Tam często tak jest.
Wersja do druku
Tam często tak jest.
19.07.2010 (Poniedziałek)
Zawsze mi było nie po drodze do Myczkowiec by zwiedzić w ośrodku Caritasu „Centrum Kultury Ekumenicznej” , teraz miałem to jednak w planie.
Zacząłem od zwiedzenia Ogrodu Biblijnego z specyficznym zapisem teologii biblijnej i zawierającego biblijną historię zbawienia.
Załącznik 19621Załącznik 19620Załącznik 19614Załącznik 19618Załącznik 19619Załącznik 19615Załącznik 19616Załącznik 19617
cdn
Następnie długo oglądałem kolekcję 140 drewnianych makiet świątyń w miniaturze w skali 1:25 pochodzących z Polski, Ukrainy, Słowacji, Rumunii i Węgier.
Załącznik 19629Załącznik 19628Załącznik 19627Załącznik 19626Załącznik 19625Załącznik 19624Załącznik 19623Załącznik 19622
cdn
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Trochę już mniej poświęciłem czasu mini ZOO, chociaż patrzyłem jak urzeczony na pierwsze ostrożne kicanie kilkoro, niedawno przyszłych na świat, maluchów miniaturowych królików. Uwagę moją też zwracał dumnie chodzący na swobodzie nasz polski bociek a także już na zapleczu w podwórzu kilka baraszkujących w stercie drewna maleńkich kotków.
Jeszcze tylko w kawiarni kawa i ciastko i pojechałem na pobliska tamę. Zbyt późna pora ograniczyła próbę zwiedzenia wnętrza elektrowni w Solinie, ale przy jakiejś okazji chciałbym tam zajrzeć.
I tak mi dzień mijał na takim „wycieczkowaniu” i wcale nie żałuję ewentualnego chaszczowania lub dreptania po górach. Tym bardziej, że cały Ośrodek Caritasu wraz z przesłaną ideą bardzo mi się podobał.
Załącznik 19635Załącznik 19634Załącznik 19633Załącznik 19631Załącznik 19630Załącznik 19632
cdn
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
20.07.2010 (Wtorek)
Startuję z pod Zajazdu pod Sosnami trochę przed Berezką. W planie mam dziś dotrzeć czerwonym szlakiem spacerowym do cmentarza w dawnej Bereźnicy Niżnej i tym samym szlakiem wrócić . Mała pętelka z bezpośrednim dojściem do cmentarza, tak przynajmniej jest na mapach które posiadam… spacerek na góra 3 godziny.
Idę szosą pod górkę i dochodzę do szlaku który tą drogę przecina idąc od strony kościoła w Berezce. Jest po deszczu więc zapowiada się brodzenie, ale dla mnie to w tym roku nie pierwszyzna. Na początku ładne koszone łąki, po kilku minutach widzę lisa jak zapatrzony w jakieś tropy dość blisko mnie dopuścił do siebie i nawet pozwolił się sfotografować. Łąka ta jest zresztą idealna do podglądania zwierząt które wychodzą tutaj z lasu. Docenili to też myśliwi stawiając w pobliżu ambonę. Idę lekko pod górkę w las, droga staje się niezbyt przyjemna do „spaceru”… błoto, głębokie koleiny i stojąca w nich woda. Obserwuję też ślady ludzi, nawet widać jak jakieś dzieci szły na bosaka po tym błocie, są dość świeże ale ciekawe, że w obu kierunkach. Znaczy się… spacerują tędy ludzie ale i szybko wracają. Po chwili droga staje się coraz bardziej zarośnięta, na drzewie wisi tabliczka „Wycinka drzew – wstęp wzbroniony”. Widocznie ta tabliczka a także dość nieprzyjemna i zarośnięta ścieżka mocno zniechęca turystów do dalszej wędrówki i… zawracają, widać to po śladach. Idę dalej, na drzewach są znaczki ale ścieżka to była tutaj chyba z 5 lat temu. Spacerowicza(!) może to zniechęcić do dalszego wędrowania. Lekko podchodzę pod Kamieniec 521 m i zaczynam się zastanawiać czemu ciągle dalej idę na północ a powinienem zacząć skręcać na wschód. Baczniej się rozglądam po znakach ale dalej się przedzieram przez krzaki. Nikt tędy nie chodził od dość dawna, szlak (spacerowy) jest kompletnie nieprzetarty. Czas też mi wskazuje, że powinienem już skręcać w stronę Bereźnicy Niżnej, jednak gdy dochodzę do dolinki przez którą płynie jakiś strumyk zaczynam podejrzewać, że tego skrętu nie ma i szlak ma się inaczej niż ten na mapie. Nie sięgam po GPS-a, na niego jeszcze nie czas. Zaczynam powoli podchodzić pod górkę, aż w pewnym momencie nawet dość stromo . Sięgam po mapę i… jak nic wchodzę na Grodzisko 556 m, ale kurcze tam nie szedł przecież żaden szlak. Jak już jestem na szczycie sięgam po Oregona i jak w mordę strzelił jestem na szczycie Grodziska. Na czubku wzniesienia trzy betoniki po jakiejś wieży ale z ubiegłego wieku a nie ze średniowiecza. Teraz pytanie jak ta spacerówka schodzi, bo myślę sobie, że wrócę najwyżej szlakiem zielonym. Schodzę teraz z tego wzniesienia, wciąż na północ, czyli zapewne dojdę do drogi i tam spotkam się z zielonym szlakiem i… tak faktycznie jest. Po drodzę, a tutaj już trochę widać, że od tej strony czasami ktoś wchodzi, mijam tabliczkę „Rezerwat przyrody – Przełom Sanu pod Grodziskiem”. Wreszcie jest polna droga a za chwilę dochodzi zielony szlak.
Załącznik 19669Załącznik 19668Załącznik 19663Załącznik 19664Załącznik 19666Załącznik 19665Załącznik 19667Załącznik 19670
cdn
Mijam jakieś myczkowieckie opłotki, spotykam też ludzi, którzy dotarłszy na skraj cywilizacji postanawiają jednak zawracać widząc to co dalej może ich spotkać. Niestety mają rację, połączone szlaki czerwony spacerowy i zielony nie są zbyt wydeptane i wchodzą w jakieś wysokie trawy. Jest tabliczka… do cmentarza 30 minut. Ciekawe kto to obliczał… chyba kosiarka jechała przed nim albo se pierdyknął z głowy ten czas. Przez jakiś czas jeszcze jakoś mi się szło ale w pewnym momencie szlaki zniknęły, skończyła się nikła ścieżka i dalej postanowiłem iść brzegiem Bereźnicy, skacząc po kamieniach. Dobrze, że strumyk nie żył opadami. Wspomnę, że trochę wcześniej idąc trafiłem na stary kawałek ściany jakiegoś budynku. Gdy brzeg się mocniej podniósł, postanowiłem jednak wspiąć się i poszukać szlaku na pojedynczych drzewach. Trawa nadal wysoka i żadnej ścieżki. Wreszcie trafiam na szlak na drzewie. Kto tędy ostatnio szedł i kiedy?
W pewnym momencie szlak zielony rozchodzi się z czerwonym spacerowym. Ja idę czerwonym bo chcę do cmentarza dojść. Kiedyś przed wielu laty idąc zielonym z drugiej strony przegapiłem ten cmentarz a później mi się już nie chciało wracać. Wtedy szedłem z Terki do Leska a to był naprawdę kawał drogi na cały boży dzień wędrówki.
Załącznik 19671Załącznik 19672Załącznik 19673Załącznik 19674Załącznik 19675
cdn
Teraz widząc to rozdzielenie się szlaków zauważyłem od razu cmentarz. Ciekawa historia z tym cmentarzem i warto o nim sobie poczytać. Nie będę się rozpisywał o nim, poniżej dam link do wiadomości o nim. Cmentarz położeniem przypomina mi jakoś ten z Caryńskiej.
Załącznik 19684Załącznik 19683Załącznik 19682Załącznik 19681Załącznik 19680Załącznik 19679Załącznik 19678Załącznik 19677Załącznik 19676
cdn
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Dalsza droga to tak jak się spodziewałem, to prawie autostrada (przecież jakoś muszą dojeżdżać samochody) i nawet dość urocza, ciągle zmieniająca się jej forma, fajny las, łąki które malowniczo się wkomponowały w krajobraz. Pod ulęgałką, na środku takiej rozległej łąki, z przepięknymi widokami zrobiłem sobie popas dla ciała i ducha, wcześniej, tylko krótszy, zrobiłem na Grodzisku, a czasu trochę minęło, więc na odpoczynek zasłużyłem. Zanim usiadłem to skręciłem w prawo w pomarańczowy szlak spacerowy, co było dobrym posunięciem. Raz, że skróciłem sobie drogę a dwa to te piękne widoki. Tym pomarańczowym dochodzę do kilku zabudowań a tuż za nimi, tak historycznie patrząc, to już jest właściwie miejsce podworskie. Urokliwe miejsce z małymi stawikami, ładnie skoszoną trawą, pasące się dzikie sarenki. Piękne miejsce! Pomarańczowym dochodzę znowu do czerwonego szlaku no i łąki na której spotkałem lisa. Wracam więc, mały kawałek, tą samą drogą do Zajazdu co zaczynałem wędrówkę. Podsumowując… w pierwszej części było trudno, brudno i mokro a w drugiej ślicznie i miło… ładna przemiana wędrówki. Polecam więc trasę każdemu kto takie odmiany lubi.
Teraz tylko wybrane dane z GPS-u: długość trasy – 12.250 km, całkowity czas przejścia – 6.38 h, średnia prędkość rzeczywistego ruchu 5,1 km/h, najwyższa wysokość 553 m, najniższa 375 m. Jak spojrzałem, że przeszedłem tylko trochę więcej niż 12 km to aż nie wierzyłem… myślałem, że grubo ponad 20. Czyżby trafnie określiła cecylia w swoim poście Psełdobiesy (niestety został usunięty przez moda i boję się cytować by nie przekręcić jej, może i trafnego, określenia) przejścia 10 km?
Załącznik 19688Załącznik 19686Załącznik 19689Załącznik 19687Załącznik 19685
cdn
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Wspomniałem o tym linku do wiadomości o cmentarzu w Bereźnicy Niżnej... podaję teraz wraz z dwoma innymi które do ewentualnej wycieczki się przydadzą.
http://www.bieszczady.net.pl/bereska.php
http://www.bieszczady.net.pl/bereznicanizna.php
Miałem też fajny link do opisów kapliczek w Myczkowie ale są jakieś problemy z jego otwarciem lub z wejściem na sam portal bieszczady.info, jeśli zrobi się drożny warto też i do niego zajrzeć.
http://www.bieszczady.info.pl/numer-17-kapliczki-i-krzyze-przydrozne-w-myczkowie.html
cdn
Dzięki. Ostatnio intensywnie myślę o tamtych stronach.
21.07.2010 (Środa)
Wreszcie idę na spotkanie z Żerdenką, ciągnie mnie do tych osad i wsi, które są na uboczu, bez drogi przejazdowej, PKS-u, sklepu… Gdzieś widziałem wpis „w Żerdence nie ma nic ciekawego”, a czy zaraz ma być tam jakiś pomnik?... jakaś geologiczna/przyrodnicza/historyczna odchyłka od normalności? Słyszałem głosy… i po co tam iść? Mnie jednak tam ciągnęło, ciągnie mnie też ostatnio do bieszczadzkich leśnych dróg, którymi głównie jeździ transport leśny albo czasami są już nawet nieprzejezdne.
Ruszam z Zahoczewia… w planie dojście do Żerdenki, przejście do Żernicy Niżnej i powrót do punktu wyjścia… skręcam w lewo na całkiem nowy mostek nad potokiem Ruchlin, dalej już prowadzi mnie droga asfaltowa… dawno był chyba kładziony ten asfalt. Mijam pierwszy czynny wypał, jak wskazuje mapa okolic Baligrodu, to ma być ich w sumie cztery, dochodzę do kapliczki znajdującej się na niewielkim wzniesieniu z prowadzącymi do niej betonowymi schodkami. Jest zadbana, są świeże kwiatki… to zapewne zasługa pracowników znajdującej się w bliskim sąsiedztwie retorty. Przekraczam granicę między Zahoczewiem a Żerdenką i znowu po prawej stronie wypał z gotowymi do podpalenia retortami. Dochodzę do skraju wsi, po prawej stronie sztuczne jeziorka przepływowe a po lewej już pierwsze oznaki, że teren ten może się podobać i fajnie tu sobie postawić chałupkę wypadową.
Jak kiedyś ogłosiłem plany wypadu do Żerdenki to w tym chyba miejscu miano czekać na mnie z gąsiorkiem nalewki, plany przesunęły się na dziś ale wolałem już nie ogłaszać nowego terminu bo teraz chyba czekano by z osinowym kołkiem a życie… coraz bardziej mi się podoba. Z pobliskiego domu, z balkonu, zawołał facet do mnie „czego tutaj szukam”, bo stanąłem i się zastanawiałem czy nie skręcić w prawo na mostek czy jednak jak miałem w planach, dojść do krańca wsi i dopiero wtedy zmienić kierunek, ja odpowiedziałem „zastanawiam się czy teraz skręcić na Żernicę czy później”… „ano teraz najlepiej, a w ogóle to New York Żerdenka City wita!!!!”. Już spory kawałek odszedłem a wciąż jeszcze słyszałem z oddali ciągle powtarzane „prosto aż do ambony a później w prawo!!!!…. prosto aż do ambony a później w prawo!!!!…. prosto aż do ambony a później w prawo!!!!….”
Kawałek za mostkiem po lewej stronie cmentarz z już powojennymi nagrobkami, stare groby są niewidoczne. Obszedłem wszystkie, chwila modlitwy i zadumy i idę do pobliskiej budowy a raczej zręcznie przebudowywanego domu. Tam odpocznę bo widzę, że nikogo w nim nie ma.
Załącznik 19701Załącznik 19700Załącznik 19697Załącznik 19694Załącznik 19698Załącznik 19699Załącznik 19693Załącznik 19695Załącznik 19696
cdn
Podczas odpoczynku w podcieniu restaurowanego domu zastanawiam się którą drogą pójść? Na mapie mam dwie… jedna idzie poniżej tego domu, jest częściej używana no i na mapie ma swój ciąg, ta druga idąca powyżej domu, jest mniej używana, idzie na łąki i na mapie się gdzieś tam urywa. Wybieram pierwszą tą poniżej. Idę nią sporo powyżej potoku Silskiego i wchodzę w las. Droga do pewnego momentu jakoś tam wygląda, kończy się jednak na jakimś karczowisku a z prawej strony mam bardzo podmokły teren opadający w stronę wspomnianego strumyka, powyżej masę gałęzi, krzaków jeżyn, chaszczy… marnie widzę przeprawę przez te zapory i postanawiam wracać do tej drogi powyżej domu. Tracę godzinę na to. Panuje wściekły upał jakiego jeszcze w Bieszczadach nie uświadczyłem, w słońcu na pewno jest grubo powyżej 40 stopni, żadnego wiaterku, parno, wprost mnie czasami zatyka. Wchodząc na drogę spotykam mężczyznę idącego grabić siano. Rozmawiam z nim około 15 minut, chce sprzedać całą tą łąkę ale kwoty rzuca dość spore, rozmawiam o tutejszym życiu, wskazuje gdzie kto kupił ziemię, o spotkaniach z wilkami a ja mu o tegorocznym spotkaniu z niedźwiedziami… on idzie do roboty, ale wskazuje jeszcze na horyzoncie ambonę bym się na nią kierował a za nią bym skręcił w prawo. Idę drogą a właściwie śladami kół samochodów dojeżdżających do wieży dla myśliwych. Skręcam w prawo ale nie widzę by droga ta była uczęszczana, ot przejechał z 2-3 lata temu jakiś traktor, narobił koleiny i tyle. Mam dziwne wrażenie, że po skręcie w prawo a później na wprost to jednak coś jest nie tak z tym wędrowaniem. Słońce w zenicie i nagle zaczyna padać dość obfity deszcz, później tylko pada, nie zakładam nawet kurtki przez tą parówę w powietrzu… sięgam po Oregona i widzę, że robię cały czas lekki łuk w lewo idący tak bym się znalazł gdzieś na końcu Bereźnicy tuż przed szlabanem kończącym drogę i wyznaczającym dalej teren prywatny. Trzymam się jednak tych kolein i idę po mokrych krzakach i trawie zarastających koleiny i często stojącej w nich dość głębokiej wodzie. Wychodzę wreszcie na skraj lasu w pobliżu Patrola 613 m i Bani 606 m. Na mapie okolic Baligrodu oznaczono ten punkt jako widokowy bo też i widoki są przednie. Ku mojemu zaskoczeniu paręnaście metrów ode mnie schodzi w dół mocno wysłużona droga asfaltowa. Robię mały odpoczynek na małe co nieco i dla radości patrzenia. Słońce wściekle atakuje, intuicyjnie rozglądam się za cieniem a tu pusto, zresztą wszędzie na łące mokro, w oddali znowu ambona. Schodzę tą drogą w dół na końcu której jest stosowny szlaban i napis „teren prywatny, wstęp wzbroniony”, w Stanach właściciel miałby chyba prawo strzelać do mnie jako intruza. Za szlabanem już droga prosto do Zahoczewia.
Załącznik 19710Załącznik 19708Załącznik 19712Załącznik 19711Załącznik 19709Załącznik 19713Załącznik 19705Załącznik 19706Załącznik 19707Załącznik 19704
cdn
I dodam jeszcze do tej relacj 2 fotki...
Załącznik 19714Załącznik 19715
Uffff, ależ praży, upał straszny, każdy najdrobniejszy cień to cel gdy idę ale teraz muszę dojść do cerkiewki i tam sobie zrobię dłuższy odpoczynek. Cerkiewka jest otwarta, więc wchodzę do wnętrza zobaczyć co się w niej zmieniło od listopada 2008 roku. Gdy już obejrzałem to na schodach przed wejściem mogłem wreszcie odpocząć. Za kilka minut zjawił się pan ze spalinową kosiarką i skosił trawę pomiędzy świątynią a drogą. Bacznie obserwowałem by wcześniej ode mnie nie odjechał, była to przecież okazja do zapytania z jakiej okazji to robi i na czyje polecenie. Odpowiedź była krótka, jest dopiero drugi dzień zatrudniony przez „Dolinę Ruchlinu Sp. z o.o. lub Fundację Doliny Ruchlinu”, może się to zgadzać bo rzeczka płynąca wzdłuż drogi to Ruchlin a i gospodarstwo znajdujące się naprzeciw cerkiewki może mieć taką nazwę. Prawdopodobnie to „Dolina Ruchlinu” odbudowuje cerkiewkę i chyba też kaplicę która jest bliżej Zahoczewia. To są moje domniemania więc wymagają też potwierdzenia.
Po odpoczynku ruszam dalej mijając cmentarz, który patrząc od mojej strony znajduje się bliżej niż kaplica. Cmentarz jest już ogrodzony i wykoszony z wysokiej trawy, widać też krzyże. Stoję naprzeciw na mostku pod którym płynie taki fajny strumyk… ach by tak do niego zejść i położyć się nie zważając na nic. Tak samo dalej, gdy idę, kusi mnie Ruchlin z takimi miejscami, że… jest od tej decyzji tylko - tylko. Na kilometr przed Zahoczewiem kończy mi się woda, w mózgu zaczyna coś bulgotać, powietrze nad drogą faluje i zniekształca obraz, brak cienia na poboczu, brak jakiegokolwiek podmuchu wiaterku, kurcze… czuję, że organizm się buntuje i wysyła sygnały „chłopie na dziś dość”. Biorę się w karby na ten ostatni odcinek i docieram do Zahoczewia.
Docieram też do swojej noclegowni, coś zjadam popijam zimnym żywcem i po kąpieli idę nad strumyk Jurczakowa, gdzie już wcześniej zrobiłem tamę z kamieni i mały, wąski przepust do biczy szkockich. Tam przez dwie godziny aż słońce schowa się za Lehowiska. Pomimo, że to górski strumień to woda była dość ciepła i nie wyciągnąłem nóg z niej przez cały czas a i kładłem się na płask też na spore chwile. To był błogostan dla ciała na koniec tak upalnego dnia.
Wieczorem rozmawiam z Wojtkiem1121 i już na jutro mam ustawiony dzień ale to dopiero jutro, teraz jeszcze uzupełniam elektrolity i płyny. Że też po wędrowaniu, po zejściu z gór tak cholernie smakuje zimny żywiec, w żadnych innych okolicznościach nie ma takiego smaku.
Ruszyłem równo o 10 rano i co zanotował GPS? Ano, że całkowity czas wędrówki wyniósł 5,20 h, że przeszedłem 13,67 km, czas rzeczywistego ruchu to 3,00 h, że średnia prędkość ruchu to 4,6 h, że najwyżej wszedłem na 571 m a najniżej zszedłem na 388 m. Ot taka ciekawostka, można więcej jeszcze się dowiedzieć… przekrój trasy, skan śladu na mapie… ot gadżecik dla próżnego człowieka ;)
http://www.bieszczady.net.pl/zerdenka.php
Załącznik 19723Załącznik 19721Załącznik 19724Załącznik 19725Załącznik 19726Załącznik 19722
cdn
22.07.2010 (Czwartek)
Zapomniałem dodać do poprzedniego dnia, że warto było wchodzić na wzgórze porosłe łąką i podziwiać położenie Żerdenki oraz Żernicy Niżnej znajdującej się już po drugiej stronie wzgórza, które rozdziela te wsie. Wycieczka godna polecenia dla tych co schodzili Bieszczady znajdujące się głębiej na południe.
To dotyczy dnia wczorajszego, ja jadę dziś poszwędać się trochę po Sanoku i spotkać się z Wojtkiem1121. Nie umawialiśmy się na godzinę więc na czuja wyjechałem a jakież było moje zdziwienie gdy wjechaliśmy do miasta w tym samym czasie. Posiedzieliśmy z pół godziny w Karczmie na terenie skansenu i Wojtek musiał się zbierać bo już Iras ponaglał go telefonicznie. Umówiliśmy się jeszcze na jedno spotkanie w schronisku w Komańczy Letnisku.
Jako, że wcześniej już po dwa razy widziałem zarówno Zamek jak i skansen więc tym razem chciałem połazić trochę po starówce i gdzie się da pozaglądać, wstąpiłem przy okazji na naleśniki „U Szwejka” i popróbowałem kaw „U Mnicha” (najbardziej smakowała mi kenijska). Poszedłem też przysiąść się do samego Dobrego Wojaka Szwejka, powąchać dymu z fajki, posłuchać jego opowieści o CK Monarchii, o Najjaśniejszym Panu i o pięknym Sanoku. Pozwolił mi się też ze sobą sfotografować.
Po trzeciej po południu zaczęło padać, więc czas pomyśleć o Komańczy, jeszcze w Zagórzu pizza w przydrożnej knajpce i… czym bliżej Komańczy tym potężniejsza ulewa, robi się dosłownie czarno. W schronisku chwilkę czekam na przybycie Wojtka z wnuczkiem Bartkiem i Irasem. Najpierw w środku a później na werandzie przegadaliśmy, głównie o Rumunii (były też filmy i zdjęcia z wcześniejszej ich wyprawy), parę godzin. Wojtek co chwila schylał się pod stół po wodę mineralną by rozmowa „się kleiła” ale, że oni rano wstawali więc trzeba było się żegnać… no, było już sporo po 22. I tak prawie minął następny dzień w Bieszczadach.
Załącznik 19733
cdn
23.07.2010 (Piątek)
Ruszam dość późno, no ale musiałem po wczorajszym spotkaniu trochę pomantykować by się zebrać. Zaczynam z pod leśniczówki Kalnica w górze ostro świeci słońce ale dziś przewiduję więcej cienia niż dwa dni temu. Za ostatnimi domami Kalnicy skręcam w lewo w drogę ułożoną z betonowych płyt, przechodzę bród na Tarnawce i idę skrajem łąki lekko w górę a po chwili wchodzę w las i wciąż cały czas w górę. Ścieżka dość mocno wydeptana i widać, że uczęszczana. Po przekroczeniu 600 m zaczynam obserwować Oregona kiedy mi zaświeci 620-625 m (tak mam na mapie okolice Baligrodu) bo wtedy muszę po prawej stronie ścieżki szukać kapliczki ze źródełkiem, które podobnież ma moc uzdrawiania. I tak faktycznie jest ale i bez Oregona by się obeszło bo na drzewie są stosowne znaki i każdemu dadzą do myślenia, że to tu jest to miejsce zwane Rozdila. Schodzę ze ścieżki w dół (nie ma tam widocznego zejścia), tam chwilkę odpoczywam, popijam i jem, fotografuję, modlę się na koniec i wracam z powrotem do drogi w Kalnicy. Na niej skręcam w lewo i idę do jej odnogi, która tak jak ta poprzednia też jest z płyt betonowych. Już prawie na początku, po lewej stronie wśród drzew ukryty jest mały domek, ale widoczny. Trochę dalej po prawej stronie widzę pierwszy w Bieszczadach a może jedyny Zakład Karny dla Zbieraczy Miodu. Mijam go ale bacznie obserwuję co się dzieje za drutami… wrogości jednak nie widzę. Idę spokojnie dalej.
Załącznik 19744Załącznik 19748Załącznik 19750Załącznik 19752Załącznik 19749Załącznik 19751Załącznik 19745Załącznik 19743Załącznik 19746Załącznik 19747
cdn
http://forum.bieszczady.info.pl/images/misc/pencil.png
Przed samym lasem na balach drzewa robię odpoczynek. Obok mnie spaceruje po pniu jakiś wąsacz, ale nie przeszkadzamy sobie i każdy robi swoje. Gdy pojadłem, popiłem i zebrałem siły to znowu ruszyłem. Idę teraz drogą przez las, przy końcu którego tuż przed wyjściem na polanę wśród drzew znowu widzę ukryty domek. Wyjście z lasu to niczym podniesienie kurtyny w operze… na scenie jednak natura i to tylko dopiero jej pierwsze znamiona. Na pierwsze widoki radość rozsadza mi piersi, aż chcę klaskać na przywitanie a to dopiero preludium. Skręcam w prawo w drogę także z betonowych płyt, ta którą szedłem idzie dalej prosto, podchodzę dość łagodnie w górę na wzniesienie, które jest odnogą Wysokiego Działu. To tereny dawnej wsi Kamionki. Idę, zatrzymuję się i ciągle się rozglądam, czym dalej idę tym preludium przechodzi w uwerturę widoków. Oprawa nieba i wszystko wokół tworzy istną harmonię, wspinam się na to wzniesienie, to także koniec drogi z betoników i… no teraz to już istna forma opery francuskiej. Z wrażenia siadam, wstaję i się rozglądam, znowu siadam i patrzę jak urzeczony. Teraz gdy to piszę i patrzę na zdjęcia, które i tak tego wszystkiego nie ukazują, to mięknie mi serce. Kiedyś zastanawiałem się w którymś z moich postów, która łąka w Bieszczadach mi się najbardziej podoba… teraz już wiem!
Już sam nie wiem co robić… czy odpoczynek, czy uzupełnienie kalorii, czy słuchanie popisowej arii w kulminacyjnym momencie? Wszystko na raz, kładę się pokotem z plecakiem pod głową, patrzę na falujące trawy, na widoki po horyzont, na łagodną formę okrągłości otaczających gór, na zbiegającą łagodnie w dół dalszą część drogi, już bez betoników, na jej odsłonięte fragmenty gdzieś w dali. Lornetką przybliżam niektóre miejsca, myślami wybiegam w przeszłość, ale też i w przyszłość… muszę tu wracać jeszcze, muszę też rozbić tutaj kiedyś namiot i popatrzeć w nocy na gwiazdy, rankiem na opadające mgły pod ciepłem słońca, na iskrzącą rosę o poranku, na zwierzęta które zapewne tutaj chodzą…
Co piękno potrafi z trzeźwo myślącego człowieka zrobić? Inny wejdzie, popatrzy, przejdzie dalej i żadne tam preludia, uwertury, arie… „kurde ładnie” i… pójdzie dalej.
Mnie też czas trochę goni no i kompromis, czas schodzić w stronę Przełęczy Nad Turzańskiem. Jedna uwaga jeszcze, na mapach w pobliży opisywanego punktu, jest zaznaczony punkt widokowy, ale tamten nie równana się z tym.
Zaczynam schodzić w dół, droga skręca po łuku w lewo, przechodzę przez mały strumyk i idę skrajem małego zagajnika. Zaczynam się lekko wspinać a to znak, że przełęcz coraz bliżej, jednak wbrew pozorom nie tak znowu blisko. Staję na przełęczy, leży kilka sporych bali, jak pamiętam zawsze tu były składowane. Od strony Turzańska podjeżdża samochód osobowy, wychodzi cała rodzinka i bacznie się rozgląda po okolicy. Chcą jechać dalej? Chcą podziwiać widoki? To już ich sprawa, ja idę w prawo w stronę Kalnicy. Słyszałem różne opinie o tej drodze, również na Forum… dziś ja sam nabędę stosowną wiedzę o jej stanie.
No cóż, są miejsca, gdzie mam wątpliwości czy najlepsze wozy terenowe przejadą, jeśli tak to bez wyciągarki i pomocy współpasażerów z saperkami, siekierami i piłami się nie obejdzie. Głębokie koleiny i głębokie doły wypełnione wodą, połamane drzewa w dodatku czasami dość nisko opuszczone w dół. Mocny napęd, wysokie zawieszenie i duże szerokie koła to rada dla pojazdu. Idę po sporym błocie, cały czas latają cholernie natarczywe gzy a są miejsca gdzie wprost latają ich chmary. Co jakiś czas spsikiwałem się specjalnym preparatem w aerozolu po każdym kawałku odkrytej części ciała a także po ubraniu bo tną nawet przez spodnie. Pomagało i nie gryzły ale samo ich bliskie latanie już wkurzało. Po przekroczeniu Kalniczki gzy zniknęły.
Załącznik 19759Załącznik 19758Załącznik 19762Załącznik 19757Załącznik 19756Załącznik 19754Załącznik 19755Załącznik 19761Załącznik 19760
cdn
Reconowe relacje jak zwykle super,ale...
Narracja w liczbie mnogiej oddala by w pelni ich urok.
Pozdrowienia z poziomu 652
Ja pierdziu! Dawaj dalej!:-)
Recon! Dałeś czadu z tą muzyką! Ale trzymaj ten muzyczny nastrój dalej.Bo chodzi się po górach,też dla wrażeń, nastroju,impresji...
Pozdrawiam
Teraz już jest więcej przestrzeni, idę drogą po niewielkiej skarpie, z prawej strony na lekkim obniżeniu spora łąka a za nią, w sporej odległości, ściana lasu. Właśnie coś na tej ścianie lasu mnie intryguje, na drzewie jest jakiś biały punkt… idę i co chwila na niego patrzę… może to torba foliowa przywiana wiatrem?… może coś innego? Na ostatnim postoju lornetkę odpiąłem od paska w spodniach (urwała mi się szlufka od pokrowca) i schowałem ją do plecaka. No, ale ten biały punkt intryguje mnie cały czas i w pewnym momencie gdy pomyślałem, że przejdę dalej i nie będę miał zaspokojonej wiedzy to postanowiłem się zatrzymać i lornetkę wyjąć. Patrzę przez nią i oczom nie wierzę… na sośnie(?) siedzi czapla(?). Siedzi nieruchomo dość długo, zaczynam się zastanawiać czy aby nie wypchana jakaś… obserwuję dość długo i brak jakiegokolwiek ruchu ze strony ptaka. Klaszczę i obserwuję, gwiżdżę i znowu w lornetkę… zaczynam już myśleć, że ktoś dla jaj zrobił jakiś numer dla innych. Jednak po trzech minutach skrzydła się ruszyły. Poniżej zamieściłem zdjęcia z zoomem na maxa bo z dużej odległości je robiłem i w dodatku zmniejszyłem rozmiar, więc są takie jakie są.
Droga dalej wchodzi pomiędzy zabudowania Kalnicy i wychodzi na drogę prawie przed miejscem gdzie pozostawiono fragment stodoły, na której umieszczono tablicę pamięci Wincentego Pola. W bezpośrednim pobliży znajdują się już atrybuty naszych czasów, znamiona zmieniających się czasów.
Jest dokładnie godzina 17.50 gdy zamykam pętlę w miejscu skąd wyszedłem. Słońce dziś też dość mocno prażyło więc potu trochę wylałem i marzę o chłodnej kąpieli, fajnym posiłku, zimnym żywcu i… mogę wtedy słuchać Traviaty, nawet w wykonaniu Violetty *****s. ;) W sumie cały wieczór jeszcze przede mną, ba… i noc. ;)
A cóż tam mój Oregon zapisał?... całkowity czas wędrówki wyniósł 5,26 h, przeszedłem 12,42 km, czas rzeczywistego ruchu to 2,53 h, średnia prędkość ruchu to 4,3 h.
http://www.twojebieszczady.pl/kalnica.php
http://www.twojebieszczady.pl/kamionki/kamionki.php
http://kathiawari.wrzuta.pl/audio/0H...giuseppe_verdi ------à a to już tylko dla słuchu, jak jesteśmy w temacie J
Załącznik 19765Załącznik 19764Załącznik 19763
cdn
24.07.2010 (Sobota)
Dziś dzień bez wędrówki, jadę do Leska do Szelców na trochę słodkości a później na FestiwalKultur Karpackich i Jarmark Turystyczny. Pooglądałem stoiska na których wystawiono różnego rodzaju rękodzieła oraz regionalne produkty, serwowano też dania kuchni regionalnej i słowackiej. Nie byłem na żadnym koncercie bo w czasie mojego tam pobytu była cisza na estradzie.
Gdy zaczęło padać poszedłem do Romy na pizzę. W dobrym momencie to zrobiłem bo za chwilę nastąpiło istne oberwanie chmury. Gdy nawałnica się skończyła a także najedzony ruszyłem dalej na Półwysep Jawor do którego już dawno mnie ciągnęło by zobaczyć jak tam wygląda WZW Jawor i sam półwysep. Specjalnie nic nadzwyczajnego nie ujrzałem ,ot teren wojskowy, brama i strażnik skutecznie zniechęciły mnie do próby wejścia na teren, ale przynajmniej wiem jak tam się jedzie. J
Jadąc łapię jeszcze efektowny widok na zaporę w Myczkowcach i praktycznie to na tym mogę zakończyć opis tego dnia. Reszta jest już nieistotna.
Załącznik 19769Załącznik 19768
cdn
Jesteś pewien, że złapałeś efektowny widok na zaporę w Myczkowcach????
Lapsus, myślałem o Solinie a napisałem Myczkowce... dzięki za wychwycenie błędu.
25.07.2010 (niedziela) a i od razu też dzień następny
Od wczoraj potwornie leje, rano też i tak ma lać cały dzień a na dziś jest jeden żelazny termin „Cerkiew w Turzańsku, godzina 11.00” . Zaplanowałem także, ale już po mszy małą przechadzkę po okolicy „Turzańsk cerkiew ->Przełęcz Zaworotcyna ->Wysoki Wierch (649 m) -> Droga –> Turzańsk cerkiew”, ale jeśli nadal będzie tak lało to ten spacerek odpuszczę.
W cerkwi jestem tuż przed mszą, staję z tyłu z lewej strony, po prawej stoi jakaś rodzinka wczasowiczów, którzy są tylko z 10 minut. W połowie mszy przechodzę na ich miejsce bo jest tam ławeczka. Zresztą i tak przeważającą część mszy się stoi. Po lewej stronie na stoliku są wyłożone długie cienkie świeczki z wyznaczoną ceną 2 zł za sztukę, biorę 2 za zaokrągloną cenę i w momencie kiedy pan (uczestnik mszy) zaczyna je zapalać ja mu też swoje daję do zapalenia. Daję też banknot na wystawiony talerzyk na odbudowę cerkwi i oddzielnie na tacę w czasie mszy. Jestem na mszy od samego początku do samego końca… aż do zamknięcia drzwi na klucz. Nie znam aż tak bardzo liturgii i języka ruskiego by całkowicie oddać się ciałem i duszą odprawianej mszy ale bacznie obserwuję ludzi i jak umiem śpiewam alleluja, po chrześcijańsku się modlę w myślach i żegnam się znakiem krzyża ale od lewej strony… żegnania się jest zresztą bardzo dużo w czasie całej mszy. Przy przekazywaniu sobie znaku pokoju jeden z panów do mnie podchodzi i uściskiem ręki ten znak sobie przekazujemy. Razem z popem i jego dwoma pomocnikami w kościele jest ogółem 17 osób. Kobiety stoją po lewej stronie, patrząc od strony drzwi, a mężczyźni po prawej. Oprócz jednego pomocnika popa to uczestnikami mszy są ludzie którzy mają ponad 60 lat a niektórzy są sporo starsi. Msza przez większość jej trwania ma śpiewny charakter z osobliwą melodyką wschodnią bez podkładu muzycznego i bardzo mi się podoba. Z zainteresowaniem obserwuję komunię świętą… jest wyłożona pokrojona bułka, która jest święcona, wierni obchodzą wokoło ołtarzyk i palące się świeczki oraz wyłożone hostie komunijne pod postacią kawałków pieczywa. Dzielą się nim, cały czas wszyscy, łącznie z odprawiającym mszę i jego pomocnikami, w tym uczestniczą. W tym czasie ja wolałem stać na swoim miejscu, z niewiedzy czy mogę (nie byłem u spowiedzi przecież) i jakież było moje zdziwienie gdy po tym misterium komunijnym pan który świeczki zapalał podszedł do mnie i wręczył mi kawałek chleba teraz już hostię. Podziękowałem, pomodliłem się w duszy i zjadłem go.
Przed cerkwią, czego wchodząc nie zauważyłem, była tabliczka o zakazie fotografowania ale i tak na początku mszy zrobiłem bardzo dyskretnie dwa zdjęcia bez flesza a kilkuminutowy film kręciłem gdy aparat wisiał mi luźno na szyi… pełna dyskrecja. Jednak temu młodszemu pomocnikowi nie uszło uwadze, że jednak coś tam kombinuję bo aparat bez futerału miałem na szyi i pod koniec mszy podszedł do mnie i strzelił mi wykład o szacunku dla świętego miejsca, o zakazie fotografowania, o rozpraszaniu, o tym że się przemieszczam po kościele (w sumie to tak: poszedłem po świeczki, poszedłem dać je zapalić i przeszedłem z lewej strony na prawą w trakcie mszy). Ze względu na szacunek dla miejsca świętego nie podjąłem dyskusji o szacunku bo i jemu mógłbym zwrócić przynajmniej 2 uwagi (dołożyłbym też swoje racje, ale… nie w trakcie mszy!), tylko przeprosiłem i szukałem pokory u Boga. Wtedy gdy on podszedł ja już dobre pół godziny wcześniej wyłączyłem filmowanie z pozycji brzucha (z wiszącego na szyi aparatu) i na pewno wtedy tego nie zauważył, że filmuję!
Fragment mszy jest tutaj http://www.youtube.com/watch?v=Whv6yBlZKEM
Msza trwała 75 minut , wyszedłem tuż przed ostatnim zamykającym z nadzieją, że rozmowa z pomocnikiem będzie kontynuowana bo wtedy wyjawiłbym swoją linię obrony. Jednak do niej nie doszło i dobrze… w sumie kościół ma łączyć a nie dzielić i ma uczyć pokory!
Jednak gdzieś na górze już szykowała się kara dla mnie, widocznie jednak tej pokory było za mało, pycha była zbyt duża, krnąbrność wrodzona się odezwała, buta… ech wszystko na raz.
Po wyjściu z kościoła, a lało nadal potwornie, pojechałem do Komańczy by zobaczyć odbudowywaną cerkiew a później do Cisnej na obiad (uwaga! Tutaj zaczyna się moja kara!).
Wybrałem się na obiad do knajpki w której jeszcze nigdy nie jadłem i tam spożyłem go z dwóch dań a jedząc drugie coś mi ono nie podchodziło… ale tak lało, że już chciałem być najedzony i pobyczyć się na łóżku. I tak się stało.
Po tym obiedzie było mi coś nie tak ale miałem nadzieję, że jak pójdę spać to rano będzie już wszystko OK. G…. było a nie OK, o drugiej w nocy mój żołądek podjął walkę z toksynami bo sam nie dawał rady, więc się zbuntował i pozbywał się zawartości… co do grama. Gehenny przechodzenia nie będę opisywał, finał był taki, że cały poniedziałek nie miałem siły zwlec się z nawet łóżka. Pierwszy raz coś takiego mi się przytrafiło w Bieszczadach na przestrzeni kilkunastu lat, nawet kiedyś jedząc wynalazki(!!!) faceta z parkingu w Pohulance mnie nie rozłożyły i nawet survivalowe jedzenie co przyroda da także nie.
I do dziś biję się z myślą… była to kara czy nie?
I kilka linków w temacie:
http://books.google.pl/books?id=3XnX9Y9szdkC&pg=PA156&lpg=PA156&dq=prze%C 5%82%C4%99cz+zaworotcyna&source=bl&ots=Eod6KBbAov& sig=7dX29_wos50VeIhiEy6RIfTRU8o&hl=pl&ei=5NWsStTAL sGF_Ab1_-yyBg&sa=X&oi=book_result&ct=result&resnum=1#v=onep age&q=prze%C5%82%C4%99cz%20zaworotcyna&f=false
http://przewodnik.onet.pl/1127,2180,1081595,,,,Turza%C5%84sk,artykulr.html
http://www.bieszczady.net.pl/turzansk.php
http://www.turfoto.info/turzansk.html
http://www.stepow.pl/gallery/main.php?g2_itemId=4866
Załącznik 19780Załącznik 19779
cdn
Recon pół leśnictwa mi zdreptałeś, a oranżady lesniczemu nie przyniosłeś ;)
PS Do kapliczki pod Gawganią jest jeszcze dróżka od dołu, która podchodzi prawie pod samą kapliczkę.
Miałem Ci jeszcze trawnik pod domem podeptać? Ręka swędziała by coś tam pod furtkę podłożyć, ale... dałem Ci czas na ogarnięcie się. Dwa razy tłum ludzi widziałem koło Ciebie a raz bieszczadzki święty spokój. Ale co się nie odwlecze to nie uciecze!
27.07.10 (Wtorek)
Rano otworzyłem oczy, spojrzałem w niebo, padało a niebo nastrajało do dalszego leżenia, tym bardziej, że słabość miałem w sobie taką by nawet się nie ruszać. Głód jednak już dawał znaki bo wczoraj skonsumowałem tylko jedną suchą bułkę i kilka kropel wody. Musiałem teraz powalczyć z niemocą, która mnie ogarnęła. Toaleta i na przemian zimny i gorący tusz już lekko postawiły mnie na nogi, później takie po lekku śniadanko i trzeba ruszyć na mały spacerek by definitywnie wypędzić z siebie „mamloka z rułą” (ech śląska godka). Plan jest by ponownie pójść do chatki, z nadzieją, że dojdę… ale jęśli będzie coś kiepsko, to najwyżej zawrócę przed osiągnięciem celu.
Idę spokojnie, przechodzę przez mostek opodal którego zrobiłem sobie tamę na bicze szkockie (tamę zmył zwiększony nurt), mijam Leśniczówkę Roztoki i powoli idę dalej. Nie patrzę nawet na zegarek, idę średnim tempem. Przed strumykiem widzę otwartą okiennicę a to znaczy, że ktoś już tam jest. Stukam i na otwarcie czekam dobrą chwilę. W czasie tej chwili przypomina mi się bertranda opowiadanie jak to wszedł z buta do chatki a tam… hmmm… ja nawet już miałem rozbudzoną wyobraźnię ;) . Jednak drzwi otworzył… jeden lokator. Dawid mu było i w czasie rozmowy przejawiał ogromną chęć zostania bieszczadzkim zakapiorem a błyskotliwą karierę chciałby zrobić jako bieszczadzki kuglarz czy coś tak. Osobiście miał w sobie materiał i predyspozycje ku temu bo egzotyczność jego opowieści poruszała mój umiejscowiony w korze mózgowej ośrodek odpowiedzialny za śmiech a i kanaliki łzowe musiałem siłą woli pozatykać. No cóż, rozpisał się on w „raportowniku” na kilku stronach, że nawet przez kilka zdań nie przebrnąłem.
Zaczął padać mocniej deszcz więc pożegnałem się, wcześniej wpisawszy się „że byłem obecny” i postanowiłem wracać. Dziś noc na poziomie 652 ma być krótka, ale liczba ta wynikła dopiero podczas mającego nastąpić spotkania.
Załącznik 19783Załącznik 19782Załącznik 19784
cdn
"przechodzę przez mostek opodal którego zrobiłem sobie tamę na bicze szkockie (tamę zmył zwiększony nurt)"...
nie weszło mi jedno zdjęcie :(
Załącznik 19786
cdn
Napisałem w poście 338... "Patrząc od strony drogi, spory zarośnięty kopczyk, dalej stoi ambona."
W numerze 8/2010 miesięcznika Bieszczady w artykule "Leśniczówka Brenzberg" jest opis jak do niej dojść i jak autor KT napisał... "Jeszcze niedawno na polanie stała ambona myśliwska, ale parę tygodni temu została rozebrana i spalona." Jest nawet zdjęcie z pozostałościami.
Moje zdjęcie staje się zatem już historyczne. :)
Załącznik 19787
Deszcz nabierał obfitości, ja tempa a potoki siły. Te ostatnie mnie fascynowały gdy tak w oczach rosły w potęgę, jak zmieniały swoje ubarwienie. Stróżki z drogi spływały do rowu odwadniającego, ten łączył się już z istniejącym małym strumyczkiem, ten zaś jeszcze przezroczysty wpadał do potoku Jurczakowa , który kolorem, chociaż przez jakiś czas, chce się upodobnić do Huang-ho.
Do pokoju dotarłem całkowicie przemoczony, popatrzyłem, że i pod kurtką jestem mokry i wcale nie z wysiłku a to znaczy, że kilkunastoletnie jej używanie znacząco obniżyło parametry wodoodpornościowe materiału (hydrotex xPower) a to znaczy, że trzeba się rozejrzeć za nową (mam coś już na oku). Hmmm, widzę, że zaczyna mi się robić lista zakupów bo już na niej jest jakaś niegłupia lornetka (tutaj się rozglądam).
Oki, przebieram się, idę na lekki obiad a później jadę do mavo. Jak zwykle u niego i jego rodzinki czas pędzi i mimo, że już się podnosiłem kilka razy do wyjścia to i tak gdzieś przed drugą dopiero wyszedłem :P
Nie będę opowiadał o szczegółach, jeno tylko wspomnę… że smażone kurki były super i wszyscy przeżyli, że mierzyliśmy małego Jasia GPS-em, że powstał pomysł wejścia i zatknięcia flagi na Dwerniku-Kamieniu w dniu 11 listopada tego roku by odświeżyć świecką tradycję zapoczątkowaną dwa lata temu przez moją skromną osobę. To jeszcze trzeba organizacyjnie obgadać, ale jest to już jakiś pomysł! Temat jest otwarty na innych ale chyba na górę to zamknięty bo mavo chciałby wyruszyć na D-K prosto z łóżeczka :P
Załącznik 19788Załącznik 19790Załącznik 19789
cdn
Oferuje moja chalpke jako baze do ataku szczytowego.
Fonetycznie "halpka" znaczy pewnie coś innego ?!?
28.07.10 (Środa)
Dzień jest pochmurny, pada deszcz z małymi przerwami ale i wtedy nie wygląda słońce. W planie stworzonym prawie at hock zaczynam od kirkutu w Baligrodzie a jestem na tym starym cmentarzu żydowskim pierwszy raz. Będąc w Bieszczadach zawsze wolałem łazić gdzieś po górach i tam gdzie jest zielono. Uciekałem od miejskiej zabudowy, aż nadszedł czas i nadrabiam zaległości.
Drugim punktem było obejrzenie działki w miejscu, które mi się podoba, zasięgnięciu języka i podejrzenie infrastruktury jaka jest wymagana dla działki budowlanej. Miejsce spełnia wiele założeń, ale trzeba też kilka spraw rozwiązać… to na razie tylko taki rekonesans.
No i wreszcie trzecie tego dnia odwiedziny… zostaje popełniona wizyta w Polańczyku. Tyle wypadów w Bieszczady, tyle miasteczek i wsi odwiedzonych, miejsc po starych wsiach a nigdy moja stopa nie stanęła na deptaku w Polańczyku. Nawet dobrze, że spory deszcz pada, że jest chłodno i nieprzyjemnie, bo jak się domyślam, gdyby była ładna pogoda to musiałbym się przeciskać przez tłumy spacerowiczów. No cóż zmieniają się mi poglądy w tym temacie. Kiedyś jako nastolatek, autostopem wyrwany w Polskę z domu i szkoły, z długimi włosami, w dzwonach szytych z materiału na żagle i własnoręcznie farbowanych, farbowanych także koszulkach z obowiązkową pacyfką na szyi i innymi jakimiś wisiorkami wieszanymi gdzie się da, jechało się do punktu zbornego do Sopotu spotkać się z innymi znajomymi i czasami też poszlifować Monciak. I nie było to w moim wykonaniu takie kontestacyjne zachowanie tylko na czas wakacji, Chylę czoła zarówno swoim dawnym nauczycielom, jak i rodzicom bo walka czasami była bardzo ostra by ta kontestacja była całoroczna pomyślna dla mnie.
Trochę odbiegłem od tematu… w Polańczyku trochę poszlifowałem deptak, pozaglądałem prawie w każdy „wyciągacz dudków” i kiedy powiedziałem dość poszedłem do pizzerii Korona na pizzę i tiramisu, które próbuję gdzie się da. Taka kolej losu, kiedyś po szlifowaniu Monciaka szło się do Baru Zdrojowego(?) na najtańsze jedzenie z możliwych… jajko sadzone, ziemniaki i maślanka… ech! J
Jutro muszę przypomnieć sobie Woronikówkę!
Załącznik 19805Załącznik 19804Załącznik 19803Załącznik 19802Załącznik 19801Załącznik 19800Załącznik 19799
cdn
29.07.2010 (Czwartek)
Startuję z przystanku PKS Jabłonki, kawałek idę szosą na północ i skręcam w prawo w stokówkę. Mijam zapełniony śmieciami kontener , trochę dalej odbijam w lewo w gęste chaszcze. Jest sporo błota przez padające ostatnio deszcze i myślę o czekającym mnie błocie na stromym zboczu Woronikówki. Jednak strach ma wielkie oczy i czym wyżej tym bardziej sucho. Przed kilkunastu laty wchodziłem na Woronikówkę (wtedy jeszcze Walter) i całkowicie gorzej mi się na nią wtedy wchodziło a winę zwaliłbym na ówczesne buty.
Dochodzę wreszcie na 836 m i na szczycie wita mnie śmietnisko z przepełnionego pojemnika na śmieci. Ktoś postawił śmietnik myśląc zapewne, że śmieci będą wybierane przez krasnoludki. Gospodarzu tego syfu… albo zlikwiduj ten śmietnik albo go sukcesywnie opróżniaj!!! – bo wstyd! Znak wskazujący kierunek do Rezerwatu Przyrody „Woronikówka” też wskazywał inny kierunek niż powinien, ale to udało mi się poprawić.
Odpocząłem trochę na ławeczce i odbiłem właśnie do tego Rezerwatu. Prowadzi tam szlak spacerowy, ale już bez widocznej ścieżki. Wracając natknąłem się na salamandrę plamistą... w sumie to rezerwat. Schodziłem teraz tym łagodniejszym zboczem w stronę przełęczy 727 a następnie do stokówki w którą miałem skręcić w lewo, dojść do jej końca i przebić się do stokówki znajdującej się po drugiej stronie strumyka Krupiwny. Nie wchodziłem więc po drabinie na dalej idący szlak zielony. Skręciłem tak jak zamierzałem… w lewo.
Załącznik 19822Załącznik 19821Załącznik 19816Załącznik 19819Załącznik 19818Załącznik 19817Załącznik 19815Załącznik 19820
Skręciłem w lewo w stokówkę, która przy samej wychodni skalnej skręca w prawo by za chwilę, tak jak jest na mapie, się kończyć. Na końcu drogi mały placyk tak by mógł zawrócić samochód, ale ja chcę iść dalej by spotkać się z drugą częścią, a ciągłość zapewne została zniszczona przez potok Krupiwny. Trudno mi nawet ocenić jak dalej mogła biec droga by była jedną całością bo z lewej strony jest dość spory wąwóz którym płynie wspomniany potok a po prawej stronie jest zbocze. Mogę się też mylić i możliwe, że wcale tego połączenia nie było. Tuż za miejscem gdzie ta stokówka ma swój koniec zaczynają się gęste krzaki i stoi dość głęboka woda. Staram się omijać te bajorka i zagłębiam się coraz dalej ale czym dalej tym więcej wody… to skutek ostatnich ulewnych deszczy. W pewnym momencie jednak podejmuję decyzję by wracać pomaga mi też świadomość, że w sumie i tak będę schodził drogą, której nie znam . Wracam więc do zielonego szlaku a dalej powoli w dół. Fajna stokówka i różnorodność zieleni z lewej i prawej jej strony. Jak wspomniałem wcześniej, lubię takie ciche leśne drogi. Przy najbliższej okazji muszę się przejść tą drugą częścią do której nie doszedłem.
Droga łączy się z zielonym szlakiem i tym sposobem zataczam pętlę. Idąc cały czas szosą w stronę Bystrego próbuję łapać stopa. Tak maszerując wstępuję do schroniska w Jabłonkach spytać się o jednego Forumowicza, ale jak się okazuje dawno go tam nie było i nie mają z nim kontaktu. Idę dalej lewym skrajem drogi, na moje gesty uniesionego kciuka kierowcy rzadko jadących samochodów nie reagują, dopiero przy tabliczce oznaczającej początek Bystrego zatrzymuje się busik towarowy i całkiem jeszcze spory kawałek mnie podwozi.
A co zapisał Oregon?... w skrócie… razem 13,100 km… całkowity czas 5,30… najwyższe wzniesienie 823 m.
Załącznik 19863Załącznik 19864Załącznik 19861Załącznik 19862
cdn
30.07.10 (Piątek)
O godzinie 10 rano, w pięknie zapowiadający się dzień, żegnam ORW Bystre. Ośrodek, pod wieloma względami mi pasuje. Tutaj miałem ostatnio kilka razy swoją bazę wypadową i stąd naprawdę jest sporo możliwości na wypady po okolicy a jeszcze kilka zostało na przyszłość. To dobrze, że jest jeszcze okazja wrócić w te okolice, chociaż myślę o małej zmianie.
Nie jechałem teraz, jak zazwyczaj, z żelaznym planem a raczej takim dość luźnym, jednak pierwotna wersja bardziej mi odpowiada. Sam jestem ciekaw czy ten trend się utrzyma czy raczej powrót do konsekwentnej realizacji wcześniej ułożonego planu?
Kilka dni deszczowych jak i zatrucie zabrało mi kilka okazji by ruszyć gdzieś na piechotę, ale pozwoliło zobaczyć też kilka miejsc, które dotychczas były jakoś omijane. Nie zrobiłem też wypadu po „coś” od Piskala i teraz się zastanawiam czy to „coś” się utrzyma w skrytce. Wątpliwości są bo… zbliża się mały spęd Tęgich Głów w Sękowcu i Piskal będzie miał niemałe dylematy na wytrzymałość (wszelką!). No cóż, niedaleka przyszłość wskaże odpowiedź. J
Teraz czekam na przedostatni miesiąc roku, zręby planów już są z ważnym punktem na 11 listopada.
I to tyle z lipca.
Nie chcąc otwierać nowego wątku, bo i po co, spytam się tutaj... czy ktoś z Was chodził wokół Czereszenki i Czereśni zwłaszcza po drogach leśnych odchodzących od tej większej drogi okrążającej te dwie górki. Na "niektórych" mapach są tam pojedyncze zabudowania (nie chodzi o SG), czy są tam tereny prywatne?
Planuję tam pochodzić w listopadzie i stąd moje pytanie.
Po pierwsze primo: uważaj na miśka. Był tam 4 lata temu :)
Po drugie primo: wtedy zasieków nie było. Może teraz już są. Nic mi nie wiadomo na temat prywatności tych terenów
Po trzecie primo: ludzi nie spotkasz i tam są fajne chaszcze i ścieżki leśne.
Po czwarte primo; Przy samej stokówce coś znajdziesz. Uważaj na osy były tam 4 lata temu.
Po piate primo więcej nie pamiętam ale możesz zadzwonić
Pozdrawiam