-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
partyzant
Siromachy to podobno wilki, .
Podobno :) sam Sienkiewicz raz określa tak wilki a raz tych gorszych włóczęgów. Słowniki mówią, że siromachy to niezwykle biedni włóczędzy często prawie lub całkiem zdziczali.
Ja spotkałem się też z określeniem upiora w tym gorszym wydaniu, dziecko, które nie zostało ochrzczone, gdzieś pokątnie pogrzebane i materialnie pojawiające się o północy lub w szaro-ciemno-ponure dni czyhające na samotnych podróżnych, potrafiące wskoczyć na zad konia i od tyłu gryźć w kar podróżnego (gdzieś chyba o tym pisał Sienkiewicz). Podobnie też Czesi tłumaczą tytuł książki "Siromacha" Alexa Koenigsmarka.
-
10 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
01 maja 2015
Ja wstaję kilka minut po siódmej, doprowadzam się do stanu by przed lustrem lepiej wyglądać, wołam Kolę i cichutko, by nie budzić reszty domowników, ruszamy na poranny spacer. Nie zawsze poranki są kochane, ale gdy jestem gdzieś gdzie przyroda i cisza jest na wyciągnięcie ręki, to taką porę dnia uznaję za najcudowniejszą w całej dobie i chcę by trwała jak najdłużej.
Kolę jak to psa, już od progu wszystko ciekawi, wszystko wącha, biega naokoło domu i zerka na mnie czy tutaj może sobie siknąć. Zostaje odpowiednio pouczona i poinstruowana gdzie jest granica, więc przyśpiesza by szybko wyjść z zony i znaleźć się w strefie „wolności obyczajowej” i tam też pozbyć się uzbieranego balastu. Idziemy drogą do pierwszego zakrętu, do miejsca gdzie zaczyna się łąka, gdzie odchodzi szlak koński, gdzie jest plac ze składem drewna i gdzie z samego rana można spotkać płową zwierzynę, tylko trzeba cicho iść i najlepiej gdy jest zachodni wiatr.
Dla Koli ten pierwszy spacer to same nowe wrażenia a to jakieś parskające i rżące zwierzaki, to znowu jakieś beczące wełniaste, też jakieś skaczące po każdym byle jakim wzniesieniu białe lub czarne z bródką a wszystko to trzeba przecież obszczekać. Pomimo wywoływanego wcześniej hałasu przez psa to jednak, gdy mam w zasięgu wzroku łąkę, udaje się wypatrzeć dwie dorodne sarny, kozy są w jeszcze zimowych szarobrunatnych sukniach. Zauważam błyskawiczny behawior… postawiły łyżki, ze dwie sekundy utkwiły świece we mnie, odwrót, pokazanie mało widocznych, ale niczego sobie luster i tyle je widziałem. Kola z racji niskiego wzrostu i krótkiego zasięgu wzroku nawet nie skumała o co biega, tylko postawiła uszy i z pytającym wzrokiem rozpoczęła ze mną rozmowę myślami … ???… - no co, sarny były… - a może byśmy przynajmniej poszli powąchać zapach tych saren?... - o nie wracamy coś zjeść!... - no dobra, chociaż słowo sarna chyba coś mi mówi… - wracamy na śniadanie… - ooooo tak to wracamy!
Koli teraz w głowie kołacze się magiczne dla niej słowo „jedzenie” i dlatego zaczyna ciągnąć szybciej do Chaty, a może tylko dlatego, że jest lekko z górki. Po drodze nie omieszka pooznaczać teren „teraz tu ja jestem”. To „oznaczenie” to taki swoisty psi Facebook z ograniczonym zasięgiem przekazu, ale jednak przekazu dla innych zwierząt. Zapewne „nośnik” jest z mniejszą masą informacji niż ten ludzki elektroniczny, ale za to bardziej istotny, przydatny i nie tak zatłoczony duperelami jak ludzki. W jej psich myślach zapewne powstała informacja… eeeeee, ludzie i tak tego nie skumają, postępująca u nich erozja pierwotnych instynktów zamienia ich w automaty zdolne reagować tylko na impulsy przekazu elektronicznego lub elektrycznego.
Kola myśli o jedzeniu a jej instynkt podpowiada by wcześniej zjeść trochę trawy i to tylko tej tzw. ostrej a idący z nią facet taką wiedzę ma zapewne z netu… o ile był w stanie to zaobserwować i poczytać na ten temat. Ech ci ludzie! Jeszcze podbieg pod dom, ale tak słonko fajnie świeci, że pies poczeka na zapach przygotowywanego jedzenia, tutaj niestety został ubezwłasnowolniony w jego zdobywaniu.
W domu już słychać odgłosy budzenia się i skrzypi podłoga na górze, to znaczy, że Ewa z Michałem wstali. Ja pierwszy zabieram się do robienia śniadania a później każdy z osobna po swojemu to robi z racji różnych upodobań, wspólnie tylko dogadujemy się co wkładamy do plecaków na dzisiejszą wędrówkę, pamiętamy też o psie. Ewa przypomina, że po godzinie 10 ma wpaść Wojtek na kawę, co nam na rękę przy dzisiejszych planach. Gdy kończymy jeść przed dom zajechała Toyota z oczekiwanym gościem. Trochę pogadaliśmy i tak jeszcze przed dwunastą pakujemy się wszyscy do Wojtka samochodu i prosimy o podwiezienia do kościoła w Pszczelinie. Tutaj mamy start do spaceru stokówką, którą od jakiegoś czasu chciałem się przejść. Idealny spacerek na rozruszanie nas i Koli. Żegnamy się z Wojtkiem, ja jeszcze postanowiłem się przepakować i wyjąć aparat. Ewa z Michałem i Kolą, nie czekając na mnie, dziarsko ruszyli do przodu. Mijamy ujęcie wody dla Pszczelin, mijamy mały zbiornik wodny, jeszcze nieobsadzony wypał, dalej pomnik przyrody „Jodła”, dochodzącą z boku oznaczoną ścieżkę dydaktyczną „Jodła” i kawałek idziemy z nią do miejsca kiedy odchodzi w górę tuż za szkółka leśną. Pierwszy odcinek to sukcesywne wchodzenie w wysokość. Trafiamy na infrastrukturę dla turystów do odpoczynku w postaci ławeczki i stołu. To dobra okazja na małe co nieco dla nas i dla dzielnie idącego czworonoga, który zamiast też odpocząć wolał w pobliżu poszukiwać nowe zapachy. Niestety na tej wysokości czuć chłód niesprzyjający do dłuższego siedzenia.
Załącznik 38061Załącznik 38062Załącznik 38063Załącznik 38064Załącznik 38065Załącznik 38066Załącznik 38067Załącznik 38068
Podnosimy się i za chwilkę osiągamy kulminacyjny punkt ścieżki ze sztucznie chyba utworzonym dołkiem, który przyroda zawłaszczyła na mały stawik. Teraz zaczynamy schodzenie niżej mijając, w pewnej odległości od siebie po dwóch stronach drogi, wież myśliwskich. Tak dochodzimy do miejsca gdzie jedna droga prowadzi do asfaltowej drogi w Procisnem, „namawiając” do skrócenia spacerku, druga zaś ostro skręca w lewo w kierunku naszego celu i kresu dzisiejszego spaceru. W tym miejscu robimy dłuższy odpoczynek z małym uzupełnieniem płynów i kalorii.
Załącznik 38069Załącznik 38070
Cdn…
-
10 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Podzielę się z Wami wrażeniami z niedawnego pobytu nad zalewem solińskim w miejscowości Teleśnica Owszarowa,mieszkaliśmy sobie nad samą wodą w przyczepie campingowej w pełni wyposażonej ,we wszystko co niezbędne,gospodarz zainstalował nam nawet prysznic z ciepłą wodą na zewnątrz,dookoła cisza spokój ,nie licząc paru wędkarzy,do dyspozycji mieliśmy łódkę w cenie wynajmu ,obok można było wypożyczyć kajak lub rowerek wodny jako że była wypożyczalnia należąca do baru u Bolka,który był niedaleko,ale że to jeszcze nie sezon to panowała tam cisza i spokój,nie mniej piwa można było się napić,zjeść też i pograć w bilard:lol:,z zadaszonego tarasu gdzie jadaliśmy przy campingu widok na zatokę,gdzie często blisko nas widzieliśmy czaplę śiwą polującą na żabki,przypływał też parę razy sławny Krzysztof Bros swoją łodzią zwaną Bundesmarine,i toczył się na swych kulach pod górkę do sklepu i baru...powiem tak ..miejcse godne polecenia dla tych którzy szukając ciszy i spokoju oczywiście poza sezonem chcą odpocząć od gór,i poznać zalew Soliński;)a jest gdzie pływać,oj jest,i robić można wycieczkę np do Uherc Mineralnych na wspaniały wodospad,oraz jazdę drezyną rowerową.....
-
6 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
U deluxa jego sygnatura, wypisz wymaluj, pasuje do jego posta tutaj jak nic ;)
01 maja 2015
Jak widać, w pisaniu też zrobiłem sobie dłuższy odpoczynek.
Wracając do tego miejsca to zanim usiedliśmy, spenetrowaliśmy pozbawiony zamknięcia drewniany domek. W środku był bez podłogi i nawet bez klepiska, idealnie pasujący do noclegu kilku koni, ze spaniem „na pięterku” dla jeźdźców. W pobliżu sztuczny stawik i w pniu zamknięta, niczym w barci, Matka Boska, pilnująca spokoju tego miejsca.
Załącznik 38185Załącznik 38186Załącznik 38187Załącznik 38188Załącznik 38189Załącznik 38190
Kola nie może sobie znaleźć miejsca, chce i odpocząć i wywąchać każdy zakamarek, wszystko ją też ciekawi, dopomina się też o swój prowiant a szczególnie o wodę.
Po kilkunastu minutach, podnosimy się i idziemy, starając się iść wolniej by nie padło nam nasze psisko. Przy następnym „siedzisku”, przygotowanym przez Nadleśnictwo, Kola pokazuje nam, że na dziś to jej już starczy i prosi o odpoczynek. Czego nie robi się dla psa… stajemy, poimy, dajemy jeść i czekamy aż okaże ochotę do dalszego spaceru. Teraz idziemy już całkiem wolno. Jeszcze jedno wzniesienie na zakręcie z widokiem na San i łagodnym łukiem zaczynamy się zbliżać do asfaltowej drogi w Dwerniku. Ostatnie metry Kola idzie „na ostatnich nogach” niosąc dzielnie swoje 12 kilo żywej wagi. Jeszcze kilkadziesiąt metrów asfaltem i zatrzymujemy się przy drodze skręcającej w prawo do, niczego sobie, Pensjonatu Caryńska… tylko czym się kierowano wymyślając taką nazwę???
Jest godzina 16.05 czyli równe 4 godziny spaceru, na Oregonie mam nabite 14,95 km, Kola zapewne jeszcze więcej, na mapie są dwa zmierzone odcinki, mają w sumie 13,9 km. Wygląda na to, że zrobiłem dodatkowo 1 km więcej przez jakieś odchodzenie na boki, schodzenie do strumyków, ganianiem się z Kolą itp.
Zaczyna padać drobny deszczyk i mamy dwie alternatywy… iść piechotą do Chaty Wuja Mavo i patrzeć na „zejście” Koli czy kombinować? Michałowi mówię by skoczył na nogach do Nasicznego i też próbował złapać stopa po drodze. Nagle jedzie samochód… macham… kilka metrów jedzie i zwalnia… włącza migacz skrętu w prawo… Michał startuje do samochodu… konwersuje z kierowcą… wysiada pasażer i idzie w stronę Pensjonatu… Michał wsiada… samochód zawraca i jedzie w stronę Nasicznego… po kilku minutach jest z powrotem bez Michała… za chwilkę podjeżdża Michał… wsiadamy i sruuu do domu. Każdy marzy o kąpieli i o jedzeniu. Ewa na ten wyjazd narobiła dziesiątki kotletów mielonych i to one będą, przez cały nasz pobyt w Chacie, królowały pod różną postacią, nawet jako rozdrobnione do spaghetti.
Chata to idealne miejsce na pobyt, życie toczy się w jej dolnej części, tutaj przyrządza się posiłki, tutaj się je zjada lub gdy ciepło to można na zewnątrz, tutaj przy kominku wieczorem można popijać czerwone wino lub piwko, tutaj można rozmawiać, rozmyślać, czytać, to tutaj też można patrzeć na zewnątrz przez ogromne okna i stąd też można od razu sobie wyjść i pójść choćby w cholerę. To właśnie tutaj ciśnie się mi do głowy, tak popularny zwrot z netu… a gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady! Słowo „rzucić” często wymieniane jest w necie bardziej dosadnie.
I to się dzieje naprawdę! Zmęczeni spacerkiem, najedzeni, raczymy się czerwonym winem, telefony milczą bo nie mają prawa nawet bzyknąć, Internetu nie ma, cicho gra radio, pies leży koło kominka zmęczony acz najedzony i słucha co ludzie prawią a może po psiemu rozmyśla bo rozmowy są chyba zbyt poważne jak na psie ucho. Na zewnątrz zaczyna się ściemniać, w pokoju światłem jest ogień z kominka hipnotyzujący Michała w fotelu, Ewa zawinięta w koc podsypia na kanapie, mnie zaciekawia mała „podręczna” biblioteka mavo. W pełni nie zdając sobie sprawy z postępujących dzisiaj skutków nadmiaru dopływu tlenu a jednocześnie też zmiany ciśnienia, sięgam po książkę po którą normalnie bym chyba(?) nigdy nie sięgnął. Jak widzę już na wstępie, po odręcznym wpisie, jest to prezent dla mavo. Kartkując ją zastanawiam się nad jej „strawieniem” w całości jeszcze przed przed wyjazdem, zastanawiam się też nad filozoficznym i fizycznym sensem popełnienia tegoż „prezentu” i przez kogo popełnionego, zastanawiam czy w ogóle rozpocząć czytanie i czy to moja pycha nie pcha mnie do przeczytania by sprawdzić moją wytrzymałość? Uprzedzę od razu… wygrała pycha podparta samozaparciem.
Jest naprawdę późno kiedy postanawiamy kłaść się spać. Tutaj jakoś czas inaczej biegnie. Kiedy zasypiam księżyc przykrywają chmury, które dają takie małe okienka by księżyc czasami ukradkiem zerknął na tą część Bieszczad. I nie wspominam o tym tak sobie a muzom bo… no właśnie bo.
Chyba każdy z Was ma czasami tak, że jakieś siódme zmysły podpowiadają mu… obudź się, obejrzyj, odwróć się, zatrzymaj, zwolnij itp. Nie wiem jak Wy, ja staram się ich słuchać, chociaż czasami nie umiem sobie wytłumaczyć czemu wysyłają sygnały i przed jakim zagrożeniom. Tym razem siódmy zmysł kazał mi się w środku nocy obudzić. Zdaję sobie sprawę przez zamknięte powieki, że jest bardzo ciemno, oczu od razu nie otwieram a tylko nadsłuchuję, słuch się przez to wyostrza, tak mi podpowiada zmysł. Kiedy kompletnie nic nie słyszę otwieram oczy. Jest potwornie ciemno, ale na tle wielkich okien w sypialni widzę postać, przechodzi po mnie lekki dreszczyk a słaby wzrok stara się bardziej wyostrzyć. Sięgam cicho po okulary, ale jeszcze przed ich założeniem wywnioskowałem, że to Ewa wypatruje czegoś w oknie. Zauważyła, że się obudziłem, nakazała wymownie „ciiiiiiiiiiiii” i kiedy zobaczyła moje powiększone białka oczu, dodała „ktoś chodzi koło domu”. To mnie całkowicie już obudziło, teraz skupiłem się aby tak stanąć na nogi by podłoga nie zaskrzypiała w sypialni… bo na górze podłoga skrzypi! Ewa szeptem powiedziała mi, że obudziło ją skrzypienie drewnianego podestu pod domem i to skrzypienie było słychać jak „chodzi” w lewo lub w prawo od domu. Jeśli ten podest skrzypiał to znaczyłoby, że chodzi lub porusza się po nim coś ciężkiego. Niestety dziś księżyc zasłaniają chmury, cicho podchodzę do okna i patrzę w dół, nic mojej uwagi nie przykuwa. Przechodzę do łazienki by zobaczyć tył domu ale też nic nie widać. Schodzę na dół zobaczyć od strony schodów, bez zbliżania się zbytnio do okien, też nic nie widać. Nie podejmuję decyzji o zapaleniu światła przed domem, ciekawość bierze górę by jednak wyczaić „skrzypiące” w pełnej ciemności. Wracam na górę, Ewa nadal patrzy przez szybę nakazując ciszę. Michał śpi obok w pokoju, nie obudził się. Stoimy już całkiem blisko okna w sypialni i widzimy jak jakaś ciemna postać lub coś ciemnego, ale już na drodze w prawo od wyjazdu z działki, znika za drzewami i kieruje się w górę drogi. W takich sytuacjach zawsze brakuje mi noktowizora. Niestety nie będziemy wiedzieli czy odwiedził nas człowiek?, czy niedźwiedź?, może gnieciuch?, może jakiś gruby żołnierz węgierski z I Wojny Światowej?, czy może „coś” innego? Zastanawiające jest w tym wszystkim, że Kola była w pokoju i nawet nie pisnęła a zawsze gdy w naszym domu jest jakiś szmer koło drzwi to od razu szczeka. Z powodu ciemności i emocji nawet nie sprawdziliśmy czy się obudziła gdy my staraliśmy się wypatrzeć to „coś”.
Gdy znalazłem się w łóżku, moje siódme zmysły zostały szybko wyciszone i od razu zasnąłem. Nie wiem jak szybko zasnęła Ewa.
Cdn…
-
5 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
02 maj 2015
Nic już w resztę nocy nie budziło. Wstałem o siódmej, możliwie cicho ogarnąłem się i zszedłem zrobić sobie śniadanie. Za oknami ulewa, bez grama promyka słonecznego, chmury oznajmiające deszcz przez cały dzień. Już przy śniadanie łapię się za rozpoczętą wczoraj książkę, czytam ją tak jakbym konsumował pierwszy raz placek z manioku wraz z rybą fugu. Zaczytany słyszę, ciche piszczenie Koli co oznacza prośbę o zniesienie na dół, ma stracha schodzić po śliskich schodach. Pies ma swoje poranne potrzeby a to znowu zmusza mnie bym ubrał nieprzemakalną kurtkę i mimo sążnistego deszczu wyszedł „na spacerek”. Psy najbardziej nie lubią deszczu, ja też nie lubię jak pada a niestety w Bieszczadach to częste zjawisko. Gdy opuszczamy teren działki Kola już czuje, a ja widzę tuż przy wjeździe, sporą pozostałość trawienia psa od sąsiadów. Jako jedyny w pobliżu pies musiał dać nowemu informację „to mój teren”. Zauważyłem rano przez okno jak „znaczył” teren. Pies sąsiadów to czarny „wilk”, wyglądający dość strasznie a jednocześnie też żałośnie. W sumie jest bardzo łagodny i przyjazny, jednak z widoczną ułomnością wywołaną poturbowaniem przez jakiś samochód pędzący przez Nasiczne. Jego pan opowiedział o nim trochę na jesieni, nawet o bohaterskiej postawie przy spotkaniu z niedźwiedziem.
My idziemy trochę w górę, bez zamiaru, w taki deszcz, by iść zbyt wysoko. To jest spacerek na „tylko i wyłącznie” i powrót. Przed domem wycieram Kolę ręcznikiem, sam też się otrzepuję z deszczu i możemy wchodzić do domu.
Wszędobylska wilgoć potęguje chłód, czuje się go też w domu. Rozpalam kominek by śpiochy, jak zejdą na dół, miały cieplejsze wejście w dzień. Pierwszy week maja tego roku jakoś ciepłem nie rozpieszcza. Ogień fajnie już liże drewno w kominku, Kola po swoim śniadaniu rozłożyła się pod nim i suszy futerko a ja dalej „konsumuję” kartkę za kartką. Często powracam do już przeczytanych, zagłębiam się w rozmyślaniu by zrozumieć treść lub zrozumieć to co przekazuje autor. Niestety czasami odsyła w swoim dziele do innych publikacji, niekoniecznie swoich, czym obnaża totalne moje braki w temacie. Nie jest to dzieło łatwe do czytania, mam nawet myśli… czy to mi przypadła rola „rozdziewiczenia” tej książki a może ktoś już był przede mną, czy później jeszcze będzie i czy do tego się przyzna?
Czytanie, rozmyślanie i dylematy kończą się gdy „góra” zaczyna schodzić na dół, robić śniadanie i zadają bez mała uświęcone tradycją pytanie „co mamy dziś w planie?” z wymownym kiwnięciem głowy na to co dzieje się za oknami. Kola kuma te pytanie i nadstawia uszy, bo odpowiedź pana będzie miała znaczenie też i dla niej. Ja jak zawsze mam plany, ale Michał z Ewą jeszcze przed moją odpowiedzią oznajmiają, że w nogach mają wczorajsze kilometry i pogoda też nie jest specjalna na łażenie. Szczekanie Koli i jej oczy wyrażają pełne poparcie takim oświadczeniom. Czasy się zmieniły, teraz trzeba brać pod uwagę resztę, nie to co kiedyś, gdy pogoda nie była ważna by pójść w góry.
Moja rozważna propozycja jest byśmy wszyscy pojechali do Mucznego i coś po drodze zobaczyli, czego nawet ja jeszcze nie widziałem. To taki mocno okrojony wypad z planu, w którym miał być Brenzberg, bo nie widziałem nowego wejścia do pomnika i samego pomnika także. Chciałem się też przejść nową i ciekawie zapowiadaną ścieżką dydaktyczną „Krutyjówka”, zobaczyć czy hotel ukończony i odwiedzić „Zagrodę Żubrów”, jak nie mogę ich spotkać live w Bieszczadach.
Wyjeżdżamy z Nasicznego około 13, deszcz ciągle pada. Jak już wcześniej wspomniałem, chodzenie odpadło i zostało odłożone na bardziej przychylne czasy, ale odwiedzamy zagrodę pokazową żubrów. Łatwo do niej trafić, jest przed Mucznem i jest oznaczona na mapach.
Załącznik 38191Załącznik 38192Załącznik 38193Załącznik 38194Załącznik 38195
Później jedziemy do Mucznego, ja robię sesję zdjęciową na budowie hotelu. Jestem zszokowany bo spodziewałem się, że już stoi w pełnej krasie a tu totalny rozpiździaj. Nie wiem o co chodzi, bo SIWZ zakładał koniec przebudowy na 30 kwietnia 2015 roku. Zdjęcia dałem wcześniej w wątku poświęconemu temu hotelowi.
Deszcz jest wyraźnie mniejszy, jedziemy jeszcze do cerkwi w Smolniku, też do sklepu w Lutowiskach i powrót do Nasicznego. Resztę dnia spędzamy w pieleszach domowego ogniska. W nocy ma być przełamanie pogody na bardziej przyjazną co zapowiada też piękna księżycowa pełnia.
Cdn...
-
8 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
03 maja 2015
Jest 6.30 kiedy wstaję na nogi, Kola zagląda do łazienki i patrzy na faceta, który jak zwykle rano mydli swoją twarz i zeskrobuje jakieś włoski… dobrze, że pies nie musi tego robić, słabe to. Wzrok jej mówi… szybko się ogarnij bo za oknem wreszcie świeci słońce, będzie ciepło, chce mi się pomyszkować po wilgotnej trawie i nie tylko.
Nie jem teraz śniadania, znoszę Kolę na dół i wychodzimy przed dom, aż chce się zaśpiewać „Jak dobrze wcześnie wstać, dla tych chwil…”. Świt zrodził wspaniałą mgłę, nasze poruszanie się w niej tworzy ruchome smugi, jest lekki chłodzik a zarazem czuć pierwsze oznaki ciepła, ot takie dziwne uczucie. Biegniemy w dół bo pies już chce oznaczyć teren zanim czarny sąsiad przyjdzie. Patrzę jak Kola długo sika i zastanawiam się czy aby przypadkiem wieczorem z nami piwa nie piła, ale ona przecież alkoholu nie lubi.
Idziemy w górę do pierwszego zakrętu, wiatr wieje w naszą stronę więc nakazuję Koli ciszę. Dla mnie jest szansa, że zobaczę jakieś zwierzaki na polanie. Idziemy naprawdę cicho, podchodzę pod polanę a tam pięć saren, 2 kozły i 3 kozy, są dość blisko ja nawet nie drgnę, Kola jest sporo dalej, pochłonięta bardziej smakowaniem trawy i zapachami z ziemi niż „myślistwem”. Stoję dobrych kilkadziesiąt sekund, sarny zapewne widzą tylko czubek mojej głowy, nie oddycham i nawet nie chcę mrugnąć powieką. Bacznie na mnie się patrzą, ale też dalej skubią trawę. W pewnym momencie jedna koza swoimi wielkimi oczami patrzy się w moje i nawet nie drgnie, ja nie wytrzymuję, mrugam i to chyba daje sygnał by wielkimi susami wszystkie szybko zniknęły z pola widzenia. Kola podbiega do mnie, bo coś usłyszała albo w jakiś inny sposób dotarło do niej , że tutaj właśnie odbyło się jakieś niewytłumaczalne dla niej wydarzenie i ona je przegapiła. Siadła, postawiła uszy, kręci nosem za dochodzącym teraz zapachem, wytrzeszcza oczy pytająco do mnie i… to były sarny Kolusiu, już ich nie ma, wracamy. Ona jest kundelkiem bez zacięcia myśliwskiego i natychmiast zdarzenie idzie w zapomnienie, może ponownie skupić się na zapachach ziemi i smaku ostrej trawy.
Poranki to najpiękniejsza pora dnia. Wracając patrzę jak słońce ogrzewa ziemię, jak przesuwa cień góry, jak zaraz oświetli dom, jak mgła znika, jak w górze pojawia się pierwszy łowca… cisza… wilgotnością nasączona poranna cisza… „W takiej ciszy - tak ucho natężam ciekawie, że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła.”
Załącznik 38196Załącznik 38197Załącznik 38198Załącznik 38199Załącznik 38200Załącznik 38201Załącznik 38202Załącznik 38203
W domu odwołuję ciszę, wołam domowników by schodzili, by zbierali się, żeby zobaczyli jak pięknie jest za oknami. Podczas śniadania zdradzam co ich dzisiaj czeka. Debatujemy czy podoła wyznaczonej marszrucie nasz mały przyjaciel. Wszyscy zdają się na mnie bo ja znam trasę, wiem jak wygląda i ja sam muszę ocenić czy Kola wytrzyma wszelkie trudy. To ma być dla niej wyzwanie, osiągalne wyzwanie. Nie jest mi łatwo podjąć decyzję, ale nie chcę też jej tu samej zostawiać. To zwycięża, zabieramy ze sobą psa!
Jesteśmy spakowani i zaprowiantowani na całą trasę zarówno dla siebie jak i dla psa… jak przystało na porządnych turystów. Wsiadamy do samochodu i jedziemy przez Berehy Górne tak by za Smerekiem skręcić w prawo do Kalnicy a jeszcze trochę za nią parkujemy na placu, dalej stoi już zakaz ruchu. Przebieramy buty, zabieramy wszystko co mamy zabrać i ruszamy. Tutaj jest miejsce zarówno na start i metę. Mamy do pokonania pętlę „start/meta” – schronisko Jaworzec – Siwarna – Bukowina – Żołobina – Przełęcz Szczycisko – powrót drogą do samochodu. Mając na uwadze naszą kondycję, pogodę i oczywiście psa informuję Ewę, Michała i Kolę, że na wędrówkę przewiduję równe 8 godzin, nie więcej. Nikt nie pęka! Jest godzina 11.15 gdy ruszamy.
Cdn…
-
3 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
03.05.2015
Ktoś może się zastanawia dlaczego taka trasa? Mógłbym banalnie odpowiedzieć, że każda trasa jest w Bieszczadach super. Ja jednak kierowałem się kilkoma przesłankami… chciałem mieć start i metę w jednym miejscu, chciałem by Michał i Ewa przeszli trasą, której jeszcze kompletnie nie znali, chciałem by trasa odbiegała trochę od dotychczasowych jakie Michał w Bieszczadach już zaliczył, brałem pod uwagę też psa, chciałem sobie odświeżyć pewien fragment trasy, który pokonywałem kilkanaście lat temu no i niezmiernie ważny dla mnie szczegół… nigdy nie szedłem jeszcze stokówką od Przełęczy Szczycisko do mostu na Wetlince. Ewa zna bacówkę i trasy po lewej stronie rzeczki, to co po prawej zobaczy dopiero dzisiaj. Kola, jeśli przejdzie, to zostanie pasowana moją laską na Turystkę Bieszczadzką (brzmi dumnie, prawda?) w ten sam sposób co kiedyś Michał. Chociaż biorąc pod uwagę przedwczorajszy spacer to ma już nominację ;)
Skręcamy w prawo kierując się czarnym szlakiem na bacówkę. Po wczorajszych intensywnych opadach jest sporo błota, co dla Koli nie jest zbyt komfortowe bo do sierści na brzuszku klei się błoto a to dodatkowy balast do dźwigania. Jest już od samego startu naszym oczkiem w głowie, każdy na nią uważa, patrzy jak sobie daje radę z pokonywaniem podejść, jak omija błoto, czy się nie męczy? Każdy z nas ją dopinguje, chwali i wspiera, czasami pomaga na śliskim podejściu. Nie prowadzimy jej na smyczy, ma mieć swobodę w wyborze i sposobie przejścia. Bacówkę Jawornik osiągamy po niecałych 20 minutach. Trochę wyżej ponad schroniskiem, tam gdzie są ławeczki i miejsce na ognisko, siadamy. Kola jest trochę zmęczona jednak tryska żywotnością, ale z oczu przebija lekki niepokój… no dobra, ale co dalej?
Ja siadam gdzieś lekko z boku i uciekam w przeszłość. Staram sobie przypomnieć w którym roku pierwszy raz tutaj byłem. Doskonale sobie przypominam okoliczności… startowałem wtedy z Terki, gdy wychodziłem to lał potworny deszcz, kierowałem się zielonym szlakiem, kiedy podchodziłem pod Żołobinę rozpętała się burza, grzmiało i waliły pioruny. Gdy schodziłem do bacówki czarnym szlakiem, deszcz pomału przestawał padać. Jak już dotarłem do schroniska byłem cały mokry z potu i deszczu. W schronisku zjadłem jajecznicę z kilku jajek z chlebem i gorącą herbatą. Jak wyszedłem to zaczynało świecić słońce. Nie chciało mi się obchodzić naokoło przez most to wpław przechodziłem przez Wetlinkę, w niektórych miejscach sięgała mi woda za brzuch, było przecież po intensywnych opadach. Dalej już stokówką przez Zawój, gdzie szukałem młyna, zobaczyłem pierwszy raz Sine Wiry, Szmaragdowego jeziorka już nie było. Co ciekawe idąc wtedy drogą znalazłem na poboczu po lewej stronie kamienne żarno z otworem, niestety pomimo, że kilka razy później tamtędy chodziłem już nigdy nie mogłem na nie trafić. Dalej przez sławetną Spisówkę i jeszcze wtedy taką żółtą żwirową drogą przez Polanki wróciłem do Terki. Dziwne, ale ta wędrówka straszliwie mocno utkwiła mi w pamięci. Gdy to piszę postanowiłem odszukać ówczesne notatki z tej trasy. Było to 2 lipca 1998 roku a czas jaki jej poświęciłem wyniósł 10 godzin 40 minut, o 20 minut mniej niż mój harmonogram przewidywał. Tu muszę przyznać się, że dlatego wtedy nadrobiłem 20 minut bo przejechałem się na balu ciągniętym przez traktor od zakrętu poniżej Kapliczki Szczęśliwego Powrotu do pierwszego zabudowania w Polance. Ot, czasami mam takie wspominki, gdy łażę po Bieszczadach i mijam jakieś miejsca.
Jak dzisiejszy harmonogram wypadnie?
Teraz parę minut posiedzieliśmy, popatrzeliśmy i ruszyliśmy dalej do zielonego szlaku. Od razu zaznaczam, że nie ja narzucam tempo, nie poganiam, chociaż dyskretnie kontroluję czas. Dziś pies jest wyznacznikiem czasu przejścia i on jest też dziś najważniejszy! Idziemy czarnym w górę, do pokonania 350 metrów w górę. Po drodze wyprzedza nas pan w średnim wieku i tuż przy połączeniu szlaków, w podobnym wieku, ale schodzi w dół. Robimy po drodze przerwy w miarę zmęczenia, generalnie dobrze się idzie i czasowo też. Odbijamy w lewo i w okolicach szczytu Siwarnej robimy dłuższy postój na odpoczynek i uzupełnienie kalorii i elektrolitów. Ścieżka dotychczas była dość wygodna, ale od miejsca postoju występują dość spore kałuże i trzeba lawirować, tutaj pies nasz daje sobie spokojnie radę. Idę teraz bezwiednie z tyłu za innymi i w pewnym momencie zauważam brak znaków szlaku. Wołam do Ewy i Michała by przeszukali ścieżką do przodu tak z 200 metrów a ja się wracam by tam posprawdzać. Znajduję znak, żadnego skrętu w lewo, ale jest nikła ścieżka, po 100 metrach jest znak. Skracam teraz przejście by znaleźć się jak najbliżej pozostałej trójki i wołam by wracali. Błąd oznakowania szlaku może czasami trochę namieszać więc trzeba uważać cały czas. Schodzimy w sporym błocie, przez krzaki i niskie gałęzie, koło przełęczy się wszystko poprawia i tutaj robimy ponowny postój przed podejściem. Pod koniec dłuższego postoju dochodzi do nas grupa, która jak się okazuje, po wspólnej rozmowie, szła przed nami i poszła bardzo daleko zanim się zorientowali, że nie mają szlaku. Trochę ich wymęczył powrót, spytali się jak my idziemy i co dalej jest ciekawego?
Namawiałem ich, że dalej będzie można zaliczyć widoki z Bukowiny i by przeszli tak jak my chcemy. Bukowina to w czasie I wojny światowej ważna góra obronna dla Austriaków Ruszyliśmy a oni zostali się naradzić i odpocząć. Teraz podejście 100 metrów w górę i… widoki. Na trasie są czasami zwalone drzewa i przy pierwszych takich przeszkodach ja lub Michał przenosiliśmy naszą Kolę, ale później po moich zachętach i udanych próbach potrafiła już przeskakiwać, pomocy potrzebowała gdy było sporo gałęzi. Dzielna psina. Ścieżka pod Bukowinę wygodna, chociaż nieraz dość stroma i śliska. Jednak czym niżej w stronę Przełęczy Szcycisko zaczyna być mniej przyjemnie, gęste drzewa, sporo połamanych drzew, nikła ścieżka i trzeba często psu pomagać.
Nie pamiętam gdzie to czytałem, ale w pamięci zostało, że gdzieś w okolicy Szczyciska (Bojkowie nazywali Szczytyszcze) spotkali się drużbowie z różnych wesel, zapewne byli zdrowo podpici, i od gatki do gatki wszczeli między sobą bójkę. Jako że wtedy na wesela drużba musowo brała ze sobą siekiery to najzwyczajniej w świecie się wszyscy pozabijali. Tutaj więc została przelana ludzka krew a jak ówczesny zwyczaj mówił?... tam gdzie przelała się ludzka krew to trzeba rzucić patyk (niestety nie wiem w jaaki sposób, może ot tak zwyczajnie!). Podanie mówiło, że to było na Szczyciku a może na samej przełęczy pod. Podobnież przed wojną tu leżało całkiem sporo narzucanych patyków. Ja o tym zapomniałem jak szliśmy, ale teraz sobie tak myślę… ci drużbowie musieli się pozabijać trochę wyżej, tam gdzie my i ta wspomniana przeze mnie grupa, się pogubiliśmy. To by wszystko wyjaśniło i nie trzeba nic kombinować.
Od zbocza Szczycisko czas mi zaczyna się dłużyć i chciałbym być na drodze. Nie mówię pozostałym, ale strzepuję z siebie kleszcze chodzące po ubraniu, mniej boję się o Kolę bo one muszą się przebić przez błotny pancerz jaki ma na sobie. Wreszcie sukces, docieramy do Przełęczy, jest godzina 16.35. Pokazuję im kleszcze jak chodzą po moim ubraniu, jeden nawet na dłoni i by się otrzepali i obejrzeli się czy też nie mają krwiopijców na sobie. Nie mają, wygląda na to, że to ja idąc z przodu byłem „zbieraczem”. Tutaj robimy dłuższy odpoczynek. Widzimy jak na szlak wchodzi jakiś młody człowiek, jak podjeżdża osobowy i zawraca, my wszyscy musimy odpocząć przez kilkanaście minut. I pomyśleć, że przed II wojną światową stała tu jeszcze na przełęczy chałupa cyganów. Teraz gdyby żyli to na bank by serwowali dla turystów swoją sztandarową potrawę kociołek cygański.
Całkowicie odbiegam teraz od tematu jednak powiem, że mavo też czasami robi kociołek chociaż… nie po cygańsku a po swojemu, chociaż w nie cygańskim i nawet w nie swoim kociołku a pożyczonym i wiem nawet od kogo bo go kiedyś odnosiłem, chociaż… eeee starczy z tym chociaż.
Załącznik 38220Załącznik 38221Załącznik 38222
Cdn…
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Recon - myślę, ze za te wszystkie atrakcje to Kola Cię uwielbia :)
Uroczy psiak.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
asia999
Recon - myślę, ze za te wszystkie atrakcje to Kola Cię uwielbia :)
Uroczy psiak.
Kola emocjonalnie jest bliżej Ewy, to do niej idzie w razie bólu, to do niej też idzie w razie dolegliwości. Ja jestem do wygłupów, od łażenia z nią, od wzajemnego prowokowania do igraszek, od pomysłów by wygonić leniwca, wyciągnąć pokulaną gdzieś piłeczkę, ostoją fizycznej pomocy. Gdy jestem w pobliżu to jej czujność osiąga na najwyższy poziom... mogę zabrać jej kochaną piłeczkę lub zrobić jakiegoś psikusa. Okazywanie mi "powitań" jest też bezcenna a może to jest, z zachowaniem odpowiednich proporcji, już "syndrom Nataschy Kampusch"? ;)
-
4 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
03 maja 2015
Patrzę na Kolę, ale chyba moje akcje u niej spadły. Widać po niej zmęczenie i dajemy jej maksymalny odpoczynek, nie liczę minut a tylko patrzę kiedy odpocznie. Podniosła się i normalnie oddycha więc i my się podnieśliśmy. Dalszy spacer już drogą szutrową, trochę pofałdowaną bez większych wzniesień, 4 i pół kilometra do mostku na Wetlince. Teraz jest taki niewdzięczny moment w wędrówce, idziesz człowieku po górach z odpowiednim nastawieniem bo to wchodzenie to schodzenie i wychodzisz nagle na drogę. Podświadomie organizm się rozluźnia jakby ta droga miała sama nieść niczym ruchome pasy na lotnisku Schipol. A tu nie, a tu nie… trzeba na nóżkach jeszcze trochę kilometrów dymać.
Gdy droga zaczyna wznosić się, Kola przejawia mocno widoczne oznaki zmęczenia, jest przygaszona i nawet zaczynają nóżki inaczej iść, tak jakby się plątały. Robimy przepakowanie tak by Michała plecak był pusty i on go przekłada na przód a do środka dajemy psa. Wygląda jak torbacz, ale idziemy tak z kilometr. Mijamy zakręt na wzniesieniu, którego zbocze jest niczym antyczny amfiteatr (na załączonym zdjęciu)… ciekawy spektakl musi tu być gdy jest ulewa! Jak mamy w zasięgu mostek, Kola ponownie jest wypuszczona na ziemię. Odżyła! Jeszcze na poboczu jakaś ziemianka i dochodzimy do mostka za którym patrząc od strony Łuhu nigdy jeszcze nie byłem.
Jest godzina 18.00 gdy siadamy tuż za nim pod tablicą. Jemy, pijemy a przede wszystkim karmimy i poimy naszą Kolę. Jest głaskana, chwalona i wykorzystywany jest cały zasób psychologii pozytywnej, ;)
Długo sobie tam posiedzieliśmy, raz zajechała SG by nam się przyjrzeć, ale podpadająco nie wyglądaliśmy więc pojechali. Za kilka chwil znowu podjechali, chwilę przypatrzyli i prawie słyszałem co mówili w aucie… nie, ten nie jest podobny do tego ze zdjęcia ;)
Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że już niedaleko, Kola odpowiednio zmotywowana i posilona, my nabyliśmy energii więc ruszamy na ostatni odcinek drogi. Widzę jak od ostatniego mojego pobytu, po prawej stronie, tam gdzie kiedyś była wioska Łuh, nastąpiły spore zmiany. Od 6 czerwca 1946 roku kiedy deportowano stąd ludzi w ramach „Akcji Wisła” do roku 2011 nic tutaj się nie działo. W 2012 roku powstała tu ścieżka „Bieszczady odnalezione”, tereny zostały mocno wyeksponowane. Muszę tu kiedyś pochodzić, zwłaszcza ciekawi mnie wyeksponowany cmentarzyk, który ostatnio odwiedzany, był mocno zarośnięty.
Słońce zbliża się już ku ziemi a my do startu/mety. Do tablicy informacyjnej o wsi podjechali samochodem, pomimo wcześniejszego zakazu ruchu, jacyś turyści i czytają opis. Do naszego samochodu ja jako ostatni dochodzę o godzinie 19.05… 10 minut przed ustalonym czasem :P
Na Oregonie wyszło 17,45 km. Siedząc już w samochodzie każdy odetchnął. Teraz tylko do domu, wykąpać się, zrobić coś pysznego do zjedzenia, jeszcze do tego zimne piwko i luzik a ja dalej „trawić” książkę.
Wieczorem zaczyna zmieniać się pogoda, mocniej wieje południowo-zachodni wiatr, nanosi chmurki i zapewne przyniesie deszcz. Koło północy gdzieś daleko za Caryńską słychać odgłosy burzy, do nas jednak nie dotarła. I dobrze bo Kola jej nie lubi. Tak minął nam trzeci dzień.
Załącznik 38234Załącznik 38235Załącznik 38236Załącznik 38237
Cdn…
-
3 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
04 maj 2015
Okno sypialni na piętrze to okno na świat zewnętrzny, otwieram oczy o poranku i od razu widzę jak kapie z drzewa, nie skapuje tylko ciągle kapie, jest pochmurno i tak będzie cały dzień. Ogarniam się i jak zwykle wcześniej od innych schodzę na dół. A tu na dole Michał śpi przed kominkiem, czyżby w nocy był strażnikiem domowego dogasającego ogniska, a może opowieści o skrzypieniu podestu pod domem chciał skonfrontować? Kola padnięta, leży w rogu na kojcu i tylko zerknęła na mnie bym nawet nie ważył się na dziś coś wymyślać. Trochę pogłaskana i podrapana burknęła, że dość. Za wczoraj podpadłem, tak będzie do śniadania wtedy jest pora byśmy sobie pokerowo powiedzieli „sprawdzam”.
Ja ze śniadaniem poczekam tym razem na innych, nie będę budził Michała na dole, wychodzę przed dom, zostawiam lekką szparę na szerokość Koli, siadam na jakimś „zydelku” i obserwuję świat zewnętrzny. Nie obserwuję świata, który opanował tajemniczy wirus unicestwiający wszelkie wielokomórkowe organizmy cudzożywne. Już po chwili mój wzrok dostrzega życie, poczynając od kręgowców a kończąc na tych co nie posiadają tego wyznacznika, nie pomijam też przyrody nieożywionej.
Trafiłem właśnie na porę „czarnego” który pomimo deszczu, przyszedł bezczelnie i bezceremonialnie strzelić na kamieniu twardszy ekskrement i płynnie olać granicę na tyle, by jakiś miastowy goguś wiedział kto tu rządzi. Ale czujna i „rodząca się” opozycja już to zauważyła, już wyjrzała przez zostawioną szparę i zbiera się w sobie by „wysłać odpowiedź”! (Jeśli chcecie krótko i zwięźle czegoś dowiedzieć o psich postrzeganiach świata wpiszcie w Google „Etolog: pies opisuje świat zapachami”… ciekawe!)
Na swoisty sms Kola dostaje ode mnie zgodę i ruszam z nią ku drodze. Musiała być mocno wk…….a bo obsikała spory teren… a niech czarny wie, że miastowy pikuś też potrafi!
Jako że pada, jako że Michał śpi na dole, jako że chcę dziś skończyć książkę to zakładam tylko kurtkę, siadam pod okapem i oddaję się lekturze. Kola dumnie siada koło mnie w pozie uzurpatora i bacznie obserwuje teren… swój teren, no i pana, który obok niej siedzi. Tak mavo to teraz jest jej i mój teren. Teraz! Pan poważnie zaczytany i tak jakoś czasami, zamyślonym wzrokiem, patrzy gdzieś w dal, niczym w nicość a tu jest przecież namacalny byt i tego bytu pilnuje dyktator Kola. Właśnie jedzie pod górę 4x4 z SG, Kola dyskretnie warczy by mi dać sygnał „zagrożenia”. Widzę przez szybę gest powitalny ręką, ja odpowiadam podobnym gestem, ale zdecydowanie dużo szybszym, niż robił to Don Vito Corleone. I znowu sytuacja się normuje. Z rana, do jeszcze pustej głowy, książka wchodzi jak nóż w ciepłe masło. Wiem, że ją dziś skończę. Czas najwyższy zdradzić nazwę książki z której tytułem nieco zwlekałem bo… tytułu najnormalniej zapomniałem a pisząc nie chciało mi się po Google szukać, licząc że jeszcze przed końcem spisywania ostatniego pobytu, po prostu nastąpi olśnienie. Zjawisko to nastąpiło całkiem niespodziewanie i było wywołane przez mavo. Otóż wczoraj, w czerwcowe niedzielne popołudnie, zadzwonił on do mnie i tak całkiem, nie skrywając nawet zaciekawienia, spytał się o tytuł tej książki. Powiedział, że właśnie wrócił z Nasicznego, tam przekopał biblioteczkę i żaden jej wolumen, jako element, mu nie pasował do swoistego puzzle. Powiedziałem, zgodnie z prawdą, że tytułu zapomniałem, ale sens zdradziłem. I wtedy pękła istna bomba… Ewa, która przysłuchiwała się rozmowie, wstała i ją przyniosła… zabrali ją do przeczytania. A książce jej tytuł nadał Charles Taylor na „Nowoczesne imaginaria społeczne”.
Wracamy do Nasicznego, bo i głodny Michał wyjrzał w byt, i Ewa zaspana też, Koli się też przypomniało jedzenie, no i padło sakramentalne pytanie „co robimy?”. O wchodzeniu na D-K mogę zapomnieć i to natychmiast… chyba, że sam.
Alternatywne plany są, ale w trakcie i tak zostaną okrojone i zmodyfikowane. Teraz chronologicznie.
Po śniadaniu jedziemy na Słowację do Medzilaborce, miasta mieniącego się narodowym ośrodkiem ruchu rusińskiego. Do wyjazdu już wcześniej się odpowiednio przygotowałem, wybierając z szuflad, piterków i przeróżnych zakamarków wszelakie drobne walory pieniężne będące monetami płatniczymi w UE. Przywożone i odkładane na zaś zostały teraz wsypane do płóciennego woreczka z postanowieniem puszczenia ich w dynamiczny obieg poprzez stosowne nabycie tego czego nie ma w Polsce.
Muzeum Warhola nie widział Michał i nie ma go też w Polsce… jednak dziś poniedziałek a w ten dzień tygodnia takie przybytki kultury są zamknięte, pobliska cerkiew też zamknięta, ale Tesco jest otwarte… no jest u nas, ale może coś tam będzie czego w naszym nie ma. Mamy dwa plecaki więc spoko, miejsce jest. Trochę wstyd tak z workiem pieniędzy, tak cirka kilogramowym, ale przecież nie są kradzione! Na pierwszy kurs idą te z największymi nominałami i ja jako najodważniejszy idę do kasy. Po wydaniu jednak połowa worka jeszcze zostaje. Oj i teraz odwaga potrzebna większa! Po odliczeniu jeszcze tych bardziej grubych idzie do kasy Michał. To co zostało a jest tego cała pełna garść to już heroizm. Jest sugestia by sobie darować, ale ja nie odpuszczam… gdy nie ma kolejki podchodzę do kasy i proszę o zamianę o jak najgrubsze i to starcza na jeszcze jeden mój kurs po dwa mocno wyskokowe płyny plus dwa gabarytowo spore, ale z mniejszą ilością procent. Płacę i miła pani jeszcze… wydaje mi resztę. Zostawiam panią z pełną po brzegi monetami kasą i na czwarty kurs się już nie decyduję. Niektóre puszczone w obieg monety mogły mieć nawet walory numizmatyczne z racji długoletniego ich przechowywania, ale najważniejsze, że poszły w obieg. Znawcy może je wyłowią lub nawet zastanowią się nad ich wyglądem, gdy dostaną je do ręki. Niestety nie będą mieli wiedzy jakie odległości przebyły i skąd tu trafiły.
Wracamy do Polski, po drodze zatrzymujemy się u cudownego źródełka i kapliczki koło Radoszyc. Widzimy jak miejscowa kobieta podjeżdża i nabiera kilka baniaków tej wody dla całej rodziny, co i nas nakręca by też nabrać pół litra na zaś. Każdy ma jakąś chorobę więc i każdy z nas popija bezpośrednio w intencji jej wyleczenia. Trzeba mieć wiarę.
Chcemy teraz Michałowi pokazać z samochodu zupełnie mu nieznaną część Bieszczad i skręcamy w Smolniku w lewo. Jedziemy wolno, bo inaczej się nie da. W Mikowie dojeżdżamy do dwóch skrajnych znaków zakazu ruchu i wracamy. Wracając zajeżdżamy do już wcześniej „zaklepanej” zagrody „Bieszczadzkie smaki”. Miły pan się zjawia w kilka chwil, prowadzi do obszernej izby dawnej chyży, zapala światło, oprowadza, opisuje urządzenia, opowiada jak tu się znalazł, co tu robi, co wytwarza, co sprzedaje i ba… daje nam spróbować wszystkiego. Michał decyduje się kupić pesto z czosnku niedźwiedziego i nalewkę jakąś z mniej znanego kwiatu. My kupujemy właśnie ostatni jaki został „Chleb Śpiewany”. Nalewki spróbowałem i są całkiem niezłe, chociaż moje mają bardziej wyrazisty smak, lepszą moc i nie będę ukrywał, moje są lepsze. Miodów nie ma, ja jestem bardzo za miodem, więc ciągle się o niego pytam. Miód mi zawsze towarzyszy na śniadanie 6 razy w tygodniu, tylko w niedzielę urozmaicam menu.
Mamy na dziś informację, z kilku poufnych źródeł, u kogo jest w Bieszczadach bardzo dobry miód i tam też jedziemy zakupić stosowne słoiki. Niestety nie zastajemy gospodarza a syn student nie chce ingerować w pszczelarski biznes taty leśnika.
Jeszcze zakupy w Wetlinie i wracamy do domu na obiad. Dziś spaghetti po nasiczniańsku… rozdrobnione kotlety mielone w sosie pomidorowym z długim makaronem i do tego słowacke piwo z widokiem na zbocza Jawornika. Słabo?
Kolę zostawiliśmy w domu i kiedy tak po cichutku podeszliśmy do okna to ona w najlepsze spała koło kominka. Uznała widocznie, że tak dobrze „oznakowany” teren przed wjazdem tylko głupi przekroczy. W dodatku jeszcze pada. Gdy weszliśmy do domu to zerwała się na równe nogi i wyglądała tak jak pracownik w czasie pracy przyłapany przez szefa na drzemce. Ludzki pies!
Załącznik 38242Załącznik 38243Załącznik 38244
Cdn…
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Recon, jak jesteś tak za miodem to proponuję nastawić we wrześniu miodówkę (z miodu wrzosowego).... tylko odsortuj przepisy z podgrzewaniem miodu... wymaga dużo cierpliwości z klarowaniem, ale, ale...
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Muszę pomyśleć nad jakąś nalewką na miodzie, jednak miód zdecydowanie wolę w formie nie przetworzonej, taki jak jem na śniadanie... chleb żytni, masło orzechowe, ser biały najlepiej ricotta, miód prawdziwy i bez żadnych dodatków, najlepiej rzepakowy, gryczany, ze spadzi iglastej i od sprawdzonych dostawców! Każdy może mieć swoje fanaberie ;)
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
04 maja 2015
Słońce zaczynało zachodzić, deszcz szczęśliwie przestał padać a jako że dzisiaj specjalnie się nie namęczyliśmy to padł pomysł wniesienia z dołu pod dach, stosownie już pociętego drewna. Zeszło nam na to ze trzy godziny. Wbrew początkowemu optymizmowi, włożona praca dała nam się porządnie we znaki, pot lał się strumieniami a mój kręgosłup pod koniec zaczynał się buntować. Uczciwie powiem, że Michał wniósł dwa razy więcej niż ja i gdy skończyliśmy to każdy miał dość. Kola niczym nadzorca też miała w tym udział bo kiedy robiliśmy odpoczynek szczekała byśmy się nie ociągali. Tym sposobem tuż po godzinie 22 drewno znalazło się pod dachem i już nie będzie mokło. Kilka sztuk zostawiliśmy na ognisko. Mogliśmy teraz odpocząć, napić się piwa, pogadać, ja dokończyć książkę. To ostatnia noc, jutro wyjazd.
05 maja 2015
Dzień nadal deszczowy, ale nie jest to duży deszcz. Po śniadaniu, pakujemy swoje manele do samochodu i robimy idealny porządek w domu. Parę minut po 10 odnoszę klucze i możemy jechać. Po drodze dokonuję zadość prośbie mavo i zanoszę pod wskazany adres 2 puszki piwa z informacją „to od Jasia z Nasicznego”. Niestety dom zamknięty, trzy psy biegną do mnie, jednak ostatecznie nie gryzą. Wracam do samochodu, odręcznie piszę na kartce „Od Jasia z Nasicznego”, podkładam pod puszki na progu i odchodzę do samochodu. Mam nadzieję, że psy nie umieją otwierać puszek. Chociaż kto wie czego nabyły w swoim życiu, na ich widok stały się takie dziwnie przyjazne i jeszcze merdały ogonkami na odchodne. Teraz dopiero myślę, że chciały trzecią puszkę.
W Lesku wychodzi słońce, my jeszcze na ciacha do Szelców i do następnego razu Bieszczady!
Przyjacielu mavo, melduję wykonanie zadania!
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Był czas, że po Bieszczadach chodziłem sam, później się to jednak odmieniło... może przestałem być niczym legendarny Bies strzegący swojej krainy przed innymi, chociaż jako człowiek byłem średniego wzrostu i nie miałem u swoich ramion nietoperzowych skrzydeł a może stałem się już niczym legendarny San? To nie moje pomysły ;) http://biesy.friko.pl/legenda.htm
Teraz w Bieszczady jadę z kimś lub z jeszcze większą gromadą. Odzew jest w każdym razie dość spory.
Czasy się zmieniają, człowiek się też zmienia... tylko co człowieka zmienia? O przemianie człowieka ładnie napisał mój ulubiony autor Paulo Coelho w swej, to ostatnia jaką tego autora czytałem, powieści "11 minut"... Ani czas, ani mądrość nie zmieniają człowieka - bo odmienić istotę ludzką może... Resztę sami sobie doczytajcie. ;)
I właśnie, kiedy od jakiegoś już czasu szemrano ze mną po kątach o wypadzie w "legendarną" krainę, i kiedy szemrano o miejscu, ba... nawet ja zacząłem szemrać tu i ówdzie o noclegu lecz odzewu jakoś nie było, to... w ostatni week musiałem rozpocząć swoją logistykę a ta zaczyna się od wyboru miejsca pobytu. Wybrałem owe miejsce… to mój najbardziej ulubiony rejon w który co chwila wracam, gdzie choćby na kilka chwil wpadam i zawsze tu chętnie przyjadę. Zawsze! To tutaj jest moja najpiękniejsza łąka, moja najpiękniejsza wioska z ładnym drewnianym koścółkiem, moje ślicznie ukryte w lesie kapliczki, cudowne źródełka, tajemne drogi, „więzienie” dla pszczół, legendy, strachy, tajemnice i tyle jeszcze różności do odkrycia, że jakby dla przykładu podam słup ukryty w lesie a pokazany mi ostatnio przez Wojtka1121. Słup, który jak się później okazało, to dzięki asi999, ma fajną historię powstania i niesie naukę by w tutejsze lascy iść natarty dziegciem.
Pomysł miejsca reszta zaakceptowała!
Ostatnio przyjeżdżam w Bieszczady około północy, tym razem też tak będzie. Chociaż po północy zacznie się NŚN i moja bieszczadzka świecka tradycja nakazuje tego dnia wspiąć się na jakąś górkę i zawiesić na szczycie narodową flagę, to podejrzewam, że namówienie już pierwszego dnia pobytu, na większą wspinaczkę reszty towarzystwa, będzie graniczyło z cudem, to jednak coś trzeba na ten dzień wymyślić. Tradycja to tradycja… „No bo tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza…”/tekst z filmu „Miś”/.
I jeszcze jedno… zważając na to, że w listopadzie już po godzinie 16 robi się ciemno no to dzięki temu są wieczory dłuższe i… jeśli ktoś ma ochotę wpaść pogadać a będzie w okolicy to… eeee, co ja będę tłumaczył dalej ;)
15 listopada przed południem wyjeżdżam. Bliższe info przed samym wyjazdem.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
I stało się to, co tak lubi długi ("Jak ja to lubię ;) plany są po to, aby je zmieniać ") nastąpiła zmiana planów. Nie dotyczy to czasu pobytu a tylko miejsca, na te co tak ostatnio mocno nawiedzam.
No proszę... taki niby niepozorny potok Kniażki a dał radę Reconowi i skutecznie upomniał się o przyjazd w swoje pobliże. ;)
Tylko gdzie w tej okolicy pójść gdzie się jeszcze nie było... oczywiście teraz myślę tylko o sobie a przecież ze mną będą też inni.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
.. no to pójdź tam gdzie byłeś:-P
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Jeszcze 4 dni i znajdę się tam gdzie dla tv, radia i netu jest pustynia medialna... słychać tylko strumyk Kniażki, czasami parskające konie a w środku nocy w pobliżu domu trzeszczący podest. :shock: A tyle ma się wtedy dziać w Polsce. Może jeszcze wszystko przemyśleć? :roll:
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Pozdrów ode mnie rudego sierścia :-)
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon1
Może jeszcze wszystko przemyśleć? :roll:
Zdecydowanie jedź ! Wszystko inne nieważne.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Spoko, tak tylko napisałem i nawet gdyby Legia grała to jadę w Bieszczady. :)
Dziś z rana już jeden zacny forumowicz zadzwonił i się zaanonsował, spytał też o plany na środę 11 listopada bo jest chętny :)
Plany są następujące... z domku wielce szanownego Prezesa Zbieraczy Kitu mamy zamiar wyruszyć, tak między 10 a 10.30, na Dwernik-Kamień i tam zatknąć flagę państwową i zobaczyć czy dokładnie pięć lat temu zakopana flaszka przez Prezesa i moją osobę jeszcze tam jest czy już jednak ktoś ją wykopał i nic nie napisał. Ze szczytu zejdziemy ścieżką dydaktyczną w stronę Wodospadu na Hylatym, ale nie dojdziemy do niego no chyba, że będzie towarzystwo chciało i wracamy do domu szlakiem końskim przez przełęcz Prislip 825 m. Później już tylko siedzimy w domu. Jak ktoś wtedy jest w pobliżu i mu taki plan pasi to zapraszam na wspólne wędrowanie.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Zajrzyj do kina w Zatwarnicy. Polecam!
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
bertrand236
Zajrzyj do kina w Zatwarnicy. Polecam!
Jest w planie, mam repertuar z Fb.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
To zaczyna być wielce denerwujące.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Też mam wtedy wolne i się zastanawiam - Roztocze czy Bieszczady...
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Do domu mavo w Nasicznem "zapukam" około północy we wtorek a wyjazd w niedzielę. Na NŚN podałem plan wyżej, w środę zaplanowałem pętelkę z Sękowca przez Żuków, chociaż mam bunt w ekipie by trochę skrócić więc jedni zejdą od socjologów do Chmiela (ci podjadą jeszcze sobie do Zatwarnicy) a drudzy (może tylko ja sam) stokówką wrócą do Sękowca, na piątek padła propozycja by zobaczyć Ryli i okolice a w jakim gronie to zapadnie rano bo może wtedy Ewa zechce pojechać odwiedzić swoich znajomych z Natura Park, ze względu na roboty drogowe do Mucznego to właśnie na sobotę zaplanowane są 4 małe oddzielne etapy po okolicy tej drogi: Pichorów, Brenzberg, spacer "Krutyjówką" i Dydiowa.
Mam trochę buntu by wjeżdżać wcześnie rano, ale może na miejscu uczestnicy mi zmiękną. Niestety słońce już zachodzi przed godziną 16 i muszą wczesne wstawanie zrozumieć.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
:razz: pętelka z Sękowca oczywiście na czwartek.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Pamiętacie taką małą flagę RP (środkowe foto post #107) zatkniętą przeze mnie na Łopienniku kilka lat temu? http://forum.bieszczady.info.pl/show...szczady/page11
... no proszę, też jest uwieczniona przez Piotra Szechyńskiego tutaj http://www.twojebieszczady.net/piesze/lopiennik.php. :razz:
No chyba to moja? :razz:
Po tej większej, wieszanej z mavo i małym Jasiem na D-K ślad zaginął.
-
1 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Wieczór i noc 10 oraz poranek 11 listopada 2015
We wtorek niemal punktualnie wyjeżdżamy o godzinie 18, przed nami 417 km, moja logistyka przewiduje przyjazd na miejsce o 1.10, czyli następnego już dnia. Kiedy jeszcze na początku zadzwoniłem sobie do mavo i uskuteczniłem radosną z nim rozmowę, to zapomniałem o roli pilota, czym przegapiam skręt w lewo, co po kilku kilometrach zostaje zauważone i skutkuje ponad 20 km objazdem. To sygnał by skupić się nad względnie szybkim pokonaniem trasy do Nasiczego i więcej nie kraść czasu z nocnego snu przed świątecznym wypadem na Dwernik-Kamień.
Gdzieś jeszcze w pierwszej ćwiartce trasy zadzwonił, jak go wcześniej nazwałem, zacny forumowicz i przekazał, że czuje się przeziębiony i chyba nas nie odwiedzi a uprzedzając dalsze fakty… faktycznie nie odwiedził.
W trakcie jazdy kontaktuję się sms-ami z bratem, który z Warszawy via Resovia, jak to on określał, też jechał do Nasicznego. Brat miał tam w stolicy województwa podkarpackiego, na jakąś chwilę, wpaść do rodziny i… zostawić swoją żonę. Po bracie widać już oznaki infekcji bieszczadzkiej, chociaż za żadne skarby nie chce nikomu się przyznać, że jej źródło znajduje się w rodzinie, tylko podaje idiopatyczną genezę powstania.
Po jego wyjeździe z Resovi wyliczyłem, że spotkanie nastąpi około 1,5 godziny po naszym przyjeździe na miejsce.
My sobie jedziemy w miarę luźna drogą, w Tarnowie wstępujemy do KFC na mały posiłek a właściwie tylko na mój kaprys, bom w fastfoodowym przybytku nie był na pewno z rok, a smak był. Stajemy jeszcze na rozprostowanie kości koło McD w Sanoku by nasza Kola też musiała sobie gdzieś siknąć. „Gdzieś” okazuje się nie takie łatwe, wokół pełno rozsypanych kolorowych kamyków, betonowy chodnik, asfalt a niczego trawiastego. Kola nerwowo szuka „odpowiedniego” miejsca i dopiero w sporym oddaleniu od samochodu, w pobliżu jakiejś szkoły jest… trawa i ulga.
Zaraz po skręceniu do Równi w ciemnym miejscu mijamy obserwujący drogę samochód SG, brata w Czarnej zatrzymują na kilkanaście minut i wnikliwie sprawdzają, czym kradną mu kawałek nocy i snu.
Pod dom mavo podjeżdżamy o 1.10, czyli idealnie z czasem, brat dojeżdża o 2.30. Czekając na niego rozpakowujemy się a jest tego trochę. Ja kładę się spać o 3.15 i pierwszy wstaję gdzieś o 7.20 a po mnie brat i reszta trójka. Nawet nie trzeba było ściągać ludzi z łóżek. Wspólne śniadanie i omówienie trasy przez KO-wca, jak mnie nazwali, o której musimy wyjść, czego szukamy na D-K, jakie mamy zadanie tam do wykonania, ile czasu przewiduje wycieczka, jak należy się ubrać, co zabrać ze sobą… jakaś odpowiedzialność ciąży nade mną.
Dziś Narodowe Święto Niepodległości więc przed domem wieszam polską banderę, którą nadziewam na drugi koniec grabi, które stabilizują całość, ale są też sprytnie schowane w szczapach drewna.
Załącznik 39324
Z domu wychodzimy o 10.40. Idzie nas piątka, Kola zostaje.
Cdn…
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
11 listopada 2015 Narodowe Święto Niepodległości
Tak do końca nie wiadomo jaka może nas spotkać pogoda, jest powyżej 10 stopni C, jest pochmurnie z chwilowymi przebłyskami słońca, nie pada, ale jest wilgotno i ziemia też jakby po deszczu. Po szybkim przemieszczaniu się chmur i szumie drzew można się spodziewać na szczycie zimnego i ostrego wiatru. Moja ocena nie przewiduje opadów w dniu dzisiejszym. Dyskretny przegląd grupy satysfakcjonuje, że są przygotowani na prawie wszystko. Michał został wcześniej pouczony, że ma wziąć kurtkę a nie sam sweterek bo tam na górze będzie chłodniej. Ewa, Michał z Agnieszką, brat i ja, wszyscy ruszają i wszyscy mają wrócić. Brat ciągle dopytuje się czy nie przygotowałem jakiegoś hardkoru a ja zapewniam, że wszyscy spokojnie przejdą trasę, chociaż drugiej połowy powrotu kompletnie nie znam i nigdy tak nie wracałem z D-K.
Dom mavo jest trochę powyżej „Gościńca Pod Jaskiniami” i my ruszamy w górę tak jak prowadzi stokówka, później skręcamy w prawo i dochodzimy do miejsca gdzie zaczyna się szlak na Dwernik-Kamień. Który już raz idę na jego szczyt?... Czwarty?… Pierwszy raz, to ponad 15 lat temu było, gdy nie było jeszcze szlaku, wchodziłem od strony Zatwarnicy tak na czuja, gdzieś tak z okolic Przełęczy 825 skręciłem na szczyt a schodziłem też bez szlaku do Nasicznego, później było poszukiwanie jaskiń i dalej do Bereżek… Drugi raz to było z mavo i małym Jasiem z wieszaniem flagi 5 lat temu… Trzeci raz to powtórka Bereżki – Zatwarnica bez jaskiń… no i teraz czwarty raz… tak, to czwarty raz na D-K.
Co tu pisać o wchodzeniu, jak na te 1004 metry prawie każdy wchodził? Wchodząc byłem ciekaw czy schowaną flaszkę 5 lat temu ktoś odszukał i wykopał, zastanawiałem się jaką flaszkę wtedy w UG kupiłem i jakiej wielkości, naprawdę już pozapominałem. Jasiu mówił, że schowaliśmy Jacka Danielsa, ja obstawiałem, że coś innego, chyba jarzębiak. Możliwe, że nigdy się tego nie dowiemy. Pięć lat temu zapisałem w relacji na Forum coś tak… „powyżej tablicy poświęconej Arturowi Nowotarskiemu rośnie brzózka, bezpośrednio pod nią, tak raczej po lewej stronie, dość płytko w folii zakopałem równo 5 lat temu (11.11.2010) flaszkę.”
Jest godzina 12.15 gdy jako ostatni docieram na szczyt i od razu kieruję swoje kroki, tam gdzie jest „skarb”. Już w pogotowiu czekają paparazzi, apraty fotograficzne, smartfony… i ja z drżącym sercem i przejęty wydarzeniem idę w „to” miejsce, gdzie może przez 5 lat leżakowała flaszka… czeka czy raczej nie czeka… niestety już przy tablicy widzę mocno odsłoniętą, zwiniętą i poszarpaną czarną folię. Teraz sobie przypominam, że wtedy zapakowałem flaszkę w duży czarny foliowy worek, mavo wskazał miejsce, ja kopałem dołek… wspomnienia wróciły… ciągnę za widoczną i nie stawiającą oporu folię…
CDN…
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
11 listopada 2015 Narodowe Święto Niepodległości
Odp. W głowie koduję sobie… przed pisaniem muszę uszczelnić „to” źródło przecieku, bo rozwala cały misterny scenariusz i to już chyba drugi raz. No popatrzcie jaki wyrywny ten mavo! I jeszcze żeby to „źródło” coś widziało… no dobra, zobaczyło zdjęcia… ale nieeee, ale nieeee… powtarza tylko zasłyszane jakieś wieści… a czy wiarygodne to się dalej okaże! Ja idę według swojego scenariusza… aaaa i oświadczam przy tej okazji, że żadnej obrazy nie mam, dalej piszę i nigdzie indziej też się nie wynoszę z pisaniem, o!
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W pewnym momencie moje wyciąganie folii natrafia na wyraźny opór, zaczynam bardziej delikatnie ciągnąć i wyraźnie czuję, że na końcu worka w jego środku coś jest. Rozwijam worek, różne myśli się tłuką po głowie, może kamień, może ktoś odkopał, wypił lub zabrał i zakopał coś innego, może to pusta flaszka? Rozwijam wilgotny i poszarpany, zapewne przez jakieś myszowate, worek a tam…
CDN…
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
.... a tam szczątki tych myszowatych, co to dobrały się do znaleziska?
-
3 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
11 listopada 2015 Narodowe Święto Niepodległości
… a tam półlitrowa butelka, ale taka jakaś dziwna, z jakimś plastikowym okrągłym pojemnikiem na szyjce, w którym coś jest, etykieta na butelce nosi znamiona „leżakowania” i musiałem delikatnie odklejać od folii by całkiem nie została na worku, ale spokojnie można przeczytać „ŻOŁĄDKOWA GORZKA TRADYCYJNA”, banderoli niestety nie udało się odkleić i ta została. W plastikowym pojemniku na szyjce jest prezent od firmy Stock Polska „Peleryna przeciwdeszczowa na grzyby” w kolorze pomarańczowym. Sprawdzam przezornie korek… oryginalnie zamknięty, fabrycznie nienaruszony, sztywno się trzyma, nawet nie drgnie. Worek wewnątrz dość mokry i zawilgotniały, przez działania stworów myszowatych, bo niby skąd tyle dziwnie szarpanych dziurek. Mój mózg otrzymuje pomocny impuls wsteczny i zaczyna mi świtać, że to ten rodzaj alkoholu wybrałem, nie potrafię sobie przypomnieć tylko tego dodatkowego prezentu.
Ciekawostką jest, że wpisując w Google „Żołądkowa Gorzka peleryna przeciwdeszczowa” znajdzie się o tym sporo zdjęć i ciekawostek.
Seria fotek i taka w naszym gronie refleksja… jak to możliwe, że nikt tej folii nie zauważył?, nawet nikomu nie przyszło do głowy by ją sprzątnąć?, przecież stając i czytając tabliczkę to folię było widać… jedyne wytłumaczenia są tylko takie.. folia odkryła się tylko dla nas lub nie zwraca się w ogóle na śmieci na szlakach.
Oczywiście natychmiast dzwonię do mavo i melduję o znalezieniu naszej flaszki i prawie słyszę szloch wzruszenia w telefonie. Obiecuję zabrać ją na dół, bo wystarczająco się na wysokości 1004 metry wyleżała. Dopiero w domu napijemy się i koniecznie musimy jakąś część alkoholu zostawić dla mavo. Żołądkowa Gorzka w oryginalnej butelce acz „trochę” nadpita, ze stosowną pelerynką w pojemniku, będzie czekała na mavo by i on wypił łyk z lekkim dreszczykiem emocji i z nostalgią.
Trzymając się tematu to już w domu porównaliśmy z obecną Żołądkową, która to butelka różni się w drobnych szczegółach od tej „leżakowanej”, jako że Stock pracuje zapewne nad jej ciągłą wizualizacją. Mavo zaś, by nie mieć za lekko a i mieć przyjemność szukania, otrzymuje ode mnie też stosownie zaszyfrowaną wskazówkę, gdzie ma szukać na swojej posiadłości już napoczętej Żołądkowej „z 1004 m”.
Pierwsze zadanie na D-K zostało wykonane, teraz czas na drugie, te zgodne z bieszczadzką świecką tradycją Recona.
CDN…
-
9 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Chyba tu będzie najlepsze miejsce na mój komunikat:
od dziś pozbywam się „1” przy nicku, bo ona od samego początku mnie drażniła. Kiedyś, gdy zakładałem gg wskoczyła mi tam cyfra „1” z racji, że już ktoś sobie takiego zarezerwował a może nawet to była moja rezerwacja, tylko zapomniałem wcześniejszego hasła. To były moje wtedy początki surfowania w krainie netu i każdy chciał login i hasło a pamięć była ulotna. Zakładając tu konto ponad 7 lat temu wolałem nie ryzykować i takie samo od razu dałem z „1” przy nicku, by nie zapomnieć. Powinienem je od razu zmienić, bo kojarzyło się z niczego sobie nożem a przesłanka mojego nicka była zupełnie inna. Ta jedynka nawet została swego czasu „odpowiednio” wyśmiana przez Pastora, ale wtedy nie był to dobry czas na zmiany, a może dobry?... nieważne! Tyle zmian naokoło, więc przyszedł i do mnie impuls, ot taki symboliczny, w istocie kosmetyczny. J
Od dziś więc wita Was ten sam Recon co dotychczas, tylko już bez „number one”.
Przy okazji dzięki Marcowy… qrcze, teraz dopiero zajarzyłem, że ponownie Marcowy.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
11 listopada 2015 Narodowe Święto Niepodległości
Teraz czas na bieszczadzką listopadową świecką tradycję, wieszanie flagi państwowej z godłem Rzeczypospolitej Polskiej z racji Narodowego Święta Niepodległości. Flaga jest nowa i rozpakowana z należnym szacunkiem ze stosownego woreczka, kombinujemy jak i gdzie ją powiesić. Oceniamy, że najlepszym miejscem jest słupek ze znakami szlaków a sposobem powieszenia jest naciągnięcie jej na jakiś kij na którego poszukiwanie od razu ruszył mój brat. Kiedy ja przeszukiwałem kieszenie w poszukiwaniu sznurka i multitool`a /dziewczyny mają swoje skarby w torebkach a chłopaki swoje w kieszeniach ;) / to braciszek zdążył wrócić ze stosownym sztylem, trochę długim, ale przecież był multitool, to się go trochę podpiłowało. Flaga została ładnie naciągnięta i mocno przywiązana sznurkiem, odpowiednio pociętym na kawałki, tak by się z drzewca nie zsunęła. I tak oprawiona flaga mocno została przywiązana do słupa. Wiatr był spory, więc flaga łopotała aż miło, jeszcze krzyknąłem „do hymnu” i… drugie zadanie zna D-K zostało wykonane.
Jeśli czytający w późniejszym terminie wejdą na ten szczyt to proszę o stosowny wpis czy jeszcze się utrzymała lub już nie. Ciekaw jestem jej długości bytu.
Teraz ja, chociaż byłem już ponaglany, mogłem się wreszcie posilić przed dalszą wędrówką. W trakcie mojego posiłku przyłączyła się do nas dwuosobowa (kobieta i mężczyzna) ekipa z Krosna pytaniami zaspokajając swoją ciekawość o flagę i o flaszkę z „historią”. Okazało się w trakcie rozmowy, że przyjechali na jeden dzień by tylko wejść na D-K od strony Zatwarnicy a zejść do stokówki nad Nasicznem i chyba dalej nią wracali do Zatwarnicy. Oczywiście podałem adres Forum by szukali tam później relacji o sobie i o tych dzisiejszych „wydarzeniach”. A nuż się odezwą.
Najedzeni, zziębnięci lekko, spakowani, ja z flaszką w plecaku, ale już bez flagi, możemy ruszyć w dalszą drogę powrotną.
CDN…
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
... wieszanie flagi państwowej z godłem Rzeczypospolitej Polskiej z racji Narodowego Święta Niepodległości. …
Może się czepiam, ale godła na fotkach nie widzę :-?
Bardzo mi sie podoba Twoja świecka tradycja. może kiedyś powiesimy razem...
Pozdrawiam serdecznie
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
bertrand236
Może się czepiam, ale godła na fotkach nie widzę :-? Bardzo mi sie podoba Twoja świecka tradycja. może kiedyś powiesimy razem... Pozdrawiam serdecznie
Dzięki za zwróconą uwagę, biję się w piersi bom pisząc popełnił błąd... fakt, to zwykła flaga. Ta z godłem została powieszona na domu mavo.