Zaloguj się

Zobacz pełną wersję : Bieszczadzka wyprawa piskalska



Piskal
23-05-2009, 19:32
To mój debiut w tej formie. Mam szczerą nadzieję, że się wam spodoba.Zaczynamy.

Początków tej relacji jest co najmniej kilka. I wszystkie, zapewniam,prawdziwe.

Pierwszy tak wczesny, że trudno mi precyzyjnie umieścić go na osi czasu.Z całą pewnością sięga schyłku XIX wieku, kiedy to młody chłopak z Krościenka nad Dunajcem został poproszony przez akuszerkę o pomoc przy porodzie.Urodziła się wtedy dziewczynka o imieniu Anna, z którą po dwudziestu latach ożenił się.Mieli czworo dzieci.
Pierwsze,Maria,utopiło się w Dunajcu w wieku 5 lat. Jan powiesił się pod koniec lat osiemdziesiątych w lesie pod Krościenkiem,choć co do jego śmierci istniało dużo wątpliwości czy zrobił to był li tylko z właśnej inicjatywy.Julia zmarła ze starości kilka lat temu. Najmłodsza zaś, Katarzyna żyję do dziś w Toporzysku pod Toruniem.
W czasie wojny pracowała w przymusowym obozie pracy w Austrii w fabryce broni. Na weselu Julii zapomniała się i zaszła w ciążę. Powojenne losy rzuciły ją aż w białostockie, by ostatecznie osiąść na Pomorzu i poślubić Józefa, Zabużanina.
Z weselnego zapomnienia urodziła dziewczynkę. Ta dziewczynka to moja mama. A potem pojawiłem się ja...

Początek drugi jest mniej literacki i dotyczy mojego pierwszego wyjazdu w góry. Gdzieżby indziej? Do Kroscienka nad Dunajcem w piękne Pieniny, gdzie poznałem ciocię Julię.Była to szkolna wycieczka w 1984(?) roku. I dojechaliśmy do... Krościenka w Bieszczadach.Pamiętam stamtąd obrabowany kiosk Ruchu, żołnierzy straży granicznej i potężny bochen chleba, zapach i smak, który czuję w ustach do dziś.Żeby było śmieszniej wycieczką opiekowała się...nauczycielka geografii.
Tak oto po raz pierwszy pojawiłem się w Bieszczadach.

Trzeci początek wiąże się z planowanym już wyjazdem w Bieszczad 3 lata temu.Dotykamy współczesności.Przyjaciel mój, Banan, wielki miłośnik Bieszczadu po rozwodzie postanowił tu osiąść.Trafił najpierw do Leska, później Myczkowa aż w końcu na Polanę Ostre do domu bez prądu, z wytwornym kibelkiem na dworze składającym się z dwóch zadaszonych ścian z żerdką, na której się siadało,i kija służącego do odganiania niedźwiedzi, wilków i żmij.Jako mgr historii doskonale nadawał się aby pracować przy rozładunku drewna, zwózce siana i na wypale.
Razu pewnego pośliśmy na krótki spacer na Otryt, który zakończył się dwiema nocami w Sękowcu i poznaniem Darka i Pawła z Warszawy.

Rok później, już z Pawłem i Darkiem spędziłem dwa cudowne tygodnie w Sękowcu. Wiele wycieczek, wiele imprez, z których niejedna kończyła się późno w nocy śpiewaniem pięśni legionowych i tytułowej piosenki z serialu "Przygody pana Michała".Wtedy też poznałem Stałego Bywalca, który wtedy był dla mnie po prostu Kaziem.To początek czwarty.

A na koniec jeszcze jeden początek.Zeszłoroczny, deszczowy pobyt w Sękowcu i powrót ze Stałym Bywalcem.Wtedy to Kaziu opowiedział mi pierwszy raz o forum i KIMBie.

I w ten oto sposób znalazłem się w trym miejscu..

Kurtyna w górę!Opowieść czas zacząć!

cdn.

WUKA
23-05-2009, 19:36
Szybko,dalej.....!

Pyra.57
23-05-2009, 20:27
Zaczełeś z górnego C, dawaj dalej do pieca.

Stały Bywalec
23-05-2009, 21:08
Wspomnij też o wieloletnich umizgach D. do I.
Oraz o niedawnym "tragicznym" finale tych umizgów.

Piskal
23-05-2009, 21:11
Wspomnij też o wieloletnich umizgach D. do I.
Oraz o niedawnym "tragicznym" finale tych umizgów.
Postaram się uwzględnić tę interpelację. No,ale to dopiero pod koniec.Ale nie uprzedzajmy faktów.

Recon
23-05-2009, 23:14
Tak sobie myślę...
Piskal rozkręca się i nieźle miesza na Forum, pozytywnie oczywiście. Ciekawym jestem, czy jak pisze to zażywa tabaki?

Piskal
24-05-2009, 12:00
Pamiętnik znaleziony w Sanie

motto:
Gdy przyjeżdżam w Bieszczady źli ludzie o rozdwojonych językach mówią, że wtedy w promieniu 20 km. brakuje piwa.Plotka zawsze z 10 km. zrobi 20.
(parafraza cytatu z K.Makuszyńskiego)

Rozdzaiał I
Wyjazd w poniedziałek 6.13 z dworca Toruń Główny, przyjaz 9.04 do Warszawy Zachodniej,przesiadka w Stałego Bywalca i... w góry góry miły bracie, tam przygoda czeka na cię!
Podróż przebiegła spokojnie:piwo, przejazd przaz wsie należące niegdyś do JanaKochanowskiego,piwo,Sandomierz,piwo,Tarnobrzeg ,obiad,Rzeszów,piwo,Sanok,piwo,Lesko.A w środku rozmowy:o Bieszczadach, KIMBie,KIMBowiczach,zeszłych pobytach i wielu innych sprawach.Wysiadam w Lesku, idę się zakwaterować do Bieszczadnika.
Na drugi dzień pogoda robi się brzydka,pada mżawka,ciśnienie leci na łeb, na szyję, na leski bruk. A przecież to miała być moja pierwsza wędrówka do Polańczyka. Idę na PKS.Jest autobus za 3 godziny.Robię spacer po Lesku, idę na miejsce, gdzie historia aż krzyczy.Leski kirkut.Nie jestem tu pierwszy raz, ale wciaż jestem pod wrażeniem.Już po powrocie mój przyjaciel, gdy się dowiedział, że tu byłem, stwierdził,że gdybym był w Pradze, to szedłbym śladami Pana Samochodzika ("Pan Samochodzk i Tajemnica tajemnic").Cóż,byłem w Pradze.Dziś jest tu jeszcze bardziej przygnebiająco, zimno, deszczowo, a mnie ogarnia zimno niepamieci.Starozakonni byli tu większością, dziś macewy coraz bardziej zmęczone coraz głebiej pochylają się ku ziemi.Ich dach stanowią pokrzywy.Czas wracać.Jeszcze nie wiem, że przyjdę tu jutro, gdy w słońcu moje refleksje nie bedę tak przygnębiające.
Jadę do Polańczyka.Polańczyk jak Polańczyk, przed sezonem cichy, za cichy,nudny,schodzę na przystań, robię kilka zdjęć.Słońce nieśmiało przebija się przez chmury.Chmury dzielnie bronią swojego panowania na niebie, ale w końcu pod wieczór ulegną.Nie podoba mi się tu, ale chciałem po raz pierwszy zobaczyć największe sztuczne jezioro w Polsce.Postanawiam jechać do Cisnej by jutro noclegować na Jaworcu.O święta naiwności! Nie mam czym. Jest tylko autobus do Leska.Czemu nie, lubię tam być.
Nocleg w Bieszczadniku.A rano to już zupełnie inne miasto, śmieje się rozświetlonymi refleksami słońca.Jeśli trafię na autobus, to jeszcze dziś z Cisnej wyruszę na Jaworzec. Niestety spóźniłem się 15 minut, następny za kilka godzin. Z zazdrością patrzę na literkę "W" na rozkładzie.Cóż, przecież nie będę czekał na dworcu. Biorę plecak i idę pod Kamień Leski zahaczajęc po drodze o kirkut.
Kamień robi na mnie duże wrażenie, ciekawym kiedy i komu ten wystajacy kawałek spadnie na głowę? Nie mogę tu dłudo marudzić,wracam do Leska. Koło Alfa zaczepia mnie dwóch mocno zawianych:
-O,pan z dużym plecakiem, to na pewno ma kieliszek.Mamy wódkę, ale nie mamy kieliszka.
Pewnie, że mam kieliszek, nie pierwszy raz jestem w Bieszczadach. Mam też piersiówkę, ale dziś nie mam ochoty na wódkę.Wolę piwo, jestem w końcu Piwskal. Wypijam tylko dwa kieliszki. Józek staje się coraz bardziej marudny,Rysiek jeszcze się trzyma.Rozmowa schodzi na ślepe tory.Czas się żegnać.Idę na autobus.Pora jechać do Cisnej. Obiecałem przecież WUCE, że jak tam będę pozdrowię od niej Rysia Szocińskiego.Autobus odjeżdża...

cdn.

DUCHPRZESZŁOŚCI
24-05-2009, 18:09
Żeś Piwskal i tabakoniuchacz to już wiem. Ale, że tak lekką rękę masz do pisania, tego nie wiedziałem. Gratuluję, czekam na dalszą relację.

Hero
24-05-2009, 18:38
Ładnie piszesz Piskal, czekam na ciąg dalszy opowieści.

sir Bazyl
24-05-2009, 23:04
Gratuluję debiutu i też niecierpliwie czekam na dalszy ciąg.

Piskal
27-05-2009, 18:34
Rozdział II

Nie uważacie, że Beethoven jest najbardziej rock'n'rollowym kompozytorem muzyki klasycznej?Jaka ekspresja i wyraz, zwałszcza w symfoniach. Zresztą Allegro con brio ze słynnej V symfonii otwiera ósmą(1978 ) płytę Omegi(tak, tej samej od Dziewczyny o perłowych włosach), kończy ją Finele-Allegro. Dlaczego o tym piszę? Nie jestem znawcą muzyki klasycznej, ale od czasu do czasu lubię posłuchać. Włączyłem sobie teraz, aby milej pisało mi się mój pamiętnik.Uświadomiłem sobie bowiem,że, jak to się pisze:nastał zarenek dzień trzeci- trzeci a ja byłem zaledwie pod Kamieniem Leskim. Tyle z moich ambitnych łazikowych planów. O Bertrandzie, jakże zazdroszczę Ci Twojej relacji, Twojego ogniska. Może kiedyś razem powędrujemy na szlak? Narazie jestem turystą autobusowym.Cóż, są tacy, co Bieszczady zwiedzają motorami i też są szczęśliwi.Tymczasem przyjechałem do Cisnej..

***
Tymczasem przyjechałem do Cisnej, już popołudnie, nigdzie już dziś nie pójdę. Gdyby istniał jeszcze Cień PRLu tam skierowałbym swoje kroki, gdzie niemal dokładnie przed rokiem spędziłem dwa pięknę dni. Ale teraz muszę nocować w Cisnej.
Zaraz z przystanku udałem się do Trolla, gdzie spotkałem Roberta, właściciela Trolla.
-O, pan Mr Z'oob-zagadnął mnie wesoło.
Roberta poznałem rok temu, wypiłem u niego parę piw, pogadałem i musiałem zrobić na tyle dobre wrażenie,że teraz nie tylko mnie poznał, ale też postawił kolację. Robert buduje pensjonat.Troll, to jedyne miejsce w Bieszczadzie,gdzie słuchałem Mr Z'ooba. Ta sympatyczna koszalińska kapela ma, wierzcie mi, więcej nagrań niż Mój jest ten kawałek podłogi i równie dobre. Stąd takie powitanie.Nie marudziłem tu długo, trzeba wypić obowiązkowy leżajsk w Siekierce. Pożegnałem się obiecując, że jeszcze przyjdę.
Po drodze do Siekierezady zaszedłem do Rysia Szocińskiego z pozdrowieniami od WUKI,Zadzwoniłem nawet do niej by sobie mogli porozmawiać. Rysiu swoje książki wydaje w Toruniu a WUKA ma w tym swój tajemniczy udział.
W Siekierce o tej porze pusto z wyjątkiem jednego stolika, bezceremonialnie pytam czy mogę się dosiaść, proszę bardzo, dziękuję bardzo, bla bla bla. Siadział jeden miejscowy, jakiś Tadziu i dwóch młodych chłopaków, bardzo sympatycznch, bardzo dowcipnych, Miło się gadało. To oni właśnie przyjechali w Bieszczady na motorach, następnego dnia już wyjeżdżali.A już myślałem,że będę miał podwózkę do Wetliny(na motorze z dużym i ciężkm plecakiem? Ale wtedy o tym nie myśłałem).
Zbliża się wieczór, a ja jeszcze nie mam noclegu. Nogi same zaniosły mnie do Trolla. Robert już po pracy zaproponował kolację i opowiedział o planach związanych z pensjonatem.Szuka kucharzy na sezon i sprawdzonego szefa kuchni na stałe. Zadzwoniłem do mojego znajomego do Torunia z propozycją, powiedział, że musi się z tym przespać. Może coś się z tego urodzi, ale wątpię, bo pieniądze pieniędzmi, ale jak go znam ,nie zostawi na tyle miesięcy swojej ukochanej. Zapytałem się Roberta ile wziął by ode mnie za nocleg.
-Jeszcze nie jest otwarte to wezmę połowę- na to trollowy bos.
W ten sposób trafiłem do dwupokojowego pokoju z łazienką i telewizorem (na chlerę mi telewizor?) za tę samą sumę, jaką musiałem zapłacić w Kremenarosie za dziewięcioosobową salę z pietrowymi łóżkami i łazienką na korytarzu.
Poranek, kąpiel, piękne słońce.Wątroba, która wczoraj jeszcze była ode mnie starsza o 10 lat ,dziś w ogóle o sobie nie daje znać. Czas na szlak ,ale nastał zaranek dzień czwarty, jeśli mam jutro być w Ustrzykach dziś muszę nocować w Chatce Puchatka.A więc do Wetliny. Poszedłem sprawdzić autobus, by można było jeszcze na spokojnie zjeść śniadanie.Nie zdążyłem sprawdzić, bo autobus włanie podjechał, jakby za zakrętem czekał aż przyjdę na przystanek.Wsiadam, jadę, Wetlina, wysiadam, w pierwszej napotkanej knajpce jem śniadanie i gdy tak jem przychodzi kobieta by umyć okna.
-Nie będzie panu przeszkadzać, jeśli postawię tutaj te kwiaty?-pokazuje na stolik obok.
-Nie przeszkadzało by mi, gdyby nawet postawiała pani na moim stoliku.
-A który pan chce?
-Ten-pokazuję.
I w takiej przyjemnej scenografii dokończyłem śniadania.
Żegnam się i wychodzę.
Dziś wreszcie wyruszę na szlak...

cdn.

Stały Bywalec
27-05-2009, 21:34
Napisałeś:
(...) W ten sposób trafiłem do dwupokojowego pokoju z łazienką i telewizorem (na cholerę mi telewizor?) za tę samą sumę, jaką musiałem zapłacić w Kremenarosie za dziewięcioosobową salę z pietrowymi łóżkami i łazienką na korytarzu.(...)

Sugerowałem Ci Hotelik Biały zamiast Kremenarosa. Ceny chyba podobne a warunki nieporównywalne.

bertrand236
27-05-2009, 21:42
Cytat: "O Bertrandzie, jakże zazdroszczę Ci Twojej relacji, Twojego ogniska. Może kiedyś razem powędrujemy na szlak? "
1. Nie masz czego. Piszesz naprawdę ciekawie. Jakbym był z Toba u Rysia i w Siekierezadzie...
2.Dlaczego może? MUSIMY to razem zrobić.
Pozdrawiam

Piskal
31-05-2009, 21:05
Rozdział III

Wyruszyłem na szlak. Pierwszy z zaplanowanych wcześniej. Dziś czwartek, miałem iść ze schroniska na Jaworcu do Chatki Puchatka. Poszedłem do Chatki żółtym szlakiem z Wetliny. Ale..

***

Ale zanim wyruszyłem, musiałem zrobić małe zaopatrzenie na drogę. Poszedłem do sklepu ABC, a później do innego mniejszego sklepiku z barkiem na początku Wetliny od strony Cisnej. Nazwy nie pamiętam gdy tak sączyłem sobie piwo podjechał autokar z dzieciakami. Do mnie zaś podszedł ich opiekun z pytaniem, gdzie tu jest wejście na szlak. Szpakowaty, w dresowych spodniach i koszulce polo. Wyglądał zwyczajnie, nawet buty miał odpowiednie na taką wędrówkę. Co innego dzieci. Dzieci, które zwracały się do niego "proszę księdza". Spotkałem ich jeszcze później. Była to wycieczka dzieci z biednych rodzin spod Rzeszowa ufundowana przez parafian. Spod sklepu poszliśmy razem, pokazałem im, gdzie się wchodzi na szlak i zostałem jeszcze na jednym piwie. Nie będę przecież szedł w takim tłumie jak na Szerokiej w Toruniu w pełni sezonu turystycznego.

Wchodzę na szlak. Jeszcze w Wetlinie poczułem potrzebę oczyszczenia się z grzechów. Myślę, że świeżo poznany ksiądz zechce wysłuchać mnie, grzesznego .Co za wspaniały moment na rachunek sumienia, gdy pot zalewa oczy, nieleczone nadciśnienie rozsadza czaszkę (albo zbyt duża ilość piwa wypita w ciągu poprzednich dni).Kiedy czuję tę jedność, jedyność ze Stwórcą. Kiedy, osiągnąwszy szczyt jestem przy Nim na wyciągnięcie ręki.
Niestety, nie było mi dane się wtedy wyspowiadać. Nie trudne przecież wejście na Przełęcz Orłowicza okazało się za trudne dla dzieci. Dogoniłem ich jeszcze w lesie, odczekałem na skałkach aż pójdą dalej. Na Przełęczy okazało się, że na podejście zmarnowali zbyt dużo czasu, na 16-tą mają zamówiony obiad w Polańczyku i zamiast do Chatki pomaszerują tą samą drogą z powrotem do Wetliny.Trudno.Oczyścić się koło Chatki...W końcu każde miejsce jest do tego dobre.
Mam znajomego księdza, z którym studiowałem... archiwistykę. On mnie nie słucha, on ze mną rozmawia. Spacerując dookoła kościoła,na plebani, w swoim samochodzie, w pokoju w akademiku. Jeszcze się nie zdarzyło, zeby przy konfesjonale. I z takiej spowiedzi wyciągam najwięcej. Darek, Darek Aniołkowski. Nazwisko w sam raz dla księdza... Pożegnałem się i dalej pomaszerowałem sam.
O Stały Bywalcze. Teraz Mieciu miałby na co popatrzeć. Ostatnio szedłem tędy we wrześniu z SB, Mieciem, Pawłem i Darkiem, gdy zacinał wiatr, siąpiła mżawka a mgły ograniczały widoczność do 20 metrów (vide relacja SB). A teraz pogoda, że prawie widać Toruń. Jednak marsz do Chatki to nie deptak w Ciechocinku. Plecak stawał sie coraz bardziej ciążki. Wycisnąłem jeszcze trochę potu nim doszedłem do najbardziej bieszczadzkiego z bieszczadzkich schronisk. To cel mojej podróży w dniu dzisiejszym. Oj słaby już jestem, a tak niewiele czasu mimęło (2001 r.) jak z takim plecakiem przeszedłem w czasie jednego wyjazdu pół Beskidu śląskiego i prawie cały żywiecki. Ale wtedy nie byłem sam. Dziś mi markotno, myśli stają się coraz bardziej zawiesiste i ponure. Chyba już nie zdecyduję się na takie samotne eskapady. W towarzystwie weselej. Paweł, Darek, Stały Bywalec i plecak, w którym tylko przeciwdeszczowa kurtka (na wszelki wypadek) i piwo (na wszelki postój).
Ale tam właśnie, przy Chatce Puchatka zobaczyłem jeden z najcudowniejszych zachodów słońca. Kto tego doświadczył, ten wie, ja nawet nie będę próbował go opisywać. Nie znam takich słow..

***
Ale wcześniej co robić, ludzie zeszli w doliny, i tak nie miałem ochoty na rozmowy, jutro KIMB, jutro wszystko nadrobię. Co więc robić? Nic, tylko korzystać z reszty słonecznego światła i czytać.

Właśnie, zastanawiałem się jakie wy bierzecie w góry książki. Ja zawsze w plecaku, od czasu wspomnianego wyjazdu w Beskidy, znajdowałem "Kartki z kalendarza", zbiór felietonów cudownego Kornela Makuszyńskiego. Jego niebanalny humor i przesoczysta polszczyzna zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój. Polecam wszystkim, wszystkim z wyjątkiem.. kobiet, ponieważ...A zresztą oddajmy głos samemu Kornelowi.:

Mnie nie mogły wyprowadzić z równowagi nie tylko święte bzdury jakiegoś poczciwiny, który wzywał prokuraturę aby się mną zajęła, gdyż ja propaguję niemoralność i po przeczytaniu moich książek najczystsze dziewice bez żadnego innego powodu zachodzą w ciążę (podkreślenie moje)

Ale tym razem wziąłem książkę Krzysztofa Jaroszyńskiego "Przepraszam, że kabaret" i nie zawiodłem się. Jak można się nie śmiać, jeśli czytamy takie np. rzeczy:

Fragmenty przemówienia Rzeczoznawcy Komisji Transportu

...czasami to trzeba sobie ręce po sygnety urobić. Powiedzmy, że ja mam przerzucić wagon węgla z Przasnysza do Bytomia. To co ja robię? Ściągam trzy puste cysterny z Wałbrzycha do Węgrowa, ładowaczy zostawiam w Kutnie, teraz transport rowerów z Włoszczowej puszczam do Elbląga, bańki mleka z Kalisza na rowery i do Węgrowa. Latem ropę z cystern do baniek z mlekiem, to mi zwalnia cysterny z Wałbrzycha i ładowaczy w Łowiczu. Teraz rowery na nyski do Koźla, a z Poznania trzy ciężarówki puste do Łeby. W połowie drogi spotkanie-bańki na ciężarówki, rowery na nyski z powrotem , a mleko puszczam barkami do Koźla. Teraz tak, ładowacze pójdą sobie rurociągiem do Płocka, nyski do Kutna, węgiel wysyłam pocztą do Wałcza i teraz mam... Ładowaczy w Płocku, mleko w cysternach, rowery w bańkach, węgiel... ukradli. Na poczcie. Robimy tak, żeby robotnicy spotkali się z węglem w Pasłęku, nyski idą z Elbląga, ładowacze wiozą węgiel na rowerach w stronę Radomia, w przerwach mają mleko regeneracyjne z Kielc, w nagrodę... przejadą się nyską do Tarnowa i załatwione!
W ten sposób zaopatrujemy Bytom w węgiel. On jest tam niezbędny, bo w Bytomiu jest sporo kopalń i je trzeba zimą opalać...

***
Skończyła się książkowa dygresja i skończyła się noc w Chatce Puchatka. Już piątek, pierwszy dzień KIMBu. Schodzę na dół, muszę dostać się do Ustrzyk Górnych. Wybieram czerwony szlak...

mavo
31-05-2009, 21:52
Pioro niezle tabaka niezla Piskal Walker niezly huhuhu !!!

asia999
31-05-2009, 22:04
...jak dalej będzie tak pięknie szło to ja do plecaka zabiorę zbiór felietonów bieszczadowo-piskalowych...:-P

czekam na ciąg dalszy...

Stały Bywalec
31-05-2009, 23:20
...jak dalej będzie tak pięknie szło to ja do plecaka zabiorę zbiór felietonów bieszczadowo-piskalowych...:-P
czekam na ciąg dalszy...
Ty jeszcze nie wiesz, jak Piskal gotuje, jakie On smaczne kolacyjki w Sękowcu przyrządza.
:!:

asia999
01-06-2009, 21:56
..no nie wiem ale wierzę na słowo :-) ale czy to oznacza, że w kolejnych rozdziałach pojawią się przepisy kulinarne też? :mrgreen:

Piskal
01-06-2009, 23:33
..no nie wiem ale wierzę na słowo :-) ale czy to oznacza, że w kolejnych rozdziałach pojawią się przepisy kulinarne też? :mrgreen:
A mają się pojawić?

Stały Bywalec
02-06-2009, 07:14
A mają się pojawić?
???:twisted:
A ja już miałem nadzieję na kolejny rozdział.

Piskal
02-06-2009, 13:57
???:twisted:
A ja już miałem nadzieję na kolejny rozdział.
Bardzo proszę panie prezydencie.Do usług.


Rozdział IV


Dziś KIMB, mój pierwszy, jaki będzie? Kto przyjedzie? Znam Stałego Bywalca i WUKĘ, chciałbym poznać Tarninę za jej merytoryczne posty i Bertranda, ponieważ jako pierwszy powitał mnie na forum, gdy błądziłem po nim (po forum, nie po Bertrandzie) jak dziecko we mgle. Marcowego i Recona1. Chcę poznać wszystkich. Już się nie mogę doczekać. Lubię towarzystwo ludzi, którzy podzielają moje pasje. Niektórych z was już znam dzięki filmom Andrzeja 627. Internet to straszna rzecz!

***

Piątek rano. Po dość nerwowej nocy w Chatce Puchatka (często się budziłem) schodzę na dół do Brzegów Górnych. Już po drodze weryfikuję plany. Miałem przejść przez Caryńską do Ustrzyk. Postanowiłem iść do Przełączy Wyźniańskiej i przez Rawki zejść na dół. Nic z tego, zatrzymuje się dostawczy samochód, sam z siebie, i pyta się mnie (ten samochód) czy nie podwieźć. Może do Wołosatego. Dziękuję, wystarczy do Kremenarosa. Ładuję się do niego i wyłuszczam cel mojego pobytu w Ustrzykach.
-Ci z KIMBu już wczoraj pili Pod Caryńską, a dzisiaj planują gdzieś wyjechać- na to pan kierowca.
Rzeczywiście, potem spotykam go jeszcze w ZpC jak miło rozmawia sobie z Sebastianem. Miał prawo być zorientowany.
Tymczasem wysiadam koło Kremenarosa, załatwiam pobyt, towarzyszy mi przy tym spokojna muzyka reggae, biorę prysznic i maszeruję do Zajazdu pod Caryńską.

W zajeździe spotykam jedną tylko osobę, okazuje się, że to Iras, za chwilę podchodzi Orsini. Iras nas sobie przedstawia .Orsini wita mnie z właściwym sobie wdziękiem:
-Inaczej sobie ciebie wyobrażałam, jako sztywnego wymoczka. Ale masz beznadziejny avatar.
-Ty masz za to nadziejny-ja na to.
-Normalny.
-Takie strasznie poważne posty piszesz.
-(?) Ja? Poważne? A czytałaś limeryki bieszczadzkie?
-Nie czytuję takich rzeczy.
Już jest dobrze. Ja też inaczej ją sobie wyobrażałem...
Dzwonię do SB, są już na Krywym, ale Pastor będzie jechać do chatki i ma jeszcze miejsce w swojej plebani. Orsini przedstawia mnie Pastorowi, dogaduję się co do podwózki.
Poznaję Tarninę, Mania i Sebka. Jest miło.
Wracam do schroniska, tu się okazuje, że w tej samej sali są już dokwaterowane nowe osoby, które poszły w góry z... kluczem. Mała konsternacja, gorączkowe szukanie klucza zapasowego, aż chyba w końcu na szybko chłopaki go dorobili. Zabawna sytuacja, od rana jest tak zabawnie. Zaprawdę powiadam wam, podoba mi się na KIMBie.

Po południu wyruszam z Pastorem i Pastorówną do chatki aby zazębić się w relację SB. Rzeczywiście Pastor nie mógł znaleźć flaszki na Przełęczy Żebrak. Rzeczywiście spotkały się tam trzy ekipy. Jeszcze parę razy tak się będziemy zazębiać, uzupełniać w naszych relacjach. Stały Bywalec miał dla mnie piwo ale pojechał, na szczęście miałem 2 swoje. Mało, ale częstuję się piwem, które było w chatce. Dopiero w drodze powrotnej dowiedziałem się, że wcale nie odjechał z piwem, zostawił dla mnie. Poczęstowałem się swoim piwem.
Tak, nie pojechałem z nimi. Zostałem na miejscu z Pastorówną ledwie żyjącą po wczorajszym wieczorze. Jest Iras i Orsini oraz Klopsik i Kobieta Bieszczadzka. Przy bliższym poznaniu Orsini okazuje się miłą osobą, nie to, żebym obraził się na wcześniejsze przywitanie, przeciwnie, bardzo mnie rozbawiło. Teraz nawet wyrwało się jej, że jestem normalny, ha!
Po kilku piwach wraca po nas Pastor, a tak miło się rozmawiało..
Wracamy, krótki postój w Cisnej, a potem już prosto do UG.

Dziś świat jest piękny. Pierwszy dzień KIMBu, Zajazd pod Caryńską, poznanie nowych ludzi, ogólna integracja, piwo, rocznica Tarniny i Mania, pojawia się wódeczka. Jedzą, piją, lulki palą, na gitarze pięknie grają. Też tak chcę. Proszę Mania o gitarę, chcę zagrać mój popisowy utwór Is There Anybody Out There Pink Floyd, ale już nie mogę. Oj niedobrze z tobą Piskalu, czas się pożegnać, czas zakończyć dzień pełen wrażeń. Jutro obrady główne a wcześniej podróż do prezesa Związku Zbieraczy Kitu. Dobranoc nowo poznani przyjaciele.
Wracam do schroniska...

Stały Bywalec
03-06-2009, 12:34
Opowiadanie już dobre od samego początku, ale w miarę pisania kolejnych odcinków - coraz lepsze.
Mógłbyś coś więcej wspomnieć (w następnych rozdziałach) o atmosferze w schronisku Kremenaros ?

PS
W chatce już przed naszym przyjazdem i tak było sporo piwa. A te kilka dodatkowych flaszek, które tam pozostawiłem, to było ... dla wszystkich spragnionych, w tym oczywiście też dla Ciebie.

kobieta_bieszczadzka
03-06-2009, 13:32
Dobrze się Cię czyta.... pisz więc Waść i przerw długich nie rób :-P:-P:-P ..... a tak poza tym.... to miło było Cię poznać osobiście, co prawda krótko, ale sie nadrobi...


Pozdraviam

kobita

paszczak
03-06-2009, 17:43
Ano, udane opowiadanie...z przyjemnością podążam za bohaterem zamieszania z nadzieją, że obaj daleko zajdziemy ;)

Monika
03-06-2009, 21:24
pisz, pisz Piskal nie mogę się już doczekać kolejnego rozdziału ;)
już za tydzień wyjeżdżam w Bieszczady więc chcę wyczytać jak najwięcej :razz:
pozdrówka

asia999
03-06-2009, 21:37
...chciałabym spostrzec, iż historie spisane przez Piskala oraz Stałego Bywalca zazębiają się: po pierwsze - na płaszczyźnie gruntowej tj. cielesnej tj. spotkania obu autorów w tym samym czasie i miejscu, twarzą w twarz a nawet poprzez wymianę zdań tj. kontakt werbalny, a po drugie - na płaszczyźnie szczególnego umiłowania obu autorów do tego jedynego w swoim rodzaju dźwięku kapsla od butelki z piwem...:mrgreen::mrgreen::mrgreen::mrgreen:;););) ;)

a co do przepisów - to jest jakaś specjalna potrawa bieszczadzko-Piskalowa?

Stały Bywalec
04-06-2009, 10:13
(...)
a co do przepisów - to jest jakaś specjalna potrawa bieszczadzko-Piskalowa?
Jest. Ale niech On sam ją zdradzi. Kotleciki ...:idea:

Piskal
04-06-2009, 20:30
Uwaga, uwaga ,proszę zapiąć pasy, nie palić, nie być poważnym, zażyć, według potrzeb, aviomarin lub esperal. Nadciąga rozdział V.


Rozdział V


Obudził mnie gwar sublokatorów, którzy opuszczali Kremenaros. Tabun pędzących bizonów przebiegł przez salę, którą zajmowałem i moją głowę. Nie zdążyłem wyciągnąć łuku i strzelić, bo młodzież szybko się ulotniła. Zresztą bez soczewek kontaktowych mogłem sobie strzelać.. palcami. Od tej chwili do końca pobytu byłem w schronisku sam.

Społeczeństwo domaga się opisu schroniska. Spełniam żądanie społeczeństwa.
Samo schronisko jest baaardzo studenckie. Prycze piętrowe z mocno wysłużonymi, ale za to bardzo (przynajmniej dla mnie) wygodnymi materacami. Łazienki na korytarzu, ale przez całą dobę ciepła woda, to jest najważniejsze. Za nic nie zamieniłbym domek nr 1 w Sękowcu na Kremenaros, ale jeśli takie miejsce traktuje się li tylko jako noclegownię na okres kilka dni, to przy moich skromnych potrzebach nie jest źle. Prowadzi je dwóch chłopaków, Jacek i Paweł, z którymi bardzo szybko przeszedłem na „ty”. Paweł jest chyba zapalonym rastafarianinem, ponieważ na głowie ma dredy, a w głośnikach reggae. Ja też lubię taką muzykę, chociaż nie w takim zakresie jak klasyczny rock czy blues. Ale ogólnie atmosfera była miła. Do muzyki w Kremenarosie jeszcze zresztą wrócę.
Wykąpałem się, założyłem soczewki, patrzę, a tu za oknem świat. Dzień dobry świecie! Dziś jedziemy do prezesa Związku Zbieraczy Kitu.

Poszedłem więc Pod Caryńską, ale tak siedząc i czekając na Pastora stwierdziłem, że może nie będę przesadzać z tym moim piwskalizmem. Mavo na pewno przywita nas godnie, a wieczorem przecież Zebranie Plenarne. O nie, czas odpokutować poprzednie dni piwem ociekające, czas na moją drogę krzyżową. Idę na Tarnicę!
Do Wołosatego dostałem się pierwszym samochodem, który jechał w tamtym kierunku. Podwiozła mnie dwójka młodych ludzi, z których jedno to była kobieta, ale za to drugie to mężczyzna. Spotkałem ich później jeszcze na szlaku, jak już wracali z Tarnicy (ja jeszcze trochę posiedziałem na dole, nie chciałem być za szybko w Ustrzykach) i pytali się, czy mają na mnie poczekać, bo będą wracać. To bardzo miłe z ich strony. Podziękowałem i poszedłem dalej. Po dłuższej wspinaczce osiągnąłem szczyt.

Musiałem tak to sformułować, ponieważ przyszedł czas na dygresję.
Ładnych już parę latek temu Henryk Sytner z radiowej Trójki (mojej ulubionej) przeprowadzał wywiad z alpinistą. Jedno z pytań zabrzmiało mniej więcej tak:
-Słyszałem, że ostatnio osiągnął pan szczyt z dwiema kobietami?

Ja też osiągnąłem szczyt, najwyższy w polskich Bieszczadach. Jeden Panbu ( to taki czeski frazeologizm) wie jak mnie wtedy tam przewiało, prawie tak jak we wrześniu na wetlińskiej, ale teraz przynajmniej nie padało. No i te widoki! Cóż wymyśliłem sobie drogę krzyżową, to mam. Zresztą na takie drobiazgi nie zwracam uwagi. Wkrótce zszedłem z grzbietu, zagłębiłem się w las i spokojnie podążyłem do Ustrzyk.

Wieczór, KIMB, deszcz, poznanie nowych znajomych i wszystko tak, jak to opisał Stały Bywalec.
Cóż mogę dodać od siebie. Pierniki toruńskie poszły na pniu. Odebrałem WUKOWĄ Powsimordę, wylosowałem album „Zapomniane Bieszczady”. Imprezę zakończyliśmy z Sebastianem, Anią, która wtedy obsługiwała i Piskal Walker‘em o godzinie... no właśnie, której? W każdym bądź razie jeszcze nie świtało.

Cóż to jest Piskal Walker? To półtoralitrowa butelka, niegdyś oryginalnie whisky (nie lubię tej rudej wódy na myszach) ozdobiona naklejką Piskal Walker, czyli w wolnym tłumaczeniu Piskal Wędrowycz. Zdobi tę naklejkę postać piechura z beczką piwa podążającą za drogowskazem na Toruń. Oryginalnie ten rysunek, bez toruńskich przeróbek, otwierał trudno dostępny komiks Wampirs Wars. A całość to był prezent od mojego przyjaciela Michała. Tego samego, z którym łazęgowałem po Beskidach.
Na KIMBie butelka ta zawierała nastojkę (nalewki są na owocach, na ziołach zaś nastojki) miętową na bimberku made in MÓJ TATA. Wątpię czy miała 70 %, ale to najsłabszych taż nie należała.
Na prośbę Sebastiana Piskal Walker zdobi, mam nadzieję, Matragonę.

Zrobiło się alkoholowo, ostrzegałem, ale żeby jeszcze bardziej się wam nie pogorszyło natychmiast przerywam pisanie. Do przeczytania w terminie późniejszym...

Piskal
07-06-2009, 14:57
Rozdział VI


Plan był ambitny. Chciałem podwózką dojechać do Przełęczy Wyźniańskiej, stamtąd na Rawki i zejście do Wetliny, tam nocleg a rano via Przełęcz Orłowicza via Suche Rzeki do Sękowca.
Do Sękowca muszę dotrzeć, ponieważ mam (o czym jeszcze wtedy nie wiem) Asi 999 napisać przepis na kotleciki piskalowo- bieszczadzkie, a poza tym od poniedziałku mam zarezerwowany domek. No i jak nie odwiedzić sękowieckich dziewczyn!
Życie jednak skutecznie te plany weryfikuje. Nie tylko te palny, ale plany związane w ogóle z dalszym moim pobytem w Bieszczadach.
Po pierwsze, jeszcze będąc w Cisnej dowiedziałem się od telefonu ,że sytuacja w pracy mocno się skomplikowała, po wtóre moje środki finansowe, jak to środki finansowe, mocno się skurczyły. To wszystko spowodowało, że pobyt mój tutaj postanowiłem skrócić. Z ciężkim sercem.
Tymczasem mamy na razie niedzielę 17 maja. Dokładnie za trzy tygodnie usiądę do komputera by opisywać dzisiejszy dzień.

***

Oj, pospałem sobie po KIMBie, pospałem do13. Spakowałem dobytek; doliczając WUKOWĄ Powsimordę i dwa albumy od Recona nielekki plecak nabrał naprawdę słusznej wagi. Zarzucił mnie sobie na plecy i tak razem poszliśmy Pod Caryńską z nadzieją, że Pastor jeszcze jest i podwiezie mnie do Wetliny. O tej godzinie już wiedziałem, że Rawki muszę sobie odpuścić. Niestety Pastora już nie było. Nie mam o to pretensji, ponieważ nie umawiałem się z nim. Jadłem śniadanie do złudzenia przypominające obiad kiedy dosiadł się do mnie Janek, miejscowy, który na KIMBie odpowiedzialny był za ognisko. Postawiałem mu piwo, pogadaliśmy sobie, a kiedy dowiedział się , że mam ogródek postanowił mi wykopać czosnek niedźwiedzi. Czemu nie, rozumiem, kilka krzaczków do poflancowania, ale nie pół reklamówki, jeszcze z ziemią. Jasiu, przepraszam, zostawiłem twój podarunek na miejscu. Z tym czosnkiem w ogóle nie podniósłbym plecaka, nie mówiąc o tym, że nawet nie miałem w nim miejsca. Pożegnałem się z Anią, która też odczuwała KIMBową noc i ruszyłem na podwózkę.
Jednak każdy samochód, który wyjeżdżał z Ustrzyk skręcał na Wołosate, a te nieliczne, które jechały w pożądanym przeze mnie kierunku nie były zainteresowane podwiezieniem mnie. Cóż było robić, poszedłem do Kremenarosa i przy piwku zacząłem rozmawiać z chłopakami. O muzyce rozmawialiśmy.
Tak się składa, że jestem zapalonym kolekcjonerem płyt analogowych, okazało się, że chłopaki w schronisku dysponują takim sprzętem. No tak, piwo i dobra muzyka na stosownym nośniku sprawiła, że przestałem się spieszyć do Wetliny. Wytłumaczyłem do czego służy kominek stroboskopowy i jak ustawić obroty talerza, jak wyregulować naciski igły na płytę. Fajnie się zrobiło, za fajnie. Był Izrael, była Fala. Muzyka, na której w nieco młodszym wieku się wychowywałem. Przeglądając winylową płytotekę znalazłem płytę „Śpiewające obrazy” Marka Grechuty. Powiedziałem, że jest to jedyna płyta Grechuty, której nie mam w analogowej dyskografii. Chciałem ją nawet odkupić, ale Paweł był szybszy i ze słowami: To masz ! wręczył mi ten szczególny prezent. To już drugi prezent w dniu dzisiejszym, ale ten dowiozłem szczęśliwie do domu. Dziękuję Pawełku za płytę, jest bardzo dobra, mniam , mniam, prawdziwa uczta. W dodatku, po kolejnej nieudanej próbie wydostania się z Ustrzyk, dostałem inną salę, zaledwie czteroosobową w tej samej cenie. Jak tu nie przyjeżdżać w Bieszczady. Może w przyszłości za sugestią Stałego Bywalca wynajmę pokój w Hoteliku Białym, ale na pewno odwiedzę chłopaków w Kremenarosie.
Tak to miło spędzałem ostatni dzień w bliskich memu sercu Ustrzykach Górnych...

asia999
07-06-2009, 22:55
...a kotleciki pewnie zjadł Stały Bywalec...:-(;) ...w tej czarnej teczce cichaczem wyniósł...:mrgreen:

don Enrico
07-06-2009, 23:07
Ej Piskal !!!
ta Twoja pisanina jest tak do głębi prawdziwa !
Kurcze , nie wiem czy to jest literatura ? nie znam sie na tym.
ale ja to tak czuję jak bym tam był.
Dzięki.

Piskal
07-06-2009, 23:39
Ej Piskal !!!
ta Twoja pisanina jest tak do głębi prawdziwa !
Kurcze , nie wiem czy to jest literatura ? nie znam sie na tym.
ale ja to tak czuję jak bym tam był.
Dzięki.
Dzięki, tak to miało wyglądać. Wkrótce ciąg dalszy, zostań z nami.

Piskal
09-06-2009, 22:51
Rozdział VII


Cóż to była za jazda! Nikomu takiej nie życzę. 80-100 km/h nie jest może jakimś szczególnym rekordem, może nie na szosie krajowej, ale jeśli jedzie się wąskimi bieszczadzkimi serpentynami, a do tego pani za kierownicą w tym czasie pisze a sms-a, to resztki włosów mogą się na głowie zjeżyć. Ale zacznijmy może od początku.

***

Noc była koszmarna, chyba najgorsza z dotychczasowych. Mój poKIMBowy kac zahaczał o delirkę. Przyznać muszę, że jeszcze czegoś takiego w Bieszczadach nie doświadczałem. Z ulgą powitałem ranek. Bar w Kremenarosie jeszcze był zamknięty, chociaż słyszałem odgłosy krzątania. O nie! Żadnego piwa! O co mnie posądzacie! Chciałem oddać klucz i zapłacić za nocleg. Oddałem, zapłaciłem, pożegnałem się i poszedłem szukać podwózkowego szczęścia. Nie szukałem długo, kilkanaście metrów powyżej schroniska zatrzymałem fordzika z młodą sympatyczną osobą płci białogłowskiej. Wiem, co sobie teraz pomyślał Stały Bywalec, ale nie to mi było wtedy w głowie. W głowie to ja miałem anarchię i entropię. Wybuch wulkanu Krakatau i zgiełk bitwy pod Little Big Horn. Okazało się, że pani jedzie do Leska. Może być. Pamiętałem, że około południa jest autobus do Zatwarnicy. No i zaczęła się szaleńcza jazda. Wetlina, Cisna, Baligród, Lesko. Samochody załadowane drzewem i wyprzedzanie na trzeciego na wąskiej szosie. Przyjemna trasa, ale nie w moim stanie. Dopiero za Baligrodem przestraszyłem się motocyklisty, który zajechał nam drogę w Wetlinie. Tak opóźnione miałem reakcje. Na szczęście nic się nie stało, refleks kobitki równy był jej brawurze. Nie ukrywam, że z ulgą opuściłem jej autko.
Dopiero tutaj postanowiłem coś przekąsić i wypić małe piwo z nadzieją, że postawi mnie na nogi. Nie postawiło. Nie ryzykowałem drugiego piwa, nie zaszedłem nawet do Alfa, który jest punktem obowiązkowym w Lesku. Pokręciłem się trochę po mieście, poszedłem znowu na kirkut i tak doczekałem autobusu do Zatwarnicy.

***

Ciekawy jest ten kurs. Autobus z Sanoka jedzie do Ustrzyk Dolnych, tam zatrzymuje się koło budynku PKP i zmienia tablicę na ...Sanok. Wyrzuca ludzi i teraz trzeba czekać na autobus do Zatwarnicy, który też skądyś jedzie. Ten zabiera zbieraninę spod budynku PKP i dopiero podjeżdża na stanowisko. Potem jeszcze postój w Czarnej, dzięki czemu Adam, kolega kierowcy, któremu umknął jeden dzień (był przekonany że jest niedziela) mógł kupić kolejne piwo na kaca. Wiem to wszystko, ponieważ siedział przede mną i głośno rozmawiał z kierowcą. Następnie autobus odbiera dzieci spod szkoły w Lutowiskach i rozwozi aż do Nasicznego, zawraca i dopiero skręca na Chmiel. W sumie z Leska do Sękowca jedzie ponad dwie godziny.

Sękowiec. Zaprawdę powiadam Wam-tutaj czuję się jak w domu, a w zasadzie jak w domku. W domku nr 2. Nie chciałem tylko dla siebie rezerwować NASZEGO dużego w końcu domku nr 1, ale spoglądałem na niego po sąsiedzku tęsknym wzrokiem.
Przywitałem się z Ulą( Basi, szefowej akurat nie było) i pomaszerowałem przez mój ulubiony mostek do Zatwarnicy, aby zrobić zaopatrzenie.

Wyprawy do Zatwarnicy są zawsze wielką niewidomą, czasami kończą się bezboleśnie, a czasami.. powrotem niemal na czworakach. Dziś naprawdę nie miałem ochoty dobijać się alkoholowo. Jedno piwko i spadam z powrotem. Pan Bucek zlitował się nad zbłąkaną owieczką. Pod kultowa wiatą pusto, szczęśliwie się spóźniłem, po libacji została tylko.. niedopita flaszka wódki. Miejscowi tracą formę. Zrobiłem zakupy i rozsiadłem się pod wiatą.

Jeszcze w stopie próbowałem sobie przypomnieć, czy spakowałem MP3, w Lesku przeszukałem boczne kieszenie plecaka a w domku wybebeszyłem placek i nic. Zawsze gdy opuszczam miejsce noclegu składam pościel w kostkę, w Kremenarosie pościelą przykryłem MP3, której słuchałem w nocy. Ale od czego komórki, spod sklepu zadzwoniłem do Stałego Bywalca, który przebywał jeszcze w Ustrzykach Górnych z nadzieją, że mnie nie zawiedzie i odbierze moją MP3. Nie zawiódł mnie.

Właśnie- komórki. Cytowany już w tej opowieści Kornel Makuszyński w 1934 (sic!) roku w zbiorze „Śpiewający diabeł” opublikował felieton „Panny niewidzialne” , a w nim...zresztą przeczytajcie sami:

Dzisiaj automatyczny telefon wygnał na bruk panny pracowite, jutro telefon bez drutu zgruchoce automat telefoniczny, a potem Lucyfer wymyśli taką maszynę, którą będziemy nosili w kiszące kamizelki; kupiec z Gęsiej naciśnie ją, a kupiec z ulicy Piotrkowskiej w Łodzi odpowie:
-Nu? Co jest?


1934 rok, niesamowite...

***

Tymczasem wróciłem do domku, zanim pójdę do barku pogadać z Ulą próbuję się trochę rozpakować. Znam ten domek, bo jego bliźniak (nr 3) to był pierwszy domek, jaki wynajmowałem w Sękowcu a w tym jadłem pyszną jajecznicę następnego ranka po poznaniu Darka i Pawła z Warszawy. Jest schludny i przyjemny, ale.. nie jest to domek nr 1, w którym...

No właśnie. W którym niejedno się działo, co również w swoich relacjach potwierdza Stały Bywalec. No Kaziu, byle do września! Wtedy na pewno znowu zrobię m.in. kotleciki według poniższego przepisu.

Kotleciki bieszczadzko-piskalskie

Kotlety sojowe
Ziemniaki
Jajka
Bułka tarta
Carry
Bazylia
Zioła prowansalskie
Ser żółty
Olej
Kostki rosołowe
Wódka czysta (zalecane: Priwatna Kolekcja lub Chołodnyj Jar Pszeniczny)
Piwo

Kotlety gotujemy w rosołkach, ugotowane posypujemy carry, bazylią i ziołami, panierujemy w jajku i bułce tartej, i zapiekamy w plastrach sera. Ziemniaki obieramy i kroimy w plasterki , następnie podsmażamy w niezbyt głębokim tłuszczu na złoty kolor. Całość popijamy wódką i piwem do końca wieczoru, nawet wtedy, gdy kotleciki już się skończą, śpiewając przy tym pieśni legionowe i pieśń „W stepie szerokim”. Poza tym inwencja zależna od obecnych, nastroju, wytrzymałości organizmy i ilości napitków.

Zgłodniałem, na dzisiaj więc koniec.

Smacznego...

bertrand236
09-06-2009, 23:35
Rozdział VII


.... Bar w Kremenarosie jeszcze był zamknięty, chociaż słyszałem odgłosy krzątania. O nie! Żadnego piwa! O co mnie posądzacie! Chciałem oddać klucz i zapłacić za nocleg. Oddałem, zapłaciłem, pożegnałem się i poszedłem szukać podwózkowego szczęścia. Nie szukałem długo, kilkanaście metrów powyżej schroniska zatrzymałem fordzika z młodą sympatyczną osobą płci białogłowskiej. ....
Okazało się, że pani jedzie do Leska. Może być. Pamiętałem, że około południa jest autobus do Zatwarnicy. ....
i tak doczekałem autobusu do Zatwarnicy. ...
Ciekawy jest ten kurs. Autobus z Sanoka jedzie do Ustrzyk Dolnych, tam zatrzymuje się koło budynku PKP i zmienia tablicę na ...Sanok. Wyrzuca ludzi i teraz trzeba czekać na autobus do Zatwarnicy, który też skądyś jedzie. Ten zabiera zbieraninę spod budynku PKP i dopiero podjeżdża na stanowisko. Potem jeszcze postój w Czarnej, dzięki czemu Adam, kolega kierowcy, któremu umknął jeden dzień (był przekonany że jest niedziela) mógł kupić kolejne piwo na kaca. Wiem to wszystko, ponieważ siedział przede mną i głośno rozmawiał z kierowcą. Następnie autobus odbiera dzieci spod szkoły w Lutowiskach i rozwozi aż do Nasicznego, zawraca i dopiero skręca na Chmiel. W sumie z Leska do Sękowca jedzie ponad dwie godziny....

...



Piskal! Może się mylę ale.. tak mi się wydaje, że gdybyś złapał okazję jadącą spod Kremenarosa w drugą stronę, to w Zatwarnicy mógłbyś być dużo wcześniej. Pomijam atrakcje po drodze/białogłowa, serpentyny, jazda na trzeciego, kirkut itp./ Tak z perspektywy czasu, co myślisz na ten temat?
Pozdrawiam

Piskal
09-06-2009, 23:46
Piskal! Może się mylę ale.. tak mi się wydaje, że gdybyś złapał okazję jadącą spod Kremenarosa w drugą stronę, to w Zatwarnicy mógłbyś być dużo wcześniej. Pomijam atrakcje po drodze/białogłowa, serpentyny, jazda na trzeciego, kirkut itp./ Tak z perspektywy czasu, co myślisz na ten temat?
Pozdrawiam
Myslę, że było dobrze tak jak było. Jeszcze bym, nie dać Boże, trafił na tę libację pod kultową wiatą ;)

Recon
10-06-2009, 00:22
Wy tu sobie tak gadu gadu o tym, o czym ja czytając Piskala pomyślałem i dałem sobie identyczną odpowiedź!

Monika
10-06-2009, 09:44
Wy tu sobie tak gadu gadu o tym, o czym ja czytając Piskala pomyślałem i dałem sobie identyczną odpowiedź!


Wy tu sobie gadu gadu.... a ja czekam na kolejną relację Piskala :grin: dzisiaj wieczorkiem już ruszam w Bieszczady 8-) więc może zdążyłabym poczytać jeszcze jeden rozdział ?????:-)

pozdrówka
p.s. relacje są superaśne :-D

asia999
10-06-2009, 21:27
tak jak pisałam - ja to sobie wszystko wydrukuję, oprawię w skórę...i bedę sobie czytała zagryzajac kotlecikiem piskalowym...:grin:

asia999
10-06-2009, 22:55
tak mi jeszcze przyszło do głowy...
...ciekawe czy w historii literatury ktoś przed Piskalem pisał do kotleta...:wink:

Piskal
16-06-2009, 08:50
tak mi jeszcze przyszło do głowy...
...ciekawe czy w historii literatury ktoś przed Piskalem pisał do kotleta...:wink:
No tak, okazuje się, że jestem prekursorem nowego kierunku w literaturze. Jak by go nazwać? Kotletyzm? Kotletywizm?

Ale ad rem...


Rozdział VIII


No cóż, nie nachodziłem się tym razem po Bieszczadach. Zasypiając nie wiedziałem jeszcze czy pójdę na Krywę, czy na Kamień- Dwernik. Rano zdecydowałem się na to drugie miejsce, lecz jeszcze będąc w domku zadzwonił Stały Bywalec z wiadomością, że odzyskał moją MP3 z Kremenarosa i że w Górnych pada. W Sękowcu też od rana niebo zasnute chmurami, ryzykować i iść jednak na wędrówkę?
Postanowiłem, że pójdę przynajmniej do wodospadu na Hylatym a później się zobaczy.

Ale wcześniej poszedłem przywitać się z Basią, szefową ośrodka, która przyjechała wczoraj wieczorem. Pogadaliśmy, powspominaliśmy, zrobiłem wstępną rezerwację na wrzesień i ruszyłem w drogę.
Nie posiedziałem sobie za długo przy wodospadzie, ot tyle, żeby wypić jedno piwo, zaczęło bowiem niepokojąco grzmieć. Gdzieś nad Wetlińską aniołowie w kręgle grali. Nawet zaczęło błyszczeć. Jakieś zwarcie w niebie? Nie marudząc poszedłem pod kultową wiatę w Zatwarnicy. Dziś też pusto, nawet burza nie dotrzymała mi towarzystwa, przesunęła się bokiem za Otryt mijając Zatwarnicę. Dopiero pod koniec piwa przyszło dwóch. Około pięćdziesiątki, dobrze wyposażeni w sprzęt turystyczny, ogólnie robili dobre wrażenie. Kupili po piwie i zaczęli rozmawiać. O Tatrach, swoich dzieciach, że zaczęły(a w zasadzie syn jednego z nich) słuchać Niemena, o filmach i serialach.Jak zaczęli mówić o „Domu” nie wytrzymałem i wtrąciłem się od swojego stolika. Wszak to mój ulubiony serial, piękny, ambitny, prawdziwy...Ileż to razy go oglądałem, ileż razy oczy dziwnie mi się pociły podczas przemowy dra Kazanowicza na pogrzebie Popiołka.
Tak to zostałem zaproszony do stolika Jacka i Mariusza. Jacek z Warszawy, Mariusz z Otwocka. Pierwsza kolejka, druga ode mnie, potem znowu oni, a potem...

A potem przyplątało się dwóch miejscowych, którzy popijali sobie z tyłu sklepu (nie była to oranżada), z propozycją, że chętnie podzielą się z nami resztką swojej wódeczki ale... za dwa piwa. Rozbrajająca szczerość, ale Jacek, będąc już lekko piwskalski, zgodził się bez zastanowienia. Tak też zostali z nami. Ile razy już to w tym miejscu przerabiałem, zwłaszcza, że to chyba moja tam obecność ich ośmieliła do zaczepki. Znali mnie w końcu z widzenia. Po pewnym czasie bardziej pijanego i marudnego Piotrka udało się spławić, zaś Rysio i ja zostaliśmy zaproszeni przez chłopaków na obiad do hotelu. Usiedliśmy sobie na dworze powątpiewając w szczerość zaproszenia (mea culpa), lecz po chwili suną do nas dwie panie z czterema zupami, a za moment z plackami po bieszczadzku. Na dodatek wraz z naszymi nowymi kolegami pojawiła się butelka siwuchy. Ciepła i wstrętna. Rozmawiało się naprawdę fajnie. Chłopaki obeznani z Beskidami i Tatrami postanowili po raz pierwszy przyjechać w Bieszczady. Jaka szkoda, że to był mój ostatni dzień, mógłbym pokazać im to i owo, i to i owo z nimi wypić. Jacka piwo z wódeczką rozbierało coraz bardziej, Mariusz z przyczyn zdrowotnych musiał się mocno oszczędzać. Postanowiłem dłużej się nie narzucać. Kto wie, może się jeszcze kiedyś spotkamy, obiecali, że będą tu wracać, bo... Bo Bieszczady są piękne. Też mi odkrycie, prawda?

Ruszyłem do Sękowca, wieczorem byłem umówiony z dziewczynami w barze...

***

Uwaga, uwaga! W następnym rozdziale garść, no, może garstka sękowieckich wspomnień.

Stały Bywalec
17-06-2009, 10:00
(...) Jaka szkoda, że to był mój ostatni dzień, mógłbym pokazać im to i owo, i to i owo z nimi wypić. Jacka piwo z wódeczką rozbierało coraz bardziej, Mariusz z przyczyn zdrowotnych musiał się mocno oszczędzać. Postanowiłem dłużej się nie narzucać. Kto wie, może się jeszcze kiedyś spotkamy, obiecali, że będą tu wracać, bo... Bo Bieszczady są piękne. (...)
A nie mogłeś ich "zwerbować" do Naszego Forum ?

Piskal
19-06-2009, 19:27
A nie mogłeś ich "zwerbować" do Naszego Forum ?
Oczywiście, że opowiadałem o KIMBie i forum. Zostawiłem nawet swoją wizytówkę, ale na razie bez odzewu. Może tu zaglądają, kto wie.

Piskal
22-06-2009, 19:21
Rozdział IX (i niestety ostatni)


Piękną jednak mieliśmy w maju pogodę. Dziś, tak jak już od paru tygodni deszczowo. Ale gdyby była susza nie znalazłbym pierwszego latoś grzyba. Dla ścisłości grzybów było dużo, niekoniecznie jadalnych, ale znalazłem też pięknego, bardzo dużego koźlaka, zdrowego jak rydz. Jutro idę do lasu, co tam deszcz, gdy są grzyby czuję się o kilka co najmniej lat młodszy. I zdrowszy...

***

A propos rydza to czas podjąć opowieść; nie-niekończącą się opowieść. Niestety kończącą się.
Doszliśmy wspólnie do sękowieckiego barzu, w którym królowały od lat Irena i Ula. Królowały, bo dziś tylko Ula została jako niepodzielna władczyni. Miała być nowa dziewczyna, ale w momencie gdy tam byłem jeszcze jej nie było i przyjdzie mi czekać do września, aby ją poznać. A co z Irą? To, co musiało się w końcu stać- wyszła za maż. Jeszcze w zeszłym roku mąż jej, Andrzej, smolił do niej cholewy. Smolił z powodzeniem. W przeciwieństwie do naszego bieszczadzko- warszawskiego druha, który też smolił, nieudolnie, czysto teoretycznie, a gdy dochodziło do konfrontacji, jego niewyparzony w normalnych sytuacjach język, zanikał. Taka przypadłość organizmu. W ten sposób kobiet się nie zdobywa, bo jak pisał Jacek Fedorowicz „Dziewczyna lubi słuchać, nigdy jej nie żałuj słów, nie zaczynaj głośno wzdychać, tylko mów jej , mów jej, mów...”.

Zostawmy problemy matrymonialne Darka, wróćmy do baru.
Oj działo się tam, działo. Piwo, tańce, nieraz do białego rana ,wspólne kolacje, które robiłem, i jeśli z przyczyn służbowych dziewczyny nie mogły w nich uczestniczyć w domku, przynoszone były do baru. Pieczony baranek, zorganizowany przez ekipę krakowsko- częstochowską. Na drugi dzień zrobiłem placki ziemniaczane po piskalsku w takiej ilości, że postanowiłem podzielić się z barankową ekipą. Poszedłem do ich domku i trafiłem na rydze. Panowie mają swoje miejsce, którego nie chcieli zdradzić, ale rydze były pyszne. Wódeczka do nich też.
No i tylko tam muszę oglądać „M-jak miłość”, ponieważ przed końcem emisji nie było szans na to, żeby dziewczyny włączyły jakąkolwiek muzykę. Cóż, różne są seriale. Jedni lubią „Czterej pancerni i Kloss”, a inni „ Na dobre i na plebani” .
Nie po to jeździ się w Bieszczady, jak przypuszczam, żeby oglądać telewizję. Chyba że są mistrzostwa europy w piłce nożnej oglądane w Cieniu PRL-u w Dołżycy, w Czartorii w Wetlinie (Polska-Niemcy) i oczywiście w barze w Sękowcu. Działo się znacznie więcej i pewnie niejedno jeszcze się podzieje.

***
Pogadałem sobie z Ulą o tym i owym, o dawnych przyjazdach, o moich druhach, o Irenie, o pracy, o wielu rzeczach. Był to miły wieczór, zwłaszcza wtedy jak się skończyły seriale. (Ależ są to denne scenariusze, banalne i infantylne. Przepraszam, jeśli kogoś uraziłem, ale aż przykro na to patrzeć. Nawet jednym okiem).Wypiliśmy moją piersióweczkę kupioną jeszcze w Toruniu przed wyjazdem, która poprawiła nam humor. Jedyną nieprzyjemną rzeczą była ta świadomość, że to ostatni wieczór tego wyjazdu. Nie tylko w Sękowcu, ale w ogóle w Bieszczadach.

***

Ok. 9,30 przyjechał po mnie Stały Bywalec. Ustrzyki Dolne- zakupy, Rzeszów- korek, Głogów Małopolski- obiad, i tak dalej w kierunku dokładnie odwrotnym niż pokonywany 10 dni wcześniej.
Z Warszawy wyjechałem o 21.40, w Toruniu byłem 20 minut po północy, a swoim łóżku już po pierwszej w nocy.
W pociągu poznałem człowieka bardziej pijanego niż ja po KIMBie, który przespał Toruń, wracał z Warszawy, w której został obudzony. Wracał bez pieniędzy, bez biletu, częściowo w toalecie. Człowieka, który buduje stalowe konstrukcje mostów, ale sam ma lęk wysokości. W Toruniu był w nocy, gdzie nie jeżdżą już autobusy, nocne bardzo rzadko, przez most nie przejdzie nawet, jak twierdził, po pijanemu. Cóż było robić, zaprosiłem go do samochodu, który na mnie z utęsknieniem czekał, i podjechał ludek pod sam dom (akurat było po drodze).
Przypomniało mi się wtedy opowiadanie Janusz Meissnera „Pan Bóg opiekuje się pijakami”. Coś w tym jest, przecież sam wróciłem z Bieszczadów bez szwanku...



Dziękuję za wspólną wędrówkę i już zapraszam na następną. Jak tam nie wracać...

diabel-1410
22-06-2009, 21:17
oj piskalu-nie wiem jak to uczynie,ale w Toruniu zjawic sie musze aby poznac osobiscie dwoje bieszczadzkich literatów,a przy okazji milej pogawedki sprawdzic twoje spozycie piwa i porownac je z moim.a oisz dalej iczesciej o swoich wyprawach bo czyta sie swietnie