w.html

W punktach sprzedaży prasy właśnie się pojawił kolejny Pomocnik Historyczny tygodnika Polityka, zatytułowany Powstanie w getcie warszawskim. Opór i Zagłada 1943. Polecam lekturę 26 artykułów w nim zamieszczonych. W jednym z nich pt. Przeżyć! Sposoby przetrwania w czasie Zagłady dr Agnieszka Haska przywołuje m.in. postać Tadeusza Obremskiego. Artykuł ten kończy się rozdziałem pt. Awers i rewers postaw Polaków. Z tytułowym awersem obnosimy się propagandowo, nierzadko go wyolbrzymiając, zaś rewers staramy się zmarginalizować, skoro nie udało się go zupełnie „wygumkować” z historii Polski.

Dn. 2 maja br. (wtorek) o godz. 18 w TV ALE KINO+ odbędzie się ponowna emisja doskonałego niemieckiego filmu z 2022 r. pt. Konferencja w Wannsee. Przedstawia rekonstrukcję historyczną obrad toczonych w styczniu 1942 r. pod przewodnictwem Reinharda Heydricha, a poświęconych organizacji i logistyce Ostatecznego Rozwiązania Kwestii Żydowskiej w Europie. Jak widać, niemiecka tzw. polityka historyczna nie unika poruszania nawet najtrudniejszych dla siebie tematów. Gorąco ów film polecam (zdążyłem już go obejrzeć dn. 18 kwietnia w tejże stacji TV). Osobom, które z powodu np. wyjazdu na długi weekend nie będą mogły go zobaczyć, radzę śledzić repertuar audycji na ww. kanale TV – emisja filmu zapewne jeszcze zostanie powtórzona.

Stały Bywalec
13-05-2023, 14:48
O wielkiej miłości i namiętności. Poniższy tekst za jakiś czas zamieszczę w mojej „Czytelni Książek Historycznych”. Premierę ma już dziś tu. Książkę szczególnie polecam kol. Długiemu (jeśli jeszcze jej nie przeczytał), największemu chyba tu znawcy ceremoniału panującego na brytyjskim dworze królewskim.

Anne Sebba „Ta kobieta. Biografia Wallis Simpson”
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2022, wydanie drugie

W maju br. również i polskie media relacjonowały przebieg uroczystości koronacyjnej króla Karola III (ur. 1948 ), który kilka miesięcy wcześniej objął tron Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, równocześnie stając się koronowaną głową państw byłego imperium (m.in. Kanady, Australii, Nowej Zelandii). Długowieczność jego matki, królowej Elżbiety II (1926-2022), spowodowała, iż na tron mógł wstąpić dopiero w wieku 74 lat. Bardzo długo zatem czekał na ziszczenie się swego, zapewne największego marzenia życiowego.
W tym kontekście olbrzymie zdumienie musi budzić zachowanie się jego stryjecznego dziadka, króla Edwarda VIII, który w 1936 r. abdykował na rzecz młodszego brata Jerzego (następnie króla Jerzego VI, ojca Elżbiety II). W tamtych czasach, kiedy Brytyjskie Imperium uważano za najsilniejsze mocarstwo, dobrowolna rezygnacja z korony wprawiła świat w osłupienie. Powód zaś był tylko jeden, przez nikogo niekwestionowany. Panujący od dopiero kilku miesięcy i cieszący się dużym społecznym poparciem król Edward VIII Windsor ogłosił publicznie w 1936 r., że zamierza ożenić się z panią Wallis Simpson, gdy tylko ta uzyska rozwód, a czekającą go koronację pragnie odbyć mając żonę u swego boku. Parlamenty brytyjski oraz dominiów nie wyraziły zgody. Nie przystały nawet na „kompromis” w postaci małżeństwa jedynie morganatycznego (żona bez zmiany statusu społecznego, a ew. potomstwo bez praw sukcesji do tronu i dziedziczenia majątku ojca). Za to, podobnie jak cała rodzina królewska oraz brytyjskie duchowieństwo, okazały wielkie oburzenie. Król na to odpowiedział podpisaniem aktu abdykacji w grudniu 1936 r. i małżeństwem z Wallis w roku następnym. Pozostawał jej mężem aż do śmierci w 1972 r. w wieku 78 lat. Żona przeżyła go o 14 lat, zmarła w roku 1986 mając lat 90, będąc już fizycznie skrajnie niedołężną i cierpiącą na demencję staruszką.

Współczesna brytyjska popularna dziennikarka i autorka książek Anne Sebba napisała pełną biografię Wallis Windsor (1896-1986). W tytule, zapewne gwoli reklamy, umieściła jej poprzednie nazwisko Simpson. Korzystała z wcześniejszych opracowań, w tym także z autobiografii Wallis, ponadto dotarła do dokumentacji urzędowej i spisanych wspomnień świadków epoki. Informacje tam zawarte starała się weryfikować, wskazując niektóre dane biograficzne uznane przez siebie za niewiarygodne. Swoją bohaterkę przedstawiła kompleksowo – oprócz czynów i wydarzeń życiowych pokusiła się ukazać ją od strony także psychologicznej, anatomicznej i fizjologicznej (sfery Erosa nie wyłączając).

Przed poznaniem przyszłego króla Edwarda VIII, do czego doszło na początku lat 30-tych ub. wieku, Wallis posiadała już dość bogaty życiorys. Mając 20 lat Amerykanka panna Wallis Warfield wyszła w 1916 r. za mąż za zawodowego wojskowego Winfielda Spencera. Małżeństwo okazało się nieudane, formalnie rozeszli się w 1927 r. Wcześniej, pozostając przez kilka lat z mężem w faktycznej separacji, Wallis prowadziła dość swobodny tryb życia - autorka wskazuje mężczyzn, którzy byli jej kochankami. Dużo też w tamtym czasie podróżowała, m.in. do Chin, gdzie mogła zgłębić wschodnie tajniki ars amandi, tak przydatne jej później w dwóch następnych małżeństwach. W 1928 r. wyszła w Anglii za mąż za bogatego Ernesta Simpsona, rozbijając jego poprzednie małżeństwo. Jako ciekawostkę można przytoczyć fakt, iż Ernest był wnukiem (po mieczu) polskiego Żyda z Warszawy, noszącego nazwisko Solomon. Małżeństwo z Ernestem okazało się bardzo udane. Mąż tolerował jej związek (od 1934 r. już jawny) z następcą tronu. Wallis najwyraźniej odznaczała się tu tzw. podzielnością uczuć. Nie rozeszłaby się z Ernestem, gdyby nie wielka do niej miłość i odważne oświadczyny Edwarda (król oświadczył się kobiecie zamężnej!). Ernest postanowił pójść im obojgu na rękę – w rozprawie rozwodowej zgodził się wystąpić jako ten wiarołomny, winny zdrady małżeńskiej mąż (co było fikcją ukierunkowaną na ochronę wizerunku narzeczonej króla). Wallis utrzymywała także i później przyjazne relacje z Ernestem. Już po rozwodzie z nim i ślubie z Edwardem prowadzili niepozbawioną intymności korespondencję. Kolejny ożenek byłego męża bardzo przeżyła, tym bardziej, iż „skradła go” jej najlepsza, jeszcze szkolna, przyjaciółka.

Pani Anne Sebba wszystkie owe damsko-męskie perypetie z najwyższych sfer bardzo interesująco opisuje. Przedstawia wielką niechęć całej rodziny królewskiej do amerykańskiej podwójnej rozwódki. Ukazuje również fascynację małżeństwa Edwarda i Wallis Windsorów hitlerowskimi Niemcami. W książce znajdujemy ich fotografię z 1937 r. z samym Führerem. Większość czasu wojny spędzili odesłani przez rząd na dalekie Bahamy, aby m.in. uniemożliwić ich porwanie przez wywiad niemiecki. Edward piastował tam stanowisko brytyjskiego gubernatora wysp, a żona udzielała się w pracy społecznej i charytatywnej. Mimo warunków wojennych Wallis nieprzerwanie przywiązywała wielką wagę do wystawnego trybu życia, licznej służby domowej, efektownych strojów, drogiej biżuterii, kosmetyków, etc. Stale ubolewała, że nie przyznano jej formalnego tytułu należnego członkini rodziny królewskiej. „Smaczku” lekturze dodają fragmenty książki odnoszące się do małżeńskich relacji Edwarda i Wallis, a także te dotyczące cielesności Wallis. Wynika z nich, iż Edward był w tym związku zakochanym na zabój, całkowicie zdominowanym pantoflarzem i najprawdopodobniej masochistą. Autorka wprawdzie nie odkryła tajemnic ich sypialni, ale dotarła do informacji, wg których Wallis pomiatała mężem także w obecności służby, a on to potulnie znosił. Wallis chyba nie była stuprocentową kobietą, autorka wskazuje na jej cechy hermafrodytyczne. Musiały być one jednak mocno ukryte (wewnętrzne), skoro Wallis bynajmniej nie stroniła od fizycznych kontaktów z mężczyznami, a jej heteroseksualni kochankowie obiekcji nie wysuwali. Mało kobiece rysy twarzy i szczupła sylwetka ale mocna budowa ciała (widoczne na fotografiach załączonych do książki) uwiarygodniają ustalenia autorki i niektórych wcześniejszych biografów Wallis.

Reasumując, polecam Państwu tę niezwykle ciekawą lekturę, w sam raz na sezon urlopowo-wakacyjny. Lekturę także poznawczą – m.in. dowiemy się, jakie miały poglądy polityczne, czym się pasjonowały elity i społeczeństwa Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych w latach życia bohaterki książki. Na ostatnich stronach autorka wysuwa śmiałą hipotezę, że istnienie Wallis Simpson obiektywnie przyczyniło się do – znanego nam z historii – przebiegu dziejów świata. Wallis bezwiednie wywarła wielki wpływ na bieg historii. Gdyby bowiem nie doszło do olbrzymiego zauroczenia nią Edwarda VIII, ten nie podjąłby w grudniu 1936 r. decyzji o abdykacji i pozostałby królem. Wielka Brytania miałaby wtedy monarchę o sympatiach wyraźnie proniemieckich (znającego też język niemiecki). A zatem p. Anne Sebba może mieć rację! Hitler już w latach trzydziestych umizgiwał się do Wielkiej Brytanii, a po pokonaniu Polski w 1939 r. i Francji w 1940 r. dwukrotnie występował wobec niej z propozycją zawarcia pokoju. Nie wszyscy członkowie rządu byli równie nieustępliwi i odważni jak Winston Churchill. W United Kingdom istniały również wpływowe ugrupowania pacyfistyczne i proniemieckie, które – mając silne wsparcie popularnego w społeczeństwie króla (lubianego do czasu wyjawienia jego planów matrymonialnych) – mogłyby wspólnie z nim przekonać parlament do zmiany polityki. Nb. licząc właśnie na te koła arystokracji Rudolf Hess udał się w maju 1941 r., rzekomo bez wiedzy Hitlera, z samotną misją pokojową do Wielkiej Brytanii.

Stały Bywalec
09-07-2023, 17:15
Dr hab. Wiktor Poliszczuk
"Gorzka prawda. Cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa"

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2023/07/gorzka-prawda-cien-bandery-nad-zbrodnia.html

partyzant
11-07-2023, 13:36
Strona ukraińska oskarża Poliszczuka o działalność agenturalną i tym samym podważa jego wiarygodność. W tamtych czasach, żeby otrzymać paszport należało podpisać jakieś świstki. Poliszczuka sądził, że jest w Polsce dyskryminowany za pochodzenie. W Kanadzie zrozumiał czym jest ukraiński, czy może banderowski antypolonizm. Po zapoznaniu się z działalnością nacjonalistycznej diaspory doszedł do przekonania, że pielęgnowany jest tam antypolonizm w odmianie zwierzęcej. To także popchnęło go do pisania i własnych badań.

Stały Bywalec
07-08-2023, 10:55
Strona ukraińska oskarża Poliszczuka o działalność agenturalną i tym samym podważa jego wiarygodność. W tamtych czasach, żeby otrzymać paszport należało podpisać jakieś świstki. (...).
W katalogach naszego IPN żaden Wiktor Poliszczuk nie figuruje.
Można sprawdzić:
https://katalog.bip.ipn.gov.pl/

partyzant
08-08-2023, 11:29
Wyczytałem na historycy.org...że na Ukrainie Poliszczuka oskarża się że był agentem KGB, a to na tej podstawie że miał przez dłuższy czas dostęp do ich archiwów. Stary numer gdy argumentów brak.

sir Bazyl
10-09-2023, 13:38
Zachęcona wpisami Włóczykija i Slava zakupiłam i przeczytałam "Na południe od Brazos" Larry'ego Mc Murtry oraz "Tajgę" Andrzeja Strumiłło.

Pierwszą z nich jestem zachwycona, należy teraz do moich ulubionych książek. Oprócz wymienionych w poście zalet dodałabym jeszcze pierwszorzędny humor oraz znakomitą paletę postaci; Gus - rewelacja.

...

Zachęcony przez Mallę zachęconą przez Włóczykija i Slava sięgnąłem po tą powieść i na kilka popołudni przepadłem dla otoczenia. Książka przepyszna, tłusta (prawie 900 stron) a mimo to pozostawia niedosyt. Mam tylko jedno ale do autora o to, że troszkę za ostro potraktował jednego z bohaterów i zrobił mu to co zrobił!:twisted:
Na półce czeka już kolejna powieść: „Ulice Laredo”, która toczy się w troszkę innym rytmie więc muszę chwilę odczekać, żeby się zdystansować by w odpowiedniej chwili i nastroju do niej zasiąść.
Na październik zapowiedziany jest kolejny, trzeci tom (chronologicznie pierwszy) trylogii pt. „Szlakiem umrzyka”. Taki troszkę turystyczny :mrgreen: tytuł więc z pewnością się nie pohamuję i kupię.
Wracając do „Na południe od Brazos” to Włóczykij tak zachęcał:

Coś dla fanów westernu.
"Na Południe od Brazos". Autor: Larry McMurtry.
Powieść-western. Dbałość o szczegóły, o realia, akcja i sugestywne opisy. Podczas czytania prawie czuć smród krowiego łajna, niedomytych prostytutek z saloon-baru czy palące słońce na Llano Estacado.
Piszę tak celowo, bo nie jest to powieść dla wrażliwych.
...

Czyli wyszło na to, że Malla jest niewrażliwa i ja też.;)
Po tej zachęcie to ja podchodziłem do tej książki jak pies do jeża :!: Bo zdecydowanie jestem wrażliwy i nie bardzo lubię westerny. Choć np. bardzo mi się podobała „Nienawistna ósemka” i mini serial „Bezbożnicy”. I wg mnie powieść „Na południe od Brazos” to właśnie taki trochę inny western, który okazał się wspaniały!
Wtóruję więc zachętom Włóczykija i Malli oraz „USA Today”, zacytowanego na ostatniej stronie okładki powieści:
„Jeśli miałbyś w swoim życiu przeczytać tylko jeden western, przeczytaj »Na południe od Brazos«”.

włóczykij
12-09-2023, 22:31
Czyli wyszło na to, że Malla jest niewrażliwa i ja też.;) Nie ukrywajmy - prawdziwi z was barbarzyńcy :wink:
Dziękuję z informację o "Szlaku umrzyka". :-) Mogłem przegapić ...
Skoro jesteśmy na Dzikim Zachodzie, to polecam "Krwawy Południk". Też jest "wesoło". ;)

komisaRz von Ryba
17-09-2023, 18:12
polecam tytuł
Kiczery. Podróż przez Bieszczady. autor Adam Robiński.
Niby znam te góry a się sporo dowiedziałem znaczy wciąga.
49165

Stały Bywalec
20-09-2023, 02:48
Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka.
Poniższy tekst za jakiś czas znajdzie się w mojej "Czytelni Książek Historycznych". Premierę ma dziś tu.

Harald Jähner „Czas wilka. Powojenne losy Niemców”
Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., Poznań 2021

Skutki drugiej wojny światowej – polityczne, ekonomiczne, demograficzne, socjologiczne etc. – zazwyczaj analizujemy w odniesieniu do państw zwycięskiej koalicji, najbardziej w tamtej wojnie potrzaskanych. Określamy olbrzymie straty Polski, ZSRR, Jugosławii, Grecji. Tkwią w naszej historycznej pamięci hitlerowskie obozy koncentracyjne i ludobójczy Holokaust. Co natomiast wiemy o pokonanych Niemczech? Przeważnie o niszczycielskich alianckich bombardowaniach lotniczych, o wielkim odwrocie i żołnierskich stratach Wehrmachtu, poczynając od połowy 1943 r. już na wszystkich frontach. Także o gwałceniu Niemek w 1945 r. przez zwycięskich czerwonoarmistów, o powojennym demontażu i wywózce ocalałego niemieckiego przemysłu (głównie do ZSRR, choć nie tylko), wreszcie o przymusowym wysiedleniu ludności niemieckiej z obszarów przypadłych po wojnie Polsce, ZSRR (Rosji) i Czechosłowacji. No i oczywiście o tym, że Niemcy aż do 1949 r., kiedy to powstały RFN i NRD, nie posiadali własnej państwowości. O tym wszystkim zazwyczaj orientujemy się tylko w dość ogólnym zarysie. Bardziej bowiem jesteśmy wpatrzeni we własne blizny i rany, które po wojnie przyszło nam długo lizać.
Proponowana dziś książka bardzo uszczegóławia i poszerza naszą wiedzę o powojennym losie Niemców. Współczesny niemiecki pisarz przedstawia ją w kilku, odrębnie przeanalizowanych aspektach. Opisuje zarówno prozę życia (codzienną egzystencję ludności, walkę o byt), jak też zachodzące w latach powojennych przemiany polityczne i kulturowo-cywilizacyjne. Bardziej koncentruje się na sytuacji w strefach okupacyjnych USA, Wielkiej Brytanii i Francji (późniejszej RFN). Strefy radzieckiej (NRD) nie pomija, choć poświęca jej mniej uwagi. Sporo pisze o powojennym Berlinie. Jest to lektura ciekawa, dzięki niej dowiemy się, z jakimi problemami ludność niemiecka zmagała się w tytułowych „czasach wilka” i latach po nich następujących, oraz jak te problemy starała się (najczęściej skutecznie) rozwiązywać. Głównie były to nw. sprawy.
 Odgruzowywanie miast zniszczonych bombardowaniami lotniczymi i walkami frontowymi. Z konieczności zajmowały się tym przede wszystkim kobiety, byli prominenci systemu nazistowskiego (ci przymusowo) oraz jeńcy pozostający w alianckiej niewoli, jeśli byli zgrupowani w pobliżu.
 Nierównowaga demograficzna – niedobór mężczyzn młodych i w sile wieku, którzy albo polegli, albo jeszcze przebywali w niewoli. Ci powracający z niej byli często kalecy fizycznie, wygłodzeni, wypaleni psychicznie i nie zawsze nadawali się do podjęcia nowego, energicznego życia codziennego.
 Brak dachu nad głową. Trzeba go było zapewnić mieszkańcom zniszczonych budynków oraz kliku milionom niemieckich uchodźców i wysiedleńców ze wschodu. Przy czym rodacy absolutnie nie kwapili się z przyjmowaniem tych drugich do swoich mieszkań i domów, nawet jeśli dysponowali większą powierzchnią. Ponadto na terenie pokonanych Niemiec jeszcze przez pewien czas kwaterowali liczni byli cudzoziemscy robotnicy przymusowi oraz uwolnieni więźniowie obozów koncentracyjnych.
 Bardzo odczuwalny brak żywności, opału, także innych artykułów pierwszej potrzeby i sprzętu domowego. Harald Jähner obrazowo, podając przykłady, przedstawia sposoby nielegalnego radzenia sobie ludności z tymi problemami (szaber, kradzieże, czarny rynek).
 Duża przestępczość w pierwszych powojennych miesiącach, m.in. ze strony żądnych zemsty, uwolnionych cudzoziemskich robotników przymusowych i byłych więźniów obozów koncentracyjnych (kradzieże, napady rabunkowe).
 Problemy ekonomiczne. Wzrost przedsiębiorczości, rozwój przemysłu i handlu nastąpił dopiero po reformie walutowej w 1948 roku. Wcześniej preferowanym środkiem płatniczym były papierosy. Autor przedstawia też niektóre powojenne kariery, m.in. Beate Uhse, byłej pani kapitan Luftwaffe, która działalność gospodarczą rozpoczęła od wydawania i dystrybucji elementarnego poradnika antykoncepcji, z czasem stając się potentatem w branży porno.
Harald Jähner pisze również o zachodzących w społeczeństwie niemieckim przemianach obyczajowych, światopoglądowych, zmianach kulturowo-cywilizacyjnych. Wiele uwagi poświęca rozliczeniom z wojenną, zbrodniczą przeszłością i ustosunkowaniu się do nich przeciętnych Niemców. Ciekawie prezentuje sylwetki przedwojennych antyhitlerowskich emigrantów, teraz reemigrantów przybyłych po wojnie do ojczyzny. Wypada również podkreślić, iż niemiecki autor, opisując tużpowojenne krzywdy, prześladowania swoich rodaków, wyraźnie wskazuje tego przyczynę – explicite wymienia niemieckie zbrodnie i ich rozmiar, czym tłumaczy (choć nie usprawiedliwia) późniejsze, niekontrolowane zachowanie alianckich żołnierzy. Jako swego rodzaju fenomen Jähner wskazuje fakt braku ruchu oporu w powojennych Niemczech – w rażącym przeciwieństwie do innych państw europejskich, które po klęskach w latach 1939-1941 znalazły się pod okupacją niemiecką. Osławiony Werwolf, którego tak obawiali się alianci, okazał się efemerydą i zakończył istnienie z dniem bezwarunkowej kapitulacji sił zbrojnych III Rzeszy. Autor nadmienia też, iż rozpoczęcie wkrótce zimnej wojny zmniejszyło niemiecką udrękę – ZSRR i mocarstwa zachodnie zaczęły bowiem w swoich strefach okupacyjnych zabiegać o pozyskiwanie sojuszników. Książkę wzbogaca interesująca dokumentacja fotograficzna.
Na zakończenie, żeby także coś pogrymasić, wskazuję błąd edytorski na str. 94 w wierszu 7 od góry. Gęstość zaludnienia kraju podaje się w liczbie osób na kilometr kwadratowy, a nie na metr kwadratowy, jak tam napisano.
PS. Osoby zainteresowane tytułową tematyką mogą sięgnąć również po książki, których autorkami/autorami są:
 Helene Plueschke, Esther von Schwerin, Ursula Pless-Damm – książka pt. „Wypędzone”,
 Niclas Sennerteg – książka pt. „Zemsta Stalina 1944-1945”,
 Keith Lowe – książka pt. „Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej”,
 Bruno Sutkus – książka pt. „Snajper. Z frontu wschodniego na Syberię”
- opisane już wcześniej na blogu (recenzje do odszukania w katalogach). O sytuacji w radzieckiej strefie okupacyjnej i późniejszej NRD opowiada też Anne Applebaum w książce pt. „Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956”, też tu zrecenzowanej.

Stały Bywalec
30-10-2023, 11:36
Dziś proponuję lekturę dwóch książek biograficznych – biografii pań niezwykle nietypowych, mających żywoty i tragiczne, i swawolne.

„Narzeczona Schulza. Apokryf”. Autorka: Agata Tuszyńska

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2023/10/narzeczona-schulza-apokryf-autorka.html

„Frida. Wojna mojej nieznanej babki”. Autorka: Nina F. Grünfeld

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2023/10/frida-wojna-mojej-nieznanej-babki.html

sir Bazyl
01-11-2023, 11:43
Na youtube jest mnóstwo kanałów, na których ich autorzy prezentują, omawiają, recenzują książki. Chciałem polecić Wam trzy z nich, moim zdaniem zdecydowanie wyróżniające się spośród tych, które znam.
Pierwszy, realizowany koncepcyjnie, w sposób wręcz urzekający, to „Okoń w sieci”:

https://www.youtube.com/watch?v=q7hBGl0w7Ww

Co prawda Okoń gustuje głównie w innych książkach, dziedzinach literatury niż ja, ale absolutnie nie przeszkadza to w oglądaniu jego wspaniałych filmów. Na kanale ma również taki podrozdział, w którym prezentuje polskich autorów współczesnych. Tu np. film o Andrzeju Ziemiańskim:

https://www.youtube.com/watch?v=RY6oHSp4gxw

Kolejnym jest „Literaccy”. Przykładowy odcinek, w którym omawiają książkę Adriana Markowskiego „Bieszczady. Dla tych, którzy lubią chodzić własnymi drogami”:

https://www.youtube.com/watch?v=zOiSi_RTzxE

Ukazała się kolejna książka tego autora: „Bieszczady. Dla tych, którzy chcą je poznać naprawdę.” Obie polecam. Większość opisywanych w nich wątków bieszczadzkich była mi znana ale pojawiło się w nich kilka nieznanych mi historii a poza tym zawsze warto przenieść się w Bieszczady, choćby siedząc w ulubionym fotelu z książką i pochłaniając wraz z lekturą czekoladę wedlowską o smaku espresso (moje ostatnie odkrycie – wskoczyła na pudło wraz z bajecznymi i wedlowskim ptasim mleczkiem o smaku waniliowym).

sir Bazyl
01-11-2023, 12:26
Dla młodszych czytelników (ale nie tylko) polecam prowadzony przez córki Literackich kanał „Zaksiążkowane”. Dziewczyny często zapraszają do programu swoich rodziców i urządzają teleturnieje związane z literaturą bądź starają wzajemnie zachęcić się do przeczytania konkretnych tytułów. Przykładowy odcinek z tatą jako gościem programu:

https://www.youtube.com/watch?v=SIdB_Xf9Y2A

Następnym programem jest „Bookszpan”, który jest wydzieloną częścią kanału „Langusta na palmie” prowadzonego przez o. Adama Szustaka. Wg informacji zamieszczonej na kanale: „Znajdziesz tutaj rekolekcje, biblijne komentarze i inne kaznodziejskie projekty video o. Adama.”
Powyższą tematyką to ja nie jestem zainteresowany ale jest osobny dział nazwany „Bookszpan”, w którym pan Adam prezentuje przeczytane książki i robi to ciekawie i z charyzmą.
Odcinek, w którym zachwyca się m.in. „Na południe od Brazos” (od min. 9:09):

https://www.youtube.com/watch?v=WwdPFFzNegw

Stały Bywalec
03-12-2023, 11:33
Sir Bazyl napisał:
„Na półce czeka już kolejna powieść: „Ulice Laredo”, która toczy się w troszkę innym rytmie więc muszę chwilę odczekać, żeby się zdystansować by w odpowiedniej chwili i nastroju do niej zasiąść.
Na październik zapowiedziany jest kolejny, trzeci tom (chronologicznie pierwszy) trylogii pt. „Szlakiem umrzyka”. Taki troszkę turystyczny tytuł więc z pewnością się nie pohamuję i kupię.”.

Bazylu, to nie trylogia lecz tetralogia autorstwa Larry'ego McMurtry'ego. Kolejność fabularna jest następująca:

1. „Szlak umrzyka”,
2. „Comanche Moon” (książka jeszcze nie jest przetłumaczona na nasze, jej polski tytuł podobno brzmieć będzie „Czas Komanczów”,
3. „Na południe od Brazos”,
4. „Ulice Laredo”.

Ale, Bazylu, strasznie mnie zachęciłeś, za co dziękuję. Uwielbiam westerny, zwłaszcza te osadzone w realiach historycznych, geograficznych i przyrodniczych. O tym, że tak jest (mniej więcej) w tym przypadku, informuje p. Michał Stanek w Posłowiu.
Aktualnie czytam tom 1 ww. tetralogii, jestem na stronie 196/398. Ekspedycja wędruje po spalonej prerii i zaczyna doskwierać brak wody. Odnajdują niektóre konie, które uszły z życiem. Po tomy 3 i 4 (też już nabyte, spoczywają w domowej bibliotece) sięgnę jednak dopiero po przeczytaniu tomu 2. Aby długo nie czekać na jego polską projekcję, wczoraj zamówiłem książkę angielską, oryginalną, na stronie www.libristo.pl . Zamówienie przyjęto, realizację obiecano jeszcze przed Świętami B.N. Cena (wraz z kosztami przesyłki) to 85 zł. My English in reading is much better than in speaking.

sir Bazyl
03-12-2023, 12:56
(...)
Bazylu, to nie trylogia lecz tetralogia autorstwa Larry'ego McMurtry'ego. Kolejność fabularna jest następująca:

1. „Szlak umrzyka”,
2. „Comanche Moon” (książka jeszcze nie jest przetłumaczona na nasze, jej polski tytuł podobno brzmieć będzie „Czas Komanczów”,
3. „Na południe od Brazos”,
4. „Ulice Laredo”.
Dzięki za sprostowanie, to tetralogia i jest to wyraźnie napisane na stronie wydawcy skąd jak mi się wydaje czerpałem informację. Skąd wzięła mi się trylogia - pojęcia nie mam :) Chyba, że coś pozmieniali na stronie pod osłoną nocy ;)


Ale, Bazylu, strasznie mnie zachęciłeś, za co dziękuję.
Nie ma za, ja też zostałem wcześniej zachęcony przez innych uczestników naszego forum. Wątek spełnia zatem swoje zadanie.

Aktualnie czytam tom 1 ww. tetralogii, jestem na stronie 196/398. Ekspedycja wędruje po spalonej prerii i zaczyna doskwierać brak wody. Odnajdują niektóre konie, które uszły z życiem. Po tomy 3 i 4 (też już nabyte, spoczywają w domowej bibliotece) sięgnę jednak dopiero po przeczytaniu tomu 2. Aby długo nie czekać na jego polską projekcję, wczoraj zamówiłem książkę angielską, oryginalną, na stronie www.libristo.pl . Zamówienie przyjęto, realizację obiecano jeszcze przed Świętami B.N. Cena (wraz z kosztami przesyłki) to 85 zł. My English in reading is much better than in speaking.
Ponieważ u mnie z angielskim jest niemalże całkowita klapa więc chyba poczekam na polskie tłumaczenie tomu drugiego i też wtedy zacznę od początku. "Szlak umrzyka" już czeka na regale.

Stały Bywalec
05-12-2023, 16:05
Lektura tego wątku zainspirowała mnie do lektury książki. Do cyklu powieści Larry'ego McMurtry'ego zachęciły mnie opinie Malli, Włóczykija i Sir Bazyla. Poniżej zamieszczam tekst, który w przyszłości znajdzie się na moim blogu pn. "Czytelnia Książek Historycznych". Premierę ma dziś tu.

Larry McMurtry „Szlak umrzyka”
Wydawnictwo Vesper, Czerwonak 2023

Przenosimy się za Atlantyk i cofamy w czasie do lat 1841 i 1842. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej dopiero się rozwijają terytorialnie. Jest jeszcze przed wojną USA z Meksykiem (1846-1848 ), która uszczupli to drugie państwo o 1/3 terytorium. Ale animozje pomiędzy nimi już trwają. Na spornym obszarze po walkach z Meksykanami powstaje w 1836 r. niepodległa Republika Teksasu, która dopiero w 1845 r. zostanie przyłączona do USA. W ciągu 10 lat swego istnienia, mając ciche wsparcie rządu i kongresu Stanów Zjednoczonych, śmiało sobie poczyna, sięgając daleko na zachód po tereny autonomicznego podówczas Nowego Meksyku, politycznie powiązanego z Meksykiem. Latem 1841 r. Teksańczycy organizują wyprawę „wojenno-osadniczą” w celu aneksji miasta Santa Fe (ważnej miejscowości na przecięciu szlaków handlowych) i terenów wokół położonych. Kilkusetosobowa ekspedycja ponosi fiasko. Ci jej uczestnicy, którzy po drodze nie polegli w zmaganiach z Indianami, Meksykanami oraz siłami natury, trafili do meksykańskiej niewoli, gdzie część z nich rozstrzelano. Tyle w telegraficznym skrócie po przeczytaniu posłowia pt. „Western jako szkoła przetrwania” (str. 383-396) autorstwa p. Michała Stanka, potwierdzonego zajrzeniem do atlasu historycznego. Dowiadujemy się też, że „Szlak umrzyka” to fabularnie pierwsza część tetralogii amerykańskiego pisarza Larry’ego McMurtry’ego (1936-2021), napisana w 1995 r. Drugą z kolei jest jego powieść pod angielskim tytułem „Comanche Moon”, napisana w 1997 r., w dacie edycji niniejszego tekstu jeszcze nie wydana po polsku. Trzecia i czwarta zaś to „Na południe od Brazos” (1985) i „Ulice Laredo” (1993), napisane wcześniej. Jak więc z powyższego wynika, powstałe później „Szlak umrzyka” i „Comanche Moon” stanowią tzw. prequele.

Autor, dość ogólnie zachowując zgodność z przedstawionymi na wstępie faktami historycznymi, wprowadza nas w świat Dzikiego Zachodu, jego realia socjologiczne, geograficzne i przyrodnicze. Głównymi bohaterami literackiego westernu są dwaj nastolatkowie, których los rzucił na głęboką wodę życia. O ich pochodzeniu i przeszłości wiemy bardzo niewiele. Niewykluczone, iż autor opisał je we wcześniej powstałych utworach, ale fabularnie późniejszych, i nie chciał się tu powtarzać. Są to sympatyczne chłopaki, w zasadzie bez żadnego wykształcenia. Popełniają błędy młodości, na których dopiero się uczą, życiową wiedzę czerpią też obserwując i słuchając starszych westmanów. Oprócz nich w powieści występuje cała galeria typów ludzkich, zarówno pozytywnych, jak i spod ciemnej gwiazdy. Niektóre postacie są historycznymi (choć ich faktyczne życiorysy biegły nieco inaczej niż w powieści), niektóre pod fikcyjnymi nazwiskami mają rzeczywiste pierwowzory (choć też o losach odbiegających od przedstawionych w książce), pozostałe natomiast to już zupełny wytwór wyobraźni autora.

Od lektury trudno jest się oderwać. Wędrujemy z Gusem McCrae i Woodrawem Callem dzikimi szlakami dziewiętnastowiecznego Teksasu i Nowego Meksyku, walcząc z Indianami (głównie), Meksykanami (prawie wcale), polując, marznąc, moknąc, głodując, omal nie ginąc w pożarze prerii. Owi Indianie to przede wszystkim Komancze pod wodzą okrutnego Garbu Bizona, i Apacze dowodzeni przez bliżej niescharakteryzowanego Gomeza. Ci drudzy są mniej straszni tylko o tyle, że swoich ofiar nie skalpują. Jedni i drudzy nie mają nic wspólnego ze szlachetnymi postaciami czerwonoskórych przedstawianych w powieściach Karola Maya, m.in. na których się wychowałem. Na dowód ich okrucieństwa przytoczę radę starszych westmanów dawaną nowicjuszom: w razie otoczenia przez Indian należy koniecznie i skutecznie popełnić samobójstwo, gdyż alternatywą będzie bardzo długa śmierć w męczarniach, a w zadawaniu tortur mogą uczestniczyć również indiańskie squaw, wyspecjalizowane w odgryzaniu także intymnych męskich części ciała. Oczywiście nie tylko czerwonoskórzy są w książce postaciami negatywnymi. Larry McMurtry wprowadził też do niej patologiczne typy białych łowców skalpów (to nie pomyłka) oraz białych handlarzy niewolników (głównie pojmanych meksykańskich kobiet i dzieci), kupowanych od Indian i nieraz odsprzedawanych innym Indianom. Płeć piękna również się w powieści na pierwszym planie pojawia. Przez wszystkie karty książki śledzimy losy rosłej, silnej i odważnej Matyldy Roberts, początkowo zajmującej się najstarszą profesją świata, później nieco się ustatkowującą. Skoro o tym wspomniałem, to dla zachowania międzypłciowej symetrii dodam, iż Gus McCrae jest młodzieńcem nadmiernie pobudliwym (nawet zważywszy jego wiek) i wszystkie zarobione pieniądze wydaje przeważnie w burdelu kategorii ostatniej. W książce znajdujemy opis takiego przybytku. Skoro mówimy o pieniądzach, czytelnika rozczuli duża wartość ówczesnej waluty amerykańskiej. Szeregowy Strażnik Teksasu zarabia 3 dolary miesięcznie, awans na kaprala przynosi mu podwyżkę 1 dol./mies. Jak wcześniej wspomniałem, amerykański autor, mimo wzbogacenia rzeczywistych wydarzeń i osób fikcją literacką, utrzymuje się w realiach epoki. Posiada wiedzę eksperta historycznego w tym zakresie, co m.in. potwierdzają przyznane mu w USA nagrody i wyróżnienia. Rażący wyjątek dostrzegamy dopiero w zakończeniu powieści – absolutnie nierealistycznym, fantastycznym sposobie uratowania się niedobitków pechowej ekspedycji. Ale to tylko kilka ostatnich stron (375-380) książki, proszę się z góry nie zrażać. Nadmienię także, iż tytułowy szlak umrzyka odpowiada odcinkowi trasy od Santa Fe do El Paso, przebytemu przez bohaterów powieści już w charakterze jeńców pod meksykańską eskortą. Jego określenie pozostaje bardzo adekwatne do warunków geograficznych i przyrodniczych tam występujących, co zresztą potwierdza sama nazwa geograficzna krainy w języku hiszpańskim: Jornada del Muerto. Oprócz ekstremalnie trudnych warunków terenowych życie podróżnych „urozmaicają” Indianie. Zarówno ów szlak, jak i całą trasę Austin – Santa Fe – El Paso – Galveston możemy prześledzić na mapie znajdującej się na początku i na końcu książki, jest na niej zaznaczona cienkimi, jasnymi paskami.

No i jak się to Państwu podoba? Proszę nie mantykować, tylko sprawdzić stan posiadanej broni i … siadamy na koń, czas ruszać w drogę! Wild West has been waiting for You.

Stały Bywalec
19-12-2023, 13:45
Kiedyś była taka „megaekstrawagancka” gwiazda filmu i estrady. Proponowana lektura to jej skandalizująca biografia i - również szokująca - autobiografia autorki książki. Czyli dobra rozrywka świąteczno-noworoczna. Przy okazji można się „odchamić” w zakresie znajomości historii kina.

Maria Riva „Marlene Dietrich. Prawdziwe życie legendy kina”
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2021

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2023/12/marlene-dietrich-prawdziwe-zycie.html

Marcowy
08-05-2024, 15:48
Uwaga, będzie prywata, ale w szczytny celu :smile:

Miło mi poinformować, że właśnie ukazała się nowela Borisa Akunina "Adwokat Biesa", którego to dzieła miałem zaszczyt być wydawcą i tłumaczem.

Całkowity dochód ze sprzedaży jest przeznaczony dla fundacji wspierających walczącą Ukrainę oraz rodziny więźniów politycznych w Białorusi, więc potrząśnijcie kiesą

Absolutnie wszyscy uczestnicy projektu (w tym Autor, Ilustrator i wydawca) zrzekli się honorariów, dzięki czemu zdecydowana większość ceny okładkowej trafi do potrzebujących.

Link do strony projektu i e-księgarni: https://adwokatbiesa.pl/

49401

sir Bazyl
14-05-2024, 21:07
Gregory David Roberts
„Shantaram”

Rzecz dzieje się w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Głównym bohaterem powieści jest młody człowiek (autor) skazany przez australijski wymiar sprawiedliwości na długoletni pobyt w więzieniu. Zostaje osadzony lecz po niedługim czasie udaje mu się zbiec i na lewych papierach przedostać do Indii gdzie rozpoczyna się jego „drugie” życie.
Akcja toczy się w kilku różnych światach tj. w wielkiej aglomeracji (Bombaj) ale też na głębokiej prowincji. W mieście również w całkiem innych światach: w świecie bogaczy, w wystawnych i hotelowych dzielnicach i w świecie biedoty w slumsach. W świecie występku i gangsterów ale również w świecie niejako moralnego ozdrowienia.
Jest piękna przyjaźń, jest miłość, jest wartka akcja i zaskakujące w niej zwroty, jest gangsterka, jest poświęcenie i wrażliwość. Jest co czytać! (796 stron :-D)
Fantastyczna powieść, którą gorąco polecam 10/10.
Z okładkowej zachęcajki: „(…) Shantaram to przypadek ciężkiego uzależnienia: jeżeli przeczytasz kilka pierwszych stron, jesteś stracony dla bliskich i pracy na nadchodzący czas.” (Marcin Meller)

komisaRz von Ryba
17-05-2024, 22:22
Gregory David Roberts
„Shantaram”...

cudowna książka, właściwie przesłuchałem jako audiobook chyba najlepszy jaki słuchałem, przeczytany tak że słychać kurz na bombajskich ulicach, nie raz siedziałem w aucie aby dosłuchać do końca rozdziału.
Ciąg dalszy to Cień góry.
Szukając w wyszukiwarce jako pierwszy wynik pojawia się Karla ;)

Stały Bywalec
06-06-2024, 13:40
100 lat temu wpadli i zajął się nimi wymiar sprawiedliwości. Czasy naszych przodków! Mój tatuś (1915-1985) wtedy dopiero pobierał nauki na szczeblu wczesnopodstawowym. Mamusi (1925-2024) jeszcze nie było na świecie.
Poniższy tekst zamieszczę niebawem na moim blogu („Czytelnia Książek Historycznych”). Prapremierę ma dziś tu.

Jarosław Molenda „Piekielna Mańka. Dzieje krwawej femme fatale z Kresów Wschodnich, współodpowiedzialnej za ponad 50 zabójstw”
Wydawca: Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o., Warszawa 2022

W pierwszej połowie lat 30. ub. wieku amerykańska opinia publiczna ekscytowała się wyczynami gangsterskiej pary Bonnie and Clyde. My taki damsko-męski, zbrodniczy duet mieliśmy „lepszy” – zarówno pod względem wyprzedzenia w czasie (operowali w pierwszej połowie lat 20.), jak i liczby zabójstw dokonanych na tle kryminalnym. W latach 1924-1926, gdy byli sądzeni, nie schodzili z łam naszej codziennej prasy. Owi złoczyńcy to Germanida Szykowicz z d. Błońska, urodzona prawdopodobnie w 1898 r. (data śmierci nieznana) i jej partner Stanisław Zboński, ur. w 1897 lub 1898 roku, rozstrzelany na mocy wyroku śmierci w 1926 r. Ich opus operandi był dość nieskomplikowany – pani wyszukiwała i sprowadzała (pod różnym pretekstem) ofiary, a pan pozbawiał je życia (strzałem z pistoletu, nożem, bądź jakimś tępym narzędziem). Nie byli przy tym wybredni – zabijali zarówno osoby uznane za majętne, jak i zwykłych wozaków (aby zrabować konia, furmankę i szybko je spieniężyć). Owa „niewybredność” wyboru ofiar oraz różnorodność miejsc i sposobów morderstw okazywały się, do czasu, czynnikami im sprzyjającymi. Licznych zbrodni długo bowiem nie kojarzono z jednymi sprawcami. Ostatecznie udowodniono im 51 zabójstw, ale prawdopodobnie było ich więcej. Działali na terenie całej II Rzeczypospolitej. Germanida (tytułowa Mańka) nie była, wg cytowanych relacji prasowych, kobietą specjalnie atrakcyjną, ale jednak musiała „coś w sobie mieć”, albowiem kilka ofiar to oczarowani nią mężczyźni, deklarujący nawet wobec niej „poważne zamiary”. Stanisław natomiast to zwykły osiłek i zbir posłusznie wykonujący jej polecenia. Jako byłego żołnierza go rozstrzelano, a nie powieszono. Germanida również otrzymała prawomocny wyrok śmierci, od którego wykonania wybawił ją jednak Pan Prezydent RP korzystając z prawa łaski (1927). Aż do pamiętnego września 1939 r. przebywała osadzona w więzieniu w Bydgoszczy, a co się z nią stało po wybuchu wojny – nie wiadomo. Miała wtedy 41 lat, z których ostatnie 15 spędziła za kratkami (co, jak wiadomo, zdrowiu ani urodzie nie sprzyja).

Proponowana dziś książka nie jest powieścią sensacyjną, co mógłby sugerować jej tytuł. Pan Jarosław Molenda stworzył reportaż śledczo-sądowy, bazując na archiwaliach i artykułach naszej prasy z tamtych lat, korzystając również z publikacji wybranych, cytowanych historyków. Opisał wszystkie krwawe wyczyny Germanidy i Stanisława, które wyszły na jaw w ramach śledztw i procesów. Podczas lektury szybko zauważamy, iż postępki bandyckiej pary stały się też okazją do szerszego opisania realiów życia codziennego w Polsce pierwszej połowy lat 20. ubiegłego wieku. Poznajemy polską biedę tuż po odzyskaniu niepodległości, działalność licznego świata przestępczego (dość szczegółowo), motywy i metody zbrodni, zagrożenie dla życia czające się na wielu miejskich ulicach, wiejskich traktach oraz w pociągach. I często towarzyszącą temu bezradność polskiej policji - słabo wówczas opłacanej, niedoinwestowanej w urządzenia techniczne oraz na ogół kiepsko wykwalifikowanej. Pozytywnym wyjątkiem okazał się tu policjant śledczy, starszy przodownik Kazimierz Dubaniewicz, który walnie przyczynił się do rozpracowania i ujęcia bandyckiej pary (za co dość wysoko awansował).

Stały Bywalec
31-08-2024, 13:17
Osobom, które od czasu do czasu zaglądają do mojego bloga pn. „Czytelnia Książek Historycznych” (ale latem br. jeszcze tego nie uczyniły), informuję, że w lipcu i sierpniu zamieściłem tam artykuły zawierające propozycje lektur tzw. okolicznościowych: 110. rocznicy wybuchu pierwszej wojny światowej, 80. rocznicy powstania warszawskiego i 85. rocznicy najazdu Niemiec na Polskę. Aby Was bardziej zainteresować nadmieniam, iż jedna z omówionych książek o powstaniu warszawskim została napisana przez Niemca, członka NSDAP i oficera Wehrmachtu, po wojnie historyka zachodnioniemieckiego.
Natomiast tym spośród Was, którzy zamiast wielkiej polityki i wielkiej historii wolą wielką przygodę, proponuję wędrówki po prerii i górach pogranicza amerykańsko-meksykańskiego. Poniżej zamieszczam przygotowany już tekst, który za jakiś czas również znajdzie się na ww. blogu, ale prapremierę ma dziś tu.


Cormac McCarthy – Trylogia „Pogranicze” („Rącze konie”, „Przeprawa”, „Sodoma i Gomora”)
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2023

Trochę się zawahałem, czy o tych trzech powieściach napisać na blogu poświęconym książkom o tematyce historycznej. Ich bohaterami nie są bowiem postacie historyczne, powieści nie odnoszą się też do żadnych ważnych wydarzeń dziejowych. Historyczne są tylko miejsce i czas akcji: pogranicze USA i Meksyku, rok 1949 (cz. 1), rok 1941 (cz. 2) i rok 1952 (cz. 3) – naruszenie chronologii akcji wynika z kolejności napisania powieści. Autor wspaniale w nich przedstawia przygraniczne, wiejskie i małomiasteczkowe realia, charakteryzuje je przyrodniczo i etnologicznie. Wprowadza całą galerię ludzkich typów po obu stronach granicy, zarówno charakterów dobrych, jak i całkowicie nikczemnych. Ukazuje potęgę miłości i męskiej przyjaźni. Wszystko to jest tłem powieści kowbojskich, sensacyjnych. Czyli książek wartkiej akcji.
Trylogii streszczać nie zamierzam – niechże czytelnik sam pozna losy jej głównych bohaterów. Jest ich dwóch: John Grady Cole (ur. 1933) i Billy Parham (ur. 1924). Szesnastoletni John jest pierwszoplanową postacią części pierwszej (pt. „Rącze konie”), siedemnastoletni Billy natomiast przewodzi części drugiej (pt. „Przeprawa”). Obaj, już w wieku odpowiednio 19 i 28 lat, spotykają się i zaprzyjaźniają dopiero w części trzeciej (pt. „Sodoma i Gomora”). Są to chłopaki uczciwe, wrażliwe, prostolinijne, inteligentne, słabo wykształcone. Kowboje diablo odważni i sprawni fizycznie. Kochają zwierzęta, nienawidzą takich, co je sadystycznie krzywdzą. John doskonale radzi sobie z końmi, Billy jest znawcą hodowli bydła. Biedni jak myszy, zatrudniają się u zamożnych farmerów po obu stronach granicy amerykańsko-meksykańskiej. Po kolei wpadają w wielkie tarapaty. Nie ze swojej winy, ale kto to obiektywnie osądzi, kto im pomoże? Czasem mają szczęście, czasem nie. No i zwróćmy uwagę na ich młodziutki wiek. „Do zakochania jeden krok” – jak śpiewał Andrzej Dąbrowski. John, Billy i ich powieściowi rówieśnicy kilkakrotnie ten krok wykonują. W realiach Dzikiego Zachodu, na tym pograniczu naprawdę dzikim jeszcze w połowie XX wieku. Nawet jeśli początkowo mają szczęście w miłości, to wkrótce okrutny los dmuchnie biedakom wiatrem w oczy. Spotyka ich rozczarowanie, a nawet … Proszę sobie samemu przeczytać. Dla wzmożenia zainteresowania podpowiem tylko, że miłość Johna do młodej, biednej dziewczyny, zmuszonej do uprawiania prostytucji, stała się powodem pojedynku na noże, szczegółowo opisanego w trzeciej powieści. Dramaturgia narracji nie ustępuje tu Sienkiewiczowskim opisom pojedynków Wołodyjowskiego z Bohunem w „Ogniem i mieczem” i z Kmicicem w „Potopie”. Ale proszę nie traktować książek trylogii McCarthy’ego jako tylko sensacyjnych. Są to przede wszystkim powieści obyczajowe i psychologiczne. Mocne, ukazujące trudy, brudy i okrucieństwo życia. A przez pryzmat losów ich bohaterów poznajemy, dziś już historyczne, środowisko pogranicza USA i Meksyku połowy XX wieku. Autor przy okazji przytacza również ówczesne przypowieści ludowe, wspomnienia i legendy, ukazując logikę i sposób rozumowania prostych ludzi.

Na zakończenie, dwie moje kąśliwe uwagi pod adresem Szanownego Wydawnictwa, nomen omen Literackiego. W części 1 (pt. „Rącze konie”) częste dialogi w języku hiszpańskim w ogóle nie zostały przetłumaczone na polski!!! Czasem się można (z kontekstu) domyśleć ich treści, a czasem nie. Na szczęście w dwóch kolejnych częściach trylogii tłumacze się zreflektowali i w przypisach zamieścili polską treść rozmów prowadzonych po hiszpańsku. Druga ważna uwaga: występujące we wszystkich trzech powieściach częste dialogi są, moim zdaniem, niewłaściwie wprowadzone do tekstu książek. Ani nie są w nim poprzedzane myślnikami, ani nie oznaczono ich innym rodzajem druku (np. kursywą). Także nie zawsze zostały ujęte w odrębnych wierszach tekstu, bywa że je wtrącono do narracji ogólnej. Sprawia to przykre wrażenie naruszenia zasad pisowni, niekiedy wręcz pomieszania z poplątaniem. Przyznaję, że po raz pierwszy spotkałem się z takim niestarannym sposobem umieszczania dialogów w redakcji tekstu książki.

Stały Bywalec
01-10-2024, 09:20
Poniższy tekst z czasem znajdzie się w mojej "Czytelni Książek Historycznych". Premierę ma dziś tu.

Szczepan Twardoch „Chołod”
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., Kraków 2022

Obywatel radziecki pochodzenia górnośląskiego, Konrad Wilhelmowicz Widuch (ur. 1895), w 1946 roku mając dużo wolnego czasu opisuje fragmentarycznie swoje burzliwe dzieje od dnia, gdy w wieku 14 lat uciekł z rodzinnego domu, aż do okresu, w którym prowadzi tę pisemną narrację. Czyni to dość nieskładnie, z wulgaryzmami, często przerywając chronologię wprowadzaniem wielu wspomnień i refleksji, co jednak nie zmniejsza czytelniczego zainteresowania, a wręcz przeciwnie – moim zdaniem nieraz je nawet wzmaga. Przez pozornie prostacki tekst przeziera wrodzona inteligencja i wisielcze poczucie humoru narratora, który mimo tylko podstawowego wykształcenia jest dość oczytany (to przede wszystkim zasługa jego żony) oraz włada czterema językami: górnośląskim, polskim, niemieckim i rosyjskim. Naleciałości głównie tego ostatniego, oraz trochę pierwszego i trzeciego, są zauważalne w treści dziennika pisanego jednak po polsku. Początkowo to mnie, przyzwyczajonego do lektury tekstów choćby i najbardziej niecenzuralnych, ale jednak redagowanych z zachowaniem reguł gramatyki, dosyć raziło. Wkrótce przestało, tak mnie wciągnęła fabuła. Fabuła, dodajmy, fikcyjna. Autor książki dochował jednak wierności realiom epoki, wydarzenia podobne opisywanym zapewne mogły mieć miejsce. Za wyjątkiem, oczywiście, niektórych specyficznych incydentów oraz istnienia tytułowej osady Chołod. Wprowadzenie jej do powieści, wraz z wierzeniami i obyczajami jej mieszkańców, potwierdza artyzm i maestrię literacką p. Szczepana Twardocha, odczuwane zresztą podczas lektury całej książki.
Bohater powieści, początkowo obywatel Cesarstwa Niemiec, pierwszą wojnę światową spędził na morzach jako podoficer floty. Pod koniec wojny uczestniczył w buncie marynarzy i nieudanej rewolucji niemieckiej. Następnie udał się do Rosji, gdzie wziął, już jako dość zasłużony rewolucjonista-bolszewik i komisarz polityczny, udział w wojnie z Polską. W 1920 r. walczył w szeregach mającej złą sławę Armii Konnej Budionnego, naszych rodaków przy tym nie oszczędzając, a wręcz przeciwnie (w książce mamy tego przykłady). Tam poznał swoją przyszłą żonę (w Konarmii służyło sporo kobiet), z którą stworzył udane, kochające się radzieckie małżeństwo. Jego Sofie również była zagraniczną, ideową komunistką-rewolucjonistką pochodzenia norweskiego. Także miała na sumieniu wiele ludzkich istnień. Nowa władza radziecka nie patyczkowała się bowiem z wewnętrznymi i zewnętrznymi wrogami, ofiary wojny domowej szły w miliony osób. Rewolucyjna przeszłość obojga nie zapewniła im jednak bezpiecznej egzystencji w Ojczyźnie Światowego Proletariatu. Byli protegowanymi Karola Radka, który swego czasu miał nieszczęście wyrazić trochę odmienne poglądy niż Wielki Stalin. W latach 30. ub. wieku, gdy stalinowski terror objął najpierw wszystkich trockistów (rzeczywistych i domniemanych), a z czasem już prawie wszystkich starych bolszewików, Konrad i Sofie wyjechali z Moskwy do dalekiego Murmańska, mając nadzieję pozostania tam niezauważonymi. Słusznie potem jednak przewidując swe aresztowanie, postanowili uciec za granicę. Najpierw spróbowała tego Sofie zabierając ze sobą ich dwie córki. Konrad długo nie wiedział, czy im się powiodło, sam już udać się za nimi nie zdążył. Tak jak miliony innych represjonowanych podczas Wielkiego Terroru zaliczył aresztowanie, ciężkie, połączone z torturami śledztwo NKWD, wreszcie pobyt w syberyjskim łagrze z etykietą wroga ludu, co dawało mizerne szanse na przeżycie. Z obozu udało mu się jednak po niesamowitych perypetiach i w niesamowitym towarzystwie zbiec i trafić do zapomnianej przez Boga i ludzi społeczności plemiennej, nieodnalezionej jeszcze przez władzę radziecką. Byli to Ljaudis, mieszkańcy podarktycznej, nieuwidocznionej na żadnej mapie osady Chołod (stąd tytuł książki). Stamtąd po kilkuletnim pobycie też musiał uciekać. Ostatecznie uratował się, dotarł do wybrzeży Alaski, choć o tym dowiadujemy się już nie z kart jego dziennika.
Tyle w suchym skrócie telegraficznym. Z książki dowiecie się Państwo o codziennych realiach, w których przyszło żyć i mierzyć się z nimi Konradowi Widuchowi. Poznacie ludzkie typy spod ciemnej gwiazdy, płci obojga. Z kart powieści często przebija groza. Przeczytacie bowiem o dużym okrucieństwie czynów opisywanych postaci, samego głównego bohatera nie wyłączając, choć on do takich posuwał się rzadko i raczej tylko z zemsty. Napotkacie również kilka śmiałych opisów scen erotycznych, w tym też typu hardcore w warunkach łagrowych (a zresztą nie tylko tam). O tym, że to wszystko, z zastrzeżeniem jak na wstępie, mieściło się jednak w realiach czasów i miejsc, nie ma wątpliwości. Potwierdza to liczna literatura popularnonaukowa i rzeczywista wspomnieniowa, z których autor zapewne czerpał wiedzę i natchnienie. Reasumując, życzę pasjonującej lektury. Ale osobom nadwrażliwym jej nie polecam. Przy okazji: czytelnicy mający wiedzę i doświadczenie żeglarskie zapewne z przyjemnością natkną się w książce na sporo terminów oraz procedur marynistycznych.
PS. Na str. 273 autor czyni dygresję do osoby Aloisa Pokory, tytułowego bohatera swojej innej książki (opisanej na blogu - proszę zerknąć do katalogu autorskiego alfabetycznego albo katalogu tematycznego 9).

Stały Bywalec
15-10-2024, 11:50
Do osób, których zainteresowały teksty dotyczące książek trylogii "Pogranicze" (powyżej przedostatni wpis).

Proponuję Wam lekturę kolejnej (i znacznie lepszej!!!) książki Cormaca McCarthy’ego – mocnej powieści sensacyjnej, trzymającej cały czas w napięciu i powodującej odkładanie na później innych zaplanowanych czynności dziennych. Jakiś czas temu miała swoją ekranizację pod niezmienionym tytułem. Nb. film również jest świetny, można go znaleźć w Internecie, polecam. Oczywiście chodzi o powieść pt. „To nie jest kraj dla starych ludzi”, wydaną w 2023 r. przez krakowskie Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. Dla mnie nie jest to książka o tematyce historycznej – jej bohaterami nie są znane persony, nie dotyczy ważnych wydarzeń z przeszłości, a poza tym jej fikcyjna akcja toczy się w 1980 r., gdy miałem już 29 lat. Zatem dłuższej recenzji w mojej internetowej „Czytelni Książek Historycznych” mieć nie będzie. Ale miłośnikom ambitnych powieści sensacyjnych, z tłem psychologicznym i socjologicznym, naprawdę gorąco ją rekomenduję.
PS. Sposób edycji narracji, w tym licznych dialogów, identyczny jak w polskich tłumaczeniach tamtych książek. Trochę irytuje, ale cóż zrobić.

sir Bazyl
04-12-2024, 20:09
W niezgłębionych czeluściach internetu natknąłem się w ubiegłym tygodniu na podcast Marcina Piotrowskiego „Literatura ze środka Europy”. No i przez kilka ostatnich wieczorów zamiast czytać książki to tracę ;) czas na słuchanie o pisarzach i ich dziełach już mi znanych, o tych, o których gdzieś i kiedyś coś tam mi dzwoniło, jak i o takich, o których istnieniu pojęcia nie miałem :oops:.
Troszkę się zatraciłem w traceniu, do czego i Was gorąco namawiam :razz:
Przede wszystkim polecam odcinek o „Czarownicy z Funtinel” Alberta Wassa, do przeczytania której kiedyś zachęcałem ( http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/2239-Co-by-tu-poczytać-Kącik-Ksiązki?p=181314&viewfull=1#post181314 ) :


https://www.youtube.com/watch?v=OG7KHiI8kgY

oraz o „Szkicach piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego”, (polecanych przeze mnie w tym poście:
http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/2239-Co-by-tu-poczytać-Kącik-Ksiązki?p=178737&viewfull=1#post1787370 ) :


https://www.youtube.com/watch?v=1sbal0zIHgA&t=346s

Podcastu można również słuchać w serwisie Spotify.

Stały Bywalec
21-12-2024, 13:22
Magali Delaloye „Historia erotyczna Kremla. Od Iwana Groźnego do Raisy Gorbaczowej”
Wydawnictwo Bellona Sp. z o.o., Warszawa 2018
Opis tu:
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2024/12/historia-erotyczna-kremla-od-iwana.html

W pakiecie również życzenia świąteczne. :razz:

bartolomeo
26-12-2024, 13:01
Jeżeli ktoś jest zainteresowany to "Into the wild" Jona Krakauera jest obecnie w Amazonie (https://www.amazon.com/dp/B000SEFNMS) za $2.09. Ebook, format Amazona z DRM - do każdego Kindla jak znalazł, ale poza ekosystemem Amazona już trudniej.

Stały Bywalec
27-12-2024, 12:21
Polecam katastroficzny, hipotetyczny reportaż z przyszłości pt. „Wojna nuklearna. Możliwy scenariusz” autorstwa Annie Jacobsen, znanej amerykańskiej dziennikarki. Jest to książka o wybuchu i dokładnym przebiegu, minuta po minucie, III wojny światowej, trwającej tylko 1 godzinę i 12 minut. Autorka przygotowywała tę książkę przez kilka lat, przeprowadziła szereg wywiadów ze specjalistami, naczytała się odpowiedniej literatury, aż sama stała się ekspertką. Aktualnie to największy hit czytelniczy w Stanach Zjednoczonych. Polski wydawca: Insignis Media, Kraków 2024. Nie przeczytać nie można.

Aha, za pasem sylwester. Czego by więc Wam w nadchodzącym Nowym 2025 Roku życzyć? Co ja się będę wysilał, pisał banały o zdrowiu, szczęściu, pomyślności etc. … Może niech teraz każda/każdy z Was, czytająca/czytający ten tekst, pomyśli sobie o najskrytszym swoim marzeniu do spełnienia w Przyszłym Roku. Już? No to ja właśnie tego Jej/Jemu życzę. :-P

Stały Bywalec
25-01-2025, 17:10
Poniższe dwa teksty za jakiś czas znajdą się w mojej internetowej „Czytelni Książek Historycznych”. Ale prapremierę mają dziś tu.

Colson Whitehead „Rytm Harlemu”
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o., Warszawa 2022

Nowy Jork, Harlem, lata 1959-1964. Dziś to już historyczny obraz tamtejszej murzyńskiej społeczności bez retuszu. Oszustwa, wymuszenia haraczy, szantaże, prostytucja, kradzieże, napady, paserstwo, bójki, morderstwa, narkomania … Ale także liczni mieszkańcy pragnący żyć normalnie i pracować uczciwie. Główny bohater Ray Carney (ur. 1930) to facet sympatyczny, postać raczej pozytywna. Wywodzący się z nizin społecznych, syn czarnoskórego bandziora, po śmierci matki wychowywany przez ciotkę. Z dużym samozaparciem, pracując na swe utrzymanie i czesne, ukończył studia z zakresu zarządzania, założył kochającą się rodzinę, otworzył własny sklep meblarski (pośmiertnie pomógł mu w tym szemrany tatuś; szczegóły w książce). Pracowity, bez nałogów, wierny mąż, dobry ojciec. Powyżej napisałem „postać raczej pozytywna” - już tłumaczę użycie słówka „raczej”. Interes Raya idzie jako tako. Bohater marzy o najmie mieszkania większego i w lepszej harlemskiej lokalizacji, a zatem sporo droższego. Swe oficjalne meblarstwo wspomaga więc drobnym, okazyjnym paserstwem – miejscowi prymitywni rabusie przynoszą mu przeróżne „fanty” z kradzieży i napadów, a on z kolei przekazuje je paserom bogatszym i bardziej wyspecjalizowanym w ocenie łupów i możliwości ich sprzedaży, najczęściej nowojorskim Żydom. Za owo pośredniczenie pobiera „prowizję” pozwalającą mu nie tylko związać koniec z końcem, ale również rozbudować pawilon sklepowy, rozszerzyć jego meblarski asortyment, a nawet odłożyć na większe mieszkanie. Z czasem zamierza ograniczyć się do działalności wyłącznie legalnej. Ale z kryminalną przeszłością nie jest tak łatwo zerwać! Na domiar złego dużo kłopotów przysparza mu brat cioteczny, z którym się wychował, i którego bardzo kocha. A tamten to już typowy harlemski złodziejaszek i bandziorek, obracający się w towarzystwie jeszcze gorszym.

W tle mamy rasizm oraz tytułowy codzienny rytm życia wielkiej dzielnicy murzyńskiej. Bardzo wzmagający się podczas gwałtownych zamieszek ulicznych po tym, gdy biali policjanci zabijają niezupełnie niewinnych czarnych chłopaków. Otrzymujemy arcydokładny opis czarnego Nowego Jorku tamtych lat. Ubodzy, niemający legalnych źródeł utrzymania mieszkańcy gnieżdżą się w wyeksploatowanych budynkach i obskurnych, śmierdzących lokalach. Miasto się rozbudowuje, inwestycjom towarzyszą przeróżne deweloperskie szwindle. Abyśmy się owym opisem nie znudzili, autor wprowadził doń kilka wątków kryminalno-mafijnych godnych powieści Mario Puzo. M.in. czytamy o organizacji, przebiegu i konsekwencjach dużego napadu rabunkowego, o międzygangowych „sprzecznościach interesów” oraz o wewnątrzgangowych przekrętach i krwawych porachunkach. Także o do cna skorumpowanej lokalnej administracji i policji, o bójkach i strzelaninach. W centrum tego wszystkiego oczywiście pozostają nasz Ray i jego marnotrawny kuzyn Freddie. Reasumując, jest to bardzo dobra, trzymająca w napięciu powieść sensacyjna, od której ciężko się oderwać. Od typowych kryminałów odróżniająca się wszechstronną charakterystyką wielkomiejskiej społeczności oraz analizą życiorysów i mentalności wybranych jej reprezentatywnych przedstawicieli. Colson Whitehead to wielokrotnie nagradzany amerykański pisarz i dziennikarz, piszący o sprawach doskonale mu znanych (choć niezupełnie z autopsji, urodził się w roku 1969). Nowojorskich poloniców podczas tej lektury nie napotkamy. Raz tylko autor napomyka, że – podczas klubowego spotkania – miejscowa elita murzyńska opowiadała sobie dowcipy o Polakach.

PS. Ciąg dalszy losów Raya Carneya możemy poznać z kolejnej książki Colsona Whiteheada pt. „Reguły gry”.
I oto one:

Colson Whitehead „Reguły gry”
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o., Warszawa 2023

Akcję „Rytmu Harlemu” Colson Whitehead zakończył w roku 1964. Sequel pt. „Reguły gry” to już lata 1971-1976. Nadal przebywamy w Nowym Jorku, ze szczególnym uwzględnieniem Harlemu. Bohaterowie są ci sami, oczywiście po odjęciu postaci uśmierconych w pierwszej powieści. Ray Carney to już czterdziestoletni, zamożny przedsiębiorca branży meblarskiej. Wydawałoby się, iż zerwał z paserstwem na boku. Pozory mylą, a wilka ciągnie do lasu. Nowy Jork się rozwija, deweloperzy nie przebierają w środkach chcąc uzyskać kolejne tereny pod budownictwo inwestycyjne. Pod różnymi pretekstami dokonują quasi legalnych wyburzeń, nieraz technicznie i funkcjonalnie bezzasadnych. Oficjalnie to się nazywa rewitalizacją miejskiej zabudowy. Współpracują z nimi lokalni urzędnicy do szczebla burmistrza dzielnicy włącznie. Takie są właśnie tytułowe reguły gry. Nie wyłamują się, a wręcz ochoczo w niej uczestniczą także skorumpowani pracownicy wymiaru sprawiedliwości: lokalni policjanci, prokuratorzy, sędziowie. Społeczność murzyńska nie pozostaje bierna. Bardzo się już zradykalizowała – w mieście działają Czarne Pantery oraz grasuje ich terrorystyczny odłam: Armia Wyzwolenia Czarnych. Przestępczość pospolita nadal rozkwita. W tle tak złowrogiej i obszernie naszkicowanej charakterystyki miasta mamy trzy pasjonujące wątki sensacyjne, których lektura nie pozwala oderwać się od książki.

W pierwszym rozdziale nasz Ray Carney lekkomyślnie oraz zupełnie przypadkowo został pomocnikiem skorumpowanego policjanta, który miał już dość służby w policji i postanowił ją porzucić, ale bez formalnego wypowiedzenia, a za to ze zrabowaną forsą i klejnotami. Tak przedstawiał Rayowi swą motywację (cyt., str. 126): „Chciałbyś mieszkać na tym śmietnisku? (…) Kiedyś getto to było getto, teraz całe miasto jest gettem. Gnoje zrzucają noworodki do zsypów. Trzynastolatki noszą w brzuchach dzieci swoich ojców. Kobieta tyle razy dostaje po pysku, że strzela w łeb mężowi, a potem sama połyka kulkę. Wnuczki przykuwają babcie do kaloryferów i kradną im emeryturę.”. Jak wymuszona współpraca Carneya z owym policjantem Munsonem przebiegała i jak się zakończyła, nie będę zdradzał, przeczytacie Państwo sami. Nadmienię jedynie, iż i krew się lała, i trup się słał gęsto.

W drugim wątku tematycznym głównym bohaterem jest Pepper, przyjaciel i ochroniarz Carneya, z zawodu bandyta. Nie odrzuca również zleceń legalnych – w tym przypadku poszukuje czarnoskórej seksownej aktoreczki, która nagle zniknęła podczas kręcenia filmu, w którym gra główną rolę. Po nitce do kłębka Pepper dochodzi do potencjalnego sprawcy domniemanego porwania – kolejnego czarnego gangstera. Przed laty był on kochankiem dziewczyny, umożliwił jej zrobienie kariery aktorskiej, a teraz, gdy chciał odnowić z nią znajomość, potraktowała go jak prehistorię, co oczywiście nie mogło nie przynieść ujmy na gangsterskim honorze. Po wielu perturbacjach i łomotach (sprawionych innym, jak też samemu odebranych) Pepper wykonał zadanie zlecone mu przez reżysera filmu. A propos – owym, już dość sławnym reżyserem jest niejaki Zippo, w „Rytmie Harlemu” jeszcze fotograf oraz handlarz zdjęciami dorosłych i dla dorosłych. A więc także i on w międzyczasie zrobił karierę.

Trzeci rozdział książki nosi tytuł „Wykończeniowcy”. Okazują się nimi nieuczciwi deweloperzy albo spekulanci w obrocie nieruchomościami. Reguły ich brudnej gry przedstawia cytat (str. 346, 347): „Wykończeniowiec wyciąga budynek z kabały (…). Właściciel jest u kresu wytrzymałości – podatki sięgają sufitu, ćpuny się panoszą – więc sprzedaje nieruchomość wykończeniowcowi, a ten wymontowuje instalację elektryczną, wodno-kanalizacyjną, wszystko, co jest warte więcej niż pół centa, a następnie zleca podpalenie budynku, żeby zgarnąć odszkodowanie z wyśrubowanej polisy ubezpieczeniowej.”. Jak z powyższego cytatu musi wynikać, w trzecim wątku tematycznym mamy morze ognia i spotykamy szereg specjalistów w dziedzinie wzniecania miejskich pożarów. Ray Carney wraz z Pepperem pragną choć trochę ten proceder ukrócić. Rayem powoduje współczucie wobec lokatorów - ofiar podpalanych budynków, ale też … uraz osobisty. A mianowicie podejrzenie, iż jednym ze wspólników wykończeniowców może być niedoszły narzeczony jego żony, obecnie zamożny pan prokurator, lekceważący go i traktujący protekcjonalnie, aktualnie kandydat na burmistrza dzielnicy w nadchodzących wyborach samorządowych. Jak się to wszystko zakończyło, dowiecie się Państwo z książki. Nadmienię jedynie, iż oprócz mnóstwa płomieni mamy dużo mordobicia i strzelaniny, w następstwie której – podobnie jak w „Rytmie Harlemu” – ubywa paru drugoplanowych bohaterów powieści. Nowojorskich poloniców w książce nie spotykamy, raz tylko pewien paser nadmienia o swym koledze po fachu, starym Polaku specjalizującym się w paserstwie drogimi zegarkami.

Stały Bywalec
15-03-2025, 15:57
Poniższy tekst również za jakiś czas zawędruje do mojej internetowej "Czytelni Książek Historycznych". Prapremierę ma dziś tu:

Guy Sajer „Zapomniany żołnierz”
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań 2022

Bardzo dobra książka o drugiej wojnie światowej głównie na froncie wschodnim. Literatura pamiętnikarska pola walki, ale taka ambitna – z ciekawym podtekstem psychologicznym. Autorem jest młodziutki żołnierz Wehrmachtu, pół-Niemiec (po matce), pół-Francuz (po ojcu, francuskim patriocie, kombatancie pierwszej wojny światowej). Urodzony wg notki na okładce oraz wg Wikipedii w roku 1927. Natomiast z treści tych jego wojennych wspomnień wyraźnie wynika, że jednak już w roku 1926. Różnica ta ma duże znaczenie, zważywszy młodziutki wiek i sposób rozpoczęcia służby w wojsku niemieckim. W 1940 r. po klęsce Francji Guy Sajer oczarowany zwycięską Trzecią Rzeszą odkrył w sobie przewagę genów przodków po kądzieli. Latem 1942 r., jeszcze kiepsko mówiąc po niemiecku, wstąpił na ochotnika do Wehrmachtu. Nie mogło być chyba inaczej, chociaż sam pisze, że został do niemieckiego wojska zmobilizowany. Ale przecież w połowie 1942 r. Wehrmacht nie odczuwał jeszcze tak wielkich braków kadrowych, żeby przymusowo powoływać pod broń szesnastolatków (piętnastolatków?), w dodatku nie w pełni niemieckiego pochodzenia. Volksturm powstał dopiero jesienią 1944 r. Niezakwalifikowanego do służby w Luftwaffe Sajera skierowano do piechoty, do konwojenckich oddziałów transportowych. Trafił na front wschodni, na którym pozostawał aż do końca marca 1945 r., gdy drogą morską jego pododdział dyslokowano z Helu do Danii. Ostatnie jego walki to już front zachodni w północnych Niemczech, gdzie trafił do alianckiej niewoli. Na str. 28 znajdujemy mapkę pt. „Szlak bojowy Guya Sajera”, do której radzę powracać w toku dalszej lektury.

Początkowo, służąc w pomocniczych oddziałach transportowych, Guy Sajer taszczył do pierwszej linii okopów zaopatrzenie (amunicję, żywność, medykamenty itp.), w drodze powrotnej pomagając zabierać na tyły rannych oraz grzebać zabitych. Wiosną 1943 r. na własną prośbę został przeniesiony do elitarnej Division Grossdeutschland, w której to formacji (należącej do Wehrmachtu, proszę nie pomylić z Waffen SS) pozostawał prawie do samego końca wojny. W 1944 r. otrzymał awans na kaprala. We wspomnieniach spisanych po francusku w latach 1952-1957 bardzo dokładnie przedstawił swoje wojenne przeżycia i towarzyszące im refleksje. Ukazał koszarową musztrę, brutalny realizm życia w okopach, walki w natarciu i w odwrocie, bohaterstwo i tchórzostwo żołnierzy, pogarszające się w miarę upływu lat zaopatrzenie wojenne, polowych dowódców dobrych i złych. Poznał co to latem na Ukrainie i w Rosji wielki upał, a zimą silny mróz. Nieuniknione stały się mu brud, smród i wszy. Niejednokrotnie Sajer odczuwał też głód i pragnienie. Bywał ranny i chory. Z kilkoma kolegami scementowała go okopowa, żołnierska męska, prawdziwa przyjaźń, w sytuacji krytycznej ratująca życie. Wielokrotnie napatrzył się na ciężkie rany i śmierć towarzyszy broni, niektórych bardzo mu bliskich. Bohatera nie zgrywał, szczerze pisał o nurtujących go obawach, o własnym strachu przeżywanym pod ostrzałem, przyznał też, że nie sprawdził się w roli dowódcy drużyny. Pierwszej miłości zaznał w 1943 r. podczas 15-dniowej przepustki w Berlinie. Potem korespondencja z ukochaną Paulą stała się jego jedyną odskocznią od przeżywanego na co dzień wojennego brutalizmu. Drugą przepustkę w 1944 r. anulowano mu w Lublinie, gdy był już w drodze do Niemiec i dziewczyny. Na przełomie lat 1944 i 1945 doświadczył agonii Prus Wschodnich.

Wypada podkreślić, iż wojenne wspomnienia Guya Sajera czyta się jednym tchem, głównie ze względu na wartką narrację i wspomniany realizm opisów toczonych walk. Od lektury naprawdę trudno jest się oderwać. Do osoby autora należy jednakże podejść z dużym dystansem – jest to w końcu chłopak nieposiadający szerszej wiedzy historycznej i geograficznej, politycznie bardzo naiwny, ślepo zapatrzony w przybraną ojczyznę i jej Führera, unikający też tematów niewygodnych. Czytając wplecione do wojennych wspomnień jego dygresje i refleksje już powojenne można odnieść wrażenie, iż wiele nie zmądrzał. O masowym ludobójstwie radzieckich Żydów, o którym Guy Sajer, przebywając w latach 1942-1944 na okupowanych terenach ZSRR nie mógł nie wiedzieć, nie przeczytamy nic – jakby takie zjawisko w ogóle nie zaistniało. Trochę tylko bąka o tym, że czasem jego oddział nie brał jeńców, ale zaraz dodaje, że również czerwonoarmiści zabijali, a przed śmiercią torturowali poddających się żołnierzy niemieckich. Represje wobec ludności cywilnej tłumaczy jej współpracą (dobrowolną albo wymuszoną) z partyzantami. Poloniców mamy w książce kilka, w końcu Sajer parę razy przemierzył nasz kraj (vide mapka na str. 28, o której wspomniałem wcześniej). O Polsce pisze, jakby nie była pod okupacją, termin Generalne Gubernatorstwo nigdzie się nie pojawia. O naszych rodakach wyraża się raczej z sympatią. Zapewne to wpływ akurat tej francuskiej połowy jego genów. Nieprzyjemnie wspomina tylko pewną grubą, brudną, chutliwą Polkę, która mało go nie zgwałciła, gdy samotnie udał się na wieś w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.

Wojna dla Guya Sajera osobiście skończyła się happy endem. Uznano jego francuskie (po ojcu) pochodzenie oraz przedwojenne obywatelstwo francuskie i potraktowano analogicznie, jak w tamtym czasie niejednokrotnie postępowano np. z wziętymi do alianckiej niewoli naszymi rodakami zmobilizowanymi uprzednio do Wehrmachtu, którym dawano możność wstąpienia do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Czyli szybko zwolniono go i wcielono do armii francuskiej. Miał w ten sposób olbrzymie szczęście uniknąć niewoli … radzieckiej. Na mocy bowiem międzyalianckich porozumień do ZSRR kierowano tych pojmanych na Zachodzie niemieckich żołnierzy, których wcześniejszy szlak bojowy wiódł przez tereny radzieckie. Niewykluczone, że tak postąpiono z frontowym przyjacielem, z którym Guy Sajer nie rozstawał się aż do ostatnich dni walk.

PS. Podczas lektury kilkakrotnie dziwiła mnie bardzo dokładna pamięć autora do wojennych szczegółów. O wydarzeniach i swoich przeżyciach z lat 1942-1945 pisał już wszak w latach 1952-1957. Zrobiłem więc małe „doświadczenie”. Zastanowiłem się, czy sam, gdy byłem w wieku 26-31 lat, potrafiłbym tak dokładnie przypomnieć sobie własne losy i przemyślenia z okresu, gdy miałem lat 16-19. Przez dłuższą chwilę sięgałem pamięcią wstecz i stwierdziłem, że owszem, byłoby to możliwe. Wątpiącym proponuję przeprowadzić podobne doświadczenie na sobie. Odbędą ekscytującą wycieczkę w czasie minionym.

Stały Bywalec
01-04-2025, 14:19
Niech to będzie na Prima Aprilis. Raz w roku szokuję Szanownych Czytelników (a jeszcze bardziej Szanowne Czytelniczki).

Marek Karpiński „Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji”
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2010

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2025/04/najstarszy-zawod-swiata-historia.html

Stały Bywalec
18-04-2025, 14:41
Michał Przeperski „Dziki Wschód. Transformacja po polsku 1986-1993”
Wydawnictwo Literackie Sp. z. o.o., Kraków 2024

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2025/04/dziki-wschod-transformacja-po-polsku.html

W pakiecie najserdeczniejsze życzenia świąteczne! :razz:

Stały Bywalec
23-06-2025, 11:08
Otrzymałem e-mail od wydawnictwa Vesper z informacją, że „Comanche Moon” ukaże się w polskim tłumaczeniu już w sierpniu br. Jest to czwarta (a fabularnie druga) część tetralogii Larry’go McMurtry’ego, o której w tym wątku jakiś czas temu pisaliśmy.

sir Bazyl
08-07-2025, 18:37
Otrzymałem e-mail od wydawnictwa Vesper z informacją, że „Comanche Moon” ukaże się w polskim tłumaczeniu już w sierpniu br. Jest to czwarta (a fabularnie druga) część tetralogii Larry’go McMurtry’ego, o której w tym wątku jakiś czas temu pisaliśmy.

Świetna informacja. Dzięki!

Stały Bywalec
11-08-2025, 14:04
Propozycje dwóch książek.

1. Vincent V. Severski "Krawiec". Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2025. Pasjonująca powieść szpiegowsko-sensacyjna, cały czas trzymająca w napięciu. Zakończenie nieco naciągnięte, uproszczone - autor musiał jakoś logicznie połączyć kilka rozbudowanych wątków. Ale mimo to gorąco polecam. W pewnym sensie prequel wcześniejszych powieści tego autora.

2. Teraz coś dużo ambitniejszego. Poniższy tekst za jakiś czas zamieszczę w mojej Czytelni Książek Historycznych. Prapremierę ma dziś tu.

Jacek Komuda „Upadek. Jak straciliśmy Pierwszą Rzeczpospolitą”
Fabryka Słów sp. z o.o., Warszawa 2025

Sławny autor poczytnych powieści historycznych wziął na warsztat temat dużo ambitniejszy – napisał obszerny esej o naszej Ojczyźnie przedrozbiorowej. Tytuł książki niezupełnie wiernie oddaje jej treść, pierwsze cztery rozdziały określają bowiem jeszcze nie JAK, ale CO utraciliśmy. Pan Jacek przedstawia w nich terytorium, ustrój polityczny i skład narodowościowy wielkiego oraz silnego (do czasu!) państwa. Następnie zajmuje się modą (ubiorami i fryzurami), edukacją, podróżami, zainteresowaniami, wyróżniającymi się indywidualnymi postępkami naszych przodków, ich obyczajami, łącznie z zamiłowaniem do mocnych trunków – z podkreśleniem, iż ma na myśli głównie szlachtę i magnaterię. A propos owych mocnych trunków – autor informuje, iż bywały one jednak sporo słabsze niż te dziś spożywane (mające ok. 40% alk.), przestaje więc dziwić wizerunek pana Zagłoby wychylającego duszkiem całą manierkę gorzałki i niemającego dosyć. Spostrzeżeń i wniosków autor nie ogranicza do płci brzydkiej, część stron poświęca dominującym a charakternym niewiastom. Nadmienia również, iż obywatele Rzeczypospolitej Obojga Narodów nie rozstawali się z bronią – używaną do pojedynków (nieraz z byle powodu) oraz niezbędną w podróży z uwagi na licznych grasantów czających się przy gościńcach. Najsłynniejszych takich rozbójników oraz ich wyczyny autor imiennie wymienia. Pan Jacek charakteryzuje także ówczesne koronne i litewskie wojsko, zarówno zaciężne, jak też pospolite ruszenie szlachty. Najwięcej uwagi poświęca oczywiście husarii. Szczegółowo zajmuje się jej wartością bojową oraz trudnymi i kosztownymi warunkami rycerskiej służby husarzy. Opisuje również słynnych lisowczyków, ich bitewne szlaki biegnące niemalże po całej Europie, oraz dowódców - Aleksandra Lisowskiego i jego kolejnych następców. Dużo czytamy o siedemnastowiecznych wojnach prowadzonych przez Rzeczpospolitą – o tzw. dymitriadach, o pierwszych buntach kozackich, następnie o trzech potopach, jakie nas w tamtym stuleciu nawiedziły: kozackim, moskiewskim i szwedzkim. Mało? No to dodajmy jeszcze najazdy tatarskie i księcia siedmiogrodzkiego Rakoczego, wojnę z Turcją oraz krwawy bratobójczy rokosz Lubomirskiego. Autor wskazuje ich przyczyny, w tym także te przez naszych przodków zawinione.

Ostatni (i najdłuższy) rozdział książki odpowiada już jej tytułowi. Pan Jacek wymienia najważniejsze błędy oraz zaniechania królów Jana Kazimierza i Jana III Sobieskiego, przesądzające o wprowadzeniu Rzeczypospolitej na równię pochyłą wiodącą ku upadkowi. Potem w XVIII wieku obserwujemy już degrengoladę państwowości – wojsko własne nieliczne i słabe (żołnierze niezmotywowani i niewyszkoleni), obce armie przemieszczające się przez nasz kraj, dwa skłócone ze sobą potężne stronnictwa polityczne, zrywane sejmy, szarogęszący się ambasadorzy państw sąsiednich, skorumpowani przez nich posłowie na sejm. Spora część durnej szlachty uwierzyła w gwarancje dla swojej złotej wolności, dawane przez … carycę Katarzynę II (w Rosji rządzącą przecież twardą ręką i mającą tam władzę absolutną!). Doprawdy aż dziw bierze, że pierwszy rozbiór nastąpił … dopiero w 1772 r. Czytamy o wszystkich trzech rozbiorach, także o tym, jak pierwsze dwa nasi posłowie zatwierdzili na sejmach, a trzeci i ostateczny rozbiór król Polski legitymizował własnym podpisem. Pisząc o podejmowanych próbach naprawy państwa autor słusznie zauważa, że nastąpiły o około sto lat za późno.

Reasumując, otrzymujemy książkę przedstawiającą Rzeczpospolitą szlachecką „od podszewki”, opracowanie bardzo wzbogacające obraz ówczesnego państwa znany ze szkolnych podręczników historii oraz z literatury i ekranu. Na zakończenie jednak ciut pogrymaszę. Ale niedużo, gdyż książka naprawdę jest świetna! Zauważyłem, że autor nieco relatywizuje ustrój pańszczyźniany, widząc nawet jego, oczywiście na miarę tamtych czasów, pozytywne strony. Nie ma jednak racji. Tematu nie rozwijam, multum przeciwstawnych argumentów w tej kwestii zawierają opracowania autorstwa Kamila Janickiego, Adama Leszczyńskiego i Michała Rauszera – tu wcześniej omówione (zob. alfabetyczny katalog autorski albo katalog tematyczny 8 ). Poza tym p. Jacek Komuda wprowadził do książki garść własnych refleksji i porównań sięgających dnia dzisiejszego, współczesnej Polski i Unii Europejskiej. Z częścią ich się osobiście nie zgadzam, pozostawiając tu bez komentarza.

PS. Na dowód uważnej lektury wskazuję „przejęzyczenie się” autora – w posiadanym przeze mnie egzemplarzu książki na str. 294. W akapicie u góry strony wymieniony jest książę Bogusław Radziwiłł jako ten, który miał uratować życie króla szwedzkiego, zastrzeliwując szarżującego nań polskiego husarza (w bitwie pod Warszawą w 1656 r.). Natomiast w dole strony autor dywaguje, że mogło chodzić o ów czyn przypisywany księciu Januszowi Radziwiłłowi. Czytelnicy Sienkiewiczowskiego „Potopu” oczywiście nie mają wątpliwości, iż rzecz dotyczyła księcia Bogusława.

Stały Bywalec
21-09-2025, 17:19
Larry McMurtry „Księżyc Komanczów”
Wydawnictwo VESPER sp. z o.o., Czerwonak 2025

Czytelnia Książek Historycznych - szczegóły pod linkiem:

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2025/09/ksiezyc-komanczow-autor-larry-mcmurtry.html

Stały Bywalec
27-09-2025, 12:42
Zachęcony przez Mallę zachęconą przez Włóczykija i Slava sięgnąłem po tą powieść i na kilka popołudni przepadłem dla otoczenia. Książka przepyszna, tłusta (prawie 900 stron) a mimo to pozostawia niedosyt. Mam tylko jedno ale do autora o to, że troszkę za ostro potraktował jednego z bohaterów i zrobił mu to co zrobił!:twisted:
(...)
Czyli wyszło na to, że Malla jest niewrażliwa i ja też.;)
Po tej zachęcie to ja podchodziłem do tej książki jak pies do jeża :!: Bo zdecydowanie jestem wrażliwy i nie bardzo lubię westerny. Choć np. bardzo mi się podobała „Nienawistna ósemka” i mini serial „Bezbożnicy”. I wg mnie powieść „Na południe od Brazos” to właśnie taki trochę inny western, który okazał się wspaniały!
Wtóruję więc zachętom Włóczykija i Malli oraz „USA Today”, zacytowanego na ostatniej stronie okładki powieści:
„Jeśli miałbyś w swoim życiu przeczytać tylko jeden western, przeczytaj »Na południe od Brazos«”.

Gdyby przypadkiem ktoś jeszcze nie przeczytał "Na południe od Brazos", to może zachęci go poniższy (pod linkiem) tekst. W zakończeniu wskazuję możliwość dotarcia w Internecie do ekranizacji, z polskimi napisami i bez reklam.
https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2025/09/na-poudnie-od-brazos-autor-larry.html

Stały Bywalec
08-11-2025, 12:11
Poniższy tekst za kilka tygodni znajdzie się w mojej internetowej „Czytelni Książek Historycznych”. Premierę ma dziś tu.

Orlando Figes „Opowieść o Rosji. Władza i mit”
Wydawca Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2023

To już druga interesująca książka tego brytyjskiego historyka przeze mnie omawiana. Pierwsza to „Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji” (zob. katalog autorski alfabetyczny albo katalog tematyczny 6). Tytułowa opowieść traktuje o historii Rosji, tym niemniej nie można w niej widzieć kompleksowego, syntetycznego opracowania, już raczej zbiór ułożonych chronologicznie esejów historycznych. Autor przemierza dzieje Rosji przez stulecia: od zarania państwowości Rusi Kijowskiej aż do agresji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. Opisuje wybrane najważniejsze wydarzenia, uznane za epokowe. Komentuje ich wpływ na dalszy bieg historii i kształt cywilizacyjno-ustrojowy państwa. Te traktowane jako mniej istotne pomija. Nie przeczytamy więc nic np. o wyprawie Bolesława Chrobrego na Kijów, ani o wojnie polsko-bolszewickiej lat 1919 i 1920. Z królów polskich, analizując konkretne epoki w dziejach Rosji, autor wymienia tylko Zygmunta III Wazę i Stanisława Augusta Poniatowskiego.

W kolejnych dziesięciu rozdziałach książki poznajemy:
1) historię powstania Rusi Kijowskiej, wpływ Wikingów i państwa Chazarów, chrzest w 988 r. przesądzający o znalezieniu się w orbicie chrześcijańskiej cywilizacji i kultury Bizancjum,
2) rozpad Rusi Kijowskiej w XIII i XIV wieku na dwie części: ziemie zagarnięte przez Litwę i Polskę, oraz księstwa będące pod panowaniem Złotej Ordy (ok. 1240-1500), te drugie po wyzwoleniu i zjednoczeniu utworzyły państwo moskiewskie; w kolejnych wiekach ów podział implikował w obu częściach byłej Rusi odmienne ustrój, kulturę, sztukę, architekturę, obyczaje, nawet mentalność mieszkańców (co w wielu aspektach obserwuje się do dnia dzisiejszego),
3) samowładztwo, podboje, koronację Iwana IV Groźnego na cara, krwawe rządy tego monarchy; wykreowanie mitu Rosji jako Trzeciego Rzymu i obrońcy jedynej słusznej wiary chrześcijańskiej, czyli prawosławia,
4) tzw. Wielką Smutę w historii Rosji po śmierci Iwana Groźnego, carskie aspiracje Dymitrów Samozwańców mających wsparcie Rzeczypospolitej, zmarnowaną szansę objęcia carskiego tronu przez polskich Wazów, natomiast zapoczątkowanie dynastii Romanowów,
5) okoliczności zwrotu Rosji ku zachodowi Europy, reformy ustrojowe i cywilizacyjno-kulturowe Piotra I Wielkiego i Katarzyny II Wielkiej, powstanie nowej stolicy w Petersburgu oraz znaczne powiększenie terytorium państwa; przy okazji dowiedziałem się, że rządząca Rosją w latach 1725-1727 po śmierci Piotra I jego druga żona cesarzowa Katarzyna I była Polką (str. 116); no proszę – Marynie Mniszech to nie wyszło (a raczej wyszło jej bokiem), królowi Zygmuntowi III też się nie udało, natomiast córce Samuela Skowrońskiego ponad sto lat później już tak, proszę kliknąć:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Katarzyna_I ,
6) dzieje Rosji pod rządami carów Aleksandra I i Mikołaja I, zwycięstwo w wojnie z Napoleonem i porażka w wojnie krymskiej lat 1854 i 1855,
7) sytuację wewnętrzną Rosji za panowania carów Aleksandra II, Aleksandra III i Mikołaja II, połowiczne reformy ustrojowe, wybuch, przebieg i konsekwencje rewolucji 1905 r.,
8 ) uczestnictwo Rosji w I wojnie światowej, okoliczności rewolucji lutowej i październikowej 1917 r. oraz zwycięstwa bolszewików w wojnie domowej, krótkotrwałą (1921-1928 ) Nową Polityką Ekonomiczną (NEP),
9) w latach trzydziestych XX wieku uprzemysłowienie państwa radzieckiego kosztem olbrzymich ofiar, konsolidację dyktatury Stalina, wielki terror obejmujący całe społeczeństwo (czołowych bolszewików, najwyższych oficerów wojska i policji politycznej nie wyłączając),
10) przebieg walk na froncie wschodnim II wojny światowej, a następnie politykę wewnętrzną i zagraniczną ZSRR aż do rozwiązania państwa w grudniu 1991 r.

W zakończeniu (str. 253-285) autor przedstawia politykę historyczną uprawianą we współczesnej Rosji oraz sposób sprawowania rządów przez ekipę prezydenta Putina. Wskazuje nacjonalistyczne oraz terytorialne uzasadnienie w 2014 r. aneksji Krymu, rosyjskiej inspiracji separatyzmu w Donbasie, a następnie już pełnej agresji na Ukrainę w lutym 2022 r. Uważający się za dobrego historyka Putin twierdzi, że Rosjanie i Ukraińcy są jednym narodem. Wytyka Ukraińcom (str. 277), że skoro wystąpili ze związku republik, to powinni oddać Rosji tereny byłej guberni noworosyjskiej (obszary nad Morzem Czarnym od Odessy do Doniecka), które jeszcze w roku 1917 nawet przez samych Ukraińców nie były traktowane jako część Ukrainy, a zostały przyłączone do Ukraińskiej SRR dopiero w dacie powstania ZSRR (grudzień 1922 r.). Z tego samego powodu Ukraina powinna Rosji zwrócić Krym sprezentowany USRR przez Chruszczowa w 1954 r. Oddając opracowanie do druku dnia 20 kwietnia 2022 r. autor profetycznie stwierdził (cyt. str. 280): „Wszystko wskazuje na to, że wojna potrwa jeszcze długo”. Reasumując, polecam Państwu lekturę książki prof. Orlando Figesa, „bez której nie zrozumiecie dzisiejszej Rosji” (cyt., Anne Applebaum). Dodam: książki napisanej przystępnie, łatwej w odbiorze czytelniczym, odbieranej jak interesujące artykuły w tygodnikach społeczno-politycznych, wzbogaconej o dwadzieścia kilka ciekawych fotografii.

Stały Bywalec
23-12-2025, 09:28
Jung Chang „Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin”
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2025

https://kazimierzrygiel.blogspot.com/2025/12/dzikie-abedzie-trzy-corki-chin-autorka.html

Doskonała lektura. Przy okazji:
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego 2026 Roku!

komisaRz von Ryba
18-01-2026, 15:20
właśnie się ukazał nowy przewodnik
zamierzam przeczytać

Michał Organ
Powiat strzyżowski
Przewodnik turystyczny

z strony autora na FB

...w którym zapraszam Was w świat kulturowego pogranicza Pogórzy Strzyżowskiego i Dynowskiego. Na ponad 300 stronach wspólnie odbędziemy nostalgiczną podróż wzdłuż 11 tras pieszych poprowadzonych przez przeszło 260 kilometrów urokliwych pogórzańskich szlaków, majestatycznych lasów, meandrujących grzbietowych ścieżek i wijących się polnych dróg. Kilkanaście dni spokojnej, refleksyjnej wędrówki pozwoli przemierzyć najciekawsze pasma i wzniesienia regionu, a także zagłębić się w przyrodnicze i kulturowe dziedzictwo blisko 70 opisanych miejscowości wraz ze skrywającymi się w nich zabytkami, ciekawostkami i mikrohistoriami. Barwną mozaikę okrasza niemal 500 zdjęć, a w szczególności 45 opisanych panoram widokowych przybliżających nawet najdalej sięgające szczyty i wzniesienia.
W tym miejscu chciałbym podziękować za pomoc nieocenionemu Witek Grodzki (https://www.facebook.com/witek.grodzki.5?__cft__[0]=AZa44MT4Tpa4ARFtFoKUm3GNtoZGhhbt1ksqapiDjCoAcVuNS 975N2wFp_8trWj18LTrGyEXoAUlSQvUJzP9i6P0J6z1chijtVx _shE2ciPp2QmdBtetxLyhwbzUmRAFyPSCSa36PziTEUuYMlIqb OgxFVmcQnlMGgr8kBjQ7IsgxcAhFeKZvhrGKK-2NbpU_Ac&__tn__=-]K-R), za wiele merytorycznych uwag, a także Markowi Skruchowi za piękne zdjęcia. Osobne podziękowania ślę także dla Bartosz Kuźniar (https://www.facebook.com/profile.php?id=100004511898166&__cft__[0]=AZa44MT4Tpa4ARFtFoKUm3GNtoZGhhbt1ksqapiDjCoAcVuNS 975N2wFp_8trWj18LTrGyEXoAUlSQvUJzP9i6P0J6z1chijtVx _shE2ciPp2QmdBtetxLyhwbzUmRAFyPSCSa36PziTEUuYMlIqb OgxFVmcQnlMGgr8kBjQ7IsgxcAhFeKZvhrGKK-2NbpU_Ac&__tn__=-]K-R) i Małgorzata Kuźniar (https://www.facebook.com/profile.php?id=100008252115461&__cft__[0]=AZa44MT4Tpa4ARFtFoKUm3GNtoZGhhbt1ksqapiDjCoAcVuNS 975N2wFp_8trWj18LTrGyEXoAUlSQvUJzP9i6P0J6z1chijtVx _shE2ciPp2QmdBtetxLyhwbzUmRAFyPSCSa36PziTEUuYMlIqb OgxFVmcQnlMGgr8kBjQ7IsgxcAhFeKZvhrGKK-2NbpU_Ac&__tn__=-]K-R) z #WydawnictwoEdytorial (https://www.facebook.com/hashtag/wydawnictwoedytorial?__eep__=6&__cft__[0]=AZa44MT4Tpa4ARFtFoKUm3GNtoZGhhbt1ksqapiDjCoAcVuNS 975N2wFp_8trWj18LTrGyEXoAUlSQvUJzP9i6P0J6z1chijtVx _shE2ciPp2QmdBtetxLyhwbzUmRAFyPSCSa36PziTEUuYMlIqb OgxFVmcQnlMGgr8kBjQ7IsgxcAhFeKZvhrGKK-2NbpU_Ac&__tn__=*NK-R)...

49755