PDA

Zobacz pełną wersję : Czarnohora 2014



luki_
26-06-2014, 19:42
Termin: 17 - 23.06.2014
Skład (jak na zdjęciu od lewej): Jarek, Łukasz, Marek, Ala
34887
Zakładana trasa: Szybene - Stoh - Pop Iwan - Howerla - Peremyczka - Kwasy.
Jak wyszło - o tym za chwilę.

Dosyć dawno nie udzielałem się na forum dłużej niż kilkoma zdaniami. Dlaczego? Najbanalniejsza odpowiedź to oczywiście "z braku czasu" - i niech tak zostanie. A w ciągu ostatnich dwóch lat były i Gorgany i dwa razy Bieszczady Wschodnie... . Śledziłem za to pilnie wypowiedzi i relacje innych - trzeba przyznać, że do zeszłego roku tyczących ukraińskich Karpat było sporo. Aż przyszedł rok 2014 ... i czyżby, jak napisał p. Kuba Węgrzyn "zamarł duch w narodzie?"???
Postanowiliśmy więc sprawdzić, jak TAM jest i co ciekawego słychać w ukraińskich Karpatach.... Wybór padł na Czarnohorę - tym razem potraktowaną całościowo (wg. podziału raczej sentymentalno-przedwojennego, niż ścisle naukowo - kartograficznego) - od Stoha po Pietros.

We wtorek 17.06 o godzinie 18 wyruszamy autobusem z Wrocławia. W Krakowie mamy przesiadkę do Przemyśla. Kilkanaście minut po 22 podjeżdża bus - miejsc na 8 osób - wraz z nami jest komplet pasażerów, więc jedna dodatkowa osoba rozkłada się wygodnie w dużej przestrzeni bagażowej busa. Ruszamy przed czasem. W Przemyślu mamy być planowo o 3.20 rano, ale kierowca pędzi, jakby chciał ustanowić rekord trasy. W Rzeszowie dwie osoby przesiadają się na busa do Sanoka; pan z bagażnika i jeszcze jedna osoba wysiedli już chwilę wcześniej. Wsiada za to nowy kierowca - ten jedzie już troszkę spokojniej. Ponieważ w nocy z Przemyśla do Medyki nie dociera oczywiście żadna komunikacja, tak więc zakładaliśmy pierwotnie dojazd na granicę taksówką. Udaje się nam jednak dogadać z kierowcą naszego busa i ten za drobną opłatą podwozi nas wszystkich (oprócz naszej czwórki w autobusie jedzie z nami jeszcze tylko jedna osoba, która też zresztą zdąża tam gdzie my) na przejście graniczne. W Medyce jesteśmy ok. 2 w nocy (trzecia czasu ukraińskiego), a pierwszy busik do Lwowa odjeżdża z Szegini po drugiej stronie "kordonu" dopiero o 5.45. Siadamy więc w knajpce i pijemy gorącą herbatkę. Zaczyna już świtać, kiedy ruszamy na przejście. Po drodze wymieniamy pieniądze. Na granicy pustki - przekraczamy ją z marszu i tylko gdyby nie to, że zbieramy się dość ospale po ukraińskiej kontroli paszportowej, postanawia nas jeszcze skontrolować ukraińska celniczka. W obyczajach ukraińskich pograniczników trochę się chyba zmieniło, gdyż padają przy tej okazji nigdy prze ze mnie nie słyszane tam słowa "proszę" i "dziękuję". Na "awtostancji" jesteśmy ok. 5 rano, kupujemy więc jeszcze pierożki, którymi delektujemy się przed czekającą nas podróżą.
34888
Kiedy podjeżdża marszrutka, zajmujemy miejsca z tyłu, żeby nie blokować swoimi plecakami wolnej przestrzeni stojącej dla dosiadających pasażerów.
Co ciekawe, mimo drastycznego spadku wartości ukraińskiej waluty, cena przejazdu pozostała bez zmian, czyli 23 hrywny. Ruszamy punktualnie. Jedziemy niecałe dwie godziny, ja głównie drzemiąc. We Lwowie pod dworcem jesteśmy tuż po 7.30 rano i udaje nam się zdążyć na autobus do Stanisławowa odjeżdżający o 7.35. Jedziemy tam ok. trzech godzin, z krótkim postojem w Rohatyniu . Obok dworca autobusowego34889
jest tu targ34890
, na którym można kupić żywe zwierzęta, np. prosiaki w workach, czy też malutkie kurczaki w tekturowych pudełkach; jedna pani po zakupie tychże dosiada się w autobusie do Jarka, któremu dalszą drogę umilają głośne pisklęta...
Na miejscu jesteśmy ok. godziny jedenastej, do odjazdu busa do Werchowyny, którym będziemy podróżować dalej mamy ok. godziny, idziemy więc kupić bilety na nocny pociąg z Rachowa do Lwowa, którym mamy zamiar wracać za cztery dni. Następnie udajemy się do kasy "awtowokzała" po bilety na busa. Marek zakupuje ostatnie dwa, kiedy podchodzę do kasy okazuje się, że dla mnie i dla Jarka już zabrakło... . Nie poddajemy się jednak i zgodnie z instrukcją kierowcy stajemy na ulicy tuż za szlabanem dworcowym i dosiadamy się "na łebka".
Podróż do Werchowyny to kolejne trzy godziny - ponieważ siedzę "na ziemi" umilam sobie ten czas spoglądając na wielki złoty krzyżyk zwisający na złotym łańcuszku spoczywającym w głębokim dekolcie siedzącej przede mną młodej pasażerki... . Po drodze mamy krótki postój w Jaremczu (nasz busik z lewej):
34891
Zgodnie z moim żądaniem, kierowca wysadza nas na skrzyżowaniu w Żabiem - Ilci, gdzie jeszcze ok. pół godziny oczekujemy na nasz ostatni tego dnia autobus - do Szybenego.
34892
Ok. 15.30 podjeżdża nasz wehikuł. Jedziemy jeszcze ok. 25 km, pokonując je w czasie ok. dwóch godzin. Droga o gruntowo - szutrowej nawierzchni malowniczo wije się w dolinie Czarnego Czeremoszu, czasem nasz kierowca musi zatrzymać się, żeby przepuścić jadący z naprzeciwka samochód. Często pojazdy mijają się "na styk" tuż nad urwiskiem nad Czeremoszem...
W Szybenem jesteśmy ok. 17.30 i od razu podchodzimy (a w zasadzie to oni podchodzą do nas) do pograniczników pilnujących szlabanu oddzielającego resztę Ukrainy od strefy przygranicznej. Żołnierze są mili, podają rękę - chyba coś jednak się tu pozmieniało... . Wyciągam z plecaka uszykowane wcześniej pismo z danymi uczestników wycieczki i planowanym przebiegiem trasy, którego kopię wysłałem przed wyjazdem do czerniowieckiego oddziału służby przygranicznej. Żołnierze pismo czytają, sprawdzają nasze paszporty i - życzą nam szerokiej drogi! Uff, udało się!
Przed wyruszeniem w trasę zachodzimy jeszcze do sklepiku, znanego np. z tej fotorelacji p. Wojtka Pysza: http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/8099-Dooko%C5%82a-Czarnohory-na-rowerze?p=146199&viewfull=1#post146199 (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/8099-Dooko%C5%82a-Czarnohory-na-rowerze?p=146199&viewfull=1#post146199) - ale, ale, ale! - coś jakby się tu nie zgadza - na fotografii p. Wojtka sklepik znajduje się w pewnym oddaleniu od szlabanu, tuż przy drodze, a tymczasem nasz jest przy samej zastawie, w głębi podwórka... 34893
Czyżby to nie ten sam sklepik? Ależ skąd, ten sam! Zmienił tylko nieco swoje położenie, nie wiem z jakich względów - czy to może problemy z własnością gruntów, a może miejscowi spece od marketingu poradzili przemiłej pani sprzedawczyni przeniesienie sklepu ze strefy przygranicznej ne teren właściwej Ukrainy tak, żeby większa rzesza klientów miała do sklepu wolny i nieprzegrodzony dostęp? W swojej relacji p. Wojtek napisał także "Sklep jak widać bardzo przyjazny turystom rowerowym. Takich stojaków zresztą jest wiele, zawsze stoją puste." Niestety prawdę tę potwierdziła także p. sprzedawczyni - w efekcie niewielkiego zainteresowania stojaki zlikwidowano.
W sklepiku zakupujemy jeszcze po litrowym piwie na głowę, a ja z Markiem dodatkowo jeszcze po półlitrówce poleconej przez panią horiłki "Pierwak".
Ruszamy w kierunku Pohorylca. Po drodze zatrzymuje nas jeszcze pani ze straży parku narodowego, u której zakupujemy bilety wstępu po 10 hrywien każdy.
Po około dwóch kilometrach jest przysiółek Pohorylec, a raczej to, co z niego zostało - jeden zamieszkany dom i zamknięta na głucho leśniczówka. Przy zamieszkałym domu pasą się krowy; jest tam też studnia. Ponieważ mamy zamiar rozbić się w okolicy, postanawiamy iść z Markiem i zapytać gospodynię o możliwość zaczerpnięcia pitnej wody. Mieszkanką chaty okazuje się być p. Olga - najwyraźniej bardzo uradowała się z naszego przybycia - szybko odgania krowy i wskazuje miejsce na namioty na własnej posesji. Olga przeprasza nas za swój "wskazujący" stan - ponoć wczoraj miała urodziny. Ponieważ nam chodziło tylko o wodę, więc staramy się grzecznie podziękować za gościnę, co jednak spotyka się ze zdecydowaną reakcją Olgi - "tu nigdzie nie można się rozbijać! - stąd wszędzie was wygonią!". -"Kto?" - pyta Marek. - "Separatisty!" - odpowiada Olga. Widząc, że kobiecie chodzi najwyraźniej tylko o możliwość napicia się z nami przy ognisku, postanawiamy czmychnąć, gdy ta wchodzi do domu. Samo napicie się z nachalną kobietą nie było by pewnie niczym złym, ale mamy zamiar z samego rana ruszyć w trasę, a tu nie wygląda, żebyśmy mieli się uwolnić od niej przed świtaniem... .
Dobre miejsce na nocleg znajdujemy kilkadziesiąt metrów dalej, za drzewami tak, żeby być niewidocznymi z domu Olgi.
34894
Kiedy rozkładamy namioty, spotykamy wędrującego od strony klauzy Szybene turystę, którym okazuje się być współautor kultowego już przewodnika "Powroty w Czarnohorę" i jeden z redaktorów "Płaju" p. Leszek Rymarowicz. Otrzymujemy od niego gratisowo kilka "wigówek" i ucinamy krótką pogawędkę - okazuje się, że akurat teraz w Czarnohorze mają swój zlot członkowie Towarzystwa Karpackiego.
Wieczorem palimy jeszcze ognisko, myjemy się w potoku i zasypiamy pod rozgwieżdżonym niebem Czarnohory. Cel na jutro - Stoh!
C.D.N.

coshoo
26-06-2014, 21:55
Poczułem ukłucie nostalgii za Ukrainą.

don Enrico
26-06-2014, 23:03
Poczułem ukłucie nostalgii za Ukrainą.
Też poczułem takie ukłucie i jakoś tak zabolało, więc zapodałem środki znieczulające.
Jakoś przetrzymam do następnego wpisu

luki_
26-06-2014, 23:20
Coshoo, Don Enrico - nie ma co czekać na ukłucia, tylko trzeba się pakować i jechać! Wyprzedzając nieco fakty, dla wahających się - Karpaty jak to Karpaty - cały czas są piękne i urzekające, jest spokojnie, na szlaku odgłosów dalekiego konfliktu nie odczuwa się oczywiście zupełnie. Po drodze w góry wyczuwa się natomiast nieco więcej powagi i nawet jakby patriotycznego uniesienia - np. w busach zamiast zwyczajowych piosenek typu "Biełyje Rozy" puszczają raczej muzykę w stylu "kozacko-patriotycznym", widuje się często flagi ukraińskie z czarnym kirem, ale także flagi ukraińskie wraz z unijnymi. Turystów polskich, poza wspomnianym p. Leszkiem nie widzieliśmy żadnych, natomiast ukraińskich - przynajmniej na głównym grzbiecie Czarnohory - całe mnóstwo, pozdrawiających się oprócz zwyczajowego "Dobry Dien", także "Sława Ukrainie!".
Jednym słowem - jeśli ktoś się jeszcze waha - to zachęcam - obawiać się nie ma czego bardziej niż zwykle, a być może właśnie w tym momencie ukraińskiej historii warto się tam pojawić chociażby po to, żeby zademonstrować, iż nie odwracamy się od naszego wschodniego sąsiada mimo napływających zewsząd niepokojących wieści. Ukraińskie Karpaty leżą grubo ponad tysiąc kilometrów od Donbasu i życie tu toczy się swoim zwykłym, spokojnym rytmem.

Jimi
26-06-2014, 23:33
>>Aż przyszedł rok 2014 ... i czyżby, jak napisał p. Kuba Węgrzyn "zamarł duch w narodzie?"??? <<

-Na forum pewnie tak. Za to ja 4 dni temu wróciłam z Ukraińskich Karpat Wschodnich i już wyjeżdżając z Polski wiedziałam, że zarażę się tą przypadłością, wszak o Ukraińskich górach marzyłam od lat -teraz tylko knuję plany jak wrócić doń szybko.

"Postanowiliśmy więc sprawdzić, jak TAM jest i co ciekawego słychać w ukraińskich Karpatach.... Wybór padł na Czarnohorę"

- Więc cieszę się podwójnie czytając tę relację, bowiem następne moje marzenie to Świdowiec oraz Czarnohora.

" umilam sobie ten czas spoglądając na wielki złoty krzyżyk zwisający na złotym łańcuszku spoczywającym w głębokim dekolcie siedzącej przede mną młodej pasażerki"

- więc tak to się jeszcze dziś mówi? :) a pewnie w marszrutce telepało niemało i ten krzyżyk tak podskakiwał.. :)

" okazuje się, że akurat teraz w Czarnohorze mają swój zlot członkowie Towarzystwa Karpackiego"

-a to ci dopiero! :)

luki_
27-06-2014, 12:11
Za to ja 4 dni temu wróciłam z Ukraińskich Karpat Wschodnich i już wyjeżdżając z Polski wiedziałam, że zarażę się tą przypadłością, wszak o Ukraińskich górach marzyłam od lat -teraz tylko knuję plany jak wrócić doń szybko.
Czekamy zatem na Twoją relację...

więc tak to się jeszcze dziś mówi? :) a pewnie w marszrutce telepało niemało i ten krzyżyk tak podskakiwał.. :)
Krzyżyk trzymał się dobrze dzięki łańcuszkowi pewnie i głęboko schowanemu w dekolcie... . Całość konstrukcji, jakkolwiek dosyć pękata, była stabilizowana po bokach obcisłą bluzeczką...

luki_
27-06-2014, 12:31
Czwartek 19.06
Wstajemy około 7, wyruszamy około 9. Dzień zapowiada się pięknie. Tak jak napisałem wcześniej, naszym celem na dziś jest Stoh. Co prawda najłatwiejsza droga z Szybenego prowadzi traktem Mackensena, ale raz, że jest to trasa już znana i opisywana, dwa - że istnieje realne zagrożenie kolejnego zatrzymana i spisywania przez pograniczników w strażnicy na Rohach, trzy - nocowaliśmy w Pohorylcu, więc najkrótsza i najprostsza droga stąd prowadzi doliną Szybenego i przez Połoninę Regieską. Wędrujemy więc w górę potoku Szybeny, mijając po drodze resztki Klauzy:34897

przekraczamy potok Gropieniec:
34898


i dochodzimy do miejsca, oznaczonego na mapie Krukara jako Banhof. Na rozległej polanie stoi tu kilka opuszczonych budynków, pod jednym z nich urządzamy naradę sytuacyjną:
34899


Stąd, tuż za mostkiem na potoku Szybeny skręcamy na lewo i idąc ostro pod górę wspinamy się na Połoninę Regieską. W połowie szlaku spotykamy schodzących z góry ukraińskich pograniczników, którzy po obejrzeniu naszego pisma-zgłoszenia puszczają nas bez problemu dalej.

Wkrótce osiągamy grzbiet Połoniny Regieskiej, gdzie urządzamy sobie przerwę i podziwiamy widoki, na Pop Iwana:
34900


i na resztę czarnohorskiego grzbietu:
34901


Kiedy ruszamy dalej w stronę grzbietu granicznego naszym oczom ukazuje się położony już w głębi terytorium rumuńskiego Farcaul w górach Marmaroskich, a z prawej Stoh:
34902

Grzbiet graniczny osiągamy niedługo potem i wzdłuż sistiemy wędrujemy w stronę Stoha:
34903
Wierzchołek Stoha jest znany z tego, że przed wojna zbiegały się na nim granice Polski, Czechosłowacji i Rumunii. Nie ryzykujemy jednak przekraczania sistiemy i na sam szczyt nie wchodzimy, urządzamy sobie za to przerwę "śniadaniową' u podnóża tej słynnej góry:
34904
Po uzupełnieniu wody w źródełku nasza dalsza trasa prowadzi dawnym grzbietem granicznym na północ, w kierunku głównej grani Czarnohory. Z połoniny Raduł pięknie prezentuje się Pop Iwan:
34905
, a zza zakrętu drogi znów wyłania się reszta czarnohorskiego pasma:
34906
Nowością dla nas , w stosunku do posiadanych map i wiedzy jest fakt, że trasa ze Stoha na główny grzbiet Czarnohory została ostatnio przemalowana na kolor czerwony (wobec wcześniejszego żółtego), postawiono w strategicznych miejscach nowe znakowskazy; odległości na nich podane są zapewne prawidłowo, ale czasy przejścia dostosowano chyba do odległości na nizinach (o obciążeniu już nie wspominając).

luki_
27-06-2014, 12:44
Po drodze, na kolejnych mijanych połoninach wypasają się stada krów, koni i owiec. Jedna z krówek zaprzyjaźniła się z Markiem:
34907
Zapasy wody uzupełniamy ponownie na Połoninie Szczawnik:
34908
Dalej ruszamy nie głównym grzbietem, lecz biegnącym równolegle po stronie wschodniej trawersem. Około kilometra za Połoniną Szczawnik napotykamy na spore źródełko zaopatrzone dodatkowo w korytko-poidło dla zwierząt:
34909
Kawałek nad położonym w lesie źródełkiem zaczyna się kolejna połonina z pięknym widokiem na Pop Iwana:
34910
Postanawiamy więc tu właśnie rozbić się na noc. Wieczór jest cichy i piękny, długo nie kładziemy się spać ucztując i popijając horiłkę w "salonie", jak to nazwała Ala, pod rozłożystym świerkiem:
34912
Następnego dnia (20.06) poranek jest ciepły i słoneczny. Wkrótce po naszym przebudzeniu na połoninę nadciągają krówki,
jedna z nich chętnie daje się głaskać Markowi:
34913
Około 9.30 ruszamy trawersując połoninę w kierunku grzbietu i naszego szlaku. Po osiągnięciu przełęczy Szybeńskiej ścieżka stromo wspina się w kierunku Pop Iwana. Wkrótce osiągamy Waskul (1730 m npm) gdzie pogoda psuje się i zaczyna padać, najpierw deszcz, który po chwili przechodzi w grad. Opad wkrótce ustaje, za to pojawiają się groźne pomruki zwiastujące nadciągająca burzę. Postanawiamy więc przeczekać w kosówce:
34917
Wkrótce mija nas schodząca z Popa dwójka turystów. Kiedy zagaduję, skąd są, dziewczyna odpowiada, że z Francji. Mówi jednak po rosyjsku, nie podtrzymuje konwersacji i dość szybko oddala się wraz ze swoim współwędrowcem. Po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że para przybyła prawdopodobnie ze wschodniej Ukrainy i profilaktycznie woli się nie afiszować ze swoim pochodzeniem...

Czekamy dobrą godzinę, aż grzmoty przestaną dochodzić i mozolnie wspinamy się na szczyt Popa:
34914
Na wierzchołku wieje i jest zimno, chronimy się więc w zdewastowanym budynku obserwatorium i robimy sobie gorącą herbatę. W międzyczasie zaczyna padać - postanawiamy czekać. Tymczasem rozpadało się na dobre i trzeba podjąć jakąś decyzję. Dochodzi godzina 15, naradzamy się więc, czy rozbijamy się "na kwadracie" czyli w ruinach przedwojennego schroniska AZS pod Smotrecem około godzinki drogi od Popa, czy może schodzimy na dół do Chatki u Kuby, czy też kontynuujemy marsz w deszczu. Ostatecznie zwycięża trzecia opcja - dzień jest długi, więc lepiej wędrować, niż rozbijać się i marznąć w namiocie.

Schodzimy więc z Popa:
34915
Wkrótce zawilgocony aparat fotograficzny odmawia posłuszeństwa, tak więc więcej zdjęć z tego dnia, jak i z biwaku nie będzie.

Początkowo intensywnie pada, kiedy przestaje, z dolin zaczyna się błyskawicznie podnosić inne zagrożenie - mgła. Na szczęście wiatr jest dość mocny i przegania te coraz to nowe chmurzydła. Końcówka dnia jest jednak posępna i monotonię wędrówki umilają tylko piękne widoki na olbrzymie pola różaneczników pokrywających o tej porze roku grzbiet Czarnohory ( na zdjęciu uchwycone jeszcze przed awarią aparatu):
34916
Na nocleg postanawiamy zejść nad jezioro pod Gutin Tomnatykiem. Docieramy tam przemoczeni około 19.30 i podczas krótkiej przerwy w deszczu błyskawicznie rozbijamy namioty. Jarek gotuje jeszcze kolację, a ja przebieram się w suche rzeczy i już do rana nie wychylam głowy z namiotu...

luki_
28-06-2014, 13:59
Sobota 21.06
Tego dnia wstajemy później niż zwykle. Pierwsza przymiarka do opuszczenia namiotu kończy się zresztą niepowodzeniem - na zewnątrz jest mgliście, wilgotno i ponuro. Trzeba się jednak w końcu przemóc i wyjść z namiotu.
Nad jeziorkiem jesteśmy sami. Obok naszego miejsca biwakowego stoi niedawno postawiony znakowskaz, postanawiamy go więc wykorzystać do suszenia mokrych rzeczy, do czego (tym bardziej, że wzmaga się wiatr) jak się okazuje nadaje się doskonale.

Niespiesznie przyrządzamy sobie śniadanie, czekając, aż mokre rzeczy możliwie jak najbardziej doschną.

Na szczęście zaczyna poprawiać się pogoda - wiatr rozgania chmury, pojawiają się przebłyski błękitnego nieba; pokazuje się nawet sam szczyt Gutin Tomnatyka.
Ruszamy około godziny 11 stromą ścieżką wyprowadzającą nas z dna kotła na grań. Na grani wieje czasami dosyć mocno, ale przynajmniej nie pada. Mijamy więc kolejne szczyty kierując się w stronę Howerli, podziwiając po drodze Jeziorko Niesamowite, Małe i Wielkie Kozły i dookolną, coraz lepszą panoramę. Na szczycie Breskuła zaczyna nagle działać aparat: 34926

Pogoda poprawia się na tyle, że raz po raz wyłania się zza chmur nasz dzisiejszy cel główny: Howerla:
34927


W oddali majaczą nawet podświetlone na biało przez słońce odległe skaliste wierzchołki Gorganów. Wydaje się, że jeszcze tylko jedna chmura musi opuścić wierzchołek Howerli i będzie dobrze...

Na Breskule Marek dostaje sms-a pogodowego od syna; po godzinie 18 do wieczora ładna pogoda!
Uspokojeni i podbudowani tym sms-m ruszamy na ostateczne podejście Howerli. Tymczasem "ostatnia chmura" jakoś nie chce opuścić wierzchołka - zagłębiamy się w coraz to gęstszą mgłę. Marek jako pierwszy dociera na szczyt i ma sporo czasu na wykonanie zdjęć pozostałych szturmujących wierzchołek osób; druga jest Ala:
34928
potem ja:
34929
Na chwilę robi się "okienko widocznościowe" w kierunku północnym - od Jasini po Kostrzycę. Na dole pięknie prezentuje się turbaza na Zaroślaku.
Na samym wierzchołku jest trochę osób; m in. zwyczajni w tym miejscu "chłopcy-banderowcy" z czerwono-czarną flagą, ale tez sporo"zwykłych" turystów.
Robimy sobie pamiątkowe fotografie:
3493034931
gdy nagle zaczyna padać, najpierw grad, potem deszcz. Schodzimy więc pospiesznie ze szczytu, uspokojeni wcześniejszymi prognozami uznając te opady za przelotne. Tymczasem im schodzimy niżej, tym bardziej pada. Po kilku minutach jesteśmy już całkowicie przemoknięci tym bardziej, że nie założyliśmy (oprócz Jarka) peleryn przeciwdeszczowych. Około półtorej godziny schodzimy na Peremyczkę - mieści się tu, obok budki strażników parkowych także spore schronisko turystyczne. Na dole jest obszerna jadalnia:
3493234933
, a na piętrze podwójne drewniane "boksy" noclegowe mogące pomieścić sporą grupę turystów. Upału nie ma, ale jest za to sucho. Porzucamy więc wcześniejszy nasz plan rozbicia przy schronisku namiotów i decydujemy się zostać na noc w budynku. Po chwili od naszego przybycia przychodzi młody strażnik parkowy i inkasuje po 15 hrywien od osoby za nocleg.
W chatce strażników "karpackiego rezerwatu biosfery" jest koza - można więc zostawić tam do wysuszenia mokre buty (na co decyduję się z Jarkiem) i ogrzać się:
34934
Wkrótce przestaje padać i z okien naszego schroniska pokazuje się piękny widok na położony na południe od nas ukraińsko - rumuński grzbiet graniczny z najwyższym Pop Iwanem Marmaroskim i wyglądającym zza niego Farcaulem. Jemy kolację. Humory dopisują - jutro zapewne pogoda murowana!
Kładziemy się spać późno wieczorem.

luki_
28-06-2014, 14:07
W nocy słyszę kilkakrotnie dzwoniący o blaszany dach naszego budynku deszcz.
Kiedy wstajemy rano, za oknami jest gęsta mgła. Nic to! - pocieszamy się - jest czerwiec i na pewno słońce zaraz ją rozgoni!
Podczas śniadania jakby zaczyna się przejaśniać, jakieś przebłyski słońca gdy nagle...wzmaga się wiatr i zaczyna lać "jak z cebra". Tego już za wiele - na to nie byliśmy przygotowani. Czekamy więc w posępnych humorach aż przestanie padać. Kiedy deszcz trochę się zmniejsza idę zagadnąć parkowego o pogodę na dziś: - "nawierno budiet padać" - słyszę w odpowiedzi. Okazuje się jednak, iż jeden ze strażników parkowych zjeżdża dziś swoim gazikiem w doliny do miejscowości Bogdan. W desperacji pytam, czy możemy się z nim zabrać. - "Oczywiście" - odpowiada. -"Kiedy?" - pytam. - "W obiad" - pada odpowiedź.
Z braku lepszego zajęcia czekamy więc na nasz transport - podjadamy co nieco, czytamy tablice informacyjne pięknie porozwieszane w jadalni naszego schroniska, pijemy herbatkę.
Mój pierwotny plan zakładał przejście połoninami trawersem Pietrosa i zejście do Kwasów - ponieważ jednak nie dość, że nic nie widać, to jeszcze leje, odpuszczamy sobie ten plan bez żalu.
Ok. godziny 12 przychodzi po nas strażnik - "pakujcie się!"
W pośpiechu dopakowujemy plecaki i zajmujemy wskazane przez parkowego miejsca w jego "limuzynie".
Ruszamy serpentynami w dół droga w stronę Łuhów. Początkowo próbuję trochę rozmawiać z kierowcą, ale za chwilę milknę - deszcz leje, a w naszym gaziku nie działają wycieraczki. Kierowca przeciera więc co chwilę szybę ręką albo czapką, cały czas nie wypuszczając kierownicy z drugiej ręki. Po prawej stronie mamy przepaść, a nasz wehikuł co chwilę wychyla się niebezpiecznie w jej stronę na nierównościach rozmokniętej drogi. Staram się wtedy intuicyjnie, jak na łódce, balansować ciałem w kierunku przeciwnym do sił grawitacji...
Uspokajamy się nieco dopiero po osiągnięciu dna doliny... . Robimy nawet kilka fotek:
34935(czyżby druga Austria??? :smile: )
Kierowca wysadza nas pod sklepem w Łuhach i dogadujemy się co do ceny za ten przejazd z wrażeniami. Początkowo żąda 300 hrywien, targujemy jednak do "50 z cziełowieka", czyli 200. Trochę to wyniosło, ale wszyscy jesteśmy zadowoleni, że najgorsze mamy już za sobą...
W sklepie potwierdzają, że za godzinę ma być autobus do Rachowa, zakupujemy więc po lanym piwie i delektujemy się sielskimi widokami, rozprawiając o przeżytych w górach wspólnych chwilach.
3493634937
(ten autobusik na zdjęciu to nie nasz - ten miał - parafrazując jeden ze skeczów kabaretu "Tey" - "tylko trzy koła dobre" :smile: .)
Za pięć druga podjeżdża nasz autobus (to tak na przyszłość, gdyby ktoś pytał o godziny odjazdów z Łuhów - kursuje także w niedziele).
Około godziny jedziemy do Rachowa, Marek robi po drodze liczne zdjęcia, m in. tego samochodu, który właśnie przejechał po drewnianym mostku linowym:
34938
W Rachowie jesteśmy po 15 - mamy sporo czasu, nasz pociąg odjeżdża dopiero 30 minut po północy, idziemy więc coś zjeść. Nad brzegiem Cisy znajdujemy przyjemną knajpkę "na otwartym powietrzu". Siadamy więc i jemy do syta:
34939
Snujemy się też trochę na zmianę po miasteczku, robimy zakupy spożywczo - "płynne"...
Po 11 wieczorem opuszczamy nasza knajpkę i idziemy na nieodległy dworzec. Poczekalnia jest schludna i czeka tu już sporo osób. Na przeciwko nas usiadł młody brodaty mężczyzna o aparycji mnicha. Jego opowieści o tym , jak życie rzucało go w różne strony Ukrainy wysłuchują z zainteresowaniem dwie, nie tak znowu stare panie w chustach. Postanawiam skorzystać z toalety - niestety okazuje się być zamkniętą, wracam więc na miejsce. Nagle z sąsiedniego rzędu krzeseł rusza do kasy młody mężczyzna i tonem nie znoszącym sprzeciwu oznajmia kasjerce: - "co to - Pany z Polski prijechały, a Wy toalety nie chcecie otworzyć? Dawajcie klucz!" - i tym sposobem dane mi było jednak skorzystać ze świeżo wyremontowanego przybytku :smile: .
Im bliżej godziny odjazdu, tym bardziej poczekalnia zaczyna zapełniać się pasażerami. O dziwo pociąg (co do tej pory nigdy mi się na Ukrainie nie zdarzyło) podjeżdża z opóźnieniem - rusza jednak punktualnie o w pół do pierwszej w nocy. Zajmujemy miejsca w naszym czteroosobowym przedziale "kupiejnym' zakładamy pościel i kładziemy się spać.
Pół godziny przed stacją końcową we Lwowie jesteśmy budzeni - pijemy jeszcze tylko przysługującą nam herbatę i jesteśmy gotowi do opuszczenia pociągu.
Ponieważ mamy na dziś zarezerwowane bilety na autobus Rzeszów - Wrocław dopiero na godzinę 18 naszego czasu, a jest dopiero 8.10 czasu ukraińskiego, postanawiamy ruszyć na miasto .Plecaki zostawiamy w przechowalni i idziemy do autobusu miejskiego. Cena biletów podskoczyła nieznacznie od zeszłego roku i obecnie wynosi 3 hrywny, jednak wobec dewaluacji ukraińskiej waluty w praktyce nie zmieniła się.
Wysiadamy przy operze i ruszamy na poszukiwanie poczty - Jarek chce koniecznie wysłać kartki do Polski:
34940
Z poczty idziemy na krótki obchód starego miasta, po czym udajemy sie oczywiście na targ staroci i rękodzieła na tyłach teatru skarbkowskiego. Nowością w stosunku do lat poprzednich są tu do nabycia np. papiery toaletowe z wizerunkami Janukowycza i Putina...
Z targu ruszamy jeszcze na plac Krakowski, gdzie jemy czebureki:
34941
i tramwajem linii 6 (tu cena biletu to 2 hrywny) wracamy na dworzec.
Do Szegini odjeżdżamy marszrutką o godz. 12. Na miejscu jesteśmy ok. 14 czasu ukraińskiego, jeszcze tylko Jarek szuka skrzynki na listy, a my delektujemy się pierożkami z budki, po czym ruszamy na granicę. Przy ukraińskiej odprawie jest krótka kolejka, więc trochę czekamy. W polskim budynku granicznym nasz celnik rzuca do mnie chyba retoryczne pytanie: -"tego plecaka to chyba nie da się skontrolować?" na co odpowiadam, że "jak pan chce". - A co tam jest?" - "Głównie brudne rzeczy". - "Tak myślałem" odpowiada celnik i każe przechodzić dalej...
Po polskiej stronie czeka już przepełniony buski do Przemyśla, do którego udaje nam się wcisnąć. W Przemyślu zdążamy "na styk' na pociąg osobowy do Rzeszowa o 14.33 - na miejscu jesteśmy 15 minut po czwartej. Idziemy więc jeszcze na porządny obiad, po czym o 18 odjeżdżamy autobusem do Wrocławia, do którego to docieramy pół godziny po północy, we wtorek 24.06, gdzie kończymy naszą włóczęgę...
Chociaż już raz to napisałem w jednym z komentarzy - jeżeli ktoś się waha, to mogę mu z całego serca polecić jednak tegoroczny wyjazd w ukraińskie Karpaty - tam nic się od zeszłego roku nie zmieniło, a jeżeli już, to raczej dla nas - turystów z Polski - na dobre. W każdym razie nie jest tam na pewno mniej bezpiecznie, niż w zeszłych latach. Odgłosów odległego konfliktu nie słychać, natomiast możemy być raczej pewni, że w tym roku (oczywiście poza Czarnohorą) będziemy w naszych ukochanych górach sami, jaki ich pierwsi turystyczni odkrywcy, którzy w XIX wieku pokonywali dzikie lasy i połoniny karpackie...

Wojtek Pysz
30-06-2014, 21:45
Tak sobie czytam i wspominam. W ten sposób można bez wychodzenia z domu i bez kosztów przejść/przejechać kawał świata. I wielu rzeczy się dowiedzieć: po ile autobus, o której odjeżdża, że sklep przenieśli i że stojaków na rowery nie ma. Te stojaki to był rzeczywiście bajer niepasujący do otoczenia. Postawiliśmy w nim rowery głównie po to, żeby stojakowi zrobić zdjęcie. Na razie przeczytałem tylko o pierwszym dniu. Z Wrocławia do Szybenego w jedną dobę, to dobry wynik!
Nie czytam dalej, idę z Wami spać na Pohorylcu:-) Czy to ten domek?
34951

luki_
01-07-2014, 00:24
Czy to ten domek?
34951

To niewiarygodne, ale ten domek zupełnie uleciał z mej pamięci...jak to dobrze spojrzeć jednak na własną relację cudzym okiem :-) .
Domostwo ze zdjęcia p. Wojtka stało, a i owszem na posesji naszej Olgi, ale wyglądało na opuszczoną ruinę ... domek p. Olgi stał dalej w głębi po prawej, już poza kadrem rzeczonej fotografii. Na zdjęciu załapała się za to studnia, przez którą to właśnie zawarliśmy z Olgą znajomość i która to omal nie przyprawiła nas o bezsenną, pijacką noc....
Jak już się odezwałem, to przy okazji sprostuję wiadomość z własnego wpisu, z kolejnego postu, o tym, iż "dochodzimy do miejsca, oznaczonego na mapie Krukara jako Banhof. Na rozległej polanie stoi tu kilka opuszczonych budynków, pod jednym z nich urządzamy naradę sytuacyjną". Otóż nazwa "Banhof" zapisana drobnym druczkiem, widnieje w tym miejscu w pierwszym wydaniu mapy Krukara. W kolejnym wydaniu, powiększonym do skali 1:50000 miejsce to opisane jest jako "Medweżyk" (tak samo jest zresztą na nowej czeskiej mapie pt. "Czarnohora/Maramuresz", z tą różnicą, że jako "Medweżyk" (a ściślej "Uroczysko Medweżyk") nie jest opisane w/w zgrupowanie budynków, tylko cały przylegający do niego odcinek doliny Szybenego).
P.S. Cóż, wiele bym dał, żeby dzisiejszą noc rzeczywiście spędzić na Pohorylcu...

Wojtek Pysz
01-07-2014, 07:39
przy okazji sprostuję wiadomość z własnego wpisu, z kolejnego postu, o tym, iż "dochodzimy do miejsca, oznaczonego na mapie Krukara jako Banhof.
Ja wczoraj napisałem, że idę spać na Pohorylcu, ale z ciekawości przeczytałem jeszcze pierwsze zdania z następnego dnia. I ten Banhof mnie zaintrygował, bo znałem tylko ostatnie wydania map a przez Banhof szedłem zupełnie gdzie indziej, mianowicie w kierunku Przełęczy Szybeńskiej.

jrfranczak
22-07-2014, 00:38
Termin: 17 - 23.06.2014
Skład (jak na zdjęciu od lewej): Jarek, Łukasz, Marek, Ala
34887
Zakładana trasa: Szybene - Stoh - Pop Iwan - Howerla - Peremyczka - Kwasy.
Jak wyszło - o tym za chwilę.

Dosyć dawno nie udzielałem się na forum dłużej niż kilkoma zdaniami. Dlaczego? Najbanalniejsza odpowiedź to oczywiście "z braku czasu" - i niech tak zostanie. A w ciągu ostatnich dwóch lat były i Gorgany i dwa razy Bieszczady Wschodnie... . Śledziłem za to pilnie wypowiedzi i relacje innych - trzeba przyznać, że do zeszłego roku tyczących ukraińskich Karpat było sporo. Aż przyszedł rok 2014 ... i czyżby, jak napisał p. Kuba Węgrzyn "zamarł duch w narodzie?"???
Postanowiliśmy więc sprawdzić, jak TAM jest i co ciekawego słychać w ukraińskich Karpatach.... Wybór padł na Czarnohorę - tym razem potraktowaną całościowo (wg. podziału raczej sentymentalno-przedwojennego, niż ścisle naukowo - kartograficznego) - od Stoha po Pietros.

We wtorek 17.06 o godzinie 18 wyruszamy autobusem z Wrocławia. W Krakowie mamy przesiadkę do Przemyśla. Kilkanaście minut po 22 podjeżdża bus - miejsc na 8 osób - wraz z nami jest komplet pasażerów, więc jedna dodatkowa osoba rozkłada się wygodnie w dużej przestrzeni bagażowej busa. Ruszamy przed czasem. W Przemyślu mamy być planowo o 3.20 rano, ale kierowca pędzi, jakby chciał ustanowić rekord trasy. W Rzeszowie dwie osoby przesiadają się na busa do Sanoka; pan z bagażnika i jeszcze jedna osoba wysiedli już chwilę wcześniej. Wsiada za to nowy kierowca - ten jedzie już troszkę spokojniej. Ponieważ w nocy z Przemyśla do Medyki nie dociera oczywiście żadna komunikacja, tak więc zakładaliśmy pierwotnie dojazd na granicę taksówką. Udaje się nam jednak dogadać z kierowcą naszego busa i ten za drobną opłatą podwozi nas wszystkich (oprócz naszej czwórki w autobusie jedzie z nami jeszcze tylko jedna osoba, która też zresztą zdąża tam gdzie my) na przejście graniczne. W Medyce jesteśmy ok. 2 w nocy (trzecia czasu ukraińskiego), a pierwszy busik do Lwowa odjeżdża z Szegini po drugiej stronie "kordonu" dopiero o 5.45. Siadamy więc w knajpce i pijemy gorącą herbatkę. Zaczyna już świtać, kiedy ruszamy na przejście. Po drodze wymieniamy pieniądze. Na granicy pustki - przekraczamy ją z marszu i tylko gdyby nie to, że zbieramy się dość ospale po ukraińskiej kontroli paszportowej, postanawia nas jeszcze skontrolować ukraińska celniczka. W obyczajach ukraińskich pograniczników trochę się chyba zmieniło, gdyż padają przy tej okazji nigdy prze ze mnie nie słyszane tam słowa "proszę" i "dziękuję". Na "awtostancji" jesteśmy ok. 5 rano, kupujemy więc jeszcze pierożki, którymi delektujemy się przed czekającą nas podróżą.
34888
Kiedy podjeżdża marszrutka, zajmujemy miejsca z tyłu, żeby nie blokować swoimi plecakami wolnej przestrzeni stojącej dla dosiadających pasażerów.
Co ciekawe, mimo drastycznego spadku wartości ukraińskiej waluty, cena przejazdu pozostała bez zmian, czyli 23 hrywny. Ruszamy punktualnie. Jedziemy niecałe dwie godziny, ja głównie drzemiąc. We Lwowie pod dworcem jesteśmy tuż po 7.30 rano i udaje nam się zdążyć na autobus do Stanisławowa odjeżdżający o 7.35. Jedziemy tam ok. trzech godzin, z krótkim postojem w Rohatyniu . Obok dworca autobusowego34889
jest tu targ34890
, na którym można kupić żywe zwierzęta, np. prosiaki w workach, czy też malutkie kurczaki w tekturowych pudełkach; jedna pani po zakupie tychże dosiada się w autobusie do Jarka, któremu dalszą drogę umilają głośne pisklęta...
Na miejscu jesteśmy ok. godziny jedenastej, do odjazdu busa do Werchowyny, którym będziemy podróżować dalej mamy ok. godziny, idziemy więc kupić bilety na nocny pociąg z Rachowa do Lwowa, którym mamy zamiar wracać za cztery dni. Następnie udajemy się do kasy "awtowokzała" po bilety na busa. Marek zakupuje ostatnie dwa, kiedy podchodzę do kasy okazuje się, że dla mnie i dla Jarka już zabrakło... . Nie poddajemy się jednak i zgodnie z instrukcją kierowcy stajemy na ulicy tuż za szlabanem dworcowym i dosiadamy się "na łebka".
Podróż do Werchowyny to kolejne trzy godziny - ponieważ siedzę "na ziemi" umilam sobie ten czas spoglądając na wielki złoty krzyżyk zwisający na złotym łańcuszku spoczywającym w głębokim dekolcie siedzącej przede mną młodej pasażerki... . Po drodze mamy krótki postój w Jaremczu (nasz busik z lewej):
34891
Zgodnie z moim żądaniem, kierowca wysadza nas na skrzyżowaniu w Żabiem - Ilci, gdzie jeszcze ok. pół godziny oczekujemy na nasz ostatni tego dnia autobus - do Szybenego.
34892
Ok. 15.30 podjeżdża nasz wehikuł. Jedziemy jeszcze ok. 25 km, pokonując je w czasie ok. dwóch godzin. Droga o gruntowo - szutrowej nawierzchni malowniczo wije się w dolinie Czarnego Czeremoszu, czasem nasz kierowca musi zatrzymać się, żeby przepuścić jadący z naprzeciwka samochód. Często pojazdy mijają się "na styk" tuż nad urwiskiem nad Czeremoszem...
W Szybenem jesteśmy ok. 17.30 i od razu podchodzimy (a w zasadzie to oni podchodzą do nas) do pograniczników pilnujących szlabanu oddzielającego resztę Ukrainy od strefy przygranicznej. Żołnierze są mili, podają rękę - chyba coś jednak się tu pozmieniało... . Wyciągam z plecaka uszykowane wcześniej pismo z danymi uczestników wycieczki i planowanym przebiegiem trasy, którego kopię wysłałem przed wyjazdem do czerniowieckiego oddziału służby przygranicznej. Żołnierze pismo czytają, sprawdzają nasze paszporty i - życzą nam szerokiej drogi! Uff, udało się!
Przed wyruszeniem w trasę zachodzimy jeszcze do sklepiku, znanego np. z tej fotorelacji p. Wojtka Pysza: http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/8099-Dooko%C5%82a-Czarnohory-na-rowerze?p=146199&viewfull=1#post146199 (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/8099-Dooko%C5%82a-Czarnohory-na-rowerze?p=146199&viewfull=1#post146199) - ale, ale, ale! - coś jakby się tu nie zgadza - na fotografii p. Wojtka sklepik znajduje się w pewnym oddaleniu od szlabanu, tuż przy drodze, a tymczasem nasz jest przy samej zastawie, w głębi podwórka... 34893
Czyżby to nie ten sam sklepik? Ależ skąd, ten sam! Zmienił tylko nieco swoje położenie, nie wiem z jakich względów - czy to może problemy z własnością gruntów, a może miejscowi spece od marketingu poradzili przemiłej pani sprzedawczyni przeniesienie sklepu ze strefy przygranicznej ne teren właściwej Ukrainy tak, żeby większa rzesza klientów miała do sklepu wolny i nieprzegrodzony dostęp? W swojej relacji p. Wojtek napisał także "Sklep jak widać bardzo przyjazny turystom rowerowym. Takich stojaków zresztą jest wiele, zawsze stoją puste." Niestety prawdę tę potwierdziła także p. sprzedawczyni - w efekcie niewielkiego zainteresowania stojaki zlikwidowano.
W sklepiku zakupujemy jeszcze po litrowym piwie na głowę, a ja z Markiem dodatkowo jeszcze po półlitrówce poleconej przez panią horiłki "Pierwak".
Ruszamy w kierunku Pohorylca. Po drodze zatrzymuje nas jeszcze pani ze straży parku narodowego, u której zakupujemy bilety wstępu po 10 hrywien każdy.
Po około dwóch kilometrach jest przysiółek Pohorylec, a raczej to, co z niego zostało - jeden zamieszkany dom i zamknięta na głucho leśniczówka. Przy zamieszkałym domu pasą się krowy; jest tam też studnia. Ponieważ mamy zamiar rozbić się w okolicy, postanawiamy iść z Markiem i zapytać gospodynię o możliwość zaczerpnięcia pitnej wody. Mieszkanką chaty okazuje się być p. Olga - najwyraźniej bardzo uradowała się z naszego przybycia - szybko odgania krowy i wskazuje miejsce na namioty na własnej posesji. Olga przeprasza nas za swój "wskazujący" stan - ponoć wczoraj miała urodziny. Ponieważ nam chodziło tylko o wodę, więc staramy się grzecznie podziękować za gościnę, co jednak spotyka się ze zdecydowaną reakcją Olgi - "tu nigdzie nie można się rozbijać! - stąd wszędzie was wygonią!". -"Kto?" - pyta Marek. - "Separatisty!" - odpowiada Olga. Widząc, że kobiecie chodzi najwyraźniej tylko o możliwość napicia się z nami przy ognisku, postanawiamy czmychnąć, gdy ta wchodzi do domu. Samo napicie się z nachalną kobietą nie było by pewnie niczym złym, ale mamy zamiar z samego rana ruszyć w trasę, a tu nie wygląda, żebyśmy mieli się uwolnić od niej przed świtaniem... .
Dobre miejsce na nocleg znajdujemy kilkadziesiąt metrów dalej, za drzewami tak, żeby być niewidocznymi z domu Olgi.
34894
Kiedy rozkładamy namioty, spotykamy wędrującego od strony klauzy Szybene turystę, którym okazuje się być współautor kultowego już przewodnika "Powroty w Czarnohorę" i jeden z redaktorów "Płaju" p. Leszek Rymarowicz. Otrzymujemy od niego gratisowo kilka "wigówek" i ucinamy krótką pogawędkę - okazuje się, że akurat teraz w Czarnohorze mają swój zlot członkowie Towarzystwa Karpackiego.
Wieczorem palimy jeszcze ognisko, myjemy się w potoku i zasypiamy pod rozgwieżdżonym niebem Czarnohory. Cel na jutro - Stoh!
C.D.N.

"Wyciągam z plecaka uszykowane wcześniej pismo z danymi uczestników wycieczki i planowanym przebiegiem trasy, którego kopię wysłałem przed wyjazdem do czerniowieckiego oddziału służby przygranicznej."
Wybieramy sie w sierpniu, w Czarnohorę. O jakie pismo chodzi? Rok temu szliśmy z Worochty przez Howerle i Popa do Żabiego. Żadnego pisma nie mieliśmy. Rozumiem, że w tym wypadku, tak jak opisujesz, chodzi tylko o przejście w strefie nadgranicznej? Czy mógłbyś przesłać wzór przykładowego pisma? W jakim języku pisałeś? Czy musiałeś czekać na odpowiedź i zgodę, czy tylko wysłałeś info?
Ryszard

luki_
22-07-2014, 11:15
Wybieramy sie w sierpniu, w Czarnohorę. O jakie pismo chodzi? Rok temu szliśmy z Worochty przez Howerle i Popa do Żabiego. Żadnego pisma nie mieliśmy. Rozumiem, że w tym wypadku, tak jak opisujesz, chodzi tylko o przejście w strefie nadgranicznej? Czy mógłbyś przesłać wzór przykładowego pisma? W jakim języku pisałeś? Czy musiałeś czekać na odpowiedź i zgodę, czy tylko wysłałeś info?
Ryszard
Oczywiście na przejście głównego grzbietu Czarnohory żadne pozwolenie nie jest potrzebne. My potrzebowaliśmy je na przejście fragmentem granicznego grzbietu Gór Czywczyńskich do Stoha. Zgłoszenie wysłałem ok. tygodnia przed planowaną wyprawą faksem i dodatkowo dla pewności mailem. Nie dzwoniłem już w celu potwierdzenia, czy wydano zgodę - zapewne i tak bym się nie dogadał. "Wopiści" na szlabanie w Szybenem obejrzeli moje pismo i puścili nas bez żadnych pytań - nie mam pojęcia więc, czy dostali "cynk" z centrali w Czerniowcach o przyjeździe naszej grupy. Zresztą plan miałem taki, że jeśli nie udało by się oficjalnie, to i tak poszlibyśmy tą samą trasą na Pohorylec oznajmiając pogranicznikom , że zmierzamy na Pop Iwana, a następnego dnia zaryzykowalibyśmy zdobycie grzbietu granicznego "nielegalnie". Dobrze jednak, że pismo "przeszło", bo następnego dnia spotkaliśmy schodzący z góry patrol, żołnierze którego - jeśli by tylko chcieli - mogli połączyć się ze strażnicą w Szybenem i w przypadku braku potwierdzenia naszego zgłoszenia na pewno mielibyśmy problemy. Prawidłowe zgłoszenie podobno winno wyglądać tak: http://igormelika.com.ua/wp-content/gallery/hidden/igor-melika-prikordonniy-zagin-dozvil-blank.jpg?i=429280354 ; ja napisałem troszkę inaczej (nie widziałem tego zalinkowanego przed wyjazdem), ale w sumie podobnie. Ponoć ważne jest, żeby (wschodnim zwyczajem) zwrócić się bezpośrednio i imiennie do naczelnika w tytule pisma. Tylko jedna uwaga: podlinkowany prze ze mnie wzór zgłoszenia zaadresowany jest do naczelnika mukaczewskiego oddziału przygranicznej służby Ukrainy - ten adres będzie nam potrzebny, gdy wędrujemy granicą na zachód od góry Stoh, czyli np. Pop Iwan Marmaroski itp. Na wschód od Stoha znajdujemy się pod jurysdykcją czerniowieckiego oddziału tej służby, więc pismo musimy zaadresować właśnie tam - tu dane adresowe czerniowieckiego oddziału: http://dpsu.gov.ua/ua/about/structure/structure_25.htm .

jrfranczak
22-07-2014, 23:28
Dzięki za tak szczegółową i pomocną odpowiedź.

pozdrawiam Ryszard