Zobacz pełną wersję : Bieszczady 1999
"Wyjazd w dniu 15.07.1999 ważny do: 16.07.1999 Od: Radom przez Rzeszow*Jasło*Sandomierz*Stalowa Wola Rozw. Do Zagórz" Kolejny raz patrzę na bilet i jeszcze nie dociera do mnie, że oto dokładnie rok po pierwszej wyprawie, ponownie stoimy na drugim peronie radomskiego dworca oczekując niecierpliwie na przyjazd pociągu z Warszawy. Nie zmarnowałem tych dwunastu miesięcy. Kupiony w lutym przewodnik Bosza, wertowany dziesiątki razy znam na pamięć. Teraz dobrze wiemy gdzie chcemy iść i co zobaczyć. Wyobraźnia posiłkowana nielicznymi zdjęciami tygodniami pracuje na pełnych obrotach: Połoniny, dolina Sanu, Łopienka... będzie wspaniale. Musi być! Śledzone od kilku tygodni prognozy pogody były dla nas optymistyczne: po kilkunastu dniach przelotnych opadów miała nadejść słoneczna aura - gdzie ten pociąg?! Jesteśmy o klasę lepiej wyposażeni: jeszcze pachnące nowością plecaki, lekki, niewielki namiot - ciemny - będzie dobrze maskował się w noclegach "na dziko",1kg butla gazowa z palnikiem, nie wspominając o tak podstawowych rzeczach jak karimaty, mocna latarka i najnowsze mapy (oklejone całkowicie przezroczystą taśmą klejącą - sposób prymitywny ale skuteczny na zabezpieczenie przed wilgocią, czy rozdarciem :) ). Na peronie poruszenie - oprócz nas kilkadziesiąt osób tej nocy zaczynało swoją przygodę - ostrzegawczy dźwięk i za chwilę obserwujemy jak bardzo zatłoczonym składem przyjdzie nam podróżować. Pociąg zatrzymuje się, otwierają się okna, spoglądają na nas twarze ludzi, których może spotkamy na szlaku - wtedy pewnie pozdrowimy się - teraz trwa prawie batalia aby gdzieś, w jakimś przedziale zamelinować się lub chociaż upchnąć swoje rzeczy na półkach. Zajmujemy miejsce w przedziale z pasażerami w średnim wieku - wyglądają na rozrywkowych, szczególnie jeden pan, sypiący dowcipami typu: "Ile kroków robi wróbelek na minutę?" Czy ktoś z Was wie? :-) Podróż mija spokojnie - oczywiście spać się nie da, noc jest krótka. Od Sanoka spalinowa lokomotywka niemiłosiernie długo ciągnie wagony - Zagórz tak blisko, przedziały luźne - połowa podróżnych wysiadła w Sanoku... W końcu o godzinie 7:50 docieramy na miejsce. Rok temu zaczęła się wędrówka - tym razem szybko szukamy odpowiedniego autobusu. "Przez Rajskie?" Kierowca zajęty wydawaniem biletów kiwnął głową. Wsiadamy, kupujemy bilety (5zł 50gr). Patrzę na wydrukowany dystans: 48km... Niemożliwe! Aż tyle? Toż to z godzinę zajmie.
Dwie godziny później zbieramy się do wyjścia :). W czasie jazdy obserwowaliśmy drogę, którą tak dobrze znamy - mamy ją w nogach. Wszystko wraca. To nie będzie nowa wyprawa - to będzie ciąg dalszy przygody :wink:......
[I]" (oklejone całkowicie przezroczystą taśmą klejącą - sposób prymitywny ale skuteczny na zabezpieczenie przed wilgocią, czy rozdarciem :) ).
najlepszy!!! :) zgadnij co robilam zanim teraz siadlam do kompa??? :)
hehe gdyby procedura patentowa byłaby prostsza, życie wielu turystów plecakowych odmieniłoby się :-). Od zabezpieczenia siebie, dobytku na plecach do technik maskowania na biwaku. Każdy ma jakieś swoje, wypróbowane sposoby aby z gór wyjść cało...
16 lipca 1999 Piątek
Autosan zjechał szosą w dół, przejechał po moście na Sanie i zniknął za zakrętem drogi. My niespiesznie, sycąc wzrok tak upragnionym widokiem, pokonywaliśmy kolejne metry dzielące nas od drogi do Studennego.
Po minięciu ośrodków wczasowych droga wspina się nieco. Pamiętałem San z jego krystaliczną wodą. To co zobaczyłem w dole tym razem, wprawiło mnie w osłupienie. Na całej szerokości rzeka toczyła jasnobrązowe wody - efekt kilkudniowych opadów. "Ładne powitanie" Niebo zasnute było chmurami, deszcz wisiał w powietrzu. Było duszno. Przy moście w Studennym przebrałem się, zmieniłem buty. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej. Pół godziny później wyszliśmy z zarośli na łąki Tworylnego. Słońce też wyszło 8-) i jednocześnie zaczęło padać - niewielki przelotny deszcz, ale zrobiło się jeszcze bardziej parno. Chatka Prominenta zapraszała do środka, za nią aleja dworska. Nie wiem czemu, ale Tworylne kojarzy mi się własnie z tymi drzewami. Nie z filarami stodoły czy miejscem po cerkwi. Może dlatego, że te drzewa wciąż tam żyją?
Mijamy schody "donikąd", cmentarze - Artur główną drogą, ja obchodze je po wschodniej stronie. Skręcamy zgodnie z drogą w lewo. Bobry jeszcze tu nie dotarły. Wtedy nieliczne kolonie trzeba było chronić w rezerwacie (w Uhercach). Dzisiaj bestie mają się dobrze, przysparzając - jak czytam w Waszych relacjach - nie lada kłopotu wędrowcom :wink:. Mam nadzieję, że podobnie będzie z wilkami...:mrgreen:. Wczesnym popołudniem docieramy do drogi w Krywem wiodącej do zniszczonego mostu. Kierujemy się w drugą stronę. Wszędzie słychać cykanie owadow, łąka żyje. Pomiędzy drzewami w zaroślach widać stojące słupy z lampami i nic co by miały oświetlać. Swoją ciekawość zaspokoiłem w zeszłym roku: były tam pozostałe stodoły PGRu. O ile dobrze pamiętam było ich trzy w dolinie - pozostała jedna użytkowana przez państwa Majsterków. Skręcamy w ścieżkę prowadzącą do stóp wzgórza cerkiewnego. Na Diłok dostaliśmy się wschodnim zboczem na przełaj brnąc przez trawy. Niby tylko (i aż) mury, a jak doskonałą sposobność do refleksji dają - ile ludzkich nadziei, próśb i dziękczynień do Boga tam wznoszono. Niestety nie wszyscy przybywający potrafią to uszanować. Jednocześnie smutny jest proces samoistnego niszczenia Świątyni - wystarczy wspomnieć o zwieńczeniu okna na wprost wejścia...
Trochę sentymentalne ten opis mi wyszedł :) - ale trasa pokonywana tego dnia skłania ku temu. Wróciliśmy do drogi wiodącej na Szczołb. Niebo już całkiem się przetarło z chmur. Dziwne, ale tym razem podczas podchodzenia na wzgórze nie czułem się już takim "intruzem" jak rok wcześniej. Otryt wydawał mi się bardziej przyjazny a wiatr, który pojawił się jak wtedy - znienacka - przyjemnie chłodził - nie "kazał" wyciągać zimowej czapy :). Nasz pierwszy nocleg zaplanowaliśmy w znanym już miejscu. Polanka na Szczołbie nie zmieniła się przez te kilka miesięcy. Po kolacji szybko zasnęliśmy - jeszcze widno było, brak snu poprzedniej nocy dał się we znaki. Jak zza ściany dotarł jeszcze do mnie odgłos jadącego - za drzewami powyżej - samochodu w stronę Krywego - pewnie pani Tosia wracała do domu....... Dobranoc.
bertrand236
28-03-2009, 12:01
"..... Kupiony w lutym przewodnik Bosza, wertowany dziesiątki razy znam na pamięć.
Nie, żebym się czepiał. Chcę się upewnić: Bosza, czy Rewasza, kupiony w księgarni Bosza?
Pozdrawiam
Wydawcami są: BOSZ S.C. oraz Oficyna Wydawnicza REWASZ :smile:, opracowany przez Pawła Lubońskiego. Użyłem skrótu myślowego - ten przwodnik to już dzisiaj klasyk - teksty na niektórych stronach internetowych poświęcone Bieszczadom są żywcemz niego skopiowane. Wtedy był "ciepłą bułeczką" - rok wydania 1998.
Dziękuję za czujność - wszelkie uwagi mile widziane - tylko bardzo mądrzy ludzie się nie mylą, więc i my się nie będziemy myli :-D.
Pozdrawiam.
17 lipca 1999 Sobota
Nie wiem, która była godzina... ok. szóstej? Nieco skostniały wyskoczyłem z namiotu. Spoglądam na Krywe. Mgły jak mleko, wypełniają całą dolinę. Aby nie "wylały się" ktoś rozważnie postawił kawał wału górskiego za Sanem - teraz jego wystający grzbiet wydaje się być zawieszony w powietrzu. Wołam Artura żeby to zobaczył... Długo nie może się przemóc, aby opuścić ciepły śpiwór. Śniadanie przyrządzamy bez pośpiechu - i tak musimy poczekać aż wyschnie namiot. Jego mała waga i wymiary były wynikiem kompromisu - jednowarstwowa powłoka - dodatkowo przed wyjazdem zaimpregnowana - nie dawała dobrego schronienia przed wilgocią. Rano wszystkie rzeczy w środku były wilgotne - jednak i z tym nauczyliśmy się sobie radzić. Najważniejsze było, że mieści się do plecaka i nie zabiera tam dużo miejsca. Spakowaliśmy się i opuściliśmy gościnną łączkę (kolejny raz na nocleg zawitałem tam trzy lata później - na drzewach wtedy już były znaki szlaku poprowadzonego jej górnym skrajem). Idąc na południe osiągamy stokówkę. Kierunek na Zatwarnicę. Nie było śladu po wczorajszych chmurach - zapowiadał się słoneczny, upalny dzień. Po godzinie docieramy do Zatwarnicy. Idziemy do sklepu (teraz to Stokrotka). Jedyną rzeczą do jedzenia jaką kupowaliśmy w czasie tej wyprawy był chleb. Mając w perspektywie jutrzejszą niedzielę wzięliśmy dwa bochenki. Klapnęliśmy po przeciwnej stronie drogi, na ławeczce przy drugim sklepie (taka zielona budka) - chyba był już nieczynny. Po chwili ktoś dosiadł się do nas: chłopak szedł w stronę hotelu z torbą pełną butelek, podzieliliśmy się z nim kawałkiem cienia. Chyba z wdzięczności zaofiarował się poczęstować nas piwem. Przyznał się, że od kilku dni mieszka w hotelu i jak na razie nie udało mu się dotrzeć dalej jak do sklepu... A tak kusi Połonina... może jutro znowu spróbuje. Pomiędzy drzewami naprzeciwko nas na pieńkach i trawie siedziało kilku mężczyzn - miejscowi. Niespiesznie rozprawiali, co jakiś czas nawiedzając sklep. Ich czas biegł nieco wolniej od naszego. Zwolniliśmy ławeczkę i udaliśmy się w górę Zatwarnicy. Minąwszy hotel odbiliśmy w lewo. Idąc w górę potoku Hylaty dotarliśmy do wodospadu. Nie przepuściliśmy okazji do kąpieli. Przez długi czas nikt inny się nie pojawił. Dziwne, bo jest to dość licznie odwiedzane miejsce. W planach było dotarcie do drogi wiodącej przez przełęcz pomiędzy Dwernikiem i Jawornikiem do Nasicznego. Coraz bardziej zbliżaliśmy się do granicy Parku Narodowego. Niełatwo mi było odnaleźć tą drogę :???:. W lewo odbijało kilkanaście ścieżek co paręset metrów. Większość rozjechanych przez strzęt zrywkowy. Ostatecznie zawróciliśmy i udaliśmy się spowrotem - do mostu na Sanie. Woda w rzece odzyskała klarowność. Mijamy cerkiew w Chmielu i docieramy do skrzyżowania z szosą do Berehów. Idziemy w stronę Dwernika. Powoli rozglądamy się za jakimś miejscem na biwak. Mijamy budynek kościoła w Dwerniku. Sprawdzam godzinę porannej Mszy. W pewnym momencie znaki zielonego szlaku prowadzącego do Koliby skręcają w lewo, przcinając zagajnik. Obok zardzewiały zbiornik na ropę z kranem... Tu się zatrzymujemy. wybieramy wysoką trawę ok 100m od szlaku. Czekamy, aż zrobi się szaro i w półmroku rozbijamy namiot. Psy z pobliskiego gospodarstwa wyniuchały naszą obecność - do późnych godzin słychać było ujadanie jakiegoś Burka - ten biwak był chyba za blisko wsi.
18 lipca 1999 Niedziela
Na 8.30 idę do kościoła w Dwerniku. W czasie ogłoszeń ksiądz prosi parafian aby "któregoś dnia wzięli trochę ropy i zakonserwowali nowo postawione ogrodzenie przykościelnego parkingu". To takie oczywiste - czego jak czego, ale ropy ci tutaj dostatek. Po Mszy wracam do namiotu - Artur jeszcze drzemie. Słońce po porannym zachmurzeniu zaczyna znowu mocno dogrzewać. Śniadanie: chleb z pasztetem z puszki popijany herbatą - trochę za gorącą. Na szlaku z Koliby zrobił się ruch. Co chwilę wychodzi z lasu grupka wędrowców. Wczoraj to miejsce wydawało się lepeiej ukryte. Po dziesiątej ruszamy w stronę Nasicznego. Wędrówka nie przysparza żadnych trudności, W Tatry zabierałem zawsze jakieś mocne buty na grubej podeszwie. Takie trapery miały jedną wadę: wagę - jednak tam raczej nie dźwigało się dobytku na plecach, więc nie było to specjalnie uciążliwe. W Bieszczadach od zawsze chodzę w obuwiu roboczym - "przemysłowe obuwie z antypoślizgową, antyolejową, antygrzybiczną, kwasoodporną, wzmocnioną i antyprzebiciową podeszwą bez metalowego podnoska :grin: oraz wysokimi holewkami". Był czas, że miałem do nich nieograniczony dostęp, więc od lat na każdą wyprawę idę w nowych buciorach. Nigdy jeszcze nie doświadczylem w nich obtarć, czy jakichś innych usczerbków na zdrowiu. Wybierałem zawsze takie, które przy solidnej konstrukcji były najlżejsze. NIe rozwaliły się też nigdy przed powrotem. Upał doskwiera niemiłosiernie - słońce świeci nam prosto w twarze. Wchodzimy do Nasicznego, są kaskady - woda wyśmienita - bez kąpieli dzień byłby stracony. Zresztą nie tylko ja doszedłem do takiego wniosku. Kilka osób już zajęło wyżej położone skałki. Po godzinie jesteśmy w dalszej drodze. Teraz to już bajka. W pewnym momencie widać piętrzącą się nad nami Połoninę Caryńską. Mijamy kamieniołom. Coraz częściej na południu odsłania się Dział. Spośród przydrożnych drzew wyłania się leśniczowka ze sklepikiem i wiatą. Przed słońcem chroni się tam spora grupka. Przekraczamy bramę i uważnie rozglądamy się za miejscem do rozbicia namiotu. Wybieramy kawałek łąki przy jej zachodnim skraju - niedaleko ścieżki do strumienia wijącego się w dole za ogrodzeniem z tyczek. Po zapłacie za nocleg rozbijamy się. W tym samym czasie obok nas ktoś inny przygotowuje sobie schronienie. Cały swój tułaczy dobytek przywiózł na motocyklu. Stojąca w pobliżu maszyna przyciąga mój wzrok. Od zawsze marzyłem o Yamszce Virago, ale byłbym łaskaw zaakceptować każdy inny motocykl, który choć trochę przypominałby chopera. A tu: wspaniała, ogromna Honda. Natchniony tym widokiem idę zamyślony zrobić małe pranie w Prowczy. Przypomniałem sobie cały repertuar dotykający temat motocykli. Jak przypomniałem to i zaśpiewałem - nikogo w jarze nie było, to szkoda było nie wykorzystać panującej tam akustyki. Ostatecznie najbardziej podpasowały mi kawałki Dżemu i Harlemu. Po kilkakrotnym bisowaniu, z już czystymi skarpetkami wspiąłem się na skarpę i przeszedłem pod płotem. Przywitały mnie rozchachane gęby: Artura i owego motocyklisty. Rzeczywiście później przekonałem się jak doskonale niesie się dźwięk z koryta strumienia do miejsca gdzie postawiliśmy namioty.
Nasz sąsiad okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem. W "normalnym" życiu zajmował jakieś wysokie stanowisko - a urlop wykorzystywał na podróż przez południową granicę Polski. Obecnie dosiadał Hondy, ale przyznał się, że zbiera na Harley'a. Późnym popołudniem wybrał się na przejażdżkę. Wrócił wieczorem po objechaniu Połoniny Caryńskiej. W międzyczasie na pole zawitali dość nietypowi goście. Od strony Dwernika zajechał furgon, odsuwają się drzwi i ze środka wypada na ziemię plecak, a za nim z nie mniejszym impetem wielki marynarski wór. Po chwili wychodzi facet, przeciąga się, omija toboły i wchodzi na plac, rozgląda się i staje w geometrycznym środku pola. Z samochodu wychyla się jego towarzyszka, dziękuje kierowcy za podwózkę i na jedno ramię z trudem zakłada plecak, następnie pod drugą pachę bierze wór, który okazał się czteroosobowym namiotem i wygięta z pytającym spojrzeniem kieruje się na swojego kolegę. Ten głową wskazał miejsce, które wybrał pod namiot. Wydając odpowiednie komendy skutecznie doprowadził do postawienia konstrukcji. Pora obiadowa skłania do zrobienia obiadu. Koleżanka chodząc od namiotu do namiotu próbowała pożyczyć jakiś kocher. W końcu wypatrzyła nas. O dziwo zamiast o maszynkę, zapytała: "chłopaki macie może fajki?" Kurcze! nie miała szczęścia - my niepalący. Ale wodę pewnie byśmy jej zagotowali - jednak z obiadem dała sobie już spokój. To nie spodobało się jej partnerowi - zrobił jej scenę na środku pola, następnie urażony zaszył się w namiocie. Poszła na spacer... O zmroku Pan i Władca - jak go zaczęliśmy nazywać - zaczął rozglądać się za partnerką. Noc upłynęła spokojnie - przed snem słuchaliśmy jak przy ognisku gitarzysta intonuje, "Obława, obława na dzikie wilki obława..." ...ale najważniejsze, że Pan i Władca przebaczył partnerce (cokolwiek by to było) - bez krępacji godzili się długo w noc ;)
Stały Bywalec
28-03-2009, 21:49
Nie czepiam się - Twoja relacja podoba mi się.
Jedno mnie jednak zastanawia.
Pisząc - używasz czasu teraźniejszego, i prawidłowo ! To taki styl narracji, obliczony na powiększenie zainteresowania a nawet napięcia u czytających.
W ślad za tym idą jednak b. szczegółowe opisy Twoich wrażeń w konkretnej chwili, stanu rzeki (wzburzona woda), dróg, wiatru, chmur na niebie - też w danym momencie, czyli prawie że w okamgnieniu.
Pytam zatem: robiłeś wtedy, 10 lat temu, jakieś notatki (np. prowadziłeś dziennik) ?
Czy może jest to taka licentia poetica ?
Pytam zatem: robiłeś wtedy, 10 lat temu, jakieś notatki (np. prowadziłeś dziennik) ?
Czy może jest to taka licentia poetica ?
Nie robiłem notatek. Piszę tylko to co pamiętam, mam też mnóstwo "pamiątek" z tych wędrówek. Suche źdźbła trawy z pierwszych chwil na Połoninie - teraz płaskie jak pergamin - w przewodniku pełnią rolę zakladki - ile razy wyciągałem je i trzymając pod nosem :grin: wracałem do tych chwil. A do składni nie przywiązuję wagi - samo to płynie - stąd tyle błędów gramatycznych :smile: (i orto też)... To tylko jeden wyczekany i najlepszy tydzień w każdym roku - na co rezerwować szufladki w głowie jak nie na te chwile? Jest też Artur - praktycznie cały dzień jesteśmy w kontakcie przez GG - często go pytam o coś co mi umkęło... (np. o to kim był i jak sie tam znalazł ten motocyklista z ostatniego postu).
A na punkcie Yamachy do dzisiaj mam hopla - na szczęście dość mocno staniały - kto wie...
Pozdrawiam.
Hehe - jest już późno... ale pisać dalej?
Pisz człowieku - najlepiej do rana ;)
Dzięki - robi się - na jutro rano będzie kolejny dzień :grin: - chociaż trasa po Wetlińskiej jest dla wielu oklepana - ale to ludzie na niej spotkani stworzyli pole do przemyśleń.
19 lipca 1999 Poniedziałek
W Berehah Górnych na polu namiotowym jest taki zwyczaj (nie wiem czy na innych też - z innych nigdy nie korzystałem), że wczesnym rankiem Pani Gospodarz chodzi od namiotu do namiotu i sprawdza, czy stan osobowy zadeklarowany przy zakupie biletów zgadza się ze stanem faktycznym. Byłem na nogach pierwszy, więc musiałem przejść ową weryfikację. Nasz motocyklowy sąsiad pożegnał się, kulturalnie wyprowadził maszynę poza pole. Dopiero tam ją uruchomił. Parka będąca w centrum (wczorajszych wydarzeń) placu już nie pojawiła się na zewnątrz;). Posiliśmy się wyjątkowo obficie i po napełnieniu wszystkich butelek wodą z kranu znajdującego się przy sklepiku, zaczęliśmy kolejny etap wędrówki. Dzisiaj obraliśmy kurs na Połoninę Wetlińską. Chcąc przejść ją całą, łącznie z wejściem na Smerek potrzebowaliśmy - wg Lubońskiego ok 6 godzin. Nie byliśmy pewni naszej kondycji, więc woleliśmy nie mitrężyć... Co z tego. Po 1,5 godzinnym podejściu - mimo wszystko robiliśmy przerwy na podziwianie Połoniny Caryńskiej - weszliśmy na wierzchowinę. Nie mogę odmówić sobie tego komentarza: kto do cholery wymyślił "CHATKĘ PUCHATKA?!" - czy tam docierają tylko małe dzieci i jest potrzebny taki wabik w nazwie aby nie ustały po drodze? Dobrze, że chociaż podawanej obecnie wysokości npm. nie zmieniono na większą, co by i starsi mogli się dowartościować - już dobrze, siadam.... :roll:. Jeszcze jedna dygresja, która może powinna być puentą: Czy Odnosicie wrażenie, że Bieszczady w końcówce lat 90tych przeszły jakąś smutną metamorfozę? Walą się mosty istniejące 20-30 lat, rozbierają budynki, które nie zawsze słusznie ale jednak wpisały się w pamięć i świadomość ludzi gór (np. w Tworylnym, czy schroniska, o których Piszecie), zmieniają nazwy na głupie. Nie wiem co do nowych, znakowanych szlaków - ale jednak łażenie na nos miało większy urok, ułatwienia, barierki, schodki, wiaty - np. Sine Wiry... nie obrażę się jeśli po tym co napisałem, ktoś nazwie mnie egoistą - jednak według mnie, nie wszędzie szybko podejmowane decyzje są dobre. "Czujemy się dumni i szczęśliwi, że mieliśmy okazję chociaż część tych przemijających obiektów i okoliczności doświadczyć - bo gdybyśmy tą przygodę zaczęli później nie wiedzielibyśmy co nas ominęło" A ominęło nas bardzo dużo - o czym za chwilę mieliśmy się przekonać. Podeszliśmy do jeszcze "SCHRONISKA U LUTKA NA POŁONINIE WETLIŃSKIEJ 1228m. npm.*BIESZCZADZKI PARK NARODOWY* " - cytat ze starej pieczęci. Aby zaspokoić ciekawość wszedłem do środka, po czym udaliśmy się na garb za schroniskiem . Siedziało tam dwoje starszych ludzi - małżeństwo. Nie pamiętam kto z nas zaczął rozmowę, w każdym razie słuchaliśmy ich z rosnącym podziwem. Zawitali w Bieszczady razem z pierwszym, wyznakowanym szlakiem turystycznym, wędrowali jak my - z plecakami - inaczej się wtedy nie dało. Opowiadali o zgliszczach we wsiach, kompletnych ścianach murowanych budynków, gdzieniegdzie nawet klepiska były jeszcze widoczne... Potem już tylko Starszy Pan - ciszej - wspominał szubienice, które wielokrotnie miał okację jeszcze spotykać w różnych miejscach... Mogliśmy tylko kiwać głowami, bo co tu powiedzieć. Oni chyba nie oczekiwali od nas odpowiedzi. Bardzo łagodnie odnosili się do siebie nawzajem. Wspólnie opowiadali, że teraz już zdrowie nie to samo, więc podróżują samochodem z przyczepą kempingową. Raz zatrzymają się tu, raz gdzie indziej. Z Arturem jesteśmy pewni, że dwa dni później mijali nas na drodze między Polankami i Terką - jechali w stronę Dołżycy...
Minęło sporo czasu nim wstaliśmy, podziękowaliśmy i życząc sobie nawzajem powodzenia ruszyliśmy dalej. Pogoda bez zmian: słonecznie, choć niegroźne chmury przesuwają się po niebie - dają chwilę wytchnienia podczas wędrówki. Bez przeszkód posuwamy się w kierunku głównej kulminacji Połoniny. Odpoczynek bardziej dla zaspokojenia doznań estetycznych niż odnowy fizycznej. Nie ma mowy o zmęczeniu - przecież już dawno nie mieliśmy tyyyyle nieba nad głowami! Schdzimy na Przełęcz Orłowicza - kalkulacja czasu potrzebnego na wejście na Smerek i zejście czerwonym szlakiem do brzegu Wetliny w Smereku: uda się - mamy jeszcze zapas... Sam zbiegam żółtym szlakiem w stronę Suchych Rzek w poszukiwaniu źródełka opisywanego w przewodniku. Wchodzę w las - nigdzie nie widać - pewnie przeoczyłem. Napotykam strumień, obmywam twarz i wracam na górę. Wspinaczka na Smerek. Na szczycie popas i drobnymi kroczkami - co by szybciej niż podają na mapie, nie znaleźć się na dole - tracimy wysokość. Od teraz będziemy się co parę minut mijali z inną grupą udającą się w tym samym kierunku. Nasze odpoczynki nie przypadają w tym samym czasie, do momentu gdy osiągneliśmy skraj lasu u podnóża Smerka. Tutaj jeszcze na chwilę przysiedliśmy - była sposobność do wymiany zdań. " - Idziemy nocować u harcerzy, a wy?" - zapytali. "My rozbijemy się gdzieś tu" - odpowiedzieliśmy najzwyczajniej w świecie. "Taaak?" - to nie było normalne według naszych kolegów. Wzruszyliśmy ramionami - przecież robimy tak od początku (no chyba, że jesteśmy w BPN). Powoli ściemniało się. Podeszliśmy do brzegu Wetliny. Chwilę szukaliśmy dobrego miejsca, aż wreszcie znaleźliśmy. Pięć metrów od brzegu obok podmytego i pochylonego nad wodą drzewa. Prawie na przeciwko po drugiej stronie do Wetliny uchodzi potok Bystry - prawdopodobnie to ten. Rozbicie namiotu i długie leżakowanie - w jednej z płycizn Wetliny.Tylko twarz na powierzchni - ciepła woda próbuje znosić powoli moje rozwalone cielsko. Jakiś narybek skubiący mnie tu i tam :smile: - ech... Za każdym razem (a było ich dwa), gdy rozbijałem się w tym miejscu - przyroda fundowała mi niesamowite zachody słońca. Niebo nad Krzemienną mimo, że już prawie bez chmur, na których słońce mogłoby wyczyniać popisy - przybierało różne odcienie purpury... Pozostała jeszcze kolacja - ta kąpiel wzmogła uczucie głodu. Szummmmmm Wetliny obok namiotu. Nie do opisania. Usnąłem momentalnie i spałem jak zabity tej nocy.
20 lipca 1999 Wtorek
To miał być długi dzień - gdybym wiedział, że spać położę się dopiero następnego dnia, o czwartej nad ranem, przekręciłbym się jeszcze na drugi bok...
Ale po kolei: pogoda - bez zmian - prognozy śledzone w Radomiu przed wyjazdem sprawdziły się. Dzisiaj to już nawet najmniejszego obłoku nie było widać. Poranna toaleta i tu objaśnienie: nie mieliśmy ze sobą nic co by mogło służyć do pienienia :). Żadnego mydła, szamponu i o zgrozo past do zębów. Woda ze strumieni nam wystarczała . Jednak tego poranka jak nigdy zapragąłem umyć włosy - czapka na głowie, upał , pot - to wszystko trochę doskwierało. Nie śmiejcie się... albo Śmiejcie: podobno jajkiem można umyć włosy, a najlepiej dwoma. Nie wiem, czy ktoś mi to powiedział kiedyś, czy sam na to wpadłem robiąc omleta :) - jajko się pieni. Tylko skąd jajko? (albo lepiej dwa). Już miałem odłożyć mycie na później - pewnie będzie jakiś sklep po drodze - gdy może z 50 - 100 metrów w górę rzeki zobaczyłem jak dwie osoby schodzą z przeciwległego brzegu nad wodę. Mają ze sobą jakieś naczynia, będą je myć. No jak! Przecież oni MUSZĄ mieć jakieś jajka! (rzeczywiście upał jest niebezpieczy dla zdrowia :) ) Z ręcznikiem na szyi, półnagi brodząc po kolana w wodzie skradałem się niczym zwierz drapieżny w stronę swoich ofiar. Pochłonięci pracą dostrzegli mnie jak byłem może z 10 - 15 metrów od nich. Chłopak i dziewczyna - ona myła metalowe naczynia i podawała jemu do wycierania (lub odwrotnie - nieważne). Nie przerywali mycia, kiedy ja z uśmiechem zagadnąłem: " Cześć!, przepraszam Was, nie macie może dwóch jajek odsprzedać?", przestali brzdękać miskami, spojrzeli na siebie. Ona rzekła: "I'm sorry... Do You speak English?". O w mordę! NooOO pięknie! Po sekundzie opanowałem zaskoczenie - przecież uczę się Anglika - dam radę. Zebrałem się w sobie, w mgnieniu oka przanalizowałem wszystkie czasy i przypadki, które wpajała nam Pani mgr Czapla i wypaliłem posiłkując się gestem Victory: EGGS! TWO!
Nie wiem, czy im ulżyło, czy własnie dopiero teraz się spieli - ich twarze bez wyrazu jednostajnym ruchem zaczęły się przecząco kręcić. Tylko spokojnie - kiwnięciem głowy podziękowałem/przeprosiłem. Odwracając się przypomniałem sobie jeszcze jedno sformułowanie: "Ok, thanks". Nie widziałem już tego będąc plecami zwrócony do nich, ale na pewno po tym moim zapewnieniu (że Ok i że thanks) odetchnęli z ulgą - bo podobno najgorzej to zrazić do siebie wariata :) Po kilku minutach dotarłem do Artura, opowiedziałem mu o tym. Nawet bardzo się nie śmiał - raczej zaczął analizować co i jak powinienem powiedzieć... Po tym poznaje się przyjaciela :)
Spakowaliśmy plecaki, przekroczyliśmy w bród Wetlinę i wyszliśmy na Obwodnicę. Ruszyliśmy do Kalnicy. Na początku miejscowości jest sklep - obok zadaszenie z ławkami. Tutaj zatrzymaliśmy się na śniadanie. Wcinając konserwy mięsne zaczęliśmy mimowolnie przysłuchiwać się rozmowie toczonej przez kilku siedzących obok mężczyzn. Wyglądali na mieszkańców wioski. Mając już kilka pustych butelek po piwie przed sobą jeden z nich co chwilę informował kompanów: "Nie no, k....wa ale mam dzisiaj roboty... Nie wydolę!"............"Jak ja to wszystko dzisiaj zrobię?... No jak?" Rzeczywiście - pomyślałem - koło dziesiątej było - do fajrantu już niedługo - chyba niema sensu już dzisiaj się angażować. Prawdopodobnie telepatia zadziałała, bo za chwilę rzucił do kumpla idącego do sklepu: "E! Heniek weź i dla mnie jedno! .... albo dwa!. Nam też zostało dwa dni do końca wyprawy, więc aby nie tracić czasu opuściliśmy Kalnicę obierając drogę do Sinych Wirów. Nie wiem jak jest tam teraz, ale 10 lat temu - za sprawą prowadzonej wówczas wycinki - nie był to zbyt atrakcyjny fragment trasy. Minęliśmy most na Wetlinie, za którym zaczynała się droga prowadząca przez Szczycisko do Studennego. Zaczęliśmy pilniej wypatrywać ścieżki, którą można by zejść do rezerwatu. Obok czerwonej tablicy z nazwą miejsca pojawiła się dróżka. Szukając możliwości zejścia kluczyliśmy chwilę po lesie. W końcu dotarliśmy nad brzeg przelewającejs ię między skałami rzeki. Podobało mi się tam - ale takie klimaty chyba bliższe są Arturowi - do dzisiaj często wspomina to miejsce. Ktoś pod jedną z półek skalnych urządził tam sobie leżankę: równo przycięte tyczki ułożone były tak aby tworzyły podłoże pod karimatę czy koc. Nie omieszkaliśmy się schłodzić w wodzie. Powędrowaliśmy dalej. Dotarliśmy do szosy, którą przeszliśmy kilkadziesiąt metrów by po chwili skręcić w lewo w drogę do Łopienki. Zatrzymaliśmy się przy cerkwi, kaplicę obok właśnie kryto gontem. Weszliśmy do środka - Oddaliśmy hołd Panu - Chrystus Bieszczadzki wydawał się łaskawy - pomimo surowości otoczenia. Słońce część swoich promieni skierowało w witraż - kolorowa układanka pojawiła się na posadzce. Opuściliśmy to ciche miejsce obierając na nocleg słynną bazę studencką w Łopience. Najpierw trzeba było ją odnaleźć. Napotkany jegomość wskazał nam drogę. Ścieżyną wspinaliśmy się przez chwilę, by znienacka wyjść obok równie słynnej wiaty. Powitano nas serdecznie - proponując miętę. Z miejsca popełniłem faux pasęłęó odmawiając. Kara była surowa. Zanim zdążyliśmy się rozgościć - pognano nas - a także innych zdrowych i silnych facetów tą samą ścieżką co przed chwilą podchodziliśmy - ale w dół. Obok ścieżki zobaczyliśmy leżący - pień - na oko 5 - 6 metrów długości o słusznej średnicy. Wolałem nie zadawać pytań - skąd i od kogo - ew. za ile :). Posłusznie ustawiliśmy się po obydwóch stronach wzdłuż kłody, nie bez trudu zarzuciliśmy ją sobie na ramiona i w nierównym tempem, ślizgając się podążyliśmy w górę... Dotarliśmy obok wiaty - belka na ziemię, ufff, tak, zdecydowanie, teraz już chcę mięty - może być trzy kubki... Zaproponowano, abyśmy skorzystali z obozowej kuchni polowej pod wiatą. Co nas podkusiło żeby podziękować grzecznie i tłumaczyć, że mamy własną butlę? Nie spodobała się nasza odmowa: minutę później drałowaliśmy na złamanie karku w dół - do ujęcia wody - kto był ten wie. Artur i ja dostaliśmy po dwa wiadrach (chyba po dwa - to mi umknęło - ale miałoby to sens bo z dwoma łatwiej utrzymać równowagę) z misją napełnienie ich i dostarczenia szefowi kuchni pod wiatę. Dźwigając wiadra na górę obiecałem sobie - tylko nieodmawiać, tylko nieodmawiać - jak proszą, proponują to się zgadzać - na wszystko.. Planowaliśmy rozbić własny namiot na pobliskim, należącym do Bazy poletku namiotowym. Ale ZAPROPONOWANO namiot bazowy - duży przestronny z okrągłymi okienkami - a w środku luksus: drewniane, wypoziomowane blaty - pod własny śpiwór. Z wylewnie okazaną radością przyjęliśmy propozycję: koszt 8 zł rozłożony na dwóch jakoś przebolejemy :). Nim się zorientowaliśmy ściemniło się. Ponownie podążyliśmy do ujęcia wody, które w tym momencie służyło za łażnię - czy raczej myjnię. Wróciliśmy do namiotu. Artur poszedł spać, ja postanowiłem się jeszcze chwilę pokręcić i poobserwować nocne życie Bazy. Planowano na ten wieczór ognisko - palenisko znajduje się poniżej wiaty, obok ścieżki do ujęcia wody. Było już tam trochę zgromadzonych gałęzi, ale chyba nie bardzo komukolwiek chciało się je podpalać. Za to zaczęła się inna rozrywka: gra w kości. Przyznam się, że jeśli chodzi o gry w karty, kości i inne to niewiele mam do powiedzenia. Stałem z boku... W pewnej chwili zaproszono mnie do stołu - było ok 22giej. Szybkie wprowadzenie w zasady gry i..... nad ranem mając na koncie nawet dwie wygrane odchodziłem od stołu. Zresztą wszyscy rozchodzili się na spoczynek. Byli to wspaniali ludzie. Udając się do namiotu szedłem przez pewnien czas razem z jednym z nich: nazywali go Jezus. Zaczynało dnieć, zerknąłem na zegarek, minęła czwarta. Godzinę odczytałem na głos - bardziej do siebie. Chwilę potem stojąc - ja przed naszym namiotem - Jezus przed swoim - kończyliśmy z podziałem na wersy śpiewać:
........Za oknem mruczą bluesa topole z Krupniczej
I jeszcze strażak wszedł na solo, ten z Mariackiej wieży
Jego trąbka, jak księżyc, biegnie nad topolą nigdzie się jej nie spieszy,
już piąta…
21 lipca 1999 Środa
Otwieram oczy. Na brezentowych ścianach namiotu przesuwają się cienie rzucane przez gałęzie drzew poruszane wiatrem. Słońce już wysoko. Wnętrze namiotu rozgrzane - zrobiło się duszno. W gardle sucho, głowa ciężka - tych parę godzin snu nie do końca zregenerowało mój organizm. Patrzę na Artura - obudził się pierwszy tym razem - jednak nie widząc jakiegoś konkretnego powodu by ruszyć się z miejsca, leży z rękami pod głową i wpatruje się w jeden punkt w górze namiotu. Podążam za jego wzrokiem i widzę cień małej jaszczurki, która od zewnątrz wspina się po brezencie. Zagaduję, z lekim poczuciem winy, że wczoraj zostawiłem przyjaciela samego. Nie ma do mnie urazy - myślał, że poszedem zanocować u jakieś dzierlatki 8). Nie raz trułem mu jak bardzo bym chciał znaleźć dziewczynę - taką miłą i pracowitą :-) - podczas, gdy miłość jego życia własnie rozkwitała (dzisiaj są szczęśliwym małżeństwem - a nasi prawie 3letni synowie wspólnie odkrywają uroki świata). Z niedelekiej wiaty słyszę rozmowę uczestników nocnej gry - w pewnej chwili wyłapuję parę słów o mnie: "...ale kilka razy Marcinowi dobrze szło... " Miłe uczucie, stać się częścią tej grupy. Wychodzimy na śniadanie. Jezus siedzi przy stole, na ktorym jeszcze leżą kości. Zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę. Nie bez żalu pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w stronę cerkwi. Wcześniej dostaliśmy w prezencie ciekawe, kilkunastostronnicowe opracowanie dotyczące historii Łopienki i cerkwi. Minęliśmy Polanki, dotarliśmy do Terki. Po drodze widzieliśmy gdzieś tabliczkę na tyczce z napisem: Działka na sprzedaż. Wtedy ziemię można było za nieduże pieniądze kupić - ale i zainteresowanie potencjalnych kupujących było o wiele mniejsze. Zaczęły się zbierać chmury. W Terce weszliśmy na cmentarz, obejrzeliśmy mogiły, dzwonnicę. Malowniczo prezentuje się Monaster z jego legendami o prawosławnym klasztorze na szczycie. Dotarliśmy do Bukowca i odbiliśmy w prawo, - w stronę mostu na Solince. Zaczęło kropić... Pierwszy deszcz od czasu mżawki, która złapała nas w Tworylnym pierwszego dnia. Zeszliśmy pod most. Szybko przestało padać... ...przeglądam mapę, śledzę przebytą trasę - piękna wędrówka. Tym razem decyzja o powrocie podszyta była lekkim żalem. Z Bukowca przez Solinę dojechaliśmy do Zagórza. W pociągu podróżowaliśmy z dziewczyną wracającą do Warszawy. W Biesach z grupą studentów w ramach praktyk "optykała" starą chatę bojkowską mchem... :) Niestety okazało się, że przez różne zrządzenia losu - już nie było nam dane wspólnie z Arturem wędrować po Bieszczadach. Za rok wróciem zupełnie w innym skladzie...
Pozdrawiam serdecznie,
Eggstwo
jeden z Pulpitów
29-03-2009, 17:32
Nie mogę odmówić sobie tego komentarza: kto do cholery wymyślił "CHATKĘ PUCHATKA?!" - czy tam docierają tylko małe dzieci i jest potrzebny taki wabik w nazwie aby nie ustały po drodze? Dobrze, że chociaż podawanej obecnie wysokości npm. nie ominęło nas bardzo dużo - o czym za chwilę mieliśmy się przekonać. Podeszliśmy do jeszcze "SCHRONISKA U LUTKA NA POŁONINIE WETLIŃSKIEJ 1228m. npm.*BIESZCZADZKI PARK NARODOWY* "
Pisz, pisz .... ładnie piszesz i co najważniejsze piszesz o wrażeniach i emocjach, które odczuwa prawie każdy łażąc po tych górach. Również ze spotkań ze zwykłymi i niecodziennymi ludźmi, których tu bywa zatrzęsienie.
A co do „Chatki ...”. Dostaję drgawek i prawie apopleksji, jak zasłużeni z wielorakich powodów „bieszczadnicy” wymieniają tę nazwę.
Pisałem tu kiedyś o tym „dziecinado-idiotyźmie”. Wspomnę tylko, że żaden znany mi prawdziwy i „zakorzeniony” bieszczadzki turysta, bieszczadzki GOPR-owiec (a oni bywają tam najczęściej) nigdy nie skalał ust tą nazwą-paskudztwem.
Nawet Lutek, gdy nazwa ta była już w powszechnym obiegu – lansowana przez przewodników wycieczek autokarowych, zaliczających prawdziwie górskie wejście do „Chatki ...” – też nigdy nie używał tego określenia.
Zawsze mówiło się, zwłaszcza w kontekście dyżurów – idę do Schroniska, na Połoninę itp.
Ale .... świat się zmienia, czy na lepsze ? Nawet prawdziwi ortodoksi miękną pod naciskiem obiegowych prawd. W jednym z ostatnich (2-3 lata temu ?) krótkich filmów bieszczadzkich (A. Potocki ?), w których gwiazdą był Lutek, usłyszałem go, jakoś tak:
- .... no tu ... I dalej jakby z nutką zażenowania – w Chatce P....
Pozdrawiam miłośnków Schroniska na Połoninie
Pozostaje trzymać się swoich przyzwyczajeń (także w nazwach)- historia lubi zataczać koła - może znowu kiedyś usłyszymy, jeśli nie o Schronisku na Połoninie to choćby o Tawernie - ponoć dawno temu taką nazwą też określano to miejsce.
Jeśli już na prawdę chciano i musiano? zmieniać nazwę - to czy nie lepiej brzmiała by chociażby "Strażnica" w nawiązaniu do funkcji, którą budynek pełnił w latach pięćdziesiątych? Zdaje się, był wojskowym punktem obserwacyjnym.
jeden z Pulpitów
29-03-2009, 19:55
Pozostaje trzymać się swoich przyzwyczajeń (także w nazwach)- historia lubi zataczać koła - może znowu kiedyś usłyszymy, jeśli nie o Schronisku na Połoninie to choćby o Tawernie - ponoć dawno temu taką nazwą też określano to miejsce..
Brawo ! Jesteś młody wiekiem (broń Boże, to nie wyrzut), lecz widać, że szanujesz bieszczadzką historię turystyki i lubisz ją poznawać.
Tawerna - tak własnie nazywano Schronisko (jeszcze w latach siedemdziesiątych i trochę później ubiegłego wieku) w gronie prawdziwie zauroczonych Bieszczadami turystów studentów, głównie z warszawskiego SKPB.
Jak spotkam Lutka to go zapytam. Może pamięta od kiedy ta "Tawerna" się zaczęła i skąd się wzięła. Dotychczas takie pytanie nie padło. po prostu Tawerna i już.
Jeśli już na prawdę chciano i musiano? zmieniać nazwę - to czy nie lepiej brzmiała by chociażby "Strażnica" w nawiązaniu do funkcji, którą budynek pełnił w latach pięćdziesiątych? Zdaje się, był wojskowym punktem obserwacyjnym.
Zbudowano 2 takie budynki - jeden na Połoninie, drugi pod Łopiennikiem.
Zdaje się, że żaden z nich nie zaczął pełnić roli, dla której został wybudowany.
A nazwy nikt nie zmieniał, przynajmniej oficjalnie. Tylko tak ten chwast nazewniczy się rozplenił....
Pozdrawiam
Eggstwo... aż spojrzałem do zapisków, wyjeżdżałeś kiedy ja zmieniałem bazę wypadową ale nie przecięły się nam trasy ;)
Jestem czujny nadal i czekam na dalsze wspominki... Ja jednak aż takiej pamięci nie mam jak Ty ;)
Recon1... mam nadzieję, że szlaki się nam kiedyś przetną - może w okolicach Zatwarnicy...
Pamięć? hehe - często zapominam po co do sklepu wyszedłem (a mam go po sąsiedzku). Ale to akurat jest drobna, nie mająca większego znaczenia rzecz.
Powered by vBulletin® Version 4.2.1 Copyright © 2026 vBulletin Solutions, Inc. All rights reserved.