Odp: Agata, miód i Bieszczady
noooooo akcja trzyma w napięciu ;-)))))
Odp: Agata, miód i Bieszczady
Szaleńcze poszukiwania miodu:) Czekam na c.d.:)
Odp: Agata, miód i Bieszczady
rozmarzyłem się...
a tu trzeba do roboty gnać....
nie daj długo czekać na ciąg dalszy
proszę
Długi
Odp: Agata, miód i Bieszczady
mniam....
tu o miodku, tam o grzybkach...co tu wejdę to robię się głodna:mrgreen:
Aleksandro - poproszę o dokładkę :-)
Odp: Agata, miód i Bieszczady
Dzięki za miłe słowa.
Najzwyczajniej w świecie zostawiła mnie na rozstaju dróg. I co tu zrobić? GOPR – u wzywać nie będę, bo chwilowo jestem w tych niższych metrach nad poziomem morza, wypadało by jej poszukać. Ale jakoś nie bardzo mi się chciało. Postanowiłam dać jej trochę czasu, w końcu każdy potrzebuje trochę własnej przestrzeni i wolnej ręki. Decyzja o tyle słuszna, że Agata zjawiła się po pewnym czasie. Ale jej mina, ratuj się kto może. Zdobywca korony świata na pewno był mniej zadowolony. Rozkosznie mruczący kot, to przy niej pestka. No może zawadiacka psina, co to wróciła z udanej włóczęgi – nie, to też jeszcze nie to. Musicie sami to sobie wyobrazić.
Pytam słodko: jak udało się polowanie? Ona rozgląda się konspiracyjnie, jakby co najmniej dziki tłum mógł ją podsłuchać i rozmarzona odpowiedziała, że cudnie. Naszły mnie poważne wątpliwości, czy aby na pewno chodzi tylko o miód. Z trudem wydobyłam od niej trochę informacji. Wiem tyle, że zdobyła ostatni litr swego wymarzonego, złocistego miodku i nie szczędziła wysiłku, aby przekonać właściciela, że to ona powinna go mieć. Tajemnica skrywa szczegóły. Jedno spojrzenie i już wiedziałam, że dopiero teraz będę mieć przechlapane. Poszukiwanie miodu w jej wykonaniu jest jak najłagodniejsze preludium. Ale transport wymarzonego złota, ehhh.
Znowu las, znowu ostro pod górę, a mnie coś te ciemne chmury niepokoją. Deszcz jak deszcz, ja nie z miodu, więc się nie rozpuszczę, ale jak tak dalej pójdzie zabraknie nam półgodziny na sensowne zejście. A tu przyspieszyć nie można, bo miodu nie transportuje się w takich warunkach. Do miodu należy podejść z szacunkiem, a nie na koniec dnia jakieś tam zrywy. I masz tu babo miód. Wykombinowałam, że jak jej dam swoje kijki, to może nie zauważy, że przyspieszy automatycznie, a miód nie będzie się odzywał. Prawie się udało. Ale na przeszkodzie stanęła nowa wiata dla wycieczki autokarowej w kolorze jasnego miodu. Agata zaaferowana swoim miodzikiem, jednak zauważyła w jakim czasie do niej doszłyśmy. Kijki wróciły do mnie.
[Na marginesie dodam, że wiata przestronna, nawet są miejsca na powieszenie mokrych peleryn, tyle, że już jacyś kretyni zrobili sobie toaletę pod daszkiem, za oparciem z jednej z ław. Postuluje, aby Park umieścił informacje, że to nie WC]
Czy ktoś słyszał, żeby koniecznie nosić miód po połoninie, aby był jeszcze lepszy? Do tego ten miód jakoś chorobliwie oddziaływał na jej wyobraźnie, bo ze wszelkich miar postanowiła nie oddawać go niedźwiedziom. Ganiała się nawet z jednym w kółko i namiętnie pod górę. A ja ćwiczyłam się w cierpliwości i w powściągliwości języka, próbując nie mówić jej, że ów niedźwiedź depcze jej cały czas po plecach, gdyż …. sama go przyczepiła na łańcuszku od breloczka. Co to słodki miód może zrobić z Agaty.
Na górze mi się poprawiło. Tam mi się zawsze poprawia. Postanowiłam darować jej ten miód. Przecież sama potrafię w biec na to miejsce, aby choć przez 10 min pogapić się jeszcze przed odjazdem. Ile razy nie mogłam się ruszyć i siedziałam do zachodu. Oj poprawiło mi się bardzo, bo dla odmiany, to ja zaczęłam mruczeć do ukochanych widoków. Agata przyglądała mi się ze zdziwieniem. A ja narkotyzowałam się połoniną. Widocznie Temu na górze spodobał się zachwyt, bo zaczął mrugać do nas złocisto - czerwonym okiem zza ciemnych chmur. Zaoszczędzone półgodziny wykorzystałyśmy starannie.
Odp: Agata, miód i Bieszczady
A puenta? Mam sto i jeden pomysłów na zakończenie. Kilka mądrych zdań lub garstkę mniej lub bardziej wydumanych frazesów. Dlatego puenty nie będzie. Opiszę tylko nasz powrót. Bo jak wiadomo, człek nizinny musi dość często opuszczać góry. Pierwszy powrót z miodkiem polegał na wdrapaniu się na Połoninę, aby potem zejść [taki skrót]. Zejście było głośne, bowiem towarzyszył mu koncert piosenki aktorskiej i poezji śpiewanej w wykonaniu Agaty. Szła z dumnie podniesioną głową, radośnie lub refleksyjnie śpiewając, mniej więcej około godziny. Dobrze jej się słucha, choć nie wiem jak krytycznie podeszła do tego leśna widownia.
Miód został uszlachetniony o wiatr z połoniny, muśnięty promieniami nieśmiało zachodzącego słońca, wymieszany różnicą poziomów zaprawioną delikatną i subtelną piosenką. Potem doszła szczypta bieszczadzkiej knajpy. W końcu charakter powinien mieć wyraźny. Poleżał też nockę w ciepełku, ponieważ dodatki musiały nabrać mocy przed dalszym uszlachetnianiem. Na koniec Agata, jak wytrawna czarownica czy zielarka, postanowiła dodać do miodu trochę ludzkiej życzliwości sprawdzonej w warunkach powiedzmy na to ryzyka. Plan jak plan, efekt przerósł oczekiwania – zamiast trochę było bardzo dużo.
Już pod czas śniadania [w czasie urlopu najbardziej lubię jeść wolno śniadanie, bez pośpiechu] przyszedł nasz Gospodarz i powiedział, że jedzie do Leska, to może nasz zabrać. I nie musimy się śpieszyć ze śniadaniem. Ten etap podróży minął na rozmowach o Bieszczadach oczywiście. Dojechałyśmy prosto na PKS jadący do Rzeszowa, do którego ma się rozumieć nie wsiadłyśmy, czym w zupełności nie zdziwiłyśmy naszego Gospodarza. Przeszłyśmy kawałek na moje stałe miejsce „do łapania” stopa. Wspomnę tylko, że zatrzymał się drugi samochód [15 sek.] jadący prosto do Warszawy. Oczywiście przemiły kierowca wracał z Bieszczadach, które jak łatwo się domyśleć uwielbia… - bardzo ciekawy człowiek. Do miodu dodałyśmy jeszcze sporo wdzięczności za ten przejazd.
A teraz mam wątpliwości, czy tak doprawiony miód może być jadalny dla zwykłego śmiertelnika ;) Jak powinien się nazywać: czy Życzliwy miód bieszczadzki, a może Słodziak bieszczadzki? Może macie swoje propozycje?
Odp: Agata, miód i Bieszczady
Miód się nazywa leśny. Bieszczadzkość to jego istota i wcale nie trzeba jej umieszczać w nazwie tego cudu, żeby było wiadomo, że jest najlepszy :)
Przepiękne opowiadanie - spełniasz obietnice, Aleksandro, spełniasz :) Obawiam się, że w związku z tym będę musiała spełnić moje ;)
Zapomniałaś powiedzieć, że z panem, który wiózł nas do Warszawy też obgadałyśmy miód oraz we trójkę okrasiliśmy go śpiewem poetyckim. "Bo gdy tak człowiek milczy, milczy..." to może źle na jego miód wpłynąć - zwłaszcza miód w fazie podróży :)