Odp: Leśny opowiadanko cz. 1
.... zechce, zechce ...na fajne opowiadanko czasu nie zabraknie ;)
Odp: Leśny opowiadanko cz. 1
pisz koniecznie, fajnie się czyta
Odp: Leśny opowiadanko cz. 1
No i cisza w temacie. A tak się fajnie rozkręcało. ;)
Odp: Leśny opowiadanko cz. 1
Cytat:
Zamieszczone przez
yamat
cdn....jesli ktoś zechce.
ja przyłączam się do ktosiów, którzy chcą :)
Odp: Leśny opowiadanko cz. 1
Leśny cz. 2.
Elunia była miłym, ślicznym i nad wyraz rozgarniętym dzieckiem. Miała dokładnie tyle lat co znajomość Wojtka z Machurami. Za każdym razem gdy przyjeżdżał przywoził dziecku jakieś zabawki, słodycze i cieszył się patrząc na jej radość. Rodzice zapewniali go, że właśnie przy nim nauczyła się kolejnego słowa. Faktycznie mała przy którejś wizycie z kolei z upodobaniem wydzierała się w wniebogłosy: „Ujuuuu”, co ponoć ponad wszelką wątpliwość miało znaczyć Wujku. Miała wtedy niecałe dwa lata. Teraz chodziła do szkoły w mieście, więc mieszkała w internacie, ale każdy jej przyjazd stawał się powodem do święta dla Machurów.
Już w połowie podwórka z drzwi wypadła mała postać i z okrzykiem radości rzuciła się na Wojtka.
- Wujek Wojtuś! Wujek!
- Elunia! Znowu urosłaś!
- Urosłam wujku, pewnie.
- Już prawie kobieta z ciebie. A ja dla kobiety mały prezent mam.
Pakunek momentalnie został rozpakowany.
- Kolczyki! Jakie śliczne!!!
- Specjalnie dla ciebie zrobił je mój znajomy. Widzisz? Tutaj na każdym jest mała literka „E”, widzisz?
- Widzę! Zobacz tato, zobacz! Widzisz literkę?
Machura pokręcił głową.
- Pewnie te kolczyki więcej kosztują niż ja ci za miesiąc płace! No nie wiem...
- A nic tu do wiedzenia- przerwał Wojtek- Elunia? Podobają ci się?
- Pewnie, wujku, śliczne są! Śliczne!
- To chodź, pokażemy je mamie a ja kwaśnicy zjem bo taki słabiutki jestem.
- Mama mówiła, wczoraj wujek Ataman ognisko robił. Opiliście się sakramencko?
- Elunia!- Machura zmarszczył czoło.
- Co? Mama tak mówiła!
- Żeby zaraz: sakramencko? Trochę popiliśmy, prawda Wojtuś?
- To już chodźmy na tą kwaśnice, dobrze?
Minęły chyba ze dwa tygodnie od całopalenia Atamana, kiedy Machura przy kolacji zapytał:
- A ty Wojtuś malować umiesz?
- Ja? A co wam do głowy? Mało tu macie artystów?
- Ni....nie tak, że na artystę, normalnie tak, no bielić, ściany.
- A... No mieszkanie sam sobie malowałem....
- O! Widzisz!- ucieszył się gospodarz- bo ja obiecałem, że jak chłopy ściany w szkole poprawią to ja dam człowieka do malowania. Pomalujesz? Pogoda ładna, zawsze to lepiej niż w lesie...
- Pewnie, że lepiej- dołożyła swoje Machurowa- i z uczonymi Wojtuś trochę pogada, a nie ciągle z tymi pijusami....
- Oj ja wcale nie narzekam.....
- I dobrze, tak czy owak jutro z rana cię zawiozę, farby dam, pędzle, wałki jakieś i sobie malować będziesz, spieszyć się nie trzeba.
- Dobrze. Za kolację dziękuję, jak zwykle palce lizać...
- Ech, nie kadź, bo mi się baba rozmarzy- roześmiał się Machura i pochylił głowę aby uniknąć ścierkowego pocisku.
- Na zdrowie Wojtuś, na zdrowie I śpij dobrze. A nie czytaj za długo...
- A dajże chłopakowi spokój Krycha- przerwał żonie gospodarz- niech se czyta ile chce.
- A bo mi żal chłopaka, las, książki, las. Zwariować można...
- Toteż dobrze wymyśliłem szkolę?
- Oj dobrze Zyga, dobrze!
- Ano ma się głowę do interesów...
- Ano głowę do interesów tak , szkoda, że interes nie jak głowę...
- Krycha.....
- Co Krycha, co Krycha. Ja to tylko tak myśle, że ta nauczycielka to taka dzika.. A Wojtuś taki biedny jakoś.
- Już on sobie i z nią poradzi. Zobaczysz!
- Pan do malowania?
Pytanie trochę go zaskoczyło. Poderwał się z wiaderek farby i zobaczył za sobą młodą kobietę.
- No ja. Tak. Od Machury.
- To akurat pan? Słyszałam o panu.
- Proszę?
- Pan nietutejszy?
- Jak i pani.
- Skąd pan wie?
- Bo ja tu parę razy byłem i nigdy pani nie widziałem.
- No tak. Od tego roku tu uczę. Czyli pan tu bywalec?
- Trochę po górach chodziłem, zaprzyjaźniłem się z Machurami. A pani?
- Co ja?
- No jak pani tu trafiła? Mieszka pani gdzieś blisko?
- Mieszkam tam- wskazała na pobliski budynek-nauczycielskie mieszkanko tam jest.
- A skąd pani?
- A z daleka. Pan tu pogadać czy malować?
- Malować. Usiłuje być grzeczny, powiedziałem coś nie tak?
- Nic pan nie powiedział, spieszę się. Dzieci zaraz przyjdą.
- Przecież wakacje...
- Ale kto chce to przychodzi, pan wie jak one potem mają ciężko w średnich szkołach? Kto im ma pomóc?
- Dobrze, przepraszam. Gdzie mam zacząć?
- Od tego tu po lewej stronie- wskazała palcem i zniknęła za drzwiami.
Pojawiła się po jakiś trzech godzinach.
- Kawy pan chce? Albo herbaty?
- Nie śmiem prosić, jeszcze się pani zdenerwuje...
- Chce pan czy nie?
- Kawy bym się napił ale ja z mlekiem lubię i słodzoną a to chyba dobry powód, żeby się wkurzyć? – spojrzała mu się prosto w oczy ale wytrzymał jej wzrok.
- Chce mnie pan sprowokować?
- A panią w ogóle trzeba prowokować?
- Ile pan słodzi?- zapytała po chwili milczenia.
- Dwie.
- Proszę, kawa. Niech pan sobie przerwę zrobi.
- Jak pani sobie życzy.
- Już może pan przestać, nie pana się spodziewałam może dlatego tak wyszło.
- Nie mnie? A kogo?
- Myślałam, że znowu jakieś duże dziecko przyjdzie.
- Nie bardzo rozumiem.
- Z nimi trzeba ostro bo inaczej myślą, że im wszystko wolno. Jak to górale...
- Aha. A jak trzeba ze mną?
- Znowu pan zaczyna?
- Skądże!- uśmiechnął się- strasznie pani cięta na facetów.
- Nie wydaje mi się.
- A mnie troszeczkę.
- Lepiej zmieńmy temat, dobrze? Jak malowanie?
- Jak widać. Powoli ale do przodu. Tylko, że farby więcej potrzebuje, bo trzeba wszędzie dwa razy pomalować.
- Zadzwonię do pana Machury.
- Nie trzeba. Na dziś i jutro wystarczy.
- Ma pan jakieś kanapki?
- Mam, a jakże!
- Bo ja obiad potem uszykuje to mogę panu przynieść?
- Dziękuję bardzo ale muszę kanapki pozjadać.
- No jak pan chce. Jeśli by pan czegoś potrzebował, to tam na dole, przy strumieniu jestem, z dziećmi.
- Dobrze, w razie czego zawołam. Aha! Przepraszam za śmiałość ale jak pani na imię? Ja jestem Wojtek.
- Aniela ale mówią mi Nel.
- Jak od Stasia?
- Jak od Stasia.
Wrócił pieszo. I choć zajęło mu to prawie pół godziny przyjemnie było przejść przez wieś, mijać turystów, wymieniać pozdrowienia z siedzącymi na drewnianych ławeczkach starszymi ludźmi.
Machurowa próbowała delikatnie podpytywać ale Wojtek sprytnie ominął wszystkie pułapki, mówiąc tylko, że praca powoli posuwa się do przodu.
Następnego dnia Wojtek już drugie śniadanie kończył, kiedy zobaczyła idącą Nel.
- Witam panią nauczycielkę!
- A dzień dobry! Jak idzie praca?
- A dobrze. Dziś mają farbę dowieźć. Baranek dostarczy przed wieczorem.
- Ta pijanica? Muszę z daleka od dzieci trzymać. Głupoty wygaduje a dzieciaki słuchają i
nic dziwnego, że przy takich wzorcach na nic dobrego nie wyrosną.
- Baranek dobry człowiek jest, a że pije? Mówią ludzie, że ma powody. A na picie przecież pracuje. I to ciężko!
- Powody do picia? Wszyscy tak się tłumaczą.
- Ale niektórzy mają rację.
- Upraszcza pan...
- Pan?
- Znaczy upraszczasz! Wiesz niby jaki on to powód ma?
- Wiem. Musi zapomnieć- jak większość.
- Co zapomnieć? Że do szkoły nie chciało mu się chodzić, że wolał wina po krzakach pić?
- Zrobisz dziś obiad Nel?
- Proszę?- nauczycielka wydawała się zaskoczona.
- Kanapek dziś mniej wziąłem-specjalnie! Jak mnie na obiad zaprosisz to ci opowiem o czym Baranek zapomnieć próbuje.
- No to zrobię....
Baranek z sąsiedniej wsi jest. Jego ojciec Jóźwa wozakiem był. Drewno woził. Mówili o nim ludzie, że dobrym człowiekiem był. Tyle, że pił. Nie więcej niż inni tylko inaczej. Nie w knajpie, nie w domu ale na wóz siadał i w las jechał. Nikogo ze sobą nie brał, nikogo nie zapraszał, więc inni wozacy o nim mówili, że dziwak i sknerus. Ale, że w pracy zawsze solidny był to i nie czepiali się go za bardzo. Ale którejś nocy ledwo się do domu doczołgał. Obity był jak pies. Dwa tygodnie w łóżku leżał. Baranek przy ojcu cały czas siedział, mył, pomagał, karmił Pytali się go ludzie co się w nocy stało ale ani słowa nie powiedział. Wyzdrowiał stary i czas jakiś potem znowu do lasu na noc z butelką ruszył. I znowu ledwo się do domu dowlókł. Ale wtedy Barankowi już powiedział kto to zrobił. Mówił, że zagrodził mu drogę olbrzym z krzyżem w ręku i tymże krzyżem prał go aż stary przytomność stracił. Bił i krzyczał, że życie zmarnowane, że wszystko przemija, że świat się kończy i że on – Święty Krzysztof- patron wozaków Jóźwę od nicości ocali. Mówili ludzie, że chłop oszalał a i ksiądz powiedział, że żaden święty krzyżem dobroci w taki sposób nie uczy. No i Jóźwa w końcu przyznał rację. Ale pół roku później Baranek go w lesie znalazł. Wtedy to go ledwo odratowali- taki zmasakrowany był. Mówili ludzie, że taki siny był jakby go banda jakaś kijami całą noc okładała .I znowu w gorączce bredził, że Święty Krzysztof go tak krzyżem od złego ratował, i że śmierć dobrą mu obiecał tylko poprawić się musi. I pękło coś w człowieku- nigdy już wódki do ust nie wziął...
- Wymyślasz to?- Nel nie wytrzymała- co to za bzdury? Jakaż to ciemnota! Nic nie
rozumiem? To niby czemu Baranek pije? Skoro ojciec alkoholu nie dotykał?
- Nic nie wymyślam, powtarzam tylko co słyszałem. A historii jeszcze nie koniec.
...Wódki już nie dotknął ale postanowił sobie całą rodzinę od nicości uratować. A tylko jeden sposób znał- ten co go Święty Krzysztof nauczył. Krzyż sobie sprawił i bił ich wszystkich. Próbowali mu ludzie tłumaczyć, ksiądz mu pismo święte czytał, piekłem groził- nie pomagało. Mówił wtedy Jóźwa, że to jemu Święty Krzysztof powiedział jak od nicości się trzeba ratować a nie księdzu, nie sołtysowi. I mówił, że wszyscy z niego powinni przykład brać, że siniakami i krwią droga do dobroci i sprawiedliwości brukowana. W końcu żona z córką uciekła, wszyscy się odsunęli, nikt już Jóźwy do pracy nie chciał, tylko Baranek został. Chodził do pracy zamiast ojca, na dom zarabiał, koło domu robił ale im bardziej się starał tym bardziej go Jóźwa bił krzycząc, że to dla jego dobra. Wtedy dopiero na niego Baranek ludzie zaczęli wołać, że niby dobry jest i cierpliwy jak Baranek Boży. Aż w którąś niedzielę Baranek ojca w domu nie zastał, szukał w lesie, po wsi a znalazł dopiero w stajni. Jóźwa widać konie własne chciał od nicości ratować. I zabiły go konie, jego własne konie. A cały ponoć był zmiażdżony, wdeptany w słomę. Nawet Święty Krzysztof tak bić nie potrafił. I mówili potem ludzie, że dwa razy Święty Jóźwę oszukał. Raz jak od nicości go ratował, dwa jak dobrą śmierć obiecał. O tym Baranek chce zapomnieć.
- Ty w to wierzysz? – Nel patrzyła się na Wojtka z politowaniem.
- A co to ma do rzeczy?
- No jak to co? Przecież to gusła, głupoty!
- Może i tak? Może i nie? Nie wszystko się da racjonalnie wytłumaczyć w życiu. Prawda?
- Tak jak twoją obecność tutaj?
- Moją? O co Ci chodzi?
- W sumie nic. Tylko, że wiem, że tu każdy jakąś historię ma. Taką historię do zapomnienia. ty także, prawda?
- Nie twoja sprawa. Koniec przerwy. Malowanie czeka.
Patrzył za nią Wojtek zastanawiając się jaka to historia czeka na zapomnienie .
Uporał się z malowaniem szybko. Jeszcze Machura coś próbował wymyślać ale prosił Wojtek, żeby do chłopaków, do lasu mógł wrócić. Nel od czasu tamtej rozmowy przynosiła tylko coś do picia i jedzenia ale już nie zostawała na rozmowę.
Leśni ucieszyli się widząc kompana.
- O tuś mi Wojtuś!- Ataman zwyczajowo pierwszy zabierał głos- jużeśmy myśleli, żeś do miasta wrócił!
- Eee. Wojtuś z nauczycielką gadał- Baranek jak zwykle nie przebierał w słowach- i jak ona Wojtuś? Dzika jakaś, no nie?
- Może i dzika, skąd mi wiedzieć?
- No jak skąd? Widzisz, że ona księzniczka taka. Do remizy nie przyjdzie, pogadać nie da rady bo zaraz z gębą wyjeżdża. Dzikuska jakaś.
- Ty już Baranek nie wymyślaj- Ataman przerwał chłopakowi- jaka ona jest taka jest, ale dzieciaków na wsi chce uczyć. Dobrze mówię Wojtuś?
- Jak zwykle Atamanie , jak zwykle!
No, to do roboty chłopy a potem sobie pogadamy.
cdn... tak?
Odp: Leśny opowiadanko cz. 1
tak tak, jak najbardziej Poprosimy.
Odp: Leśny opowiadanko cz. 1
Leśny cz. 3
W piątkowy wieczór kiedy już po prysznicu leżał na swoim łóżku i czytał książkę ktoś zapukał do drzwi.
- Wchodźcie, gospodarzu, wchodźcie.
- To nie gospodarz, to ja Nel.
- O rany, witam serdecznie nauczycielkę. Co też się stało? Farba odpadła?
- Nie. Nie odpadła. Chciałam o coś zapytać.
- Zapytać? No proszę. czego się napijesz? Herbaty, kawy?
- Przyniosłam coś. Mam tu nalewkę od swojej gospodyni. Mówi, że krzepka.
- Nalewkę? Super. Siadaj proszę, tu mam szklaneczki. O co chciałaś spytać?
- Czemu na ciebie mówią Wojtek-szczęścienosi? Już to parę razy słyszałam. Czemu?
- A ty też mi potem na pytanie odpowiesz?
- A co to targ?
- No niech będzie, że targ. Coś za coś.
- Zobaczę, może odpowiem. Więc czemu?
- To Machura wymyślił. Mówi, że dawniej to każda wieś miała takiego co szczęście nosi. Tylko, że poznikali jakoś.
- Ale czemu? Kto to jest?
- To taka osoba dzięki której inni mają szczęście. Dziwne prawda? Machura to wymyślił bo jak pierwszy raz u nich byłem to dziewięć miesięcy później urodziła im się córka. A wcześniej jakoś im długo nie wychodziło. Potem jeszcze parę razy tu byłem i Machura mówi, że a to znowu się komuś dziecko urodziło, a to ktoś ozdrowiał, a to ktoś na swojej działce garnek ze złotymi monetami znalazł albo przestał pić. Sam nie wiem- na początku protestowałem, wydawało mi się, że to jakieś bluźnierstwo ale potem jakoś przestałem.
- A ta historia z Rórową?
- Ciotka Rórowa? No faktycznie to jakieś dziwne było. Kiedyś mnie Machura poprosił, żebym z nim pojechał do jakiejś jego ciotki. Potem się okazało, że ona wzrok traciła a lekarze już nic zrobić nie mogli. Posiedziałem tam, herbatę wypiłem, pogadaliśmy trochę i wróciliśmy.
- I co?
- Ano właśnie to, że Rórowej się ta choroba cofnęła. Ale przecież jej nawet nie dotknąłem! zaraz potem pojechałem do kumpla, żeby mi jakieś badania porobił. No, wiesz oprócz takich medycznych to jakieś prądy, biopola i takie tam. I nic- rozumiesz? Nic! Ale ludzie i tak swoje wiedzą.
- Ano wiedzą- powtórzyła cicho Nel i dolała po raz kolejny nalewki.
- Teraz mi powiedz, jakie szczęście chciałabyś żebym ci dał? Bo po to przyszłaś, prawda? Żebym i tobie szczęście przyniósł...
- Ja? Ja bym chciała.....- zamilkła na chwilę, wpatrując się w szklankę- zmień mnie! Zrób coś, żebym była inna, normalna!
- Boisz się prawda? Strasznie się boisz! Opowiedz mi czemu i czego.
- Opowiedzieć? Nie wiem czy umiem....Spróbuję...Musisz nalać do pełna, wtedy może się uda....
Odkąd pamiętam, w mojej rodzinie nie działo się dobrze. Choć bym nie wiem jak się starała, nie potrafię sobie przypomnieć ani jednego momentu, z którego można by wnioskować, że moja matka kocha tatę. Odnosiło się wrażenie, że wyszła za niego pchnięta jakąś tajemną siłą po to tylko, żeby mu na każdym kroku udowadniać, jaki jest beznadziejny, śmieszny, żałosny. Robiła wszystko żeby mu niszczyć życie.
Nas – dzieci traktowała nierówno: wobec mnie potrafiła wykrzesać jakieś ciepłe uczucia, za to z moim bratem obchodziła się okropnie.
Pamiętam różne awantury wszczynane przez matkę, w których nie wiadomo, o co chodziło, ale zawsze były skierowane przeciwko tacie. A tato – wzór cierpliwości, miłości... bardzo nas kochał i robił wszystko, żeby było dobrze. Wtedy często płakał. Mnie też w takich chwilach chciało się płakać, ale się powstrzymywałam – bałam się przyznać do tego, że to on ma rację i że jest krzywdzony niesłusznie. Za taką postawę matka by mnie zbiła. Już od najmłodszych lat wiedziałam, co to ścisk w żołądku, drżenie rąk, niepokój. Wiesz jak potrafi boleć ze strachu brzuch? Na początku nie rozumiałam tego wszystkiego do końca ale wyczuwałam doskonale co jest dobre a co złe.
Mimo, że matka chciała w nas zaszczepić nienawiść do taty, nie udawało jej się to.
W pewnym momencie tato doprowadzony do granic wytrzymałości postanowił, że się wyprowadzi. Przez ten czas odwiedzał nas w szkole, do domu matka go nie wpuszczała. Widząc, w jakim jesteśmy stanie wrócił po miesiącu. Za ten powrót jestem mu niesamowicie wdzięczna, mógł sobie przecież ułożyć życie na nowo.
Ten miesiąc był najdłuższym miesiącem w moim życiu, a już szczególnie okropny był dla Piotrka. Mój brat, pozbawiony jedynej osoby, która mogła go obronić, był bity dosłownie za wszystko, był głodzony, wręcz torturowany. Zaczął się moczyć w nocy. Mnie matka traktowała lepiej, ale tylko do czasu gdy kupiła sobie psa – wtedy wszystkie resztki ciepłych uczuć podarowała właśnie jemu. Rozumiesz? Psu!!!
Gdy tato wrócił, zamieszkał z bratem w jednym z pokojów, ja niestety pozostałam pod opieką matki, ona tak chciała i zajmowałyśmy drugi pokój. Były więc jakby dwa mieszkania w jednym. Miałam zakaz kontaktowania się z tatą i Piotrkiem, jeśli zostałam przyłapana na rozmowie byłam karana. Matka niesamowite serce okazywała jedynie pieskowi. Często budziła mnie w środku nocy i kazała iść z nim na spacer. Pies mógł mnie nawet bezkarnie gryźć. W tamtym okresie byłam chronicznie niewyspana, mogłam zasnąć o każdej porze i w każdej pozycji. Matka nie dawała mi czasu na naukę, a jednocześnie karała mnie za każdą ocenę niższą niż 5. Żyłam w wiecznym stresie, nigdy nie wiedziałam, kiedy i co się matce nie spodoba i kiedy znów będę bita. Nie miałam czasu na żadne zainteresowania, nie miałam przyjaciół. Gdy zbyt wolno wracałam ze szkoły, byłam od razu podejrzewana, że rozmawiam w szkole z Piotrkiem, co oczywiście było zakazane.
Gdy matka zaczęła pracować i wychodziła z domu, mogłam w wielkiej konspiracji i czujności porozmawiać z tatą. W trakcie tych rozmów dojrzewała we mnie powoli decyzja, żeby uwolnić się jakoś od matki, uciec. Byłam coraz starsza i coraz mniej odporna na to wszystko, co się dzieje. Wiedziałam, że jeśli nic się nie zmieni to albo zwariuję, albo ucieknę z domu, albo się zabiję. Na to ostatnie miałam już nawet plan. No i któregoś dnia, jakoś tak spontanicznie, po rozmowie z tatą, pod nieobecność matki spakowałam się i wyjechałam do babci, mamy taty. Byłam tam przez całe wakacje, dzięki czemu matka mogła ochłonąć zanim wróciłam i zamieszkałam z tatą. Dla niej to co zrobiłam było przejawem niesamowitej niewdzięczności – przecież była dla mnie taka dobra... Od tego momentu nienawidzi mnie przeokropnie.
Powrót po wakacjach był bardzo trudny. Tato zamontował zamek w drzwiach do naszego pokoju, bo matka, groziła mi, że mnie zabije. I wierzyłam, że jest do tego zdolna. W tamtym okresie wychodziłam z domu równocześnie z tatą a wracałam dopiero wtedy, gdy on wracał z pracy. Bałam się poruszać po mieszkaniu. Zza ściany słychać było ciągle klątwy, ubliżanie... pewnie jest tak do dziś. Musiałam włożyć ogromny wysiłek, żeby zbudować jakieś relacje z bratem – przez te lata rozłąki stał się dla mnie obcy, poza tym miał w pamięci jeszcze to, że zawsze był traktowany gorzej niż ja. Chyba do tej pory to wszystko ma jakiś wpływ na nasze relacje.
Po szkole wyjechałam na studia, koleżanki zawsze się dziwiły, że nie jeżdżę do domu. Wymyślałam takie różne kłamstwa, byleby tylko uchodzić za normalną. Po studiach znalazłam pracę. Jak najdalej od domu, od wspomnień, od siebie....
Czasami staram się zrozumieć moją matkę, bo przecież nie ma ludzi do końca złych. Wiem, że miała trudne dzieciństwo, wcześnie straciła rodziców. Jednak ciężko mi pojąć, dlaczego tak bardzo nas nienawidzi, tak za nic, bez powodu...
Przez ten czas poza domem pokleiłam jakoś swoją osobę, tylko tak się boję, że jak kogoś poznam to stanę się taka sama jak moja matka. Tak się boję, że znienawidzę cały świat i siebie. Tak się boję.......
Zrobiło się cicho. Wojtek nic nie mówił. Czekał aż oddech Anieli stał się równy. Podniósł ją jak piórko, zaniósł na łóżko. Rozebrał delikatnie i przykrył. Pogasił światła i siadł na schodkach. Potrząsnął butelką, a ta miło zabulgotała w odpowiedzi. Ta odpowiedź była mu bardzo potrzebna. Siedział tak gapiąc się w niebo i popijając nalewkę. Kiedy się skończyła rozebrał się i położył obok Anieli. W nocy czuł jak parę razy się do niego przytulała. Kiedy się rano obudził już jej nie było.
cdn...
Odp: Leśny opowiadanko cz. 1
I na ten "cdn" czekam :-)
Odp: Leśny opowiadanko cz. 1
Leśny cz. 4
W następną środę po południu Wojtek odnalazł Nel w szkole. Wcześniej nie chodził do niej a i ona nie szukała kontaktu. Zanim cololwiek spróbowała powiedzieć zapytał:
- Nel, a co byś powiedziała gdybyśmy dzieciakom konie tu sprowadzili?
- Konie? Jakie znowu konie? Przecież tu kilka koni w wiosce...
- Nie do wozu...Do jeżdzenia, hucuły. W tamtym składziku obok szkoły można by im
stajenkę zrobić. Chłopy pomogą, siano dadzą, wypuszczać je można na łąkę u Siedlicha,
on swoje dwa karosze tam trzyma więc różnica nie wielka. A już go pytałem.
- No nie wiem...z dyrektorką muszę porozmawiać, a czy kuratorium nic do tego...
- Dyrektorkę już Machura załatwi, a kuratorium co ma do łąki Siedlicha?- Wojtek się
uśmiechnął- a myślisz, że dzieciaki chętniej do szkoły zaglądać nie będą jak koniki tu
będą mieć?
Nel nadal myślała.
- Ok, zróbmy tak- Wojtek widział, że musi jej dać chwilę- Ty porozmawiaj z dyrektorką a
jak będzie jej zgoda to niech ona Machurze da znak i w weekend pojedziemy po koniki. Ja
pogadam z Atamanem-on pomoże z konikami a chłopaki w międzyczasie porządek zrobią
w składziku.- Tak będzie ok? Tylko jest jeden warunek- po koniki razem jedziemy.
Pożyczę przyczepkę i auto od Machury, weżmiemy Atamana i pojedziemy.
Dziewczyna nadal zdwała się wahać ale widać było, że powolutku pomysł jej się zaczyna podobać.
Ataman ze zdziwieniem spojrzał na Wojtka znad kanapki.
- Koni? Jakich koni?
- No koni, hucułów. Machurowa mi mówiła, że wy dobrze Atamanie Śpiącą znacie i , że od
niej konie najlepsze.
- No niby znam . A konie fakt, najlepsze. Dyć to kawał drogi. Jak my te konie? Na oklep?
- A gdzie tam-Wojtek się uśmiechnął bo widok wysokiego i chudego Atamana na hucule rozbawił go nieco- za daleko, weźmiemy od Machury przyczepkę i w sobotę pojedziemy.
Machura pieniądze da a i od chłopów zbierze bo mówił, że dla dzieciaków to zawsze warto.
A on już swoją Elusie na takim koniku w wyobraźni zobaczył.
Ataman zamyślił się niespodziewanie. Wojtek spokojnie czekał. W końcu siwa broda drgneła.
- Pojedziemy. Dawnom już Śpiącej nie widział a... pinindzy nie trza. Ja załatwie.
- Atamanie, jeden taki konik ponad dwa tysiące kosztuje. A tu trzeba ze dwa..
- Choćby i pięć. Ja załatwie i basta. Ty podwodę załatw i w sobotę ruszamy a Cisi porządek
w składziku zrobią- słyszą? – Cisi skineli zgodnie głowami.
- To i ja pomogę- Baranek chlipnął kawę.
- To byś musiał moczymordo w piątek pały nie zalać- Ataman roześmiał sie po swojemu, głośno i chrapliwie.
- Oj zaraz tam zalać- Baranek wydawał się być poruszony- Winko jedno wypiję.... no może
dwa- reszta wypowiedzi utonęła już w śmiechu wszystkich.
W sobotę dobrze po śniadaniu przyczepka podpięta za Terrano podskakiwała wesoło na drodze. Ataman drzemał na tylniej kanapie a Nel zapatrzyła się na zbocza gór.
- Nel jesteś tu? –Wojtek nie dał jej odpłynąć.
- Tak, jestem. Jakoś tak sie zamyśliłam. Skąd ten pomysł na te konie?
- A jakoś tak przypadkiem. Machura kiedyś wspominał coś, że Śpiąca super na nich zarabia
bo rękę ma do koni jak nikt. I że mnóstwo dzieciaków tam jeździ na tych konikach.
Hipoterapia też tam jest. A Machurowa zaraz, że ponoć Ataman ze starych czasów ją zna.
Nikt nie wie jak i dlaczego ale ponoć właśnie tam gdzieś mieszkał kiedyś.
- Śpiąca? Kto to jest? To nazwisko?
- Eeee, raczej nie. Widzisz, że tu większość od nazwisk, imion ucieka. Tak jakoś mówią na
nią, znaczy na właścicielkę ale czemu? Pojęcia nie mam. Atamana potem zapytamy bo
skoro ją zna tak długo to musi wiedzieć. Czasu będzie dosyć i tak przenocować tam
musimy bo w dzień nie obrócimy. Ja sam ciekawy jestem, tym bardziej, że Ataman
pieniędzy zakazał nam brać. A co lepsze Machura nakazał go słuchać.
Nel zamyśliła się po raz kolejny i reszta drogi upłyneła w miarę szybko rzadko przerywana krótkimi komentarzami Wojtka o innych kierowcach i pochrapywaniami Atamana.
Trafili bez trudu. Dojazd był w wielu miejscach oznaczony tablicami informacyjnymi hodowli. Zaparkowali na parkingu wsród wielu innych aut. Widać ruch weekendowy był duży. Ataman wygramolił się z auta.
- Ki czort? Co tu tyle tego?- wskazał na auta.
- Atamanie, tu nie tylko hodowla ale i pojeździć można. Turyści.
- Diabli nadali- Ataman nigdy nie płonął przesadną miłością do turystów- chodźmy, trza
Śpiącą znaleźć.
Ruszyli za nim omijając samochody. Za bramą stał duży budynek, wyglądał na domowy chociaż nad jednym z okien widać było napis : „Biuro”. Ataman jednak skierował się w stronę zabudowań w głębi.
- Może w biurze spytamy?- Wojtek spróbował go przyhamować.
- Iiiii tam. Śpiąca u koni będzie a nie w biurze- odmruczał Ataman nawet się nie odwacając.
Zanim doszli do budynku z dużych wrót wyszła kobieta. Szczupła, z zaczesanymi do tyłu siwymi włosami. Przyłożyła nad oczy rękę osłaniając sie przed zachodzącym słońcem.
Ataman nie zatrzymywał sie póki nie podszedł do niej na wyciągnięcie ręki.
Kobieta opuściła rękę. Na jej opalonej słońcem twarzy pojawił się wyraz zdumienia.
- Tadeusz?
- Tadeusz?- jak echo powtórzył za nią Wojtek.
- A Tadeusz, Tadeusz- żachnął się Ataman-dawnośmy się nie widzieli Taszu.
- Ano dawno. Wyglądasz jak..jakiś święty z tą brodą- jej oczy zrobiły się cieplejsze.
- Eeee jakoś tak, wygodnie- Ataman odruchowo pogładził swoją długą siwą brodę-
Chcielibyśmy pogadać Taszu. O interesach.
- Ohoho...no to poważna rozmowa będzie chyba. Teraz jeszcze zajęta jestem, czekam na
dużą grupę co zaraz z wycieczki powinna wrócić. Końmi się trzeba zająć i dziećmi ale
idźcie do biura, tam o was zaraz zadbają. Wieczorem będzie czas to pogadamy. Ogień
się napali, usiądziemy, napijemy się i pogadamy.O interesach też. – wyjełą z kieszeni spodni małą krótkofalówkę i podniosła na wysokość ust.
- Tania, słyszysz ty mnie? Zaraz tam ludzie podejdą, tfu co ja gadam ludzie, wujek Tadeusz
przyjdzie- coś zaszumiało i zaskrzeczało w odpowiedzi- oj nie pamiętasz, nie ważne, pokaż
im gdzie świerkowy domek- daj jeść, pić i wytłumacz co trzeba. Potem do nich zajrze.
Ataman zdumiony patrzył na Tasze.
- Co ty tak zdurniał?- kobieta uśmiechneła się wesoło- cywilizacja, nie w kij pierdział. My tu
musim po europejsku. A teraz idźcie, Tania wszystko pokaże. Tanie pamiętasz ?- odwróciła
się na pięcie i znikneła w stajni nie czekając na odpowiedź.
Tania musiałą być córką, no chyba, że byłaby dużo młodszą siostrą pomyślał Wojtek. Dziewczyna miałą takie same oczy, usta, uśmiech tylko włosy miała kasztanowe i przycięte do ramion. Była widocznie bardzo speszona bo mimo zapowiedzi Atamana jako wuja ani razu nie zwróciła się tak do niego. Zaprowadziła ich do do drewnianego domku stojącego tuż pod ścianą lasu. Domek w środku był przytulny, widać przygotowany dla turystów. Pościel leżała przygotowana na łóżkach, w łazience leżały ręczniki, w lodówce stały napoje. Ataman chętnie przyjął od Wojtka piwo i opadł ciężko na fotel. Nel siadła na łóżku nadal nie odzywając się do nikogo. Wojtek wiedział, że o musi zacząć.
- Atamanie, może byście nam tu trochę wytłumaczyli o co chodzi. Jaki wyście wujek?
Czemu ona Śpiąca? I czemu te konie za darmo mają być?
Siwa broda Atamana przechyliła się do tyłu i nie opadła dopóki w butelce nie zaświeciło dno.
- Uch...ależ mi się pić chciało. Gdzie to takie wycieczki na starość. Ostatni raz, psia jucha....- zagderał ni to do siebie, ni to do butelki- daj no jeszcze jedno piwko bo cóś mnie jeszcze w
gardło drapie.
Drugie piwo poprawiło jego humor. Poprawił się na fotelu.
- Wyjrzyj na Wojtuś na dwór. Się mnie wydawało, że ja widział tam miejsce na ognisko i
drewno. Rozpal no ogień, panienka mi pomoże to my kocyki wyniesiem i przy ogniu
będziem sobie gadać. Bardziej to po mojemu niż się tu kisić.
Chłopak już na tyle znał Atamana, że wiedział, że na dyskusje nie ma co tracić czasu. Pół godziny później ogień wesoło trzeszczał na suchych brewionach ułożonych w pagodę.
- Ot, widzi panienka?- Ataman nie omieszkał zauważyć- jaki spryciul ten nasz Wojtek? Jaki
ładny ogieniek sporządził? Musi panienka wiedzieć, że kto ogień umie palić to już poważny
gość jest- perorował z zadowoleniem opróżniając kolejną butelkę piwa- kto w ogniu umie
porządek trzymać ten gość, oj gość- to, to ja już wiem.
Nel nadal patrzyła to na ognisko to na nich nie bardzo wiedząc co mówić i co robić.
- Atamanie, opowiedzcie nam...
- Opowiem, opowiem, wszystko opowiem tylko chwilę mi dajcie cobym do kupy wszystko
poskładał- broda została pogłaskana wolną ręką. Druga ręka nie odpuszczała butelki.
- Czemu ona Śpiąca? Hmm...Mówią ludzie, że nigdy nie śpi..
- Nie śpi?- tym razem Nel już nie wytrzymała- jak to nie śpi?
- Jak panienka przerywać nie będzie to się dowie- Ataman ze zgorszeniem spojrzał na
nauczycielkę...
Dawno to było, dawno. Nawet bym policzyć nie umiał.. Chociaż Tania wtedy malutka była, z rok miała, nie więcej chyba. Mieszkali oni niedaleko, ot kilka kilometrów tam pod górkę. Domek taki nie mały, nie duży, domek i zagródka bo Semen, znaczy mąż Taszy koniki już wtedy hodował. Oj miał on rękę do koni, miał. Piękne te konie miał, wielkie i mocne. W kolejce się ludzie po nie ustawiali albo płacili kto więcej da. A Semen i tak nie wszystkim chciał sprzedać. Jak wiedział, że ktoś dla konika za ostry, bez serca a z batem, nie sprzedawał. Bić nie pozwalał. Nie mówię, żeby batem nie śmignąć koło ucha albo w zadek ale byli i tacy co Boga w sercu nie mieli i nie raz kłonice na koniu łamać próbowali. Takich Semen nienawidził i takim konia nigdy nie sprzedał.
Powodziło im się, dziecina, znaczy Tania się pojawiła, ot jak w raju się żyło. Ale świtu któregoś, to lipiec chyba był, Tasza się w nocy do dziecka obudziła i zobaczyła, że Semena w łóżku nie ma. Myślała ona, że do koni poszedł bo on często jak konie w nocy zarżały to szedł sprawdzić czy im czego nie trzeba to i nakarmiła Tanie i z nią spać poszła znowu. Ale rano też go nie było a i w stajni nie było a konie za to niespokojne, rozhukane, przestraszone. Wzieła Tanie na ręcę i poszła Semena szukać. Do wsi zeszła ale nikt chłopa nie widział, tedyk wróciła do domu. Przed południem dopiero go znalazła, za stajniom. Za ręce i nogi do drzewa przywiązali i porżneli jak...zwierzę jakieś. Stała tak z Tanią patrząc na niego aż myśmy je znaleźli. Z domu go wyjeli, z łóżka a Tasza nic nie słyszała, nic nie poczuła. Jak się dziecina w nocy obudziła to cicho było na zewnątrz, nic słychać nie było a Semena cieli po kawałku bo pewnie pieniędzy szukali. Krzyku żadnego Tasza nie słyszała, nawet jęku..I nic im Semen nie powiedział, bo pieniędzy w domu nie naszli. Widać albo pomyśleli, że ich nie ma bo skoro na męczarniach nic nie powiedział...Nie wiadomo. Po Taszę i dziecinę nie przyszli. Dziękować Bogu. Od tamtej pory, mówią, że Tasza nie śpi..Jak tylko oko zamknie to krzyk słyszy Semena. Krzyk co to go nie było... Tyle lat....
Ogień skoczył do góry iskrami połykając następne brewiono.
- Tania na jakieś 20 lat wygląda- Nel patrzyła w ogień- nie możliwe. Bez snu się nie da przecież...
- Da, nie da – przerwał Ataman wyraźnie zły za wyrwanie go z zadumy – mówię jak było i co ludzie gadają. Czy prawda czy nie to się sami spytajcie. Przyjdzie zaraz.
- Oj nie gniewajcie się- Wojtek uspokoił sytuacje- wiecie, że nam miastowym nie wszystko się w głowie mieści.
- Tania ma 22 lata- głos Śpiącej aż przestraszył Nel. Kobieta stała tuż obok niej, oparta o świerk. Nie zauważyli jej bo światło ogniska tuż przed świerkiem traciło swoją moc. Podeszła do nich i siadła obok nauczycielki.
- Nadal nie śpie. Wysyłali mnie do doktórów, badali, mierzyli, jeden nawet jakąś pracę
napisał. „Zaburzenia snu na skutek traumatycznych...”- przerwała patrząc dziewczynie
prosto w oczy- mówili, że udaje, nie ważne zresztą, teraz to już nie ważne. Umiem z tym
żyć. Oboje umiemy z czymś żyć, prawda Tadeusz?
Ataman zaburczał coś do wnętrza butelki ale Nel nie odpuściła.
- Ale co się dalej stało, przecież to zbrodnia, kto to zrobił? Złapali ich?
- Zbrodnia- Tasza- popatrzyła w ogień- przyjechali z powiatu, wypytywali, zdjęcia robili,
kręcili się jak pies za ogonem. Nic nie znaleźli, nikogo.
- Nikogo?- Nel zawiesiła głos.
- Nikogo, ale z rok później, jakoś tak w odstępie tygodnia znaleziono trzy osoby, dwóch
robotników z pgr-u i jednego takiego pomagiera co to u wszystkich za parobka robił. W
lesie ich znaleziono, martwych, z wypalonymi wnętrznościami...ktoś ich na rozpalone
ognisko posadził. Posadził i tak trzymał...aż się spalili. Pamiętasz Tadeusz – pochyliła się
mocno w stronę Atamana- pamietasz?
- Pamiętam- ostro odpowiedział- Semen mi szwagrem ale bliżej niż brat, pamięci nie
oszukasz, zawsze będę pamiętać.
- Ludzie mówili, że to ci byli co to Semenowi zycie zabrali, ci co go pokroili.....
- Ludzie różne rzeczy mówią- Ataman przerwał Śpiącej gwałtownie- a jeśli prawdę gadali to
i dobrze się stało, że z kurwy synów na ogniu usmażyli. I niech tak zostanie. My tu Tasza,
w interesie a nie żeby w przeszłości grzebać.
- Ot jak się zaperzył, myślałby kto, ja słyszała jak ty wcześniej przy dzieciakach w
przeszłości mojej grzebałeś- usmiechęła się kobieta, pojednawczo- dla mnie to już nie
bolesne, mnie to już nie przeszkadza. Jaki to interes?
- My Tasza, koników potrzebujemy, trzech albo czterech- Ataman zakoczył i Wojtka i Nel –
tak żeby się dobrze chowały. We wsi będą dla dzieci. Opieka będzie, sianko będzie,
stajenka zrobiona, zadbane będą.
- To hucuły, stajenka to zimą tylko im potrzebna. I tylko gdy ostra zima. One twarde jak ty,
Tadeuszu i jak ja – uśmiechnęłą się smutno – przyczępę jakąś macie?
- Mamy ale taką na dwa koniki- Wojtek rozglądał się zdziwiony.
- To dwa dostaniecie teraz. Ułożone, dla dzieciaków w sam raz. Siodła dam i wskazówki co i
jak. Pewnie we wsi znawców więcej niż pijaków ale moich wskazówek słuchać mus! Po
dwa następne przyjedziecie za trzy tygodnie. Ale ty Tadeusz przyjedziesz- bez Ciebie nie
dam.
- Przyjadę, co mam nie przyjechać- Ataman rzucił brodą do góry.
- Ale jak cztery?- Wojtek nadal nie mógł zrozumieć- myśmy dwa planowali, takie konie
kosztują....
- Ano kosztują, ale nie powiedział wam?- Tasza wskazała spojrzeniem Atamana
- Nie powiedział- sam zainteresowany burknął rozglądając się się za kolejnym piwem.
- Ty już tego piwska nie chlaj- Tasza uśmiechneła się szeroko- dam ja ci zaraz coś lepszego
niż piwo. Pigwówki mojej spróbujecie. A to- wskazała głową dookoła- to nasze wspólne,
moze nie w połowie, bo kredyty to sama spłacałam a ten się lenił...Zanim stało się
tamto.....Tadeusz i Semen wykupili ten teren, hodowle całą też kupili. Ja tylko pilnowałam,
rozwijałam. Ponad 20 lat, sama....
- Mnie do koni daleko- żachnął się Ataman
- Bzury pleciesz , ja pamiętam jak z Semenem do koni gadałeś, dobrego człowieka koń
zawsze pozna.
- Może i pozna, może i nie pozna . Daj no lepiej pigwówki bo po tym piwie to w krzaki się
ino chce.
- Na pigwówkę do dom pójdziemy. Młodzież niech tu przy ogniu zostanie, mnie już
wygodniej przy kominku siedzieć niż na pniaku- Tasza wstała- a wam butelkę zaraz ktoś
przyniesie.
Długo siedzieli w ciszy. Nawet chłopak który z butelką przyleciał, słowa nie powiedział tylko butelkę postawił i zniknął w ciemności. Wojtek dorzucał do ognia patrząc jak iskry zmieniają się w gwiazdy.
- Następna historia do zapomnienia- cicho powiedziała Nel- ale nic nie rozumiem. Jeśli on
szwagier? Jeśli jest tu współwłaścicielem? To czemu on w lesie pracuje? Jaki tu sens?
Wojtek podał jej pigwówkę.
- Napij się, opowiem ci, jeszcze jedną historię do zapomnienia. O artyście który stracił
wszystko. Dziecko, żonę...żonę która była siostrą Taszy. Może wtedy będzie ci łatwiej
zrozumieć.
Siedzieli długo. Rozmawiali, patrzyli w ogień, pili. Nel w końcu oparła się o Wojtka i usnęła.
Rano obudził ich Ataman. Szybko i sprawnie wydał polecenia i zaraz po śniadaniu z dwoma hucułami w przyczepie ruszyli z powrotem. Wracali jednak w milczeniu.
cdn.