Zobacz pełną wersję : Pięć Stawów - tekst Jana Gondowicza
trzykropkiinicwiecej
12-03-2012, 16:15
Krótkie i dobre ... tekst Jana Gondowicza cytowany z cyklu pt. "Snobizmy" w Dwutygodniku, źródło na końcu.
Tak mi jakoś przyszedł, troszkę a propos dyskusji o Polaku za granicą... to może Polak w kraju...
Snobizm należy do zjawisk z zakresu różnicy ciśnień. Ciało wzdęte wywyższa się wobec wiotkich, te zaś żyją nadzieją, że spektakularnie sklęśnie.
Sylwester w Pięciu Stawach należał do imprez szczególnych. Dotrzeć do schroniska bywało niełatwo: dzień krótki, śnieg po pachy. Po dziesięciu godzinach marszu pewien wybitny grafik umyślił sobie biwak. Wygrzebał w pobliskim spiętrzeniu jamę, wlazł i czekał świtu. Niebawem usłyszał spod stóp dźwięki radia. Siedział na dachu! A para nowicjuszy zamarzła na śmierć, biedactwa, pod szopą agregatu, trzydzieści metrów od budynku.
Jedną z przyczyn stanowiły braki w sprzęcie. Ja na ten przykład naszałem czarny, gruby sweter, który obmarzłszy, grzał aż miło. Po użyciu stawiało się go w kącie jak półzbrojek. Nie tajał do wyjazdu: w „dziesiątce”, sali na sześćdziesiąt prycz, bywało nad ranem nie cieplej niż na dworze. Budziłem partnerów łykiem likieru bananowego do dzioba: odruch wymiotny wymiatał ze śpiwora każdego. Był to czas takich specyfików: karnawał gierkowski w pełni.
Kto nie miał żelastwa z wypraw, eksplorował rodzinne strychy. Mój partner Knociarz, dziś w Szwecji, autor obrazu w gamie podbitego oka, który przedstawiać miał Siklawę i wisiał (do góry nogami) w recepcji, posiadał bacowską ciupagę. Kolega Wujo – czekan po Klemensiewiczu, lecz nadłamany. Co do mnie, miałem czekan od starego Zubka z Krupówek, spawany z łyżwy i osadzony na jesionowym kołku, który z czasem wyboczył się i zzieleniał, gotów wypuścić pączki. Chylę czoło przed wytwórcami lin technicznych z Bielska, które, acz plątliwe i białe jak glisty, pod nikim się jakoś nie urwały. A okazji nie brakło.
Towarzystwo sylwestrowe było z grubsza stałe, począwszy od wielkiego Jana Strzeleckiego, a kończąc na najmłodszym z braci Karpińskich, Marku. Bywalcy spoza elity koczowali na korytarzach. Tak poznałem wielką prawdę, że na schodach układać się należy u góry. Bo wchodzącego usłyszy się przed nadepnięciem, a schodzący na tobie się potknie, a spadnie na tych niżej. Warunki nie psuły nastrojów. Wciąż spotykam weteranów, co gratulują mi nagrody za gaszenie świecy wydmuchiwaną szufladką pudełka od zapałek (to było naprawdę trudne) lub za sonet jednozgłoskowy.
I oto pewnego wietrznego wieczora, gdy nieświadoma niczego zbiorowość cieszyła się życiem i spożyciem, drzwi jadalni rozwarły się z brzękiem i do wnętrza wkroczył ALPINISTA. Miał na sobie od stóp do głów kombinezon pomidorowy, wydający nieziemski szelest, niżej buty nie z tej ziemi, na łbie haubę z napisem MONT BLANC. Krokiem Robocopa (którego jeszcze nie było) przeszedł izbę i na stół pełen nadżartych kiełbas, skór po serze, słoi smalcu tudzież blaszanych kubków, cisnął CZEKAN. Chromowany, oślepiający cud na modrym, oblanym plastikiem stylisku, ze skaczącym do oczu napisem ALPELIT.
Setka luda zamilkła jak gromem rażona. Wyczekawszy stosowną pauzę, przybysz odsłonił oblicze i objawił się jako kolega S., student uczelni o profilu twórczym, mający na naszą zgubę tatę w handlu zagranicznym. Rodzic nadszarpnął widać wsad dewizowy i pociecha zadała szyku w porażającym stylu.
Nazajutrz ruszyliśmy w teren. Pierwsze skały przyniosły nam pierwszą pociechę. Przebiwszy lód, cud-czekan palnął w caliznę i w środku coś się urwało. Odtąd każdemu ruchowi towarzyszył odgłos turlania się nitu w duralowej rurze: ciurulululu! do góry i rulululupik! na dół.
Dzień później był transport umrzyka. Na naszych oczach spadł fujara ze Świnicy aż do stawu. Pierwszy raz widziałem śmigłowiec w akcji. Popiołem z pieca wysypaliśmy pod schroniskiem na lodzie wielki prostokąt, przyleciał Augustyniak spojrzał na mgły buszujące pod Zawratem i orzekł: „Nie lecę!”. Po czym odfrunął. Z nocnego spuszczania przez próg, w trakcie czego ofiara rozstała się z życiem, kolega S. wrócił z czekanem-kolczatką. Obciążona toboganem lina poszarpała barwną okrywę styliska, zrobioną, jak się okazało, z włókien szklanych. Nie sposób było wziąć tego do ręki. Po użyciu żyletki efekt był jeszcze gorszy: spod tworzywa wylazł metal. Ulżyło nam.
A potem nastąpił wielki finał. W owiewanym zadymką urwisku Kozich Czub stałem akurat pod kolegą S., forsującym spiętrzenie, gdy nagle coś dźwiękło i furkło. Złowieszczy szpikulec przeleciał mi tuż przed nosem. To w konfrontacji z Tatrami prysnął dziób szwajcarskiego czekana. Wykonałem skok w bok, straciłem równowagę. W ostatniej chwili za pagon milicyjnej ortalionowej kurtki z podpinką, nabytej w Rembertowie i wkładanej tylko na najgorsze urwanie torby, złapała mnie koleżanka imieniem Agnieszka Chwyt Buldoga, potrząsnęła w powietrzu i ustawiła do pionu.
Parę godzin później udałem się z Agnieszką Chwyt Buldoga do upatrzonej zaspy za schroniskiem, dobyłem ze śniegu tajemną flaszkę czystej i zdrowo łyknęliśmy oboje. Wódka spływała w przełyk jak oliwa. Świat znów był piękny i nasz. Urwany pagon powiewał jak sztandar.
JAN GONDOWICZ, krytyk literacki, tłumacz i wydawca. Autor bestiariusza „Zoologia fantastyczna uzupełniona” – książki-hołdu dla Jorge Luisa Borgesa oraz dwóch zbiorów esejów: „Paradoks o autorze” oraz „Pan tu nie stał”. Mieszka na warszawskim Mokotowie. Jego hobby to wspinaczka wysokogórska, koty oraz domowa hodowla królików i skoczków pustynnych.
Źródło:http://www.dwutygodnik.com/artykul/2736-snobizmy-piec-stawow.html
dobre... nawet bardzo dobre!!
acz bardzo ciekawe czy teraz tam 90% populacji nie siedzi szeleszczac membranami i polerujac chromowe czekany ;)
Tam już w zasadzie nie ma wspinaczy.I tak nie mieli by gdzie się podziać.
Basia Z.
13-03-2012, 09:31
Nie wiem z jakich lat pochodzi ten fragment prozy, ale ja jeszcze miałam przyjemność zaznać tej atmosfery pod koniec lat 70.
Np. spaliśmy w 4 osoby w szafie, bo już nigdzie indziej nie było miejsca.
1 maja 1982 zrobiliśmy pochód pierwszomajowy wokół stawu, a śniegu było wówczas 2 metry.
I też na stawie lądował helikopter.
Dużo by pisać.
Nie wiem z jakich lat pochodzi ten fragment prozy, ale ja jeszcze miałam przyjemność zaznać tej atmosfery pod koniec lat 70.
Np. spaliśmy w 4 osoby w szafie, bo już nigdzie indziej nie było miejsca.
1 maja 1982 zrobiliśmy pochód pierwszomajowy wokół stawu, a śniegu było wówczas 2 metry.
I też na stawie lądował helikopter.
Dużo by pisać.
pisz duzo!!! ja chetnie kazda ilosc przeczytam! a jakby jeszcze poparte zdjeciami... :-)
Basia Z.
14-03-2012, 14:53
pisz duzo!!! ja chetnie kazda ilosc przeczytam! a jakby jeszcze poparte zdjeciami... :-)
Zdjęć to niestety nie mam.
Jak znajdę czas jutro to napiszę.
Np. spaliśmy w 4 osoby w szafie, bo już nigdzie indziej nie było miejsca.
No wiesz,to zaszczyt Was kopnął :) Normalnie to szafa była okupowana.
Właśnie w piątek zaloguję się w Piątce,będziem wspominać o starych karabinach ;)
Pierogowy
14-03-2012, 21:47
hallo;
ja wprawdzie też troszkę pamiętam ,ale bardziej z opowiadań niż z reala:lol: ;
najczęściej kiblowałem w sylwestra pod Betlejemką a czasem na Rusinowej...;
moje pokolenie wychowało się na jedynych bohaterach okresu- czyli polskich himalaistach, a naśladowało Marcisza i Korczaka :-D i ich" Deklaracja Nieśmiertelności" śniła mi się po nocach nie raz,nie dwa:lol:
ale czy ktoś pamięta tą scenę ze SPIRALI Zanussiego ?( to wprawdzie Morskie,ale klimat jakichś zbliżony )
http://www.youtube.com/watch?v=1XzzjAJ1lco
trzykropkiinicwiecej
14-03-2012, 22:15
Mając świadomość, że historia ma naturę spiralną, nie odparcie krąży mi po głowie myśl, że takie czasy , tacy ludzie, taki klimat... już nie wrócą, jak zatoczy koło to ich forma zmieni się na tyle drastycznie, że już nie będzie Tego czuć. Ale mogę się mylić, obym się mylił.
Basia Z.
14-03-2012, 23:21
No dobra, póki mnie mąż od komputera nie wyrzuci spróbuję napisać w odcinkach ;)
Po mrocznej czerni stanu wojennego wszyscy tęsknili już od dawna do wyjazdu w góry.
Zbliżał się weekend majowy roku 1982 (nie tak długi jak teraz ale zawsze można było połączyć dzień 1 maja z sąsiadującym weekendem co dawało przynajmniej 4 dni wolnego).
Zaopatrzywszy się w Oddziale Uczelnianym PTTK Gliwice w delegacje do Doliny Pięciu Stawów Polskich, co pozwalało na wjazd do strefy nadgranicznej wyruszyliśmy w Tatry dwa dni wcześniej, jeszcze przed rozpoczęciem "długiego weekendu" wraz z moim panem - czyli Belfegorem i naszym kolegą Arturem.
Dzień wcześniej niestety nastąpiło załamanie pogody i spadło mnóstwo mnóstwo świeżego śniegu.
Nocnym pociągiem z trzema przesiadkami (w Bielsku, Żywcu i w Suchej Beskidzkiej, gdzie na dworcu w ciągu godziny oczekiwania na kolejny pociąg obowiązkowo zjedliśmy żurek stryszawski) dojechaliśmy około 7 rano do Zakopanego.
Autobus zmierzający z Zakopanego na polanę Włosienica był prawie pełen ludzi z plecakami, na Wierch Porońcu tradycyjnie wsiedli do autobusu żołnierze WOP aby sprawdzić przepustki do strefy nadgranicznej, bez których w Tatry nie było wstępu. Jak się okazało wszyscy pasażerowie autobusu mieli delegacje albo do Morskiego Oka, albo do schroniska w Roztoce albo też do Doliny Pięciu Stawów Polskich.
Wysiedliśmy przy Wodogrzmotach i rozpoczęli podejście, było przed południem.
Droga pod próg doliny była wprawdzie przysypana śniegiem mniej więcej po kolana, ale ktoś przed nami już szedł, więc nie trzeba było przecierać. W około godzinę osiągnęliśmy miejsce gdzie zaczyna się kolejka towarowa.
Tam z daleka już widać było dwóch turystów, którzy usiłowali podejść pod górę drążąc dosłownie tunel w śniegu, który na progu był mniej więcej po ramiona. Z radością powitali oni posiłki, które przybyły im z odsieczą.
Dalsza "walka" wyglądała tak.
Prowadzący na tym odcinku zdejmował plecak, rzucał się w śnieg i kopał w nim tunel, po czym wycofywał się krok i z impetem rzeźbił kolejny kawałek. Po około 10 m następowała zmiana prowadzącego. Jako kobieta byłam na szczęście z tych działań zwolniona, za to ciągnęłam za sobą z tyłu plecak prowadzącego (co też nie bylo proste, gdyż wszystkie plecaki ważyły po ok. 30 kg). Podejście w taki sposób mniej więcej wzdłuż czarnego szlaku pod skaly zajęło nam około 6 godzin, zaczynał już zapadać zmierzch.
Niestety prowadzący pomylił trasę i zamiast przejść tak jak się chodzi w zimie - na lewo od skał poszedł szlakiem letnim popod skałami w prawo wprost do schroniska.
Wtedy w zapadającym zmierzchu dało się słyszeć donośny głos:
"Co za ch... do k... nędzy tak lezie".
Przed schronisko wyszedł sobie zapalić Hierzyk, który w tym czasie pomagał przy obsłudze schroniska i zobaczył zbliżającą się grupę.
Zbliżyliśmy się do schroniska
"Belfegor ty ch ... upier...lisz grupę" odezwał się Hierzyk przyjaźnie.
Schronisko było na razie prawie puste, w kazdym razie podłoga była prawie cała wolna.
Wiadomo było że dojedzie jeszcze około dwudziestka naszych znajomych z "Harnasi", więc przydzielono nam największą salę chyba 50-osobową, gdzie wolnych było jeszcze około 10 łóżek.
Zajęliśmy strategiczne miejsca pod samą szafą, kolega na łóżku, my z Belfegorem na podłodze, na karimatach (mieliśmy już wtedy karimaty kupione rok wcześniej we Francji za równowartość całej mojej pensji informatyka).
Kolejnego dnia dojechało więcej osób z naszej grupy, pogoda była nadal paskudna, chociaż śnieg już nie sypał, była bardzo silna mgła, więc poszliśmy tylko na spacer. Jednocześnie w schronisku zaczęło się mocno zagęszczać, na naszej przestrzeni pod szafą (około 2 x 2 m) przyjęliśmy dwie kolejne osoby - kolegę z dziewczyną.
Ciąg dalszy nastąpi ;)
Zbliżał się weekend majowy roku 1982 )
a za miesiac juz bede na swiecie ;)
Mając świadomość, że historia ma naturę spiralną, nie odparcie krąży mi po głowie myśl, że takie czasy , tacy ludzie, taki klimat... już nie wrócą, jak zatoczy koło to ich forma zmieni się na tyle drastycznie, że już nie będzie Tego czuć. Ale mogę się mylić, obym się mylił.
mam nadzieje ze sie mylisz... choc patrzac co sie dzieje wokolo to bardzo słaba nadzieja.. ale ponoc nigdy nie warto jej tracic calkiem...
a moze dozyjemy takich dni gdy wynajdą podroze w czasie? ;)
Basia Z.
15-03-2012, 17:10
Ciąg dalszy:
Kolejnego dnia, a był to 30 kwietnia, pogoda trochę się poprawiła - było mroźno, śnieg już nieco zleżały, lekka mgiełka. Do naszej grupy dojechało z samego rana kilka kolejnych osób (trasa do schroniska była już przetarta, więc szli w nocy) tak więc po śniadaniu, około 8 rano wyszliśmy na dłuższą wycieczkę.
Szedł "tramwaj" około 15-osobowy (w tym dwie kobiety). Na czele Belfegor, na końcu inny doświadczony kolega.
Doświadczenie uczestników było różne - od takich co byli już w Alpach i przeszli nie jedną zimową trasę tatrzańską, po kilku takich, którzy dopiero pierwszy raz wybrali się na wędrówkę po Tatrach zimą.
Celem wycieczki był Szpiglasowy Wierch przez Liptowskie Mury - zaczęliśmy od Czarnej Ławki, przez Kostury (poprzedniego roku w nieco innej grupie przeszliśmy tą samą trasę przy pięknej pogodzie i małej ilości śniegu od Gładkiej Przełęczy).
W niewielkim kominku wyprowadzającym od liptowskiej strony na grań trzeba było wszystkich kolejno przeasekurować więc trwało to i trwało zanim przeszło wszystkich 15 osób.
Po zejściu ze Szpiglasowego, na Szpiglasowej Przełęczy stanęliśmy w końcu około 16 i zaraz trzeba było schodzić aby jeszcze przed zmrokiem pojawić się w schronisku. Tymczasem szczyty w tym i Szpiglasową Przełęcz ogarnęła mgła.
Wbiliśmy w śnieg trzy czekany, stanął na nich najcięższy kolega , rzucili w zamgloną przestrzeń dwie związane liny na całą ich długość i wszyscy kolejno wchodzili w klucz francuski aby zjechać w niewiadome.
Ostatni schodził Belfegor, nie korzystając już z liny.
Tymczasem kolega, który zjechał pierwszy nie mogąc się widocznie doczekać reszty grupy skręcił w prawo i udał się w kierunku widocznego już z oddali schroniska trawersem wprost pod najbardziej lawiniastymi żlebami Miedzianego przecinając je wszystkie mnie więcej w 1/3 wysokości. Za nim pospieszyła reszta grupy.
Zjechałam na dół mniej więcej dziesiąta i zobaczywszy w która stronę poszedł starałam się go dogonić krzycząc "schodź na staw, na staw".
Był jednak przede mną dobrych 500 m i chyba nie słyszał.
Biegnąc za pierwszymi w grupie zobaczyłam na Wielkim Stawie dziwną grupę - cztery osoby ciągnęły pomiędzy sobą podłużny przedmiot długości człowieka, dookoła biegał pies.
Widzieli to wszyscy i chyba się zaniepokoili, w końcu przystanęli.
Wtedy udało mi się wreszcie dogonić czołówkę grupy, zawołałam "na staw" i nareszcie wszyscy kolejno usiedli na d..ach i zjechali na staw oddalając się co prędzej od zboczy Miedzianego.
W schronisku niestety okazało się że tego dnia czterej taternicy z Torunia udali się na wspinaczkę na Kozi Wierch i zjechali prawie spod szczytu z lawiną. Jedna osoba nie odniosła większego szwanku, była tylko lekko ranna, jedna poważnie ranna (otwarte złamanie nogi) dwóch taterników niestety zginęło.
To co widzieliśmy z góry to był transport wykopanych z lawiny zwłok do schroniska.
Kiedy dotarliśmy wreszcie do schroniska ciężko ranny został już odtransportowany przez kolejną grupę GOPR-owców na dół (niestety nie było możliwości transportu helikopterem w panujących warunkach), lżej ranna osoba pozostała w schronisku i czekała na transport kolejnego dnia, natomiast GOPR-owcy oraz część personelu wybierali się po zwłoki ostatniej osoby, które pozostały pod ścianami Koziego Wierchu.
Naszą grupę najpierw od góry do dołu opierniczono (zrobił to w żołnierskich słowach Hierzyk), bo GOPR-owcy widzieli ze stawu, którędy szliśmy i mieli poważne obawy czy nie będą musieli zaraz udzielać pomocy kolejnym osobom. Zaraz potem poproszono nas o pomoc w transporcie.
Poszli wszyscy panowie, zostałam tylko ja z koleżanką. Wychodzącą grupę żegnał Hierzyk wołając "Belfegor tylko nie upier.ol GOPR-u".
Postanowiłyśmy z koleżanką zrobić coś do zjedzenia dla naszych kolegów, będących na nogach od godziny 7 rano, tylko po śniadaniu.
Na pierwszy ogień zrobiłyśmy barszczyk, potem tradycyjną pulpę.
Ekipa powróciła po niespełna trzech godzinach zmordowana do imentu.
Kolega Tomaszek, który w życiu nie tknął buraczków ani barszczu na naszych oczach zjadł barszczyk i jeszcze pochwalił.
Podobno podchodząc pod ściany Koziego cały czas słyszeli "tąpnięcia" śniegu i mieli poważne obawy czy to wszystko nie zwali się na nich, jednak szli za GOPR-owcami.
Po powrocie wyciągnięto z plecaków butelki "kartkowej", okazja była smutna, ale no po prostu trzeba się było napić.
Tego dnia spać poszliśmy dobrze po północy. Miejsc w schronisku było coraz mniej, na fragment podłogi 2 x2 m przed szafą przybyły dwie kolejne osoby, wobec czego z Belfegorem przenieśliśmy się do szafy.
W nocy zajęte były całe schody, a ktoś spał również w ubikacji przed kabinami.
[ciąg dalszy nastąpi]
trzykropkiinicwiecej
15-03-2012, 18:23
cudownie, z tym barszczem oczywiście... pisz pisz,
ja wtedy byłem fasolką w łonie mojej Matki, i słuchałem co gadajom Baby we wsi
....Kolejnego dnia, a był to 30 kwietnia,....
Tymczasem kolega, który zjechał pierwszy nie mogąc się widocznie doczekać reszty grupy skręcił w prawo i udał się w kierunku widocznego już z oddali schroniska trawersem wprost pod najbardziej lawiniastymi żlebami Miedzianego przecinając je wszystkie mnie więcej w 1/3 wysokości. Za nim pospieszyła reszta grupy.
.... starałam się go dogonić krzycząc "schodź na staw, na staw".....Naszą grupę najpierw od góry do dołu opierniczono (zrobił to w żołnierskich słowach Hierzyk), bo GOPR-owcy widzieli ze stawu, którędy szliśmy i mieli poważne obawy ....[ciąg dalszy nastąpi]
Basiu , super wspomnienia ...ach
ps.poszedł na wprost , spieszyło mu się do schroniska, skróty czasem mogą drogo kosztować:roll: , ale...
a op...l w "żołnierskich słowach" brzmiał zapewne tak...."ch..e którędy to się schodzi!!!!! k...a!!! po...ło was , życie wam nie miłe" ;)
Basiu, co za opowiesc! az nabralam smaka na barszcz! ja bym pewnie w taka zime z moja kondycja i tchorzliwym charakterem nie wyszla zbyt daleko poza schronisko i szykowala zarcia dla reszty ekipy- ale to by mi w pelni wytarczylo :-) tylko moc byc w takim miejscu, wsrod takich ludzi, w takiej szafie :-)
czekam na ciag dalszy!
Pierogowy
15-03-2012, 19:12
[ciąg dalszy nastąpi]
Basiu,ducha gór obudziłaś!!!
aha,dodam jeszcze ...
http://galeria.serwertomeks.nazwa.pl/zp-core/full-image.php?a=inne&i=db2d42f50982cdabab9b2e373bc57a0b.jpg&q=75
Basia Z.
15-03-2012, 20:34
[Dzień kolejny]
Kolejnego dnia, a był to pierwszy maja, od rana wstało piękne słońce i zrobiło się ciepło.
Widoki były przepiękne, masy śniegu wisiały na wszystkich zboczach ponad schroniskiem, a z dołu wciąż dochodzili nowi turyści.
W sytuacji jaka była nie sposób było wyjść gdziekolwiek w góry, dyżurny GOPR-owiec zawiesił "czwórkę" na tablicy ze stopniem lawinowym.
Około 10 na Przednim Stawie lądował helikopter. Lód był jeszcze taki mocny że lądować mógł bezposrednio na tafli stawu. Zabrano do szpitala rannego we wczorajszym wypadku oraz kilku GOPR-owców do bazy w Zakopanem.
Pierwszy raz miałam okazję widzieć helikopter z tak bliska (potem jeszcze kilkakrotnie), czapkę zerwało mi z głowy i poturlało po stawie.
Potem z czerwoną kurtką nad głową urządziliśmy pochód pierwszomajowy chodząc wokół stawu i śpiewając różne zaangażowane pieśni - od Międzynarodówki, poprzez piosenkę o Hucie Katowice aż do Pierwszej Brygady.
Wznosiliśmy równie okrzyki dość antykomunistyczne.
Potem coś zjedliśmy, dwóch kolegów z naszej grupy znalazło w schronisku partnerów do brydża, reszta się nudziła.
Postanowiliśmy wyjść ze schroniska tylko trochę ponad Świstową Czubę, aby w spokoju poopalać się na słońcu bez tłumu turystów, bo ten "długoweekendowy" tłum zaczynał nas już denerwować.
Podeszliśmy może pół godzinki bezpieczną grzędą pod górę, wygodnie się rozsiedli na zboczu w pobliżu dużego kamienia, wyjęli z plecaków różne dobre maszkety, znalazła się też jakaś nalewka, kilka termosów z kawą i herbatą, kilkanaście kartkowych czekolad.
W tamtym okresie było tak, że na co dzień jadło się w zasadzie byle co, natomiast wszelkie najlepsze "zdobyte" słodkości i różne smaczne rzeczy zabierało się zawsze na wycieczki w góry. Nigdzie nie jadłam tak dobrego jedzenia jak w górach w czasach najcięższego kryzysu.
Siedzieliśmy sobie na słonku, gadali, opowiadali kawały, podjadali czekolady, popijali kawę i nalewkę, co jakiś czas jak się komuś chciało siusiać to chodził za duży kamień położony jakieś 10 m od naszego miejsca odpoczynku.
Trochę tylko nas coś intrygowało.
Na Przednim Stawie, jakieś 30 m od jego brzegu, widać było wydeptane kółko. Co jakiś czas wychodził ktoś ze schroniska, czasem była to jedna, czasem dwie, czasem trzy osoby, stawali w tym kółku i jakiś czas stali. Nie wiadomo po co. Zastanawialiśmy się na co to kółko i co te osoby tam robią.
Chciało się nam już wracać do schroniska, bo już się nam trochę nudziło, ale tuż koło nas wprost do schroniska zaczynała się szeroka rynna - wymarzone miejsce na dupuzjazd.
Dopóki słońce świeciło na rynnę - była ona niebezpieczna, bo śnieg był miękki i mógł polecieć, czekalismy aż słońce schowa się za grań, wtedy śnieg niemal błyskawicznie twardniał (był taki w zacienionych miejscach) i dało się bezpiecznie i szybko zjechać na d... do schroniska.
W końcu po kilku godzinach doczekaliśmy się - i z wielką radością zjechali.
Czekali już na nas koledzy, ci od brydża.
- "Co tak długo tam robiliście ?"
- "Ano opalaliśmy się i czekali aż śnieg stwardnieje aby sobie zjechać"
- "Bo tu w schronisku afera, my sobie spokojnie gramy, licytujemy, a tu obok przy stoliku takie uwagi:
"Ono sobie spokojnie grają w brydża,a tam ich koledzy w śmiertelnym niebezpieczeństwie, nie umieją zejść"
Co raz to ktoś chodził na staw aby was obserwować. W końcu wychodzę i ja na staw patrzę przez lornetkę i widzę że coś jecie, Basia się śmieje.
Ktoś idzie za kamień a wtedy słyszę uwagi "o popatrz nie umie zejść, próbuje, cofa się".
Chcieli abyśmy zawiadomili GOPR, aby was sprowadził ale myśmy nie widzieli nic niebezpiecznego w tym co robicie".
To był niestety ostatni pełny dzień pobytu w Pięciu Stawach.
[
Potem z czerwoną kurtką nad głową urządziliśmy pochód pierwszomajowy chodząc wokół stawu i śpiewając różne zaangażowane pieśni - od Międzynarodówki, poprzez piosenkę o Hucie Katowice aż do Pierwszej Brygady.
Wznosiliśmy równie okrzyki dość antykomunistyczne.
(..)
Siedzieliśmy sobie na słonku, gadali, opowiadali kawały, podjadali czekolady, popijali kawę i nalewkę, co jakiś czas jak się komuś chciało siusiać to chodził za duży kamień położony jakieś 10 m od naszego miejsca odpoczynku.
.
w takim chodzeniu po gorach to bym sie napewno odnalazła! :-)
jak tak bylo u Harnasi w latach 80-tych to bym skonczyla kurs z wyroznieniem! ;) ;) ;)
Nie bedzie ciagu dalszego??? :-( a moze napiszesz cos jeszcze o jakims innym wyjezdzie z dawnych lat??
tomas pablo
15-03-2012, 23:10
[QUOTE
W tamtym okresie było tak, że na co dzień jadło się w zasadzie byle co, natomiast wszelkie najlepsze "zdobyte" słodkości i różne smaczne rzeczy zabierało się zawsze na wycieczki w góry. Nigdzie nie jadłam tak dobrego jedzenia jak w górach w czasach najcięższego kryzysu.
.[/QUOTE]
..faktycznie !!! tak było !!! ..teraz przypomniałaś mi, być może nawet to ten sam rok był nawet, wybrałem się z kumplami na łazęgę , jeden z nas dżwigał ogromniastą taką staroświecką , skórzaną torbę lekarską. Była ciężka jak diabli....tak że na zmianę ją targaliśmy. Intrygowała nas jej zawartość. Bo tylko właściciel znał jej zawartość..... a torba zamknięta była na kłódkę ! dopiero jak taka parodniowa ulewa unieruchomiła nas w namiocie poznaliśmy wnętrze....konserwy, ananasy-frykasy, figi, czekolady , paczki tytoniu do skrętów- dary z zachodu, dla głodujących Polaków
pod reżimem jaruzelskim...do dziś czuję ślinkę
creamcheese
15-03-2012, 23:36
Niesamowicie przekazany klimat tamtych czasów...i tak sobie myślę...teraz pytają na necie o buty, plecaki, trasy, noclegi... Gdzieś ucieka czar, duch, nazwijcie to jak chcecie..ucieka ten niesamowity klimat niepewności bieszczad...począwszy od niepewności dostania się do pociągu ciuchciającego do Zagórza, niepewności humoru kierowcy pekaesu z UD do UG który potrafił warknąć "Z plecakami nie biorę" i WIELKIEJ IMPROWIZACJI przez całe życie...bo Bieszczady były życiem...są życiem
Taka przyśpiewka mi się w temacie z tamtych czasów przypomniała:
"Kasprowy,Kasprowy, wolę Pięcistawy
pie.dolę kolejkę, bo żem nie kulawy"
:twisted:
PS Już jutro będę ją wdrażał w praktyce ;)
Eh...łezka w oku się kręci. Pierwszego Sylwestra w gorach tam zaliczyłem:) Z niezapomnianym Hierzem i bandą-zbieraniną z całej Polski. Zaczynałem oczywiście na korytarzu ale...już po dwóch dniach miałem pozycję w zbiorówce na łóżku(!!) Fakt, że jeszcze z dwoma kumplami na dokładkę ale... A spanie w Szafie (qrde, to trzeba pisać z dużej litery) było ukoronowaniem pięciostawiańskiej ewolucji więc niechaj nikt nie narzeka;) I Kruszynka rano zbierająca pościel po 10-ce i wyprawy w Litworowy Żleb na śmietnisko po całkowicie dobre maszynki, latarki i inne graciwo, i spanie na werandzie, bo w schronisku pełno i smród nadpotężny.:D:D:D Setki wspomnień, dziesiątki ludzi radujących się po prostu życiem, górami i sobą. Szkoda, że zniknęło tamto schronisko...
Setki wspomnień, dziesiątki ludzi radujących się po prostu życiem, górami i sobą. Szkoda, że zniknęło tamto schronisko...
Jak czytam takie rozne wpisy to mam jedno wrazenie.. Ze glownie jest taka roznica ze kiedys w ludziach bylo wiecej radosci, cieszenia sie z zycia i wszystkiego wokol.. Dlaczego tak?
Bo nie gonili za pieniędzmi, bo nawet jakby chcieli to nie było jak;-)
to moja hipoteza;-)
Powered by vBulletin® Version 4.2.1 Copyright © 2026 vBulletin Solutions, Inc. All rights reserved.