Zaloguj się

Zobacz pełną wersję : Dwa rozrogi za jednym zamachem



luki_
20-06-2016, 21:59
Tegoroczna karpacka wyprawa prawie do ostatniej chwili stała pod znakiem zapytania - lumbago, nawał pracy, infekcje... . Jednak ostatecznie nie daliśmy za wygraną i w komplecie całą czwórką stawiliśmy się w piątek 20.05 na dworcu głównym we Wrocławiu...
Plan na ten rok był prosty - zdobyć dwa najbardziej na południe wysunięte punkty Polski (przedwojenny i współczesny) podczas jednego wyjazdu.
Jak wiadomo najdalej na S wysuniętym współczesnym punktem Polski jest znak graniczny nr 219 pomiędzy szczytami Piniaszkowego i Opołonka w Bieszczadach - dojście tam od polskiej strony jest (przynajmniej oficjalnie) niemożliwe, postanowiliśmy więc spróbować szczęścia na Ukrainie - na poruszanie się przy granicy potrzebna jest jednak zgoda właściwego oddziału "Przygranicznej Państwowej Służby Ukrainy".
W międzyczasie (zanim sytuacja wyjazdowa nie wyklarowała się) nie próżnowałem więc i wysłałem dwa podania - co prawda rejon granicy ukraińsko - polskiej po szczyt Piniaszkowego jest w gestii czopskiego oddziału strefy przygranicznej, ale ponieważ naszą wędrówkę planowaliśmy zacząć od Sianek, tak więc wysłałem podanie o "propusk" także do oddziału w Mościskach.
O dziwo z Czopu nadeszła (i to szybko!) odpowiedź - wyrażono zgodę na planowaną prze ze mnie marszrutę, jednak pod warunkiem posiadania przez nas przewodnika z Użańskiego Parku Narodowego. Nie będąc jednak aż tak zdeterminowanymi, postanowiliśmy spróbować szczęścia ruszając z przeł. Użockiej i w przypadku otrzymania zgody na dojście na Piniaszkowy od sianeckiego komandira, kontynuowania marszu na Opołonek "półlegalnie".
Tak jak napisałem ruszyliśmy z Wrocławia piątkowym popołudniowym pociągiem do Przemyśla. Stamtąd ruszyliśmy dalej wypróbowaną już wcześniej metodą: taksówką na przejście w Medyce, stamtąd pieszo przez granicę do Szegini (przejście bezproblemowe; ukraińska celniczka pytała tylko Alę i Marka co to za "pałki" niosą ze sobą; uspokojona jednak wyjaśnieniem, ze są to kijki pomagające chodzić po górach puściła nas bez problemu dalej (odtąd już do końca wyjazdu kijki nazywaliśmy "pałkami" :-) )).
Na przystanku w Szeginiach nie czekaliśmy długo, ponieważ autobus do Sambora mieliśmy już o 5.20 (4.20 czasu polskiego) - tym bardziej, że nasz pociąg miał godzinne opóźnienie i w Przemyślu miast o 1.45 byliśmy za piętnaście trzecia nad ranem.
Sambor od Szegini dzieli jakieś 50 km, tak więc nastawialiśmy się na co najmniej dwugodzinną jazdę, a tu miła niespodzianka - droga z Mościsk jest świeżo wyremontowana i autobus jedzie tylko nieco ponad godzinę.
W Samborze mamy więc sporo czasu (elektriczka do Sianek odjeżdża dopiero około 9 rano) i wykorzystujemy ten czas m in. na spacer w okolicach dworca: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40880&stc=1
malowniczy kibelek: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40881&stc=1
Kupujemy także bilety na dalszą trasę z Sianek - na nocny pociąg relacji Lwów - Sołotwyno.
W końcu, nieco opóźniona, przyjeżdża nasza elektriczka.
Ludzi wsiada bohato i ruszamy. Po drodze jednym z widomych elementów zmian i europeizacji zachodniej Ukrainy są przydworcowe napisy na murach: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40882&stc=1
W Turce wysiadają prawie wszyscy: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40883&stc=1
i zostajemy w wagonie sami: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40884&stc=1
Na stacji w Sokolikach nikt już nie sprawdza paszportów i wkrótce docieramy do Sianek.
Sianki, ech Sianki... Ilekroć tu jestem, mam wrażenie, że znalazłem się gdzieś w Mongolii: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40885&stc=1
Na dworcu zrzucamy plecaki i dogadujemy się co do możliwości zostawienia ich na przechowanie u obsługi i "na lekko" ruszamy w kierunku sianeckiej "prikordonnej zastawy" .
Z jej budynku wychodzi ku nam młody żołnierz o dziwo widać poinformowany o celu naszej wizyty; poleca nam udać się na przełęcz Użocką gdzie zostaniemy spisani i przepuszczeni dalej.
Początkowo podążamy tam wzdłuż torów, ale że torami nie idzie się najwygodniej ruszamy w kierunku “asfaltowej” drogi głównej (ponoć słynne dziury na tej trasie maja wkrótce zniknąć, bo ruszył już remont tego karpackiego odcinka drogi Lwów – Użgorod). Po drodze mijamy nieśmiertelnie zamknięte “Cafe Beskid” z widokiem na Kińczyk Bukowski: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40886&stc=1
Po niecałej godzince docieramy wreszcie na przełęcz, gdzie zostajemy spisani przez stacjonujących tam dwóch żołnierzy i jedną żołnierkę. I tu kolejne zaskoczenie - “komandir” tego check-pointu trzyma w ręku kopię mojego zgłoszenia! Niestety dowiadujemy się, że zgodę otrzymaliśmy tylko na dojście do źródła Sanu i że towarzyszyć nam będzie sam “komandir” wraz z psem. Składamy więc jeszcze po trzy podpisy na jakimś oświadczeniu i ruszamy.
Żeby dojść do źródła trzeba przekroczyć sistiemę. Ktokolwiek wędrował wzdłuż sistiemy na ukraińskich granicach ten wie, że jest ona w opłakanym stanie – druty pordzewiały i nie spełniają już dawno swojej funkcji. A tymczasem na ścieżce z Przeł. Użockiej mijamy coś w stylu “wioski potiomkinowskiej” sistiemy: przejście na zaorany pas ziemi jest zaopatrzone w starannie pomalowaną na srebrno furtkę w nienagannym stanie, zamkniętą na kłódkę, którą nasz komandir otwiera kluczykiem: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40887&stc=1
Przy źródle Sanu jesteśmy po kilku minutach (to dobra opcja dla osób, dla których dojście od polskiej strony wydaje się niemiłosiernie długie i monotonne – zajechać na Przeł. Użocką samochodem i myk – po kwadransie jest się przy obelisku). Niestety – nie ma żadnych polskich turystów (a jest już koło dwunastej czasu polskiego) i nie ma jak poszpanować, że przyszliśmy tu nie dość, że od strony ukraińskiej, to jeszcze z prywatną ochroną :-) . Robimy więc pamiątkowe zdjęcie: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40888&stc=1
i z psem: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40889&stc=1
po czym wracamy na przełęcz. Tam pięknie dziękujemy za eskortę i wdrażamy plan B, czyli przejście grzbietem wododziałowym przez Perejbę - Kruhłę w kierunku wsi Karpackie (dawna Hnyła).

luki_
20-06-2016, 22:05
Szlak ukraiński jest o dziwo wyznakowany, na początku trasy jest nawet zadaszone “misce widpoczynku”, ale tak brudne, że przerwę obiadową postanawiamy zrobić dalej na “zielonej trawce”. Na Ukrainie jest już po czternastej, nie mamy więc dużo czasu na posiedzenia i wkrótce ruszamy. Trasa grzbietem to trochę chaszczowania, trochę podchodzenia i trochę ostrego schodzenia. Szersze widoki otwierają się dopiero z pastwisk nad Hnyłą: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40893&stc=1
Nie mamy czasu, żeby iść dalej w kierunku głównego grzbietu ukraińskich Bieszczadów, schodzimy więc malowniczą ścieżką do Użoka. W Użoku mijamy kolejny drogowy check-point, a następnie piękną XVII-wieczną bojkowską cerkiewkę: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40894&stc=1
W Użoku, kawałek za krzyżówką, na której do głównej drogi Lwów – Użgorod dobija z lewej droga z Roztoki, a tuż poniżej stacji kolejowej, znajduje się pensjonat i restauracja Li-An. Tabliczka zawieszona na nim informuje co prawda, że obiekt prodajetsja (wystawiono na sprzedaż), ale póki co można tam jeszcze zanocować, a co najważniejsze smacznie zjeść. Teraz będzie więc kulinarnie (żeby nie było, że turyści to taka rasa, która je tylko pure ze smalcem :smile: ):
smaczny i ładnie podany Bogracz: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40895&stc=1
placki “po huculsku”: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40896&stc=1
Po obiadokolacji ruszamy pod górkę na stację: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40897&stc=1
Kilka minut po dwudziestej podjeżdża nasz pociąg – wsiadamy i jedziemy pokonując kolejne wiadukty i zakręty do Sianek: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40898&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40899&stc=1
Na dworcu odbieramy nasz depozyt i otrzymawszy informację o jeszcze czynnym sklepiku “górnym” ruszamy tam (ja z Markiem) po piwo. Za budynkami stacyjnymi odnajdujemy także pompę – można więc się jako tako obmyć.
Po “kąpieli” siadamy na dworze popijając piwko na przydworcowej ławeczce, kiedy z budynków dworca wychodzi ku nam nagle młoda dziewczyna. Spodziewaliśmy się z jej strony jakiegoś ostrzeżenia typu “tu wokzał i pić alkoholu nie wolno”, ale ku naszemu zaskoczeniu okazuje się, że dziewczynie chodzi tylko o to, żeby podzielić się z nią “stakańczykiem” piwa. Ponieważ nie mamy takowego, nasza nowa koleżanka wraca za chwilę z budynku ze stakanem i w efekcie – wypija całe piwo Jarkowi :smile: .
Ponieważ pociąg mamy dopiero po północy, a na dworze (może wypadało by napisać “na polu”, bo forum jest jak by nie było małopolskie?) robi się coraz zimniej przenosimy się z całym majdanem do poczekalni (w której wcale dużo cieplej nie jest). Po chwili do środka wchodzi młody chłopak w dresie i żąda od nas okazania paszportów :smile: – na nasze zdziwione spojrzenia wyciąga legitymację “prikordonnej służby”.
Około 10 podjeżdża jeszcze ostatnia elektriczka, z której do poczekalni dochodzi jeszcze kilka osób. Pewien mężczyzna, który wysiadł z elektriczki najpierw przysłuchuje się naszej rozmowie, by po chwili się do niej przyłączyć. Pochodzi z obwodu lwowskiego, ale obecnie mieszka na Zakarpaciu, gdzie właśnie zdąża. Wychwala zakarpacki klimat, twierdząc, że są tam już dojrzałe brzoskwinie i inne owoce (temat “ciepłego” zakarpackiego klimatu będzie jeszcze nie raz wracał na naszej wyprawie, widać, że mieszkańcy Zakarpacia lubią się wychwalać dobrodziejstwami swojego ciepłego klimatu przed innymi Ukraińcami); facet jest wyraźnie podchmielony, więc jego opowieści robią się z minuty na minutę coraz bardziej niesamowite – opowiada a to o olbrzymich górskich kleszczach, a to o niezwykle jadowitych żmijach – podaje nam nawet technikę, jak z taką żmiją sobie poradzić – trzeba przydepnąć jej ogon butem i mocno chwytając za szyję okładać kijami :smile: . Nie mogąc uwierzyć, że tak po prostu idziemy sobie z plecakami w góry, próbuje od nas wyciągnąć “prawdziwy” cel naszego wyjazdu. Przypominam sobie w pewnym momencie przeczytaną kiedyś na forum informację (chyba w jednej z relacji Buby), o technice łowienia pstrągów “na siatkę”. Wyjawiam więc facetowi, że tak naprawdę to jedziemy kłusować pstrągi w górskich potokach; w odpowiedzi słyszymy więc kolejną długą instrukcją, jak tej trudnej sztuki dokonać (mężczyzna opowiada jednak o łowieniu ryb za pomocą metalowej siatki, coś a la klatka dla ptaszków, z tego co pamiętam Buba pisała jednak o łowieniu za pomocą reklamówki :smile: ). W końcu przyjazd pociągu wybawia nas od towarzystwa tego sympatycznego, ale jednak dość namolnego delikwenta. Wsiadamy, zajmujemy nasze miejsca w kupiejnym i idziemy spać.
C.D.N.

don Enrico
21-06-2016, 19:56
T(...)
Sambor od Szegini dzieli jakieś 50 km, tak więc nastawialiśmy się na co najmniej dwugodzinną jazdę, a tu miła niespodzianka - droga z Mościsk jest świeżo wyremontowana i autobus jedzie tylko nieco ponad godzinę.
(...)
Powiadasz Pan , że droga świeżo wyremontowana ....?
Łoj , co to będzie, co będzie ?....... gdzie znajdziem dziury co były wszędzie ?
p.s. czytam, czekam

bartolomeo
21-06-2016, 21:24
W Użoku, kawałek za krzyżówką, na której do głównej drogi Lwów – Użgorod dobija z lewej droga z Roztoki, a tuż poniżej stacji kolejowej, znajduje się pensjonat i restauracja Li-An.Pięć lat minęło, chyba mogę już zdradzić, że hotel "no-name" (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/5436-Humor-SPOZA-szlaku?p=123327&viewfull=1#post123327) to właśnie "Li-An" w Użoku. Sądząc z opisu w cytowanym poście właściciele zdążyli się zmienić od tego czasu.

luki_
21-06-2016, 23:21
Powiadasz Pan , że droga świeżo wyremontowana ....?
Łoj , co to będzie, co będzie ?....... gdzie znajdziem dziury co były wszędzie ?
Tak naprawdę to ostatni odcinek przysnąłem, więc może nie jest aż tak źle i kawałek niewyremontowanego pozostał?


Pięć lat minęło, chyba mogę już zdradzić, że hotel "no-name" (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/5436-Humor-SPOZA-szlaku?p=123327&viewfull=1#post123327) to właśnie "Li-An" w Użoku. Sądząc z opisu w cytowanym poście właściciele zdążyli się zmienić od tego czasu.
Uu, a to ciekawe. Jadłem tam w 2012 roku i miałem jak najlepsze wrażenia dlatego i tym razem zaprowadziłem tam moich współtowarzyszy.
Barmanka była tak na oko 40+, a może i 50+, a więc to na pewno nie ta sama, co podczas waszej feralnej wizyty. Może więc była to po prostu owa właścicielka :-) ?

bartolomeo
22-06-2016, 08:14
Jadłem tam w 2012 roku i miałem jak najlepsze wrażenia dlatego i tym razem zaprowadziłem tam moich współtowarzyszy.Zmieniło się więc na dobre i sam przy okazji znów zaglądnę :smile:

luki_
22-06-2016, 20:00
W ostatnim odcinku nie napisałem, że w nocy, wsiadając do pociągu Marek stłukł sobie poważnie duży palec u stopy, co niewątpliwie stanowić będzie dla niego duże utrudnienie w dalszej wędrówce...
Do Sołotwyna przybywamy o 9 rano. Wszystko, co się da powiedzieć o tym mieście pozytywnego to to, że jest malowniczo położone na wysokim brzegu Cisy i jest dogodnym miejscem do pieszego przekroczenia granicy ukraińsko-rumuńskiej.
Udajemy się więc w kierunku granicznego mostu i sprawnie przekraczamy granicę (wyłowieni dodatkowo z niewielkiej kolejki oczekujących i obsłużeni w pierwszej kolejności przez rumuńskich celników).
Autobus wg rozkładu znalezionego w internecie mamy o 11, pewnym więc krokiem ruszamy na główny dworzec autobusowy w Sygiecie. Na dworcu coś jakby nie gra – ani autobusów, ani pasażerów... . Byliśmy tu już w zeszłym roku, więc wiemy na pewno, ze trafiliśmy dobrze – upewnia nas zresztą o tym wisząca nad peronem tabliczka z godziną odjazdu naszego autobusu - Jassy 11.00: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40909&stc=1
Jednak ten brak ruchu jest coraz bardziej niepokojący – idę do otwartego baru w pensjonacie tuż obok dworca z pytaniem o autobus do Jass – nie idzie mi to dobrze (nie znam rumuńskiego), ale uspokajam się, kiedy barmanka pisze na karteczce orientacyjną godzinę odjazdu autobusu: 10.30 – 11.30 :-) . Uspokajam się jednak nie na długo – po jedenastej ten dworcowy bezruch zaczyna mnie ponownie niepokoić, udaję się więc na nieodległy dworzec kolejowy, gdzie w budce z napojami zasięgam języka – tak, autobus do Jass odjeżdża stąd i właśnie odjechał. - A kiedy następny? - pytam zdesperowany – no nie wiem, chyba jutro.
Nie jest dobrze. Okazuje się, ze rolę dworca autobusowego przejął obecnie plac przed głównym dworcem kolejowym, nie ma tam natomiast żadnej informacji, tylko na jakiejś bramie przybita jest metalowa tablica z godzinami odjazdów (nie ma na niej zresztą naszego autobusu :-) ).
Tak po prawdzie to jedziemy oczywiście nie do Jass, tylko do Viseu de Sus, pamiętam z internetowego rozkładu że jedzie tam coś jeszcze koło 15.30. Nie zamierzamy jednak ponownie ryzykować i „bierzemy sprawy w swoje ręce”. Klient przydworcowego baru radzi nam udać się na wylotówkę i zatrzymywać przejeżdżające auta – to ponoć powszechny tutaj zwyczaj. Tak też robimy, tyle, ze nie bardzo wiedząc, gdzie ta wylotówka się znajduje obieramy niewłaściwy kierunek, co widząc nasz rozmówca podjeżdża do nas swoim czarnym SUV-em i podrzuca nas gratis na rzeczoną wylotówkę. Pięknie dziękujemy i ustawiamy się w strategicznym miejscu na przystanku: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40910&stc=1
Nagle nie wiedzieć skąd podjeżdża kolejny SUV – czarne BMV, którego kierowca staje dokładnie tak, żeby potencjalni kierowcy nie mieli szansy zobaczyć nas – autostopowiczów. Zaraz tez ujawnia cel swojej wizyty – proponuje nam z miejsca swoje usługi, czyli podwózkę do Viseu. Ponieważ nie bardzo dowierzamy temu facetowi zagadujemy młodego chłopaka, jako tako znającego angielski, który też oczekuje na transport. Ten mówi nam, że to normalne i nie ma się czego obawiać :-). Uzgadniamy więc cenę – po 15 lei na głowę (to podobnie jak za przejazd autobusem) i po chwili podjeżdża mający nas zawieźć na miejsce kolega owego biznesmena. Ponieważ w międzyczasie zjawia się kolejny chętny, do Viseu jedziemy więc w piątkę z bagażami zwykłą osobówką :-).
W Viseu kierowca zawozi nas na stację Mocanity, za co żąda jeszcze dodatkowo po 2,5 leja. No cóż – niech mu będzie, grunt, że jesteśmy na miejscu. Czym jest Mocanita, jaki ma rozkład i jak najlepiej za jej pomocą dostać się wgłąb gór opisano dokładnie tutaj: http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/8662-Hnitessa-czyli-wizyta-na-po%C5%82udniowym-kra%C5%84cu-II-Rzeczypospolitej?p=154823&viewfull=1#post154823 (http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/8662-Hnitessa-czyli-wizyta-na-południowym-krańcu-II-Rzeczypospolitej?p=154823&viewfull=1#post154823) – pozwolę sobie więc od razu kontynuować moją relację.
Po przyjeździe na stację ruszamy do kasy upewnić się czy jurto (tzn. w poniedziałek) odjedzie na pewno i jak daleko dotrze skład pracowniczy, tkz. production train . Na tak zadane pytanie odpowiedź jest lakoniczna: „for sure Faina, maby Valea Babei”. Nie mając wielkiego wyboru kupujemy więc bilety – po 20 lei na głowę, licząc, że pociąg dojedzie jednak do do Babei, bo stacja Faina położona jest niewiele dalej niż Paltin, do którego dojeżdżają pociągi „komercyjne”.
Mając w ręku bilety robimy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie przy przedwojennym polsko-rumuńskim słupku granicznym, który stał niegdyś (jak informuje tabliczka) na szczycie Łostunia:http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40911&stc=1
po czym ruszamy szukać kwatery. Mając już wcześniej upatrzony pensjonat „Stancuta” znajdujący się tuż obok stacyjki, z której odjeżdża production train kierujemy się właśnie tam. Niestety w środku nikogo nie ma, ale zaraz przyuważa nas właścicielka pensjonatu znajdującego się w pobliżu i pyta, czy nie chcemy nocować u niej,. Po uzgodnieniu ceny 40 lei/osobę kwaterujemy się w drewnianych domkach, obok domu właścicielki. Domki położone są na wzgórzu z pięknym widokiem na dolinę (tory Mocanity znajdują się zaraz za tym czerwonym daszkiem na pierwszym planie): http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40912&stc=1
Pani zapewnia nas, że robotnicy korzystający z porannego pociągu zachodzą do niej przed wyjazdem na kawę, tak, że na pewno nie przegapimy odjazdu kolejki. Mamy całe wolne popołudnie, wykorzystujemy je więc na zwiedzenie miasteczka i zakupy. W centrum Viseu de Sus naszą uwagę przyciąga grupa kilu starszych kobiet w chustach siedzących na ławce; Ala chcąc im zrobić zdjęcie udaje, że fotografuje naszą grupę, jednak kobiety w lot pojmując podstęp i same chętnie zapraszają do „uwiecznienia” swoich postaci: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40913&stc=1
Po zakupach postanawiam jeszcze zgłosić naszą grupę w Polita de Frontiera, żeby mieć pewność, że nikt nas z obranej drogi nie zawróci. Z łatwością odnajdujemy budynek policji i po angielsku dogadujemy się co do możliwości wędrówki granicą. Ponieważ mam w ręku nową rumuńską mapę Gór Marmaroskich, zagaduję funkcjonariusza, czy aby na pewno wszystkie zaznaczone na niej drogi istnieją naprawdę. Odpowiedź jest wymijająca – postanawiam więc iść z góry upatrzoną trasą, dość dokładnie obejrzaną przed wyjazdem na zdjęciach satelitarnych. Policjant jeszcze tylko ostrzega, żeby pod żadnym pozorem nie schodzić na drogę znajdującą się po ukraińskiej stronie („Ukraińcy strzelają”!) i życzy nam powodzenia.
Wieczorem w pensjonacie, po kąpieli wywracam się niestety tak niefortunnie na mokrych kafelkach, że odnawia mi się dawny uraz kolana. Na cztery osoby trójka z nas (lumbago, paluch, kolano) jest więc kontuzjowana...
Następnego dnia wstajemy w pół do szóstej rano. Mocanita ma odjechać co prawda dopiero o siódmej, na wszelki wypadek trzeba być jednak przygotowanym wcześniej. Ruch na stacyjce wygląda podobnie jak w zalinkowanej wcześniej relacji p. Wojtka Pysza, ograniczę się więc jedynie do uwagi, że nasze wagoniki nie były żółte, tylko zielone i mieliśmy do wyboru dwa: z szybami lub bez. Wybieramy ten z szybami, żeby po drodze „nie zacugowało” i jak się później okazuje mieliśmy słuszność pod względem wiatru; ujemną stroną tego wyboru było natomiast wdychanie papierosowego dymu, którym wypełnione było powietrze w wagonie :-) .
Tu wnętrze wagonika jeszcze puste: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40914&stc=1
a tu pełne: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40915&stc=1
Ruszmy chwilę po siódmej, podziwiając po drodze piękne widoki: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40916&stc=1 http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40917&stc=1 http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40918&stc=1
Jak się okazuje, pociąg jedzie dzisiaj jednak do Valea Babei, co nas niezmiernie cieszy. Na jednej ze stacji po drodze dosiada dwóch rumuńskich „WOP-istów”, których zagadujemy po angielsku prosząc o pomoc w wyborze najlepszej drogi dojścia na szczyt Komanu ( nie wyjawiłem do tej pory celu naszej „pielgrzymki”, jednak oczywiście była nim Hnitessa oraz przedwojenny najbardziej wysunięty na S punkt Polski na przełęczy Fata Boului, wędrówkę szczytową chcieliśmy jednak rozpocząć od miejsca, w którym opuściliśmy grzbiet graniczny w zeszłym roku, czyli od Komana i Komanowej). Policjanci nie polecają nam drogi bezpośrednio z Valea Babei (tak jak myślałem raczej nie istnieje w formie wyrysowanej na mapie), za to proponują nam wejście na grzbiet w okolicach Purula ze sobą. Dziękując odmawiamy jednak, gdyż objuczeni ciężkimi plecakami i tak nie bylibyśmy w stanie dotrzymać im kroku.
Ostatecznie więc wysiadamy na stacji Valea Babei, żegnani przez pozostałych w pociągu pracowników leśnych (przed wyjściem poczęstowali nas jeszcze palinką :-) ) - kolejka wraca wraz z nimi, tego dnia bowiem skład dociera do położonej w bocznej dolince stacji Steviora. Jak się okazuje pociąg dojechał dziś do Valea Babei specjalnie, żeby podwieźć właścicielkę schroniska o tej samej co stacja nazwie wraz z towarami, które wiezie na cały tydzień z miasta. Pomagamy pani w przeniesieniu owych dóbr na próg domu, za co ona zaprasza nas na popas pod zadaszone miejsce ze stolikiem i ławkami. Miejsce jest bardzo schludne, tak samo jak kibelek typu „wygódka” na zewnątrz – widać, że jest albo mało używany, albo regularnie dokładnie szorowany :-) . Zastanawiamy się, kto dociera w tą leśną głuszę w końcówce doliny Wazeru, bo turystów tu za bardzo nie widać. Odpowiedź, wydaje się, otrzymujemy następnego dnia...

luki_
22-06-2016, 20:14
Na razie jednak ruszamy w trasę. Początkowe sześć kilometrów wędrujemy po torach Mocanity aż do końcowej stacji Comanu:http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40919&stc=1
Stamtąd skręcamy w lewo (na północ) w jedną z bocznych dolinek (czasem trzeba przejść przez potok: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40920&stc=1),
po czym jeszcze raz w lewo w kierunku grzbietu oznaczonego na mapie rumuńskiej jako Culmea Comanu Mic. Po drodze mijamy szałasy obok jeszcze w tym roku nie użytkowanych polan: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40921&stc=1
Rodniany po raz pierwszy: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40922&stc=1
Na grzbiecie Comanu Mic odnajdujemy ścieżynę, która doprowadza nas do kolejnej polany „Preluca cu Tau” , czyli polany „ze stawem”, co też faktycznie zgadza się z mapą. Tam robimy sobie przerwę (na razie jeszcze wesoło: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40923&stc=1),
by po dłuższej chwili ruszyć przez las w kierunku szczytu Komanu na granicy RO/UA. Jednak już od początku coś tu się nie zgadza – wg mapy rumuńskiej ścieżka powinna prowadzić grzbietem doprowadzając do granicy; wg radzieckiej sztabówki natomiast ścieżka wiedzie wschodnim zboczem prowadząc na przełęcz między Komanem i Komanową. Tymczasem nasza ścieżyna skręca wyraźnie na zachód, doprowadzając po kilku minutach do jakiejś polany z szałasem. Nie mamy wyboru – trzeba się będzie przedzierać na szczyt bez żadnej drogi! Początkowo idzie nieźle – wspinamy się przez widny las i kolejną polanę. Jednak im bliżej grzbietu, tym więcej chaszczy – kosówki, jałowca i innej „zawalidrogi”. Przedzieramy się więc mozolnie, a szczytu jak nie ma, tak nie ma. Moi towarzysze zaczynają nawet powątpiewać w to, że Rumunia graniczy z Ukrainą :smile: . Na grzbiecie dochodzącym do Komana odkrywamy za to pozostałości z I wojny – świetnie zachowane okopy i bunkry!: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40924&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40925&stc=1
W końcu kosodrzewina robi się tak gęsta, że uniemożliwia dalszy marsz całkowicie. Zostawiam więc plecak i moją kompanie i ruszam na zwiady – okazuje się, ze granica jest i to całkiem blisko – trzeba tylko obejść potężny łan kosówki.
Po wejściu na przecinkę graniczną odpoczywamy dłuższą chwilę. Widok w kierunku Komanowej i Palenicy: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40926&stc=1
Jak się okazuje, to nie koniec kłopotów na dziś – przede wszystkim dla Jarka. Wpakował on bowiem niestety zakupione poprzedniego dnia mleko w kartonie do plecaka i efekt (który był zresztą do przewidzenia) jest taki, że ma wszystkie rzeczy w mleku :smile: .
Cóż, nie ma wyboru i po odpoczynku ruszamy dalej. Schodzimy najpierw na przełęcz pomiędzy Komanem i Komanową, a następnie wdrapujemy się dalej granicą w kierunku widocznych już z dala skał Baba (rum. Piatra Baltagului). Tam znów robimy krótką przerwę, którą wykorzystuję na obejście skałek, a ponieważ ich główna, większa część leży już po stronie ukraińskiej, robię to z duszą na ramieniu przypominając sobie o wczorajszym ostrzeżenie funkcjonariusza Politii de Frontiera o strzelających ukraińskich pogranicznikach... w pewnym momencie słyszę jakby krzyk, więc co prędzej wracam na rumuńską stronę.
Ponieważ jest już koło szóstej wieczór, ruszamy dalej przez wypłaszczenie grzbietowe Komanowej i na nocleg wybieramy miejsce w którym granica rumuńsko - ukraińska zagłębia się w dolinkę oddzielającą Komanową od Palenicy. Jest tam źródło, może niezbyt wydajne, ale to chyba sprawka jeszcze nie odtajałych do końca śniegów, a co za tym idzie zmarzniętej jeszcze ziemi. Woda jest żółtawa i niezbyt zachęcająca do spożycia; w ogóle miejsce to, zacisznie osłonięty kosówką początek potoku sprawia wrażenie wodopoju dzikich zwierząt – cóż, w razie czego w nocy będziemy okładać misie kijami :smile: . Ponieważ nikomu nie chce się już dalej iść rozkładamy namioty, przygotowujemy kolację i idziemy spać.
http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40927&stc=1


CDN

Wojtek Pysz
22-06-2016, 20:46
Idę cichutko za Wami i podglądam ...

luki_
24-06-2016, 20:27
Ponieważ na dzień następny zapowiadane są burze, budziki nastawiamy wyjątkowo na 6 rano (zazwyczaj wstajemy po siódmej). Ale – jak na złość – żaden z nich nie dzwoni i w efekcie zrywamy się na nogi dopiero za kwadrans ósma. Szybko pakujemy się i w drogę. Na razie widoczki są ładne (Rodniany po raz drugi): http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40930&stc=1
Jednak im bliżej Hnitessy, tym coraz groźniejsze czarne chmury zbierają się nad nami. Hnitessa ma dwa wierzchołki – północny – wyższy – 1767 m npm i południowy – niższy – 1759 m npm. Warto także dodać, że wg najnowszej rumuńskiej mapy z serii „Muntii Nostri” południowy niższy wierzchołek nosi nazwę „Initeasa”. Przy wierzchołku północnym nieco poniżej szczytu po zachodniej stronie jest charakterystyczna skałka: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40931&stc=1
(to tak dla lepszej orientacji który wierzchołek jest który :-) ), oba zresztą wierzchołki są skaliste: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40932&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40933&stc=1
(na drugim zdjęciu zresztą Jarek tą skalistość wykorzystał i dodał sobie trochę wzrostu :-) ).
Nadciągająca burza nie daje nam za długo cieszyć się ze zdobycia tego mitycznego, najdalej na południe wysuniętego szczytu II RP, schodzimy więc w pośpiechu granicą w kierunku przełęczy oddzielającej Hnitessę od Kreczeli: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40934&stc=1
Na zejściu dopada nas burza – najpierw trochę wyładowań, potem grad, a na końcu sam deszcz. Burza na szczęście nie jest zbyt intensywna i po półgodzinnym wymuszonym postoju w krzakach ruszamy na dół: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40935&stc=1
W końcu dochodzimy do miejsca, gdzie przedwojenna granica polsko – rumuńska osiągała swój najbardziej na południe wysunięty punkt, skąd skręcała na północny-wschód w dolinę potoku Menczil. Miejsce to na mapach opisane jest przeważnie jako „Przełęcz Fata Banului”, ale jak słusznie zauważył Dariusz Czerniak w 2012 r na łamach „Płaju” nazwa „Fata” nie może dotyczyć przełęczy, bo po rumuńsku oznacza stok, natomiast drugi człon ”Banului” także nie jest prawidłowy – dostał się na mapy pdpd w wyniku przekręcenia nazwy właściwej, jaką powinna być „Boului” analogicznie jak nazwa potoku, który z tego miejsca spływa w dolinę Wazeru. Tak czy siak robimy sobie pamiątkowe zdjęcie w tym jakby nie było historycznym miejscu: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40936&stc=1
Ruszając w dalszą drogę próbujemy odnaleźć trawers Kreczeli, który powinien zaczynać się gdzieś na przeciwległym, północnym skraju polany. Znosi nas jednak trochę za bardzo na wschód i znów przedzierając się przez kosówkę odnajdujemy po pewnym czasie szukaną ścieżynę (muszę przyznać, że jeśli chodzi o mapy, to bezkonkurencyjna jest tu radziecka sztabówka w skali 1:50000 - tylko na niej bowiem prawidłowo zaznaczono miejsce, w którym ścieżka trawersująca Kreczelę opuszcza naszą polanę). Trawers ten to faktycznie wygodny płaj, na którym, mimo braku oznakowania raczej trudno się zgubić (no, chyba, że na kilku polanach, które dróżka ta przecina).
Z trawersu mamy jeszcze piękne widoki na naszą Hnitessę: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40937&stc=1
Ponieważ mamy zejść dzisiaj w kierunku Baia Borsy, musimy porzucić nasz płaj skręcając w prawo i dalej za znakami „czerwonego paska” podążać w kierunku szczytu o nazwie „Prislopu Cataramei”. Tak tez czynimy. Przy podejściu na w/w wierzchołek spotykamy jedynego dzikiego zwierza na tej wyprawie – naprzeciw nas wyrasta nagle olbrzymi kaban, ale szybko ucieka (nie ma więc zdjęcia – zazwyczaj „strach ma wielkie oczy” i wszystko, co dzikie jawi się olbrzymim, ale ten egzemplarz był na prawdę pokaźnych rozmiarów). Po chwili wyjaśnia się tez zagadka, kto nocuje w tak oddalonych od cywilizacji schroniskach jak Valea Babei, przy całkowitym braku przecież turystów pieszych – mija nas kawalkada złożona z dziesięciu chyba motorów crossowych, robiąc dużo hałasu i wyrywając z naszej drogi pełno błota...
Za szczytem Prislopu rozpoczynamy nużące długie (ale widokowe)
zmęczenie + Rodniany po raz trzeci: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40938&stc=1
Czywczyny: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40939&stc=1

luki_
24-06-2016, 20:36
Torojaga: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40940&stc=1
zejście w dolinę rzeczki Tasla. Po osiągnięciu dna doliny zaczynamy się rozglądać za jakimś dogodnym miejscem na biwak. Niestety – wrażenia estetyczne są takie, ze najchętniej od razu opuścilibyśmy to paskudna miejsce. Krajobraz jest tu jak po wybuchu bomby atomowej – jakieś resztki betonowych wiaduktów i budowle o niezrozumiałym dla nas przeznaczeniu – pamiątka po okresie rządów Causescu, za którego czasów powstawały w tym miejscu kopalnie: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40941&stc=1
Przypominam sobie, że kawałek dalej w głąb doliny są (widziane na zdjęciach satelitarnych) jakieś budowle pokryte nową czerwoną blachodachówką – a więc może leśnictwo??? Idziemy tam, ale nic z tego, to jakieś budowle przemysłowe – tartak, zakład utylizacji śmieci i coś tam jeszcze. Ruszamy więc dalej – za kawałek wg mapy ma być „burkut” - czyli źródło mineralne – może tam będzie lepiej? Po kilku minutach docieramy na miejsce – źródło faktycznie jest, a obok niego knajpka, w której przy palince siedzi kilku miejscowych, ale co najważniejsze za mostkiem jest opuszczony, drewniany budynek leśnictwa, w którym od biedy można rozwiesić mokre rzeczy, a obok równa, wyśmienita pod namioty łączka. Pytam więc miejscowych w dialekcie rumuńsko-włoskim: „Lunca, tenda, bun?” odpowiadają: „Bun, bun”, więc idziemy w kierunku nieodległej leśniczówki. Po chwili rusza za nami samochodem terenowym jeden z siedzących w knajpce facetów i dopadając nas na progu leśniczówki proponuje coś lepszego; mówi, że ma obok jeszcze nie wykończony pensjonat i w ramach promocji przenocuje nas za darmo! Ruszamy więc za nim ochoczo. Budynek jest nowy, drewniany, za to z piecem, w którym pracownik naszego dobrodzieja zaraz rozpala ogień. Na dole jest jadalnia i łazienka, na górze pokoje i łóżka z pościelą -ze wszystkiego możemy korzystać! Nie wiele myśląc wracam do knajpy i kupuję butelkę palinki – wręczamy ją zaraz naszemu gospodarzowi, co widząc ten zaprasza nas do swojego domu obok, gdzie jak się okazuje ma pokaźną kolekcję palinek własnej roboty – wybiera jakąś i już w „naszym” nowym domku wypijamy z nim kilka kolejek „na zdrowie – noroc” po czym zostawia nas samych życząc dobrej nocy. Korzystając z niespodziewanego daru losu robimy sobie więc porządną kolacje: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40942&stc=1
, kąpiemy się w łazience, a Jarek robi pranie i przy kominku oraz na schodach suszy swoje zalane mlekiem rzeczy.: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40943&stc=1
Następnego dnia rano cieszymy się, że mieliśmy możliwość przenocować pod dachem – na zewnątrz leje jak z cebra. Ponieważ jednak chcemy zdążyć na autobus, który po 12 rusza z Borszy, nie mamy wyboru i musimy iść. Poubierani w peleryny przeciwdeszczowe ruszamy więc doliną w kierunku Baia Borsy. Tam łapiemy busik i dzięki temu już przed 10 jesteśmy w Borszy. Znalezienie przystanku autobusowego, z którego odjeżdżają autobusy do Sygietu graniczy z cudem. Każdy z miejscowych ma w tej kwestii inne zdanie – jedni wskazują na miejsce vis a vis „Magazinu Unicram”, inni na ławeczkę przed cmentarzem, a jeszcze inni na plac przed szpitalem. Pół biedy było by, jeśli wsiadalibyśmy w autobus przelotowy, np. z Jass – ten można by zatrzymać w dowolnym miejscu na trasie, ale nasz ma ruszać właśnie z Borszy. Nauczony doświadczeniem z Sygietu zostawiam więc moich towarzyszy w kawiarni, a sam idę się poorientować. Rozpytuję kierowców autobusów – każdy podaje inną godzinę odjazdu i inne miejsce. Koniec końców siadamy na ławeczce naprzeciw „Unicramu” i czekamy. W pewnym momencie wydaje nam się, że pod szpital zajeżdża autobus z napisem „Sigetu Marmatiei” i zawraca. Biegniemy więc tam i jak się okazuje słusznie – to właśnie z placyku pod szpitalem ruszają busy firmy „Jan” obsługujące połączenie Borsza – Sygiet.
Po dwóch godzinkach jazdy wysiadamy w Sygiecie i ruszamy na przejście graniczne – w tę stronę idzie to również bezproblemowo – ruch niewielki. W Sołotwynie robimy zakupy i idziemy w kierunku głównej drogi Chust – Iwano-Frankowsk. Ponieważ do odjazdu autobusu, którym mamy zamiar dotrzeć do kolejnego celu na dzisiaj, czyli do Tatarowa mamy jeszcze trochę czasu, idziemy coś zjeść do nieodległej knajpki.
Po obiedzie wracamy na przystanek i w oczekiwaniu na „farnkiwski” autobus wdajemy się w miłą pogawędkę ze starszą kobietą, która oczekuje na przyjazd syna. W pewnym momencie kobieta prosi o zrobienie sobie z nami zdjęcia i przysłanie jej odbitki...: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40944&stc=1
Kiedy przyjeżdża autobus, zajmujemy w nim miejsca tradycyjnie z tyłu. W autobusie jest jednak sporo wolnego miejsca – chyba coś się tu jednak pozmieniało i kryzys związany z konfliktem na wschodzie kraju i związane z nim zubożenie społeczeństwa powoduje, że nawet tradycyjnie do tej pory zatłoczone autobusy i marszrutki jeżdżą pustawe...
Obok nas siada młoda dziewczyna zdążająca do Iwano-Frankiwska na studia. Pochodzi stąd, a więc z Zakarpacia i ochoczo wdaje się z nami w pogawędkę. Dziewczyna pracowała na zachodzie Europy, zna więc angielski, w którym to właśnie języku z nią rozmawiamy. Opowiada dużo o Zakarpaciu, o ciepłym tutejszym klimacie :smile:, oraz o podobieństwach, które z pewnością łączą jej dialekt z naszym językiem – dziewczyna podaje kilka przykładów na to, ze jeżyk rusnacki, którym mówi się na Zakarpaciu, ma więcej podobieństw do polskiego niż j. ukraiński , ale nie idzie to najlepiej – widać, że miała do czynienia jak do tej pory zapewne z Czechami i (głównie) ze Słowakami – ten język ma bowiem dużo wspólnych, będących pozostałością po wielowiekowym trwaniu w jednym państwie wzajemnych zapożyczeń. Język ukraiński, którym włada się na północ od Karpat ma z kolei siłą rzeczy więcej zbieżności z polskim.
Tak to gawędząc sobie po trochu docieramy niepostrzeżenie do Tatarowa. Wysiadamy na krzyżówce i od razu kierujemy się do obiektu tuż obok na nocleg. Hotel jest całkowicie pusty, otrzymujemy więc kilka opcji do wyboru. Wybieramy piętro wolnostojącego „kotedżu”. Zastanawiamy się kto tu przyjeżdża – miejsce nie jest ani specjalnie urokliwe (tuż przy przelotowej drodze głównej), ani specjalnie ciekawe. Widać, że obiekt, wybudowany już dobrych kilka lat temu, nastawiony był zapewne na tkz. „nowych ruskich” i „nowych ukraińskich”, a że od dwóch lat ze wschodu nikt tu nie przyjeżdża, tak więc podzieli pdpd los większości tutejszych hoteli tego typu, które stojąc puste są wystawione na sprzedaż. Póki co jeszcze tylko nieodległy Bukowel przyciąga tu zimą narciarzy.
Tego wieczora długo siedzimy przy piwku i gadamy...


CDN

Wojtek Pysz
25-06-2016, 06:37
.... jakieś resztki betonowych wiaduktów i budowle o niezrozumiałym dla nas przeznaczeniu ....
Niektóre betonowe wiadukty o niezrozumiałym przeznaczeniu, mogą służyć do odprowadzania nad drogą wody z poprzecznych cieków, szczególnie podczas ulew, gdy woda niesie rumosz skalny i głazy.
http://ciekawe.tematy.net/2014/maramuresz/800/IMG_0853.JPG

joorg
26-06-2016, 14:04
Torojaga: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40940&stc=1.....
Tego wieczora długo siedzimy przy piwku i gadamy... CDN
Luki pozdrawiam i z wielką uwagą czytam Twoją relację , jak zwykle TY... zaplanowałeś perfekcyjnie trasę. Dzięki za wspomnienie niektórych miejsc :)

luki_
26-06-2016, 23:43
Niektóre betonowe wiadukty o niezrozumiałym przeznaczeniu, mogą służyć do odprowadzania nad drogą wody z poprzecznych cieków, szczególnie podczas ulew, gdy woda niesie rumosz skalny i głazy.
http://ciekawe.tematy.net/2014/maramuresz/800/IMG_0853.JPG
Przeznaczenie tego obiektu jest raczej oczywiste – coś takiego widziałem np. na trasie transfogaraskiej, zresztą nie tylko w Rumunii są stosowane takie rozwiązania. Ale co powiecie np. na takie budowle:http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40945&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40946&stc=1
-wiadukt nowobudowanej drogi? Jako zabezpieczenie stoku przed spadającymi kamieniami nie pasuje, bo znajduje się za daleko od zbocza.


Luki pozdrawiam i z wielką uwagą czytam Twoją relację , jak zwykle TY... zaplanowałeś perfekcyjnie trasę. Dzięki za wspomnienie niektórych miejsc :)
Joorg, pozdrawiam Cię również!
Oczywiście to ja planowałem trasę, ale muszę przyznać, że te moje wyjazdy dochodzą do skutku dzięki moim współtowarzyszom, którzy cierpliwie i bez marudzenia znoszą moje pomysły wyprawowe :-) .
P.S. Dalsza część relacji pojawi się, jak tylko wygospodaruje troszkę czasu...

luki_
28-06-2016, 21:44
Rano wstajemy dosyć wcześnie, gdyż mamy w planach zdążyć na drugi poranny autobus do Werchowyny, który odjeżdża z przystanku na krzyżówce wg podzielonych zadań miejscowych jakoś między godziną 7.30 a 8.30. Poprzedniego wieczoru pytaliśmy o godzinę odjazdu tego autobusu także panią z recepcji naszego obiektu zaznaczając, że będziemy opuszczać nasz pokój o siódmej rano. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy o rzeczonej godzinie następnego dnia bezskutecznie zacząłem dobijać się do zamkniętych drzwi obiektu głównego! Widząc to ochroniarz poinformował mnie, że recepcja jest czynna od 8 rano – ja mu na to, że przecież wczoraj umawiałem się z recepcjonistką, że wychodzimy o siódmej, niech więc on sam odbierze od nas pokój. Okazało się, że takiej opcji nie ma i trzeba dzwonić po panią. Koło wpół do ósmej nasza recepcjonistka zjawia się w końcu i możemy zdać pokój.
Przy okazji potwierdza się tu nam stara zasada, że jeżeli już nocować pod dachem w ukraińskich górach – to tylko u miejscowych. Nie dość, że wspomożemy ich skromny budżet, to jeszcze załapać się możemy na dobry posiłek i coś do niego...i oczywiście nie będziemy musieli mierzyć się z takim absurdem, jak czynna od ósmej rano recepcja :-) .
Po porannych kłopotach ruszamy więc na przystanek – naszą uwagę przykuwa taka oto reklama na sklepiku naprzeciwko (dla nieznających cyrylicy tłumaczenie: „pańskie piwo” :-) ): http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40952&stc=1
Nasz autobus podjeżdża wkrótce i ruszamy. Naszym dzisiejszym celem jest pasmo Kostrzycy, wysiadamy więc na „Perewale” czyli przełęczy między Worochtą a Werchowyną - stamtąd bowiem wiedzie najdogodniejsze dojście na Kostrzycę. Z przełęczy podążamy więc najpierw za znakami czerwonego szlaku, żeby na końcowym podejściu pod Kostrzycę zamienić je na żółte. Trasa tak na mapie, jak i w terenie wyznakowana jest faktycznie prawidłowo. Po drodze, przy okazji mam możliwość praktycznego sprawdzenia wodoszczelności mojej nowej laminowanej mapy ukraińskiego wydawnictwa „Astur” - w pewnym momencie wywalam się bowiem na błotnistej drodze i cała moja mapa (jak również spodnie :-) ) są w błocie. Przemywam ją (tzn. mapę) i spodnie w pierwszej napotkanej rurze odprowadzającej wodę: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40953&stc=1
Po mniej więcej trzech godzinkach (około dwunastej) docieramy wreszcie na grzbiet Kostrzycy, skąd mamy pierwszy piękny widok na grzebień nieodległej Czarnohory ( takie widoki towarzyszą nam prawie do końca dzisiejszej trasy, kierujemy się bowiem ścieżką grzbietową na wschód w kierunku leżącego nad Czarnym Czeremoszem Krasnyka): http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40954&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40955&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40956&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40957&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40958&stc=1
W Krasnyku jesteśmy już przed czwartą po południu. Tutaj mam dylemat – czy szukać jakiegoś dogodnego miejsca na nocleg, czy może podjechać kawałek autobusem do Zełenego, tak, aby jutro od rana od razu ruszyć w kierunku interesujących nas Uhorskich Skał w bocznym paśmie Skupowej; ponieważ wyjście z Krasnyka wiązało by się z meczącym, pond 700 metrów różnicy wzniesień liczącym podejściem, wygrywa ta druga opcja.
Autobus „burkucki” mamy dopiero koło osiemnastej, kupujemy więc piwo i rozkładamy się nad brzegiem Czeremoszu kontemplując widoki i delektując się trunkiem - naprzeciwko nas w nurcie Czeremoszu zaparkował Ził, na bagażnik którego zrzucany jest rumosz skalny wydobywany z dna rzeki przez koparkę.: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40959&stc=1
Widać, ze chłopaki (zarówno kierowca Ziła, jak i operator koparki) dumni są ze swojej pracy i cieszy ich kibicujący na brzegu niewielki tłumek miejscowych. Lokalniacy popiją wódeczkę, a opróżnione plastikowe butelki po napojach gazowanych (napojach służących za popitkę) lądują na brzegu Czeremoszu. Utylizacją tych ostatnich zajmuje się mała dziewczynka – córka pani sklepowej – po uzbieraniu większej liczby „plastików” robi z nich ognisko na czeremoszowym brzegu: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40960&stc=1
Dziewczynka sprząta także po miejscowych z drewnianych ław na „miscu widpoczynku” - w ogóle widać, że jest bardzo pracowita ( w wielu miejscach na Ukrainie powtarzał się zresztą często taki sam scenariusz – pracujące ciężko kobiety i niepracujący, ale pijący mężczyźni :-) ).
Około szóstej podjeżdża w końcu nasz autobus – na szczęście nie jest tak przeładowany jak podczas naszej zeszłorocznej wyprawy – zajmujemy więc miejsca siedzące i ruszamy do Zełenego.
Jeszcze na przystanku pytamy pewną młoda kobietę o możliwość zanocowania gdzieś przy szlaku na Uhorskie Kamenie blisko Zełenego, ale ta odpowiada, że mieszaka tu dopiero od dwóch lat i nie zna gór :-), ale mąż który pracuje w lesie będzie na pewno coś wiedział. Koniec końców mąż tej pani okazuje się nam niepotrzebny, bo jeszcze w autobusie swoją pomoc oferuje nam inna kobieta, wysyłając swojego synka, żeby pokazał nam drogę i dogodne miejsce na biwak. Po wyjściu z autobusu podążamy więc za chłopcem, najpierw przez kładkę na Czeremoszu: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40961&stc=1
by w końcu wylądować nad brzegiem rzeczki Hnylec. Stąd – jak mówi chłopiec – możemy czerpać wodę, a biwak urządzić można na łąkach powyżej.
Chłopak robi wrażenie bardzo rozgarniętego; pokazuje na mojej mapie (a ma dopiero 10 lat!), gdzie znajdują się należące do jego rodziny połoniny, gdzie chodzi na borówki, a gdzie dziadek ma krowy... . Dostaje na koniec ode mnie czekoladę i zmyka do domu.
Niestety, do miejsca przeznaczonego na biwak jest dosyć daleko, niezręcznie więc było by nam schodzić do rzeczki po wodę, pytamy więc miejscowego z domu położonego nad potokiem, czy możemy się rozbić na jego terenie. Facet wyraża zgodę, szukamy więc dogodnego miejsca na nocleg – niestety – większość łąki przed domem pokryta jest krowimi plackami . Po chwili nasz gospodarz wraca do nas jednak oferując nam nocleg u siebie w domku... Ponieważ jest już wieczór i nie chce się nam kombinować przystajemy więc ochoczo na tą propozycję. Pokoje, które nam przeznaczono są bardzo schludne i zdaje się nieużywane – pewnie czekają na córkę gospodarza... Nasz kolejny dobroczyńca na tej wyprawie długo wzbrania się przed przyjęciem jakichkolwiek pieniędzy za nocleg, ale nie dajemy za wygraną przekonując go, że nie jesteśmy przecież w nagłej potrzebie i wynagrodzenie słusznie mu się należy.

luki_
28-06-2016, 21:57
Kolejnego ranka wyruszamy w trasę koło dziewiątej. Dzień zapowiada się pięknie – od rana świeci słońce, a chmurki pojawiające się z czasem na niebie nie wróżą nic złego.
Z Zełenego w kierunku Uhorskich Skał podążamy niebieskim szlakiem. Do skałek tych nie jest daleko, po niecałych dwóch godzinkach wynajdujemy piękne miejsce z widokiem na rzeczone skałki i panoramą Czarnohory: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40962&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40963&stc=1
Po krótkim odpoczynku ruszamy w kierunku Skupowej, nie osiągając jednak tego szczytu, tylko skręcając na południe czerwonym szlakiem. Tutaj krótka instrukcja przekraczania woryni perełazem: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40964&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40965&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40966&stc=1
Idąc cały czas na południe mijamy rozrzucone po grzbiecie zabudowania przysiółka Probijnej – Stołpni. Nie wiem jak dla Was, Szanowni Czytelnicy, ale dla mnie takie widoki są urzekające - to esencja Huculszczyzny i coś, po co się tu człowiek taki kawał fatygował z naszego dalekiego zachodu: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40967&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40968&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40969&stc=1http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40970&stc=1
Widoki są bajeczne, więc często robimy sobie przerwy tym bardziej, że dziś nie spieszymy się wcale, gdyż nocleg mamy zaplanowany w pobliżu Probijnej nad potokiem Czarnym. Wg. Mapy jest tam zresztą źródło – które okazuje się być źródełkiem siarkowym. Zapach i smak wypływającej z niego wody nie zachęca do pozostania, wynajdujemy więc lepsze miejsce na nocleg w dolince potoku bliżej Probijnej. Ponieważ jest dopiero czwarta po południu, po rozłożeniu namiotów ruszam z Alą do wioski w poszukiwaniu sklepu. Sklep znajduje się wkrótce, a w nim niespodzianka – w przysklepowej izbie zakończenie roku szkolnego przy ciastku i szampanie świętują nauczycielki z miejscowej szkoły – tak, tak! - rok szkolny na Ukrainie kończy się już 1 czerwca!
W sklepiku kupujemy wino, piwo i kiełbaski na ognisko, które dziś wreszcie z uwagi na dużą ilość wolnego czasu i piękna pogodę można będzie rozpalić.
Tak też robimy już na miejscu – tego wieczoru siedzimy długo, popijając trunki i piekąc zakupione w sklepie „krymskie serdelki”: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40971&stc=1

luki_
28-06-2016, 22:10
Rano budzimy się wyspani; wyspany jest tez Marek, który spał przy ognisku korzystając ze sprzyjającej aury i gwieździstej nocy...
Nie spieszymy się ze zwijaniem biwaku, ponieważ autobus, którym ruszymy „w doliny” wyjeżdża z Probijnej dopiero wpół do pierwszej. Na przystanek nie mamy zresztą daleko, najwyżej z pół godzinki, ruszamy więc dopiero koło jedenastej.
Po dojściu na autobusową „pętle” siadamy pod magazinem.
Obok magazinu stoi słup ogłoszeniowy, na którym zawieszono plakat zachęcający do zaciągania się do ukraińskiej armii. Zależnie od szarży można tam dużo zarobić, np. zostając „dowódcą wzwodu” zarobić „vid 9000 grywien”: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40972&stc=1
Nasza ławeczka jest też dobrym miejscem obserwacyjnym, robimy więc zdjęcia wsi: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40973&stc=1
jej mieszkankom: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40974&stc=1
a w końcu zjeżdżającemu z połoniny na koniu młodemu hucułowi: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40975&stc=1
Chłopak ten zresztą szybko się z nami zaprzyjaźnia; pokazuje na mapie gdzie jest jego połonina i opowiada dużo o życiu i pracy na niej. Pyta skąd i dokąd idziemy (przy okazji dowiaduję się,jak poprawnie „po huculsku” winno się wymawiać nazwy miejscowe, np. „pypywan”, czyli Pop Iwan :smile: ) . Wasia (bo tak chłopiec ma na imię) przedstawia nam też swojego konia – Zirkę: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40976&stc=1
Opowiada mi także o tym, że ten koń potrafi zaganiać owce kąsając je z lekka.
Wasia z połoniny nie zjechał tu sam – towarzyszy mu starszy kolega, który po odprowadzeniu Wasi na autobus wraca z powrotem.
Siedząc na przystanku zastanawiamy się, ilu turystów pieszych minęliśmy na szlaku, zarówno tu, jak i w Rumunii i wychodzi nam, że zero. Po chwili przyjeżdża nasz autobus (prawda, że wnętrze "wakacyjne"? :-) : ), http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40977&stc=1
z którego wysiada dwójka ukraińskich wędrowców, którzy – jak dowiedzieliśmy się z krótkiej z nimi rozmowy – zmierzają w kierunku Połonin Hryniawskich. Poprawiają więc nasz „bilans” - nie zero, a dwójka :smile: : http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40978&stc=1
Nasz autobus jedzie doliną Probijnej, mijając dochodzący z prawej potok Hramitny. Dojeżdżając do tego miejsca zamykamy więc naszą pętlę – do tego miejsca dotarliśmy bowiem w zeszłym roku wędrując po Czywczynach i Hryniawach wokół źródeł Czarnego Czeremoszu...
Wysiadamy w miejscowości Czeremoszna (niegdysiejsza „Fersekula”), gdyż po drugiej stronie tutejszego mostu na Białym Czeremoszu ok. wpół do piątej będziemy mieć kolejny autobus – do Wyżnicy. Mamy więc sporo czasu i siadamy sobie w magazinie przy moście, gdzie – jak się okazuje można zamówić pieczoną „kurkę”, co też czynimy. Sympatyczna „sklepowa” kroi nam do tego na poczekaniu warzywa – ogórki i pomidory. Wschodnim obyczajem zamawiamy do tego chleb i najadamy się do syta: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40979&stc=1
Zaznajamiamy się także z biesiadującymi przy stole obok Ukraińcami – przy szampanie i gorzałce świętują jakieś swoje „niespodziewane” spotkanie: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40980&stc=1
Około czwartej przechodzimy przez most na Czeremoszu do bukowińskiej wsi Koniatyn, skąd, po zawróceniu z pętli w Jabłonicy odjedzie nasz autobus.
Z przesiadką w Wyżnicy zmierzamy dziś do Czerniowców, skąd o północy odjeżdża nasz pociąg do Lwowa. Po drodze mijamy liczne korowody uczniów świętujących zakończenie roku szkolnego: http://forum.bieszczady.info.pl/attachment.php?attachmentid=40981&stc=1
W Czerniowcach jesteśmy po dwudziestej, kupujemy więc na dworcu bilety. Następnie wyprawiam moich towarzyszy na czerniowieckie „by nighty”; ponieważ zwiedzałem już to miasto zostaję wraz z plecakami w przydworcowej knajpce. Niestety przyczepia się do mnie miejscowy pijaczek, który twierdząc, że pracował wiele lat w Pradze próbuje ze mną rozmawiać po czesku. Ponieważ facet jest strasznie namolny przesiadam się wraz z całym naszym majdanem bliżej baru, co z kolei nie podoba się barmance, która objeżdża mnie twierdząc, że zrobiłem sobie z jej lokalu dworcową poczekalnię. -”Wot, wasz czerniowiecki czełowiek” mnie do tego zmusił – mówię i jakoś załagadzam całą sytuację. Nadejście mojej ekipy na szczęście wybawia mnie z opresji – zamawiamy coś do zjedzenia i popicia :smile: , po czym udajemy się na dworzec na nasz pociąg.
Nad ranem docieramy do Lwowa, skąd już wypróbowaną trasa via Szeginie i Medykę dojeżdżamy do Przemyśla. W pociągu do Wrocławia nie ma już wolnych miejsc (końcówka „długiego weekendu”), ale na szczęście nasi niezawodni kolejarze doczepiają dwa dodatkowe wagony „nienumerowane” gdzie można się wygodnie rozsiąść i odpocząć po tej bogatej we wrażenia podróży...