Marcinie! Za daleko mam na taki spacer i mam tylko jedną dziewczynkę. To pierwsze primo, a drugie to że mam nie spełnione marzenie o którym wiesz. Znowu muszę przyjechać, a to szmat drogi jest.
Pozdrawiam
Wersja do druku
Marcinie! Za daleko mam na taki spacer i mam tylko jedną dziewczynkę. To pierwsze primo, a drugie to że mam nie spełnione marzenie o którym wiesz. Znowu muszę przyjechać, a to szmat drogi jest.
Pozdrawiam
Tryton
Zdarzyło się pewnego razu, że Posejdon spłodził syna z najpiękniejszą z córek Nereusa nereidą Amfitrytą. Syna o imieniu Tryton jednak trudno było uznać za pięknego, a na pewno po matce nie należał do najpiękniejszych. Półczłowiek-półryba, a mawiają niektórzy, że i kawałek konia miał w sobie. W Beocji Tryton zasłynął z tego, że na plaży napadał na kobiety. Legendy nie podają w jakich celach, więc załóżmy, że napadał dla samych napadów. Przepędził go ponoć Dionizos, ale znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że został spity winem i zgładzony przez mieszkańców. W każdym bądź razie wino jest wspólnym elementem jednej, jak i drugiej wersji końca napaści Trytona na beockie niewiasty spacerujące morskimi plażami.
Początek tegorocznego listopada okazał się nadzwyczaj ciepły. Nie można jednak po tym wnioskować, że i zima będzie ciepła i łagodna, więc popołudniu zabrałem się za łupanie resztek bukowego drewna, które mi jeszcze zostało do przyszykowania na zimę. Bukowe pniaczki łatwo pękały pod uderzeniami młotoklina. Świeże przełupy i rozrywy włókien ukazywały przeróżne faktury i wzory drewna. Czekoladowe soczewki promieni rdzeniowych na przekrojach stycznych, lśniące lusterka, gdy drewno zostało rozłupane w kierunku promieniowym. Najróżniejsze sęki, sękale i sęczki, barwne zaparzenia i fałszywe twardziele. Skręty włókien, od których młotoklin odbija się jak od gumy. Nad tym wszystkim pochmurne niebo, które czasem przetnie myszołów lub kruk. Odgłosy orzechówek i czarnych dzięciołów dobiegające z lasu w przerwach pomiędzy trzaskiem łupanego drewna. Nad szczytami i pośród najwyższych drzew wiatr niosący swym szumem zapach nadchodzącej zimy. Z domu wybiega Ewa z trytonem wyniesionym z piwnicy. Oglądamy go z każdej strony. Spód jaskrawo pomarańczowy, wierzch oliwkowo-czarny z błękitnym marmurkiem i szarawymi brodawkami. Jakimś cudem wlazł do piwnicy z nadzieją, że przetrwa tam zimę. Miał szczęście, że został odnaleziony, bo wiosny mógłby doczekać jako suszka. Co tu począć z tym górskim trytonem. Idziemy do lasu, by wśród bagien, olch i próchniejących kłód znaleźć mu lokum na zimę. Na bagnie znajdujemy próchniejący pień powalonej jodły, a pod nim wiele zakamarków, dziur i nor, w które tryton włazi o własnych siłach. Winem na odchodne go nie raczymy.
Marcinie ,Ty nawet z normalnego "łupania " drewna ,potrafisz zrobić "poezję" i ile można się nauczyć przy tym (tak należało by pisać podręczniki akademickie).
Też próbowałem ;) kiedyś tam "łupać" drewna , ale ja wtedy myślałem tylko żeby w kolano sobie nie walnąć , a nie o strukturze słoi i sęczków.
Z tego wniosek ...nie trzeba daleko wędrować żeby było pięknie , wystarczy wyjść przed DOM ...pozdrawiam Was
Poezji łupania nigdy nie mogłem dostrzec - ot ciemna masa. Zawsze mnie to jakoś męczyło fizycznie... Spalinówka, siekiera... I to zmęczenie później, nawet bardziej poetyczne od samej pracy... Tym bardziej jestem pod wrażeniem.
Wieciej poezji dostrzegam siedząc wieczorem przy kominku z dobrym trunkiem w ręku, przy jakiejś muzyce i piosenkach niosących treści... Ale nawet nie próbuję tego ubierać w słowa. Słowa uznania Tobie Marcinie przekazuję. Baczniej za poezją się od tej pory rozglądać będę...
Pilch
Druga niedziela listopada okazała się pochmurna, ale szara tylko z pozoru. Po tygodniu pracy wreszcie znalazła się chwila by wyskoczyć do lasu, dychnąć od rodów, zleceń, zestawień i wszelkiej maści innych kwitów, które namiętnie produkuje rejestrator. Spacer rozpocząłem od góry z widokami, żeby rozejrzeć się po okolicy i wypatrzyć może coś ciekawego. Wypatrzyłem tylko kilka sztuk podrzenia żebrowca, a po horyzont tylko góry i lasy. Znużony widokami ruszyłem ku kolejnym szczytom, ale już z nosem przy ziemi, wypatrując wśród kamieni, borówek i nalotów drzew wszelkiej maści porostów i mszaków. Z daleka złocił się już jesiennie-zimowo piórosz pierzasty. Gdzie indziej wśród pni wiły się wężowo pędy płaszczeńca fałdowanego. Niektóre torfowce nabrały czerwonych i brunatnych barw. Niemniej okazale prezentowały się różne chrobotki. Tak więc kolorki trwają i trwać będą aż przykryje je śnieg, a i pod nim będą czekać do byle odwilży, by ożyć w roztopowej wilgoci. Przez jodłowy bór z bielistką siną wspinam się na kolejną górę. Skały, rumowiska głazów i kamieni prowadzą do miejsc, gdzie rośnie nietypowe jak na okolicę drzewo o igłach zgrupowanych po pięć. Niedzielną ciszę zakłóca tylko od czasu do czasu wiatr wśród koron drzew. Idąc niewyraźną, najpewniej zwierzęcą ścieżką schodzę na kolejne rumowisko. Mimo pochylonej brzozy wyrastającej na obrzeżu wygląda ono jakby po części swój kształt prostokąta o równych krawędziach wysokości sięgającej do piersi zawdzięczało ludzkim rękom. Może to dawne okopy, a może miejsce upamiętniające poległych sprzed prawie stu laty, gdy zdobycie każdej góry okupione było potokami krwi i szkieletami rozwleczonymi po lasach. Miejsce w każdym bądź razie nietypowe i zmuszające do refleksji. Teraz po głazach walają się tylko sarnie piszczele i czerep ofiary rysiej uczty. Listopad i dnie już krótkie, więc powoli zawracam. Przedzierając się przez obumarłe, uschnięte jodłowe gałęzie dostrzegam jeszcze na ściółce leżącą popielicę. Wygląda zdrowo, jakby leżała. Oczy się jej jeszcze szklą życiem, ale jest zimna, zdrętwiała i martwa. Nic nie wskazuje aby bezpośredni udział w zgonie brały leśne drapieżniki. Może spadła z drzewa. Może zmarła w momencie kiedy przechodziła z drzewa na drzewo po ziemi, po prostu położyła się i zasnęła tylko, że z otwartymi oczami. Ciężko wyczuć i już nikt się tego nie dowie, bo śladu wielkiego już pewnie po niej nie ma. Jeśli nie kruki, sójki lub orzechówki przed zachodem słońca to pewnie kuny po nocy zrobiły to, co do nich należało. Wróciłem najkrótszą drogą, ale i tak prawie całkiem ściemniało nim dotarłem do domu.
intrygujący jest ten kopiec/ pryzma kamieni. Co to ? kto tak się napocił , by stworzyć taki magazyn kamulców ?? czemu miało to służyć ??
Ano podpytałem kolegę po sąsiedzku, co to za pryzmy u niego w lesie. Być może Browar po części miał rację. Pryzma kamienia mogła być przygotowana do ryzowania. Po wojnie jeszcze tak podobno dostarczali kamień do drogi.
też mi się z Twoich fotek wydawało, że nie jest to jakaś specjalnie stara forma.ale pełen szacun dla tego , kto to ułożył :lol:
Gnaty
Uczeni mawiają, że w pradawnych czasach nasi pradziadowie przeczesywali trawiaste równiny z rzadka porosłe drzewami w poszukiwaniu wszystkiego, co tylko nadaje się do zjedzenia. Nie gardzili gnatami, które pozostawały z uczt najdzikszych bestii ich czasów, a zwłaszcza odżywczym szpikiem, który ze smakiem wydłubywali i wysysali. Czasy się zmieniły i bestie zamieniły się miejscami. Podświadome lęki przed szponami, pazurami, kłami i miażdżącymi kości łamaczami pozostały, ale te bestie pozostały wręcz mitycznymi stworami. Obecne bestie przerosły wszystkie inne zmyślnością, osiągając potęgę niespotykaną nigdy wcześniej...
I ciągle listopad, jesień i słońce, mimo, że dzień już krótki. Niedzielny poranek z Duchem spędziliśmy przy piecu racząc się proziakami i podpłomykami. Nie zjedliśmy wszystkich, zostawiliśmy też dla innych, a i na wynos parę wydaliśmy. Proziaków oczywiście, bo podpłomyki z blachy szybko znikły w naszych przełykach. Przed południem dotarli do nas joorg i nunex. Ruszyliśmy w las całą bandą. Chłopaki młode, wypasione, więc wzięły po worku z tym, co z lasu powstało i teraz do lasu wraca. Wspięliśmy się do pierwszej równinki, gdzie pozostawiliśmy gnaty i trawersując stromy stok ruszyliśmy do wnętrza puszczy. Na pnie powalonych buków i jaworów wypełzły śluzowce. Bezkształtne, żylaste śluźnie zaczęły przeistaczać się już w skupienia niewielkich owocników. Dotarliśmy do niewielkiej polanki, luki w drzewostanie na półce pod stromym, kamienistym zboczem, gdzie byki ryczą i czyniąc to, co czynią wszystkie pragnące trwać istoty przekazują swoje geny następnym pokoleniom. Nie tylko jelenie tu zachodzą, ale wszelkie inne leśne stworzenia - niedźwiedzie odrapują jodły, dzięcioły trójpalczaste wyszukują świerków, rysie czają się na sarny, pilchy wyszukują bukwi i kryją się po dziuplach, salamandry w mokre dni wychodzą spod pni i głazowisk, o tumakach, wilkach, puszczykach uralskich, orzechówkach, stadach sikor i pełzaczach nawet w szczegółach nie wspominam. Na jednym z jaworów wysoko nad ziemią coś delikatnie powiewa, jakby brodaczka, ale dokładnie nie widać. Podchodzimy do każdego z drzewa sprawdzając czy na pewno i dopiero przy którymś z kolei kilka plech znajdujemy zerwanych wiatrem na ziemi. Do grzbietu już nie daleko, ale wieje na nic\m sakramencko, więc poniżej robimy sobie krótki popasik. Wiecznie jednak nie można siedzieć, bo chłodno zaczyna się robić. Na głowy wkładamy czapki, berety i inne kaptury, a co mniejszych członków spaceru owijamy chustą i kocem, by miło przespać mogli zdobywanie szczytu. Po drodze pojawiają się przerywane widoki aż po Góry Słonne i Żuków. Schodzimy na północ wąskim i stromym grzbietem porośniętym jodłowym borem. Najmłodsza nabrała ochoty na popas i wśród jodeł obala pół flaszki białej zawiesiny. Kuszą stromizny po prawej i źródliska po lewej, ale schodzimy w dół grzbietem aż do wielkiej jodły, jak na razie najgrubszej w bliższej i dalszej okolicy. Dziewczyny zostają na przełęczy, a my zachodzimy jeszcze na szczyt z przecinką gdzie masochiści doznają rozkoszy miażdżąc sobie nabiał orczykiem. W dolinach na północy widać okoliczne wioski, a na południe patrząc przez bezlistne korony daje się dostrzec góry na granicy państwa. W dół schodzimy starym szlakiem zrywkowym przez bukowy las. Na dole jeszcze tylko kilka minut przez bagienne olszynki, potoczek i już jesteśmy na podwórku. Słońce zaszło za górę i ściemniło się.
PS Gnaty po paru dniach na powrót stały się częścią puszczy.
Las przedzimowy jeszcze
Ostatni dzień kiedy bezśnieżny poranek budził się w jedlinach mgłami, przez które słońce przebijało się, by jeszcze przed południem zniknąć za grubą warstwą ciemnych śniegowych chmur. Las kusił jakby wiedział, że to ostatni dzień listopadowego przedzimia. Nie było wyjścia, trzeba było zostawić wszystkie mniej ważne obowiązki i ruszyć w puszczę. Mchy kusiły bujnością porastającą najtwardsze bieszczadzkie skały, a powalone jodły pomarańczem brunatnej zgnilizny. W lesie panowała cisza, jedynie z rzadka gdzieś w koronach odzywały się mysikróliki. Nawet sójki nadzwyczaj dziwnie powstrzymywały się od wrzasków. Sprawdziłem ile jeszcze przeszło dwustuletnich sosen rośnie w lesie. Tylko najgrubsze i najwyższe jako tako wegetują. Ciemna zieleń jodeł i świerków z czasem i je pochłonie, ale martwe pnie jeszcze długo będą sterczeć dając pokarm i schronienie grzybom, wszelkim larwom i ptakom. Kuna na pniu pozostawiła resztki strawionego pokarmu, który był kiedyś popielicą. Po pniach, skałach i rumowiskach dotarłem do sosny o pięciu igłach, ale sporo czasu jeszcze będzie musiało upłynąć kiedy będzie można zakosztować kiedrowych orzeszków. Ruszam dalej powoli schodząc w dół, gdzie wśród starych dziuplastych lub powalonych jodeł zawsze było pełno życia. Teraz nic, nawet ptaka najdrobniejszego. Nawet dzięcioł nie przerwie ciszy...