Zaloguj się

Zobacz pełną wersję : Bieszczady 1998



Eggstwo
26-03-2009, 01:07
Wstęp
Moje zafascynowanie Tatrami dopiero kiełkowało. Czerwiec 1998 roku upływał mi na planowaniu drugiego w życiu wyjazdu do Zakopanego.
Jednocześnie zastanawiałem się kogo spośród znajomych "zwerbować" do towarzystwa. Ta przyjaźń miała dopiero nadejść. Tymczasem moje relacje z Arturem opierały się bardziej na koleżeństwie będącym wynikiem znajomości z podstawówki i trzech lat we wspólnej klasie trwającego technikum. Zaproponowałem wakacyjny wyjazd w Tatry. W odpowiedzi usłyszałem: "Znajomy był w Bieszczadach i opowiadał, że dziko tam jest". Kumpel, z którym miał jechać spłukał się z kasy i odpadł więc jak bym chciał to... Zabrzmiało to dla mnie co najmniej egzotycznie - nawet przez sekundę nie brałem Bieszczad pod uwagę. Przemyślałem sprawę i uznałem, że do Zakopanego jeszczę będę mógł pojechać - później. Decyzja zapadła: Jedziemy w Bieszczady. Wyjazd pociągiem z Radomia w nocy z 15 na 16 lipca. Założenie było proste: iść przed siebie, spać tam gdzie nas noc zastanie i czuć się całkowicie wolnym w tej "głuszy", skąd według naszych wyobrażeń człowieka wywiało i do dzisiaj nie wrócił. Zaczęło się kompletowanie ekwipunku. Dodam, że posiadaliśmy... nic. Plecak - w zieloną panterkę :) z efektownym, pomarańczowym światełkiem odblaskowym - pożyczyłem od znajomego harcerza. Namiot - kilkunastoletni, płócienny, ważący tonę - pożyczony od sąsiada. Nie miałem karimaty - zastąpił ją czarny wojskowy koc. Kocher lub butla turystyczna... postanowiłem zrobić samodzielnie z małej puszki po farbie i knota z kawałka koca. Do gotowania wody na herbatę i zupki zabrałem półlitrowy garnek z jednym uchem, nakrywany - ech, powiem Wam: szklanym spodkiem. Cały ten zestaw gwarantował półgodzinny relaks po ciężkim dniu wędrówki - tyle czasu potrzebne było na uzyskanie 1/2 litra wrzątku :). Ponad to: nóż - samoróbka z rozhartowanej stali - nadający się bardziej do otwierania butelek niż do cięcia, zbiornik na wodę w postaci 5litrowej butli mocowanej do paska spodni i śpiwór.
Ekwipunek Artura był również interesujący: plecak: zielona kostka - chyba każdy wie jak wygląda i ile może pomieścić. A pomieściła: zapasowe "buty": trampki, sweter, spodnie, jedzenie (o tym za chwilę). na górze przywiązany śpiwór - żeby mnie nie było głupio: zielony w żółte kwiatki :)
Pomyśleliśmy też o prowiancie. Przecież tam w górach nic nie ma. Ja zaopatrzyłem się w ok 15 puszek konserw mięsno-tłuszczowych i kilkadziesiąt zupek "chińskich".
A kolega: tak samo.
Dodam tylko, że to na tygodniowy pobyt. Mój plecak po spakowaniu ważył ponad 50 kg (z ubrań: dwie pary spodni, ciężki płaszcz przeciwdeszczowy, zimowa czapka - tak, tak - bardzo się później przydała w Krywem, jakieś koszulki itp.).
Z Radomia skład wyruszył dokładnie o 22.20 - zaczęło się...

WUKA
26-03-2009, 09:27
O kurcze,zapowiada się tak interesująco,że już nie mogę doczekać się dalszego ciągu....!Dale,dalej....!

Eggstwo
26-03-2009, 15:08
:wink:

16 lipca 1998 Czwartek
Podróż przebiegła bez zakłóceń. "Ekscytacja do granic wytrzymałości albo i bardziej :)" czekającą nas przygodą nie pozwalała zasnąć. Jechaliśmy w towarzystwie Zielonych Beretów - kilkudziesięciu chłopa na przepustki jechało - nawaleni a przez to rozmowni. Dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy, m.in. że jak byśmy do woja chcieli iść to "nie do bordowych beretów bo to dupy są a nie wojsko" i że jak skaczesz ze spadochronem "to targa tobą jak szmatą"...
Jestemy w Zagórzu. Wyskakujemy z wagonu, chwila na ustalenie kierunkow świata :) i w drogę. Ponieważ nikt nam nie powiedział gdzie tak naprawdę zaczynają się Bieszczady uznaliśmy, że własnie jesteśmy w ich centrum i że czas założyć plecaki na plecy. Przejąłem przewodnictwo w stadzie i ruszyliśmy w stronę Tarnawy. Po przekroczeniu mostu na Kalniczce wspięliśmy się na stoki Gruszki. Plan był taki aby leśną drogą dostać się przez szczyt Gruszki do Hoczwi. Ostatecznie zniechęceni błotnistą drogą, zeszliśmy do Huzeli. Chwila odpoczynku niedaleko mostu na Sanie - połączona z rozmową ze starszym panem siedzącym na ławeczce pod drzwem. Dla nas "wyprawa życia" a on, gdy dowiedział się skąd jesteśmy, spokojnie stwierdził " Eee to blisko - myślalem, że z gdzieś daleka jesteście". Przeszliśmy most i dotarliśmy do Leska. Nie zatrzymując się w mieście dopadliśmy lasów na stokach Czulni. Tam dopiero zjedliśmy pierwszy tego dnia posiłek. Zaczęło dopadać nas zmęczenie. Tego dnia już nie dotrzemy dalej. Namiot rozbiliśmy w ciemnym zagajniku po zachodniej stronie góry, mając kilkadziesiąt metrów do brzegu Sanu. W oddali widać było zabudowania przyczółku Bachlawa.

Załączam kilka archiwalnych fotek - pochodzą z albumu "Zapomniane Bieszczady" Pawła Kusala.

Eggstwo
26-03-2009, 15:10
17 lipca 1998 Piątek
Noc minęła bez niespodzianek. Jedyne co nas zaskoczyło to cała masa bezskorupowych, niebieskich ślimaków (pomrów błękitny). Były dosłownie wszędzie. Szybko zwinęliśmy obóz i bez śniadania ruszyliśmy polną drogą wzdłuż Sanu w stronę Średniej Wsi. Na mapie ścieża doprowadzała do mostu. Owszem most był, ale jego konstrukcja mocno naruszona (foto) albo krą, albo ubiegłoroczną powodzią nie zachęcała do przejścia. Dopiero gdy zobaczyliśmy jak jeden z mieszkańców śmignął na rowerze w jedną stronę a po nim babcia z koszykiem pełnym grzybów w drugą postanowiliśmy zaryzykować :). Za mostem pech dopadł Artura: odpadła podeszwa do jednego z jego butów - były to - na oko - solidne skórzane, trapery a przy tym bardzo ciężkie. Postanowił nie dżwigać ich dalej - dalszą drogę pokonał w trampkach.
To dopiero drugi dzień a plecy (głownie ramiona) już mocno dawały mi się we znaki. Szliśmy asfaltem, minęliśmy Berezkę, głośny Polańczyk. W okolicach serpentyn przed Wołkowyją rozpadało się. Siedząc pod foliowym płaszczem przeciwdeszczowym w lesie koło szosy zastanawiałem się gdzie te odludne Bieszczady? Ale nie żałowałem decyzji o wyjeździe - czego nam więcej trzeba - było wesoło, nikt nas nie poganiał, robiliśmy co chcielimy - jest ok. Gdzy przestało padać ruszyliśmy w dalszą drogę. Minęliśmy Bukowiec i zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na biwak. Gdy przechodziliśmy most na Solince było już szaro. Ostatecznie - już pociemku wyszukaliśmy jakąś polanę - właściwie dziwnie piaszczyste miejsce wśród krzaczorów. Po omacku rozbiliśmy namiot i jak codziennie większe dziury w płótnie nakryliśmy folią - dla pewności że deszcz, nie zmoczy nam dobytku. Jeszcze godzina na zagotowanie wody, zupka pomidorowa i spać. Teraz sen już tak szybko nie przyszedł. Usłyszeliśmy dźwięk bębnów. W środku nocy ktoś walił w kotły na wschód od nas. Chcąc zobaczyć co to - wyszliśmy z namiotu i po ciemku ruszyliśmy przez las w stronę, z której dochodziły dźwięki. Po kilkunastu minutach trafiliśmy na parkan w środku lasu... Przecież nie będziemy wchodzić komuś na działkę, zawróciliśmy. Jednak gdybyśmy nie wyszli za namiotu tej nocy, nie dowiedzielibyśmy się, że wokól roi się od świetlików. Wrażenie niesamowite, nie unosiły się w powietrzu - usiany były nimi ziemia i trawy . Chmury przesłoniły gwiazdy na niebie, ale za to pojawiły się pod naszymi stopami :).

Eggstwo
26-03-2009, 15:14
18 lipca 1998 Sobota
Poranek przyniósł jeszcze jedną niespodziankę. Zanim wyszliśmy z namiotu Artur powiedzia, że w nocy chyba ktoś się kręcił wokół nas. W świetle dnia zobaczyłem, że ten dziwny piach, na którym rozbiliśmy namiot to miejsce zryte przez zwierzynę. Obok stał paśnik. Śniadanie (godzina czekania na herbatę) upłynęło nam w pogodnych nastrojach - zaczęło wyglądać słońce, zrobiło się cieplej niż wczoraj. Spakowaliśmy się i podążyliśmy w kierunku Rajskiego. Przed mostem na Sanie skręciliśmy w prawo w stronę Studennego. Zazwyczaj wodę uzupełnialiśmy raz dziennie. Prosiliśmy w mijanych gospodarstwach o napełnienie butli. W Rajskim pierwszy raz (i ostatni) odmówiono nam w dość opryskliwy sposób. Od tego momentu ilekroć byłem w Bieszczadach sklep znajdujący się naprzeciw ośrodków wypoczynkowych omijałem szerokim łukiem. Taki mój prywatny bojkot połączony z embargo :). Pora obiadowa przypadła w połowie drogi między ośrodkami wczasowymi a mostem w Studennym. Siedząc na poboczu i zajadając konserwy, po trzech dniach, musieliśmy wyglądać na starych, obytych z górami Bieszczadników... a na pewno na paralotniarzy. Podeszły do nas dwie urodziwe dziewczątka i nieśmiało zapytały: "czy to wy jesteście tymi paralotniarzami, którzy mieli przyjechać je szkolić?" Z żalem, że nie jesteśmy, odpowiedzieliśmy że nie jesteśmy. Gdy się oddaliły zastanawialiśmy się, czy to chodzi o jakieś przelecenie, czy co... Nie rozwikłaliśmy tej sprawy. Za to woda w Sanie pod mostem w Studennym była cholernie zimna jak na lipiec. Pierwsza kąpiel od trzech dni jednak musiała się odbyć.
Sobota była jedynym bezdeszczowym dniem w czasie tej wyprawy. Przeszliśmy most i podązyliśmy stokówką i podnóża Otrytu. Zaczęliśmy dostrzegać jak bardzo niwni byliśmy myląc tereny Zagórza z prawdziwymi Bieszczadami. Tego dnia obserwując Tworylne z punku widokowego, docierać zaczęło do mnie, że to może być dłuższa przygoda - nie tylko na te wakacje. Wędrowaliśmy dalej - wypatrując drogi do mostu w Krywem. Otryt - nawet oglądany ze stokówki robi wrażenie. Wijąca się pusta droga, ciągle szumiące strumienie i sąsiadujący rezerwat daje sposobność do zachwytu - szczególnie gdy jest się tu pierwsz raz. Most w Krywem dopadliśmy późnym popołudniem. Prezentował się bardzo malowniczo w tle z bujną zielenią - mieliśmy swój dziki ląd. Teraz wiem, to był ostatni rok, kiedy można było przejść po tym moście. Wiosenna kra zniosła środkowe przęsło (załączam fotkę zdjęcia, którą wykonałem w domu pani Tosi w 2008r.). To co się działo później - to był najlepszy monent w czasie całego pobytu. Wspinaczka na Szczołb z czarnym wałem Otrytu za nami - rosnącym z każdą chwilą, ruiny cerkwi - zreszą sami Wiecie. Zakochałem się w Krywem w tym momencie. Do dzisiaj pamiętam jak bardzo było mi nieswojo. Gdzie my jesteśmy - myślałem ciągle. Na szczycie zaczął wiać zimny wiatr - mieszały się we mnie uczucia strachu i zachwytu. Nie szliśmy dalej. Namiot postawiliśmy na łączce mocno nachylonej w kierunku północnym w lasku na Szczołbie. Ze względu na wiatr nie rozpalaliśmy kuchenki. Kolega leżał już w namiocie, kiedy ja ubrany w płaszcz, zimową czapkę -zrobiło się naprawdę zimno- siedziałem przed namiotem i obserwowałem drapieżne ptaki szybujące na niebie i dolinę jak ze snów przeświecającą pomiędzy drzewami. NIe zapomnę jednego maleńskiego światełka na oborze państwa Majsterków - palący się całą noc. Dzisiaj już nie ma tego widoku - drzewa urosły, tak jak i sama polanka zarosła krzewami. To był jeden z tych dni, które zapamiętuje się na zawsze...

bertrand236
26-03-2009, 16:00
Eggstwo, piszesz Ekkstra!
pozdrawiam

WUKA
26-03-2009, 16:15
SUPER!!!Dalej,DALEJ!!!

Eggstwo
26-03-2009, 16:48
Dziękuje Wam. Pomyślalem, że po kilku miesiącach przyglądania się Forum, ja też coś dam od siebie - na powitanie :smile:.

Czyli dalej:

19 lipca 1998 Niedziela
Pobudka i od razu ocena sutyacji pogodowej: nie jest dobrze - ołowiane chmury zawisłu nam nad głowami. Zwijamy namiot, pakujemy dobytek i już jesteśmy na drodze (tej gruntowej, która schodzi do Krywego). Ze Szczołbu bardzo ładnie widać drogę do Zatwarnicy po drugiej stronie doliny Hulskiego. Pnie się ona do góry i nagle zakręca w lewo. Uznałem, że nic prostrzego nic zejść łąkami do Hulskiego i dojść do tej drogi. Podczas schodzenia zaczęło mżyć. Zaliczając kilka potknięc często zakończonych glebą :) dotarliśmy do brzegu potoku Hulski. Wczoraj widzieliśmy jak jakaś kobieta (teraz wiem, że to była pani Tosia) kierując UAZem bez problemowo podjechała trawersując to zbocze. Ja do dzisiaj nie mam takich umiejętności ;). Po drugiej stronie strumienia stoją zabudowania samotnego gospodarstwa. Przeszliśmy śliską kładkę w postaci kłody opartej o dwa brzegi i nie chcąc niepokoić mieszkańców zamierzaliśmy oddalić się w stronę stokówki. W tym momencie w drzwiach pojawił się człowiek (to chyba był pan Piotr - już prawdopodobnie mieszkał w Hulskim). Przeprosiliśmy i upewniliśmy się w kierunku marszu. Jakiś czas towarzyszył nam, potem zwolnił. Ponownie minęliśmy się pod kościołem w Zatwarnicy. Za pół godziny miała być Msza, więc zaczekaliśmy. W trakcie jej trwania rozpętała się nawałnica z piorunami. Ci mniej gorliwi parafianie, którzy słuchali kazania pod płotem, szczelnie wypełnili w popłochu wejście do kościoła :). Po skończonej Mszy plac opustaszał. My jeszcze chwilę zbieraliśmy się, gdy pojawił się ksiądz z jakimś rozmówcą. Nie zwróciem na nich większej uwagi, gdy zostałem zapytany o długopis - wymieniali jakieś dane między sobą. Potem poszli. "Ty! wiesz kto to był?" zapytał mnie Artur. "Przecież to Jan Maria Rokita". To tak odnośnie nietypowych spotkań na szlaku.
Skierowaliśmy się na Sękowiec. W planach mieliśmy przejście przez Otryt do Polany - niebieskim szlakiem. Rezerwat Hulskie robi wrażenie - może dlatego pogubiłem się i zamiast przejść na drugą stronę grzbietu szliśmy górną stokówką wracając do mostu w Studennym. Czas poświęcony na brnięcie przez błoto zmęczył nas solidnie i niestety zabrał parę godzin z tego dnia. Popołudnie spędziliśmy na brzegu Sanu robiąc przegląd ekwipunku i posilając się obficie. Muszę tutaj podziękować koledzei: przez cały pobyt jedliśmy tylko moje konserwy - aby odciążyć nieco mój plecak. W wyniku czego cały zapas Artur zabrał sprowrotem do domu. Takie doświadczenia procentują - mogę jedynie powiedzieć, że rok później byliśmy przygotowani wzorowo: począwszy od plecaków, przez lekki, nowy namiot, kuchenę gazową a na kryptonowych latarach kończąc :). Załączam zdjęcie zrobione tego wieczoru od strony mostu - jedno z moich ulubionych. Kiedy pół roku później oglądałem w tv "Projekt X" Bogusia Lindy poczułem się wyjątkowo bogaty w doświadczenie. Może ktoś z Was miał okazję widzieć odcinek z Bieszczad, jak samochodami terenowymi rozjeżdżali Bieszczadzkie drogi i jak organizowali "wielką" przeprawę przes San w Studennem (dokładnie w tym samym miejscu co załączone zdjęcie) i jak operator gimnastykował się aby nie uchwycić mostu 20 metrów dalej... ...no ale my nie jesteśmy twardzielami - pewnie też byśmy nie skorzystali z mostu :). Na nocleg wybraliśmy miejsce w zaroślach po prawej stronie drogi do Kalnicy - ok. 300 metrów od mostu.

Eggstwo
26-03-2009, 17:07
20 lipca 1998 Poniedziałek
Tutaj można by już zakończyć opis. Jeśli chodzi o mnie, w czasie każdej wyprawy przychodzi moment "nasycenia". Nie planowana decyzja o powrocie. Tak było i tym razem - bez pośpiechu udaliśmy się do przystanku w Rajskim, wielokrotnie po drodze zatrzymując się i spoglądając wstecz. Wiedzieliśmy, że dotarliśmy do serca Bieszczad i że za rok własnie tu zaczniemy naszą wędrowkę. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Solinie obejrzeć zaporę (nie lubię tego miejsca - kilka lat później jeszcze raz tam z musu zawitałem, na krótko). Dojazd od Zagórza i oczekiwanie na pociąg relacji Zagórz - Warszawa. Rankiem w Radomiu wszystko już było inne - spojrzenia ludzi przede wszystkim. W "(już) moich" Bieszczadach byłem u siebie, a tutaj? Trochę obcy.

A Tatry? W sierpniu pojechałem, na jeden dzień...

Pozdrawiam,
Eggstwo

Marcin

WUKA
26-03-2009, 17:10
Dzięki!No,ale..wróciłeś?Czekamy na relacje z powtórki!

Eggstwo
26-03-2009, 17:26
Pewnie, że wróciliśmy.
Następnie przez kilka lat, rok w rok - w różnym gronie - jeździliśmy w Bieszczady. W końcu w 2008 spędziłem pierwszy tydzień września w Krywem - z żoną i 2,5letnim synkiem. Rośnie mały Bieszczadnik :smile:. W wolnej chwili skrobnę relację z 1999roku. A to była super wyprawa: Rajskie>Dolina Sanu przez Tworylne>Zatwarnica>Chmiel>Nasiczne>Berehy Górne>Połonina Wetlińska>Kalnica>Sine Wiry>Łopienka>Terka. Też się działo, np. w Bazie studenckiej SGGW W Łopience.
Takie opisy są dobrą okazją aby samemu sobie przypomnieć te chwile, detale, przeżyć wszystko od nowa :smile:.

wadera
26-03-2009, 20:16
Super relacja!!! rozczulająca jest ta "nasza naiwność" gdy ruszamy poraz pierwszy na podbój świata

Recon
27-03-2009, 00:49
Eggstwo, dziękuję za... cofnięcie się w czasie... za ruszenie wspomnień... bo 3 lipca 1998 roku trochę odwrotnie niż Ty wędrowałem pierwszy raz przez te piękne tereny z Terki do Zatwarnicy i z powrotem do Terki. To wtedy widziałem pierwszy i ostatni raz most w Tworylnem, domek myśliwski (gdzieś na Forum są nawet zdjęcia). W lipcu 2008 roku zrobiłem ciut mniejszą powtórkę.
Dzięki takim opisom Forumowiczów lubię to Forum. Pisz dalej wspomnienia... ja będę wędrował z Tobą i wspomnienia swoje budził. Życzę potrzaskania klawiszy ;)

Eggstwo
27-03-2009, 01:03
Jestem naprawdę rad, że ten wątek przypadł Wam do gustu :smile:.
Do napisania ich skłoniły mnie m.in. Twoje relacje, Recon1. Miałem nadzieję udać się na dzień do Krywego w przyszłym tygodniu - niestety musiałem zmienić plany. Pozostaje pisać kolejne wspomnienia...
Pozdrawiam,
Eggstwo

Recon
27-03-2009, 01:09
Żal, że nie mogłeś jechać a radość, że piszesz. Ot dylemat. Fajnie, że się nakręcamy... pisz... powodzenia :)

Stały Bywalec
27-03-2009, 07:29
(...)Miałem nadzieję udać się na dzień do Krywego w przyszłym tygodniu - niestety musiałem zmienić plany. (...)
Eggstwo
A na VIII KIMB przyjedziesz ?

Eggstwo
27-03-2009, 09:46
Niestety nie. Od kwietnia zacznie się "gorący" czas oczekiwania dla mojej rodzinki, która ma się zamiar powiększyć :)

Pozdrawiam,
Eggstwo

buba
27-03-2009, 10:58
piekna relacja!! zazdroszcze umiejetnosci przelania swoich wspomnien w forme drukowana :) wtedy i inni moga przezywac ta wedrowke razem z toba :)

a most w krywym to tez ostatni raz widzialam w 98 roku.. ciekawe kiedy dokladnie przestal istniec..


Super relacja!!! rozczulająca jest ta "nasza naiwność" gdy ruszamy poraz pierwszy na podbój świata

dokladnie:) potem juz zadna nawet najbardziej egzotyczna wyprawa nie ma tego wyjatkowego uroku!

Eggstwo
27-03-2009, 12:20
Też jestem ciekaw, jego stan nie wymagał wielkiego spiętrzenia kry, aby pokonać podpory.
Z drugiej strony imponujące jest jak długo przetrwał, biorąc pod uwagę, że wg zamysłu budowniczych, miałpełnić funkcję tymczasowej przeprawy. Przez jakiś czas mieszkańcy i bywalcy Krywego żartowali, że Krywe bije na głowę Sopot, bo ma aż dwa mola: jedno od strony Otrytu, a drugie od wsi :). W sierpniu 2002 stało już tylko "Otrytowe"...

Henek
27-03-2009, 13:07
Egstwo napisał :

Pomyślalem, że po kilku miesiącach przyglądania się Forum, ja też coś dam od siebie - na powitanie .
Chwali się :smile::smile::smile:
Naprawdę miło się czytało.
Niby tylko 10 lat, ale jak świat się zakręcił.

Ines
27-03-2009, 13:08
Eggstwo,

Tez kiedys lubilam Tatry, tak mi sie wydawało. Do czasu. Do pierwszego wyjazdy w Bieszczady, bo żadne inne miejsce nie chwyciło mnie tak mocno za serce, że trzyma mocno do dziś. Twoja relacja na chwile pozwolila mi tam wrocic - oderwać sie od widoków Warszawy za oknem w pracy i poczuć lodowatą wodę w Sanie, żeremia bobrów, zobaczyć Krywe, Tworylne czy ot ciut banalny cypel w Polańczyku. Dziekuje.

Eggstwo
27-03-2009, 20:14
Jest tak jak Napisałaś, Ines. Są takie miejsca, w których zostawia się część siebie...

Stały Bywalec
27-03-2009, 20:46
(...)
a most w krywym to tez ostatni raz widzialam w 98 roku.. ciekawe kiedy dokladnie przestal istniec..
(...)
Późną zimą albo wczesną wiosną w 1999 r.
Miejscowa wieść gminna głosi, że nie tylko czynnik natury, ale również siła ludzka przyczyniła się do jego zniszczenia.
Podobnież był w takim stanie, że porwanie go w całości przez spiętrzony wiosenny San mogłoby spowodować zator rzeki i zalanie niżej położonych (z biegiem rzeki) terenów.

PS
Gdy go ostatni raz przekraczałem we wrześniu 1998 r., most był w stanie wołającym rozpaczliwie o naprawę. Przejść się go bezpiecznie jednak dawało. Także Tosia śmigała po nim odważnie swoim maluchem. :-)

.

buba
27-03-2009, 21:37
. Jeśli chodzi o mnie, w czasie każdej wyprawy przychodzi moment "nasycenia".

[SIZE=2]Marcin

bardzo mnie zawsze ciekawi jakie to uczucie... mnie sie to jeszcze nigdy nie przytrafilo..

fakt, zdarzalo mi sie zapragnac wracac z wyprawy do domu np. z powodu choroby, lub chciec zmienic miejsce wedrowania na cieplejsze, bardziej suche.. ale kazdy powrot wiaze sie dla mnie z poczuciem niedosytu i checia przedluzenia wycieczki..

czytajac twoja relacje , jedna rzecz nie dawala mi spokoju..odszukalam stary pamietnik.. jest szansa ze 18 lipca gdzies sie minelismy w studennym :)

marcins
27-03-2009, 21:50
Buba a może na paralotniarza czekałaś?

Czytało się miło. Aż się przeniosłem w czasy pierwszych szkolnych wypraw z połowy lat dziewięćdziesiątych gdym jeszcze do technikum chodził. Czekam z niecierpliwością na dalsze relacje.

buba
27-03-2009, 23:39
Buba a może na paralotniarza czekałaś?

.

nie...to akurat nie ja ;) .. ciekawe czy dziewczyny znalazly czego szukaly ;)

Eggstwo
27-03-2009, 23:48
bardzo mnie zawsze ciekawi jakie to uczucie... mnie sie to jeszcze nigdy nie przytrafilo..


czytajac twoja relacje , jedna rzecz nie dawala mi spokoju..odszukalam stary pamietnik.. jest szansa ze 18 lipca gdzies sie minelismy w studennym :)

Teraz trudno wyjaśnić co to jest za uczucie- za bardzo tęsknię. To chyba coś w rodzaju ciszy w środku :-) - gdy jedziesz w góry, lub oczekujesz na wyjazd są emocje, niecierpliwość. Gdy jest się zaprzątnietym codziennymi sprawami dochodzi stres... Po kilku, kilkunastu dniach wędrówki przychodzi spokój (nie chcę żeby to zabrzmiało jakoś patetycznie), ukojenie? Coś w tym stylu. Czujesz się dobrze - wiesz, że to miejsce nie przeminie - że zawsze tu można wrócić. A przedłużanie tego stanu może cię na niego uodpornić? Sorki - trochę to głupie, ale tak to czuję.

Co do minięcia się w Studennym - całkiem możliwe... :smile:

sir Bazyl
30-03-2009, 21:13
Eggstwo, witaj na forum! Tym opowiadaniem bardzo pięknie się z Nami przywitałeś. Nie przestawaj więc pisać, gdyż jak myślę, dla Nas wszystkich, gdy siedzimy przed monitorami a nie w lesie - to spijanie opowieści działa jak syrop uśmierzający. Pozdrawiam i dziękuję!

Eggstwo
30-03-2009, 23:57
Dzięki - Bieszczady 2000 już powoli się redagują :)

misiekjakub
05-08-2009, 19:38
Eggstwo, wychodzi na to, że chodziłeś po mniej więcej tych samych rejonach co ja, w tym samym czasie co ja (też lipiec 98), wtedy gdy pierwszy raz wyciągnąłem w Bieszczady kumpla... kilka lat potem pojechał w Bieszczady w podróż poślubną. Myśmy wtedy zaczynali w Komańczy, szliśmy przez Duszatyn, Chryszczatą, Krąglicę do Woli Michowej, potem na Wysoki Groń i p-asmem granicznym do Roztok Górnych, potem na Jasło i stamtąd do Cisnej, potem awtabusem i z Berehów na Caryńską, a z Caryńskiej na Przysłup, potem do Bereżek, na Widełki, Bukowym Berdem przez Tarnice do Wołosatego, potem znów awtobusem do Bereżek, przez Caryńskie, Dwernik-Kamień do Zatwarnicy, potem przez Hulskie i Krywe do Tworylnego, a potem już tylko do Rajskiego w PKS i do domu...

te se byli pekni casy:cry:

peruwianka
06-08-2009, 15:17
W Bieszczady pierwszy raz pojechałam 20 lipca 1998 roku, co właśnie mi się przypomniało dzięki Twojej relacji...to były piękne czasy!!!