PDA

Zobacz pełną wersję : Jak można dostać w pupę w kapuścianych górach



Basia Z.
22-02-2012, 12:24
Nawiązując do wątku o GOPR i tak sobie przypominając różne swoje przypadki, również w związku z niedawnymi wydarzeniami na Babiej pomyślałam, że może by warto opublikować coś na temat jak warunki mogą czasem zaskoczyć i dać mocno w tyłek nawet w niewysokich górach.

Zdjęć niestety nie ma żadnych, warunków nie było :(

To o czym chcę napisać zdarzyło się niemal równe 6 lat temu w Beskidzie Niskim, w lutym 2006.
Prowadziłam w Beskidzie Niskim tygodniowy obóz szkoleniowy dla uczestników kursu przewodnickiego "Harnasi". Uczestników było 10, połowa dziewczyn połowa facetów, dodatkowo jako walet mój 14-letni wtedy syn - Maciek.

Trasy nie były długie - maksimum po około 5 godz. czasu letniego dziennie, było dość sporo śniegu więc chodziło się raczej powoli, poza tym mieliśmy dość ciężkie plecaki z rzeczami na tydzień.
Spaliśmy w schroniskach, chatkach i agroturystykach, kolejno wg planu w Kotani, w Hucie Polańskiej, w Chyrowej, w Zyndranowej, Jaśliskach (2 noce), Zawadce Rymanowskiej i w Dukli.

Zaczęło się od tego że przyjechaliśmy w sobotę z zapasami do poniedziałku. W sobotę i niedzielę jedliśmy własne zapasy, w niedzielę wieczorem obiad przygotowany w schronisku "Hajstra" w Hucie Polańskiej. Niestety przez cały poniedziałek nie udało się nam kupić chleba tylko wieczorem w Olchowcu jakieś wafle i już w ogóle nie mieliśmy chleba a i reszty żarcia też niewiele.
W poniedziałek około 21 dotarliśmy do schroniska do Chyrowej, tam wieczorem gospodarz zaproponował nam pierogi, więc chętnie zjedliśmy.
Późno w nocy dojechał z domu kolejny kolega i dowiózł jeden bochenek, zjedliśmy go rano we wtorek, ale na 12 osób to nie było za wiele.
Sklep w Chyrowej był nieczynny, ale liczyliśmy na to że najpóźniej po południu dotrzemy do drogi Dukla - Tylawa, podrzucimy się PKS-em do Tylawy i tam coś kupimy (jest tam duży sklep).

Na trasę wyruszyliśmy około południa, bo jeszcze wcześniej zwiedzaliśmy cerkiew. Zresztą planowana trasa nie była długa - około 3,5 godz. czasu letniego czerwonym szlakiem (głównym beskidzkim) do pustelni św. Jana z Dukli.
Pierwszą godzinę szło się fajnie, śniegu było do połowy łydki. miejscami mniej, grupa była silna i zwarta, przeszliśmy w ciągu godziny tak na oko 1/3 drogi (do miejsca gdzie dochodzi żółty szlak z Dukli) ale tak około 13 zaczęło sypać jak z poprutej pierzyny. Szliśmy w lesie, nie wiało mocno ale śniegu było coraz więcej, po kolana, po uda, po za przeproszeniem "klejnoty rodowe".
Faceci (pięciu silnych chłopa) na przemian przecierali, ale szło się fatalnie. Jeszcze akurat przecinaliśmy w poprzek dość długi i stromy stok (północne zbocza Kamiennej Góry), wprawdzie było to w lesie ale dosłownie bałam się czy nie zejdzie jakaś lawina, bo aż słychać było takie "stękanie".
Do pustelni dotarliśmy po 8 godzinach mordęgi w tym śniegu, około 20. Wszystko było pozamykane, można było skryć się pod daszkiem, ale robiło się coraz bardziej zimno i wiało jak skurczybyk.

Jak wyszliśmy na szosę, którą do pustelni dojeżdżają autobusy (od głównej drogi Dukla-Barwinek) okazało się że miejscami są na niej zaspy wyżej wspominanych klejnotów. 1,5 km do tej głównej drogi szliśmy dosłownie godzinę przebijając się przez zaspy.
Na głównej drodze byliśmy już po 21.
Główna droga (międzynarodowa) była na szczęście przejeżdżona przez pługi ale oczywiście ostatni autobus dawno odjechał i trzeba było iść pieszo ok 8 km szosą do Tylawy, gdzie odgałęzia się boczna droga do Zyndranowej, a stamtąd jeszcze tych kolejnych około 12 km do chatki w Zyndranowej. Pierwotny plan dojścia do chatki był inny (mieliśmy podjechać do Barwinka i iść przez góry), ale ze względu na opady śniegu już dawno został zarzucony.

Cały czas mieliśmy łączność telefoniczną z kolegą z SKPB Rzeszów, który czekał na nas w chatce i palił w piecu. Szczególnie to marzenie o ciepłym piecu dodawało nam sił.
Tak poza tym to wszyscy byliśmy już w cholerę głodni bo zjedliśmy tylko po 2 kromki rano a potem tylko jakieś słodycze.

Udało mi się zastopować tira, który podwiózł mnie i mojego Maćka około 6 km, reszta szła ten odcinek pieszo a potem jeszcze 2 km podwiozły nas wszystkich 2 samochody osobowe (jak myśmy się tam zmieścili ?).
W Tylawie była nawet czynna knajpa ale nie było w niej zupełnie nic do jedzenia, nawet żadnych herbatników, napiliśmy się tylko ciepłej herbaty, ale bez cukru, bo cukru nie było.

W każdym razie była już godz. 23 a przed nami jeszcze 12 km drogi szosą po zaspach, ale przynajmniej ogrzaliśmy się solidnie i z 40 min. odpoczęli.
Dalszych 5 km poszło nam szybko i sprawnie, szosa nie była zawiana śniegiem bo prowadziła w lesie, tak ze nawet idąc śpiewaliśmy sobie.
Jednak po godzinie takiego marszu Maciek powiedział że jest mu z głodu słabo i nie może dalej iść. Akurat wychodziliśmy na otwartą przestrzeń zaczynało wiać a na szosie były znowu zaspy, ale była budka przystanku PKS, więc schowaliśmy się w tej budce aby otworzyć czekoladę.

No i akurat wtedy zobaczyliśmy światła samochodu, więc wyskoczyli na drogę aby go za wszelką ceną zastopować.

Okazało się że był to gazik Straży granicznej. Panowie strażnicy byli niesamowicie zdziwieni jak nas zobaczyli (zwłaszcza ze niespodziewanie z budki wyskoczyła taka banda) A jak się i jeszcze się dowiedzieli dokąd chcemy dość to usiłowali nas od tego odwieść, no ale dokąd mieliśmy pójść ?.
Chatkę znali dobrze i w końcu obiecali ze nas podwiozą. Najpierw kobiety i dzieci, więc załadowały się wszystkie kobiety i Maciek, faceci szli dalej pieszo.
Ale ujechaliśmy może 4-5 km i znów na szosie zaczęły się zaspy takie po pas, gazik już dalej nie mógł przejechać.
Do chatki było jeszcze około 2 km, na szczęście bokiem szosy nie było tak zawiane i dało się jakoś iść.
Panowie strażnicy byli jeszcze tak grzeczni że wrócili się po naszych chłopaków i ich też dowieźli w to samo miejsce.

Do chatki dotarliśmy około godz. 2.30. Było na szczęście bardzo ciepło (kolega z SKPB Rzeszów w końcu palił w tym piecu od dobrych 8 godzin)
Większość była bardziej głodna niż śpiąca zabrali się więc do gotowania pulpy.
Ja byłam bardziej śpiąca niż głodna, więc padłam natychmiast, tak jak stałam, zdjęłam tylko buty. O 4.30 mnie obudzili, że jest gotowa pulpa i żeby jeść, ale o tej porze nie chciało mi się specjalnie jeść.

Spaliśmy do 12 w południe kolejnego dnia. Okazało się ze na śniadanie mamy tylko kilka wafli, 1 puszkę tuńczyka, pół kostki masła i pół kilo cukru i nic ponadto. Zjedliśmy więc po waflu z tuńczykiem i masło z cukrem.
Ale do sklepu było już tylko 12 km a szosa nawet została w międzyczasie przetarta, więc poszliśmy żwawo, zwiedzili po drodze muzeum w Zyndranowej, potem w sklepie w Tylawie wreszcie zrobili porządne zakupy i około 17 autobusem dojechali do kolejnego miejsca noclegu to jest Jaślisk.

Jak mi potem kursanci mówili, był to najbardziej szkoleniowy z wszystkich obozów kursowych w jakich brali udział ;)

creamcheese
22-02-2012, 13:00
Morał? Gdyby ludziska zbierali zimowe doświadczenie w kapuścianych górach, mniej mieliby problemów w górach niekapuścianych. Pozdrawiam
PS. A problemy z aprowizacją to mieliście jak na początku lat 80-tych w Wetlinie;)

Gandalf
22-02-2012, 13:52
Historia pouczająca; nie chcę się tu mądrzyć, ale jak na zimę, to chyba trochę zaplanowana wyprawa zbyt tip-top, że wszystko pójdzie idealnie i stąd kłopoty z aprowizacją. Ale dobrze przeżyć taki klimat, uczy pokory.

Basia Z.
22-02-2012, 14:14
Historia pouczająca; nie chcę się tu mądrzyć, ale jak na zimę, to chyba trochę zaplanowana wyprawa zbyt tip-top, że wszystko pójdzie idealnie i stąd kłopoty z aprowizacją. Ale dobrze przeżyć taki klimat, uczy pokory.

Jedno obsunięcie spowodowane trochę brakiem znajomości miejscowych realiów aprowizacyjnych (brak w poniedziałek około 18 możliwości zakupu chleba w Olchowcu, lub we wtorek rano w Chyrowej, lub też w sobotę i niedzielę w rejonie Kotań - Krempna) spowodowało dalsze obsunięcia.
Ale masz rację - uczy to pokory.

Basia Z.
22-02-2012, 15:40
Dlugi zwrócił mi uwagę, że przesadziłam z kilometrażem, a mianowicie że od "ujścia" szosy z pustelni do Tylawy - odgałęzienia drogi na Zyndranową) jest 6 km a nie 8, zaś od tego skrzyżowania do chatki 7 km a nie 12.
Całkiem możliwe, że ma rację.
Pierwszy odcinek przejechałam w dwóch częściach (tirem do zajazdu "Bartnik" gdzie czekałam na resztę która szła pieszo i dotarła nadspodziewanie szybko i potem razem z resztą samochodami osobowymi).

Drugi odcinek szliśmy do pierwszego przystanku PKS około godziny, po w miarę wywianej szosie, potem nas podwieziono gazikiem Straży Granicznej (nie wiem jak długi kawałek, ale wysiedliśmy w miejscu gdzie było rozwidlenie szos), potem szliśmy jeszcze niepełną godzinę w kopnym śniegu mniej więcej do kolan, a byliśmy już bardzo zmęczeni.
Wszystko to jest do sprawdzenia na mapie, jak się komuś będzie chciało ;)

Być może rzeczywiście przez to wszystko wydawało się nam znacznie dłużej niż to było w rzeczywistości.

Wydaje mi się też, że na mapie Compassu chatka umieszczona jest trochę niżej niż to ma miejsce w rzeczywistości

Dlugi
22-02-2012, 15:53
Jeszcze akurat przecinaliśmy w poprzek dość długi i stromy stok (północne zbocza Kamiennej Góry), wprawdzie było to w lesie ale dosłownie bałam się czy nie zejdzie jakaś lawina, bo aż słychać było takie "stękanie".


W zeszłym tygodniu jak wyszedłem na spacer z psem na pola też się tego dźwięku przestraszyłem. Miedze były pozawiewane a pod wierzchnią skorupą był miękki śnieg. Przy wchodzeniu na tak utworzoną zaspę tafla śniegu obłamywała się wydając właśnie takie stęknięcie i poruszając wystającymi badylami na parę metrów w bok.
Za pierwszym razem strasznie się przestraszyłem, taki odgłos zapamiętałem jak wpadałem na przymusową kąpiel w bobrowisku. Dopiero za chwilę przyszło otrzeźwienie że przecież cieków żadnych tu nie ma a i pod górę idę :-)

buba
22-02-2012, 16:07
Niestety przez cały poniedziałek nie udało się nam kupić chleba tylko wieczorem w Olchowcu jakieś wafle i już w ogóle nie mieliśmy chleba a i reszty żarcia też niewiele. )
Tam to juz chyba tradycja problemy z chlebem w Beskidzie Niskim. Mysmy mieli podobnie w 2003 roku- ostatni chleb kupilismy w Wysowej, a potem ani w Regetowie, ani w Kwiatoniu, ani w Gładyszowie nie kupilismy juz ani pol bochenka.. Przez cztery dni tylko wafle kukurydziane i makaron


Tak poza tym to wszyscy byliśmy już w cholerę głodni bo zjedliśmy tylko po 2 kromki rano a potem tylko jakieś słodycze.

(...)
Jak mi potem kursanci mówili, był to najbardziej szkoleniowy z wszystkich obozów kursowych w jakich brali udział ;)

celowo nie zabraliscie na trase jakiegos porzadnego jedzenia zeby lepiej przeszkolic kursantow? ;)

a nie mysleliscie ugotowac pulpe po drodze? bo skladniki wychodzi ze mieliscie ze soba? czy w chatce czekaly?

diabel-1410
22-02-2012, 16:10
Kiedy miałem pierwszy raz styczność z Tatrami zimą spotkałem się z tym określeniem(kapuściane góry)wśród instruktorów.Chciałbym ich postawić na Twoim miejscu-to mogłoby być zabawne:-)

Basia Z.
22-02-2012, 16:43
celowo nie zabraliscie na trase jakiegos porzadnego jedzenia zeby lepiej przeszkolic kursantow? ;)

a nie mysleliscie ugotowac pulpe po drodze? bo skladniki wychodzi ze mieliscie ze soba? czy w chatce czekaly?

Mieliśmy produkty na pulpę, nie mieliśmy chleba.
Trudno gotować coś na trasie w padającym śniegu, więc na trasie jedliśmy tylko słodycze.

buba
22-02-2012, 17:45
Mieliśmy produkty na pulpę, nie mieliśmy chleba.
Trudno gotować coś na trasie w padającym śniegu, więc na trasie jedliśmy tylko słodycze.

Snieg nie snieg ale czlowiek jesc musi, zwlaszcza podczas takiego wysilku... Wiadomo ze pulpa jest czasochlonna, ale myslisz ze jakbyscie pojedli chocby makaronu/ryzu z serem czy fasolki z puszki to by wam nie przybylo sil? nikt sie nie buntowal ze gnacie bez jedzenia?

Basia Z.
22-02-2012, 21:51
Snieg nie snieg ale czlowiek jesc musi, zwlaszcza podczas takiego wysilku... Wiadomo ze pulpa jest czasochlonna, ale myslisz ze jakbyscie pojedli chocby makaronu/ryzu z serem czy fasolki z puszki to by wam nie przybylo sil? nikt sie nie buntowal ze gnacie bez jedzenia?

Surowy ryż lub makaron ???
To ja już wolę nie jeść.

Mieliśmy jakieś czekolady, wafelki i to podjadaliśmy.

mavo
22-02-2012, 21:57
Tak za przeproszeniem to co to jest ta PULPA?:oops:

creamcheese
22-02-2012, 22:18
"Tam to juz chyba tradycja problemy z chlebem w Beskidzie Niskim."(rzekła Buba). Nie nadgeneralizujmy, zdarza mi się nocleg pod Ostrzyszem i bez problemu w Świątkowej, nawet przed zamknięciem sklepu, można kupić chleb...i coś więcej

Basia Z.
22-02-2012, 22:50
Tak za przeproszeniem to co to jest ta PULPA?:oops:

PULPA zwana w innych środowiskach glają, glumzą, berbeluchą, pawiem czy jakoś tam jeszcze - to prosta potrawa turystyczna.
Gotuje się ryż lub makaron, jak już się ugotują wrzuca do środka pokrojoną konserwę mięsną, ser żółty, przecier pomidorowy i "pulpity" czyli np. groszek, fasolkę z puszki, kukurydzę, czasem kapustę kiszoną ze słoika. Smaczne i pożywne a na dodatek za każdym razem wychodzi trochę inne.

krzychuprorok
23-02-2012, 08:06
Nawiązując do wątku o GOPR i tak sobie przypominając różne swoje przypadki, również w związku z niedawnymi wydarzeniami na Babiej pomyślałam, że może by warto opublikować coś na temat jak warunki mogą czasem zaskoczyć i dać mocno w tyłek nawet w niewysokich górach.

To o czym chcę napisać zdarzyło się niemal równe 6 lat temu w Beskidzie Niskim, w lutym 2006.

Taki kapuściany Beskid Niski może w zimie dać w tyłek przy dużych opadach śniegu no i częstym silnym wietrze. Kto mieszka w tamtych okolicach to dobrze wie co ten wiatr wyprawia:razz:

krzychuprorok
23-02-2012, 08:22
W zeszłym tygodniu jak wyszedłem na spacer z psem na pola też się tego dźwięku przestraszyłem. Miedze były pozawiewane a pod wierzchnią skorupą był miękki śnieg. Przy wchodzeniu na tak utworzoną zaspę tafla śniegu obłamywała się wydając właśnie takie stęknięcie i poruszając wystającymi badylami na parę metrów w bok.

W poniedziałek w okolicy Chyrowej kilka razy usłyszałem takie stękanie a w jednym miejscu to nawet pojechały bloki śniegu, co widać na tym zdjęciu: https://picasaweb.google.com/115601060772660601448/BeskidNiskiSkitur07#5711480860464793954
Na szczęście w Beskidzie Niskim nie ma stromych odkrytych stoków, na których mogłyby wystąpić lawiny. Zagrożenie jest za to na bardzo stromych stokach leśnych. W tamtym roku w marcu zeszła Lawina z Cergowej, która poobijała trochę narciarza.

buba
23-02-2012, 08:44
Surowy ryż lub makaron ???
To ja już wolę nie jeść.

.

jak to surowy?? ugotowany... zima ma ten jeden plus ze wody do gotowania wokol nie brakuje..
zawsze mozna zrobic postoj na godzinke zeby sie wszyscy najedli , wiaty i prowizoryczne zadaszenia wynika ze mijaliscie (choc wiem ze takie numery "spowalniaja marsz" i to nie w stylu rajdow studenckich kol przewodnickich ;) )


"Tam to juz chyba tradycja problemy z chlebem w Beskidzie Niskim."(rzekła Buba). Nie nadgeneralizujmy, zdarza mi się nocleg pod Ostrzyszem i bez problemu w Świątkowej, nawet przed zamknięciem sklepu, można kupić chleb...i coś więcej

Pisalam o tym co bywalo jakies 8-10 lat temu.. nie bylam w niskim juz 4 lata.. moze teraz juz sie zmienilo i postawiali markety z 10 odmianami chleba dla wybrednych turystow ;) calkiem mozliwe toto patrzac co sie wszedzie dzieje ;)



PULPA zwana w innych środowiskach glają, glumzą, berbeluchą, pawiem czy jakoś tam jeszcze - to prosta potrawa turystyczna.
Gotuje się ryż lub makaron, jak już się ugotują wrzuca do środka pokrojoną konserwę mięsną, ser żółty, przecier pomidorowy i "pulpity" czyli np. groszek, fasolkę z puszki, kukurydzę, czasem kapustę kiszoną ze słoika. Smaczne i pożywne a na dodatek za każdym razem wychodzi trochę inne.

no i zrobilam sie glodna :-)

tomekpu
23-02-2012, 09:11
Hm, tak mi się wydaje, z autopsji, że jeszcze kisiel można dodać. Ale to były dawne czasy.

mavo
23-02-2012, 09:55
Smacznego.:razz:

buba
23-02-2012, 10:19
Hm, tak mi się wydaje, z autopsji, że jeszcze kisiel można dodać. Ale to były dawne czasy.

kisiel to wiem ze dawali do potrawy zwanej glutem, dodawalo sie tez tam bakalie, musli, platki, czekolade, chrupki, wiorki kokosowe.. Jak pulpe uwielbiam i jadam nawet w domu, to tego paskudztwa nigdy przelknac nie moglam, pewnie to dlatego ze wogole nie lubie slodyczy (albo gdy mnie owym glutem czestowali to nie bylam odpowiednio glodna ;)

Basia Z.
23-02-2012, 10:48
jak to surowy?? ugotowany... zima ma ten jeden plus ze wody do gotowania wokol nie brakuje..
zawsze mozna zrobic postoj na godzinke zeby sie wszyscy najedli , wiaty i prowizoryczne zadaszenia wynika ze mijaliscie (choc wiem ze takie numery "spowalniaja marsz" i to nie w stylu rajdow studenckich kol przewodnickich ;) )


Rzecz w tym ze taki postój z gotowanie zajął by nam minimum ze 2 godziny. Gałęzie były pod śniegiem, trzeba by je najpierw znaleźć aby rozpalić ognisko, mokre źle się palą. Gotowanie wody ze śniegu tez trwa znacznie dłużej bo wydatek energetyczny na stopienie śniegu jest znacznie wyższy niż na podgrzanie wody do 100 stopni.
A nam się stale zdawało, że to już, że za chwilę dojdziemy i w związku z tym nie warto zatrzymywać się. Kondycję wszyscy mieli dobrą, na brak jedzenia nie narzekali.

tomekpu
23-02-2012, 12:23
dodawalo sie tez tam bakalie, musli, platki, czekolade, chrupki, wiorki kokosowe..
A skąd było brać takie delicje w latach 70 tych i początku 80. Kisiel był bez cukru. Po zastygnięciu ułatwiał ewentualny transport tej potrawy w kociołku:-P
Do gotowania używany był prymus made in USSR.

tomas pablo
23-02-2012, 13:10
ów prymus / chyba chodzi o ten benzynowy...:mrgreen: / był luksusem ;) . Ja korzystałem z takiego palniczka na denaturat, a najczęściej po prostu z ogniska

tomekpu
23-02-2012, 14:47
Luksusem to nie wiem, ale ile atrakcji zapewniał. W domu gdzieś powinienem mieć jeszcze nówkę nie śmiganą, hehe.

trapcio
23-02-2012, 15:22
Motyw z brakiem chleba mogę wytłumaczyć na przykładzie moje wioski (Świętokrzyskie) w której się wychowałem. Po prost uw takich miejscach kupują tylko miejscowi i sprzedawca doskonale wie ile bochenków mu pójdzie, a czasami nawet są "zapisy" na drugi dzień. Nic się nie marnuję, ale za to jest problem gdy ktoś chce więcej. O ile w Niskim jednak częściej można spotkać turystów i sklepu mają już "nadwyżki" tak w moje rodzinnej wiosce, prawie w centrum Polski, dalej po godzinie 7-mej już się chleba nie kupi, może czas tam wrócić żeby szukać "dziczy" :)

Wojtek Pysz
23-02-2012, 17:36
Motyw z brakiem chleba mogę wytłumaczyć na przykładzie moje wioski (Świętokrzyskie) w której się wychowałem. Po prost uw takich miejscach kupują tylko miejscowi i sprzedawca doskonale wie ile bochenków mu pójdzie, a czasami nawet są "zapisy" na drugi dzień.
Właśnie przywieźli chleb. Do sklepu go nikt nie wnosił.

http://ciekawe.tematy.net/1982/BM-82_0008.jpg

buba
23-02-2012, 18:53
duzo bym dala by moc stac w tej kolejce! alez musial byc zapach!!! (chleba, koni, bezfiltrowych fajek...prawdziwego zycia...)

Wojtek Pysz
23-02-2012, 19:29
alez musial byc zapach!!! (chleba, koni, bezfiltrowych fajek...prawdziwego zycia...)
Gratuluję spostrzegawczości (że bezfiltrowe). Ten pan ze "Sportem" w zębach sprzedawał chleb. W przeciwieństwie do chleba, zapach Sportów był taki sobie ;)

Browar
23-02-2012, 20:31
Ale przynajmniej było od razu wiadomo że to Sporty,a nie tak jak dzisiaj jakieś pedalskie perfumowane fajki :twisted:

mavo
23-02-2012, 21:52
W okresie wakacji jeździłem takim wozem z moim sąsiadem.Co za wspomnienia.Ladowaliśmy po dwa bochenki złaczone spodami.Trzeba było wykazać się niemałą precyzją aby zmieścić 500 sztuk.Zapach pamietam do dzisiaj.No ale to był chleb nie takie współczesne sterylne badziewie.
Sanepidu nie było. :mrgreen:
ps wydaje mi się że facet pali giewonty

Pyra.57
23-02-2012, 23:17
albo extra mocne bez filtra.

Miejscowy
01-03-2012, 20:32
jak dawniej jeździłem rowerem, zaznałem zjawiska "odcięcia prądu", zachodzi nagle, nagle człowiek nie ma siły na nic. Powodem jest brak odżywiania, lub brak odpowiedniego odżywiania (np. same słodycze). Czytałem później, że może się to skończyć nawet zasłabnięciem.
Z drugiej strony, równie niebezpieczne jest obżerać się przed wysiłkiem - kiedyś było to dla mnie oczywiste, ale ostatnio zapomniałem i właśnie taką głupotę popełniłem..

Basia Z.
01-03-2012, 21:19
jak dawniej jeździłem rowerem, zaznałem zjawiska "odcięcia prądu", zachodzi nagle, nagle człowiek nie ma siły na nic. Powodem jest brak odżywiania, lub brak odpowiedniego odżywiania (np. same słodycze). Czytałem później, że może się to skończyć nawet zasłabnięciem.
Z drugiej strony, równie niebezpieczne jest obżerać się przed wysiłkiem - kiedyś było to dla mnie oczywiste, ale ostatnio zapomniałem i właśnie taką głupotę popełniłem..


Mi się kiedyś zdarzyła taka sytuacja.
Byliśmy w Górach Marmaroskich w 7 osób, w tym 3 kobiety w różnym wieku od 30 do 50, mój 16-letni wtedy syn (ten sam co wcześniej w Beskidzie Niskim) i trzech facetów w różnym wieku od 25 do 35.
Trasa była dość męcząca, jedliśmy tego dnia obfite śniadanie rano, potem również obfity podwieczorek z kanapek ok godz. 17 i potem tylko jakieś czekoladki.
Do miejsca planowanego noclegu doszliśmy około północy, z tym że ostanie 15 km to był marsz drogą po płaskim, a potem jeszcze podjechaliśmy stopem 5 km.
Cały czas z ciężkimi plecakami.

Wszyscy byli zmęczeni i głodni ale bez przesady. Ja osobiście gdyby trzeba było mogłabym iść jeszcze kolejne 10 km byle po płaskim.
Doszliśmy do miejscowości, ja z koleżanką poszłam szukać noclegu, dwóch kolegów zostało przy plecakach, koleżanka z moim synem przy drugiej części plecaków i stopniowo je przenosili na jedno miejsce. Wracamy, a tu się okazało że jeden z tych kolegów (bodajże 32-letni) w tym czasie zemdlał, a drugi go ratuje (ten drugi był lekarzem).
Sam mówił ze zemdlał z głodu, bo od 17 do północy nie jadł.

Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam.

Od razu dostał ciepłą, osłodzona herbatę, jakiś batonik, a ponieważ znalazłyśmy ten nocleg to na miejscu noclegu jakieś kromki.

Potem w ciągu kolejnych dni bardzo na niego uważaliśmy (a przez przypadek zrobiliśmy trasę 22 godzinną) i co chwilę go pytali czy nie jest głodny.

Dla mnie ten facet był tak "na oko" jednym z najsilniejszych członków naszej wycieczki, a tu się okazało nieco dziwnie.

buba
02-03-2012, 00:16
Sam mówił ze zemdlał z głodu, bo od 17 do północy nie jadł.

Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam.

.

to chyba nic dziwnego? nie wyobrazam sobie przez 7 godzin nic nie jesc- nawet jakbym miala lezec i sie nie ruszac, a co dopiero przy wysilku!

To chyba w pewnym sensie jest odpowiedzia dlaczego na kazdym wyjezdzie mamy takie wyladowane i ciezkie plecaki- zawsze sie zastanawialam jak inni sie pakuja na rumunski czy ukrainski wyjazd w plecak 60 l a wyglada na to ze inni ludzie mniej i rzadziej jedza! a zarcie jest ciezkie jak szlag!

Basia Z.
02-03-2012, 08:47
to chyba nic dziwnego? nie wyobrazam sobie przez 7 godzin nic nie jesc- nawet jakbym miala lezec i sie nie ruszac, a co dopiero przy wysilku!



Mi się to zdarza codziennie, przeważnie ostatni posiłek jem o 18 a potem dopiero rano około 8 i nie widzę w tym nic dziwnego.
Przecież w nocy nie jem.

buba
02-03-2012, 11:58
Mi się to zdarza codziennie, przeważnie ostatni posiłek jem o 18 a potem dopiero rano około 8 i nie widzę w tym nic dziwnego.
Przecież w nocy nie jem.

w nocy jak sie spi to jednak troche co innego.. chyba inne jest spalanie podczas snu a inne podczas zapychania z plecakiem przez gory..

Pyska
03-03-2012, 02:16
Buba to chyba masz tak jak ja. Kiedy jestem w górach to najchętniej jadłabym co 2 godz w porywach do 3, natomiast w codzienności będąc nieraz po 20 h/d jem dwa do 3 posiłków. Zdarzało mi się, że nie jadłam na 8 godz nic szlaku w górach zwłaszcza latem, ale od razu miałam silne bóle głowy jakbym miała zasłabnac, a batoniki i słodycze nigdy nie zastąpią pożywnej kanapki, bo to tylko takie oszukiwanie żoładka.

buba
04-03-2012, 19:36
Buba to chyba masz tak jak ja. Kiedy jestem w górach to najchętniej jadłabym co 2 godz w porywach do 3, natomiast w codzienności będąc nieraz po 20 h/d jem dwa do 3 posiłków. Zdarzało mi się, że nie jadłam na 8 godz nic szlaku w górach zwłaszcza latem, ale od razu miałam silne bóle głowy jakbym miała zasłabnac, a batoniki i słodycze nigdy nie zastąpią pożywnej kanapki, bo to tylko takie oszukiwanie żoładka.

To mamy podobnie.. W gorach tez bym jadla co 3 godziny :) Acz kanapka to tez nie jest porzadny posilek, najlepiej cos ugotowanego na butli na cieplo, jakis ryz,, makaron z sosem, serem.. Tak normalnie to tez zwykle jem dziennie z 5 posilkow. Wiec opowiesci Basi robia na mnie wrazenie jakis obozow przetrwania, gdzie jedyna mysla i marzeniem zaczyna sie jawic obgryzanie kory z drzew ;)

coshoo
04-03-2012, 21:21
Wszystko zależy od organizmu jak widać. Ja łażąc po górach zazwyczaj jadam dwa konkretne posiłki: rano i późnym popołudniem już na biwaku. Więc te 7+ godziny pomiędzy to nic nadzwyczajnego. Oczywiście w międzyczasie coś tam przegryzę jakąś czekoladą, rodzynkami czy kanapką na szybko jak głód przyciśnie.

Pyska
05-03-2012, 00:47
Buba dokładnie, zawsze dobrze wrzucic w plecak palnik,gary i zupkę chińską. Nie ma jak coś na ciepło

Basia Z.
09-03-2012, 15:19
Wykopałam na dysku ponad setkę zdjęć z tego wyjazdu. Pokażę kilkanaście.
Rzecz w tym że nie jestem autorką tych zdjęć, o ile dobrze pamiętam jest nią kursantka /obecnie przewodniczka Ania.

https://lh4.googleusercontent.com/-Ed1WZ9slLkw/T1n8QwzDxuI/AAAAAAAAAaM/QGtOy-1zy4g/s912/02.04%2520PICT0744.JPG


To ja z moim Młodym o 6 lat młodszym niż teraz (ja też 6 lat młodsza)


https://lh3.googleusercontent.com/-gFBDNvc_EqU/T1n-fttfDXI/AAAAAAAAAaY/0loxAblTPwc/s912/02.04%2520PICT0745.JPG



https://lh3.googleusercontent.com/-ZvO5_Rn02Gg/T1n-mrhDaqI/AAAAAAAAAak/cX9GfjRkSVE/s912/02.04%2520PICT0748.JPG



https://lh3.googleusercontent.com/--d_pJyFvaOs/T1n-qAvxX4I/AAAAAAAAAaw/M0jDKRsvpnI/s720/02.04%2520PICT0751.JPG


To chyba każdy wie co to i gdzie to jest :)


https://lh4.googleusercontent.com/-OJk9wvWMnWU/T1n-ve3N61I/AAAAAAAAAa4/z9YbEBlGaDE/s720/02.05%2520PICT0768.JPG


Mój Maciek:


https://lh3.googleusercontent.com/-rk-2-ssfTrc/T1n-6jDX6CI/AAAAAAAAAbE/SHGapNfj93M/s720/02.06%2520PICT0804.JPG


Miejscami było tyle śniegu:


https://lh4.googleusercontent.com/-ggcjn46NcXk/T1n-9xp_fUI/AAAAAAAAAbQ/-8Q5WLnmm7c/s912/02.06%2520PICT0836a.JPG


Cała ekipa w schronisku w Chyrowej


https://lh4.googleusercontent.com/-jXI47naCT7Q/T1n_GVh1miI/AAAAAAAAAbs/gI4khV0DZ7M/s912/02.06%2520PICT0843.jpg



https://lh4.googleusercontent.com/-KnqCi8om10g/T1n_L3aLxTI/AAAAAAAAAb0/ynNgm5-4gzU/s720/02.07%2520PICT0881.jpg


Teraz nastąpiła przerwa w zdjęciach i cała ta nocna akcja, którą opisałam w pierwszym poscie wątku.
Kolejnego dnia zwiedzaliśmy skansen:



https://lh3.googleusercontent.com/-fPGIdOa89Zc/T1n_Qi43utI/AAAAAAAAAb8/5e32TcJiaY8/s912/02.08%2520PICT0913.jpg


W schronisku "Zaścianek" w Jaśliskach


https://lh3.googleusercontent.com/-QJqmglhPutQ/T1n_VPhB9SI/AAAAAAAAAcE/6e00h2kmU38/s912/02.09%2520PICT0970.jpg


Zabawy na śniegu:


https://lh5.googleusercontent.com/-WnRzMXfF8gE/T1n_ZRDGZnI/AAAAAAAAAcM/o4KptRrNw0Q/s912/02.09%2520PICT0981.jpg


Pod Kamieniem nad Jaśliskami:


https://lh4.googleusercontent.com/-DHVODuxLSXM/T1n_dtgYTWI/AAAAAAAAAcU/7WHuChPuumc/s912/02.09%2520PICT0983.jpg


Znowu w schronisku "Zaścianek":


https://lh3.googleusercontent.com/--xyYOayFv88/T1n_i7eiGQI/AAAAAAAAAcc/aQLK5AUFQcQ/s912/02.09%2520PICT0985.jpg


Czekamy na autobus z Jaślisk do Stasiani:


https://lh3.googleusercontent.com/-V7IpIsOuZCE/T1n_m3teEgI/AAAAAAAAAck/IvxieoyTrlA/s912/02.10%2520PICT1010.jpg


Pulpa na Piotrusiu:


https://lh4.googleusercontent.com/-4z0gAgDkeus/T1n_qDqu0UI/AAAAAAAAAcs/5Ak5gurlD4M/s720/02.10%2520PICT1014.jpg


Ekipa koło Złotej Studni:


https://lh5.googleusercontent.com/-EAGe_cJ1L0U/T1n_zC3Dl5I/AAAAAAAAAc0/LWuuoqehkRg/s912/02.11%2520PICT1040.jpg


Powrót do domu:


https://lh3.googleusercontent.com/-zFvdI4QtUdA/T1n_2MG52EI/AAAAAAAAAc8/HWApcJ_5ScQ/s912/02.12%2520PICT1102.jpg


Basia