3 załącznik(ów)
Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Już od połowy stycznia zaplanowałem lutowy wyjazd w Bieszczady. Czas do wyjazdu przesuwał się zgodnie z przewidywaniami staruszka A.A. Do czasu. Tak na początku lutego czas zaczął się gwałtownie kurczyć. Jeszcze tego nie spostrzegłem, jeszcze pełen ufności zadzwoniłem do Bertranda, że może się spotkamy gdzieś... Czemu nie, on na to, właśnie jadę w tamte rejony to będzie mi po drodze. Umówiliśmy datę, miejsce. Jeszcze czas i przestrzeń jakoś się trzymały razem. Jednak nić je wiążąca już wtedy była nadmiernie napięta. Na trzy dni przed wyjazdem czas zastrajkował, moi szefowie ratując projekt przed klapą nie pozostawili mi wyboru. Przestrzeń moja i Bertranda gwałtownie się rozminęły. Moja przestrzeń została w biurze, jego w zgodzie z czasem poleciała w Bieszczady. Nie będę się rozpisywał o moich zmaganiach z czasem w zamkniętej przestrzeni biura. Dość powiedzieć, że po kilku nieprzespanych nocach, przy wydatnej pomocy zespołu współpracowników, po solennym przyrzeczeniu, że będę w zasięgu telefonii komórkowej, spakowałem plecaki i byłem gotów do drogi. I tu zaprotestowała Małżonka: Chcesz jechać na noc? (była 22.30). Trudno jej było odmówić racji. Po kilku dniach zmagań z czasem, przestrzeń drogi mogła się niepokojąco zakrzywiać. Poszedłem spać, by o 5 rano już mijać rogatki Gdańska. Dom i zwierzyniec pozostawiając pod opieką sąsiada i przyjaciela Krzysztofa. Z drogi telefon do Bertranda; jest i jeszcze kilka dni będzie. Jest dobrze, moja czasoprzestrzeń nawiązuje kontakt z czasoprzestrzenią Przyjaciela. Jeszcze jeden telefon do Gospodarzy Przystanku Cisna, gdzie postanowiliśmy się zatrzymać. Uzgadniamy, że do 22 powinienem dojechać i będą czekać z kolacją.
Przyjechaliśmy na miejsce niemal punktualnie. Czas nie sprawiał kłopotów, już się uspokoił, przestrzeń też była na miejscu. Tylko temperatura niepokojąco wzrosła... A.A. tego chyba nie przewidział...
Mimo strzeżeń gospodarzy podjeżdżamy pod sam dom bez łańcuchów. Mokry asfalt niemal pod samą górę i potem zjazd po śniegu pod Przystanek. Gospodarze czekali. Z gorącą kolacją. Jesteśmy tu pierwszy raz. Krótka prezentacja i po chwili siedzimy przy smakowicie zastawionym stole. Ciepłe przyjęcie potęguje kominek i po chwili zupełnie naturalnie przechodzimy na ty i czujemy się jak starzy znajomi. Robi się późno. Pora spać. Zasypiam kamieniem zmęczony ostanimi tygodniami wytężonej pracy, stresem i 800 km jazdy.
cdn
Długi
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Mam szczerą nadzieję, że czasoprzestrzeń Twojej gawędy nie zakrzywi się nadmiernie i będziesz nas ją raczył w miarę regularnie.:-D
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Czekam na dalsze zakrzywienia :-)
pozdrawiam
3 załącznik(ów)
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Dzień wstał. Zgodnie z przewidywaniami. Gdzieś tak w rejonie ósmej. Schodzimy na śniadanie. Tu trochę się zdziwiłem: przeglądając ofertę nie zwróciłem uwagi, że Gospodarze prowadzą kuchnię wegetariańską. Ja jestem raczej przeciwnej orientacji kulinarnej, ale cóż tam. Mam rezerwację na 2 dni, jakoś przeżyję:grin:
Po śniadaniu stwierdzam, że w sumie to dobrze trafiłem. Kasia okazała się mistrzynią kuchni wegetariańskiej. Zachwyciła mnie bogactwem smaków i kolorów. Z natury jestem smakoszem i wstałem od stołu w pełni zadowolony. Pora przyszła zmierzyć się z przestrzenią. Popędziłem ją za pomocą koników mechanicznych i dopiero w Woli Michowej dałem jej odsapnąć. Przestrzeń doliny Balniczki otworzyła się przed nami i zapraszała do wędrówki. Czas zwolnił, dostosowując się do tempa marszu. Jest ciepło, droga oblodzona, lekko pnie się w górę. Docieramy do kapliczki. Dojście nie było łatwe, ścieżka wyślizgana, mokra, mimo dobrego obuwia i kijków miałem kłopot z utrzymaniem równowagi i gleba była podejrzanie blisko mojej ...
4 załącznik(ów)
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Wróciliśmy na drogę, im dalej, tym więcej mgiełek pojawia się między drzewami. Czas przestał istnieć. tak dotarliśmy do końca drogi. Wojtek udzielił nam gościny. Pojedliśmy przyniesione zapasy, popiliśmy herbatki, pogwarzyliśmy. Kot został podrapany za uchem i ... i czas przypomniał sobie, że to już popołudnie. Podziękowaliśmy za gościnę i ruszyliśmy w drogę powrotną. Droga przez ciągle płynącą wodę zrobiła się jeszcze bardziej śliska. Przestrzeń znów wzięła rozwód z czasem. On gnał, a ona pomalutku, bo ślisko. A Bertrand już czeka w Cisnej. Jakoś w końcu z ludzką pomocą (stop) dotarliśmy do Woli i już własnym transportem dotarliśmy niemal, niemal punktualnie do Herbaciarni. Bertrand był już po hreczanikach. To jakiś plus z naszego spóźnienia. Nie zaglądał mi do MOICH pierogów. Przy herbacie i słodkościach czas znów zwolnił, a raczej ucichł tak, że o nim zapomnieliśmy. Przyszedł wieczór i wciąż mając niedosyt musieliśmy się rozstać. On na swoją kwaterę my na swoją. Czekała na nas obiado - kolacja. Myślałem, że po wspólnej z Bertrandem biesiadzie już nic nie zjem. Nie doceniłem Kasi. Nie sposób było nie spróbować tych pyszności. Przestrzeń mojego żołądka została poważnie rozciągnięta. Czas jak zwykle w takich wypadkach chciał spać. Ja też.
cdn
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Miło wrócić do minionego czasu, a i przestrzeń nie całkiem obca jest....
Pozdrawiam Was
10 załącznik(ów)
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Następny dzień nadal pochmurny, ciepły i mokry. Cofamy czas i wędrujemy do Dusztyna. Tyle już lat tam jeździmy tam w wakacje, a nigdy nie byliśmy zimą. Od razu rzucają nam się w oczy pewne zmiany: dom, niegdyś zamieszały przez rodzinę Wasylków doczekał się remontu. Nowy właściciel dał nowy dach, ganek i pewnie przeprowadził gruntowny remont wnętrza.Dochodzimy do pola namiotowego. Cisza jak makiem zasiał; nie ma namiotów, ognisk, gwaru turystów. Tylko niczym nienaruszona biel. Trochę nieśmiało, jak obcy w cudzym domu wchodzę. Naruszam tę niczym nie skalaną gładź śniegu. Czuję się trochę nieswojo. Osława przebija się przez okowy lodu. Jej wyraźnie służy ocieplenie. Nabrała życia, płynie raz pod lodem, raz nad lodem, wypłukując kratery. Cały czas sobie pogadując. Nikt jej nie słucha, może tylko te kilka sikorek. Nie wtrącam się do tych rozmów i wycofuję się na drogę. Przypominam sobie relację naszego forumowego kolegi z zimowego przejścia. Szlak tak jak w Jego relacji: przetarty jak stara autostrada. Zwózka drzewa nadal trwa. Tak w miarę wygodnie (nie licząc kilku przepraw przez błotko) docieramy do jeziorka. Uśpione pod lodem. Cisza w okół potęguje ten senny czar. Mgiełka. Wszystko to trochę nierealne. Rezygnujemy z dalszej wędrówki. Przestrzeń postanowiła się od nas odgrodzić. Szlak zupełnie nieprzetarty, zawalony drzewami. Śnieg miejscami do uda, mokry, ciężki. Pod śniegiem śliskie, mokre pnie i gałęzie. Zostawiamy senną przestrzeń ze śpiącymi niedźwiedziami i wracamy do cywilizacji.
cdn
3 załącznik(ów)
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
że też taka swawoląca czasoprzestrzeń dała się tak zgrabnie ując w kadr i literki :-D
(ale tak coś czuję, że tym śniegiem Długi wywoła jakiegoś wilka z lasu...:wink:)