-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
11 listopada 2015 Narodowe Święto Niepodległości
Jeszcze przy węźle szlaków prawie wspólne zdjęcie a przy tablicy z mapką okolic Dwernik-Kamienia robię małą prelekcję, którym to szlakiem idziemy, którymi można zejść i gdzie. Na moje pytanie „wiecie którędy idziemy?” od razu wszyscy na głos odpowiadają „przez wychodnie skalne”. I mają całkowitą rację, znaczy się wszystko zrozumieli. Ruszamy, ja przodem i od razu skręt o 180˚ ostro po skałkach w dół. To jest najładniejsze, według mnie, zejście z D-K. Idzie się prawie (wiem, że prawie robi różnicę) granią przez dłuższy czas prowadzącą w dół. Po jesiennym zrzuceniu liści przez buki widoczność na boki i przód fajnie się komponuje z wychodniami skalnymi. Myślę, że takie same doznania wizualne są przy wejściu tym szlakiem. Stosunkowo niedawno wyznaczono tą ścieżkę a wyznaczający miał dobry pomysł. Te bardziej na wschód zejście jest dużo brzydsze, chociaż ten szlak mocno w dole zmieniono kierując go w pewnym miejscu pod kątem na stokówkę. Zmiana zapewne miała oszczędzić turystom schodzenie w końcówce w totalnym błocie i w dodatku drogą zrywkową, zoraną wielkimi kołami pojazdów.
I tak sobie schodzimy, zaliczając dwa ostre nawroty szlaku, aż do „drogi” nad strumieniem Hylatym. Ścieżka skręca w prawo i schodzi do Wodospadu Szepit, co bardziej podnosi walory tego szlaku, a my musimy odbić w lewo. Spec grupa się zbiera w bezpośrednią bliskość, brat bierze „sztywną” mapę i pyta… „my idziem w lewo na Przełęcz 824?”. Zgodnie ze swoim zamiarem i wiedzą odpowiadam „tak!”.
To „tak” opiera się o zaczerpniętej wcześniej wiedzy od koniarzy, że tamtędy do Nasicznego jest wyznaczony szlak koński, że na bardziej dokładnych mapach naniesione są powiedzmy ścieżki a nie drogi. Na niektórych(!) mapach, bo na większości to droga nawet jest, w tych bardziej szczegółowych jest tylko do przełęczy 824 i to tylko od strony Nasicznego. Nawet na szczycie na tablicy jest zaznaczona droga prowadząca na strumień Hylaty i przekraczający go. Na mapie Krukara „Bieszczady Wysokie” z 2007 roku była i w nią to wiarę swoją pokładałem. Chociaż jak popatrzyłem później na naszą przebytą trasę a jak jest na mapie Krukara to naniósłbym drobne korekty. Chylę czoła bo ta mapa jest jedną z lepszych jak nie najlepsza. Jest z roku 2007 i może są już nowsze wydania (wiem o 2009) a w nich na pewno są też jakieś zmiany. Muszę polować na najnowszą. Ot mała dygresja o mapie.
Ja prawie 20 lat temu to tutaj lub trochę wcześniej, odbiłem na szczyt D-K, samego dojścia już nie pamiętam, chociaż wtedy doszedłem dobrze, ale na szczycie to specjalnych widoków nie było, tylko takie drobne prześwity. Później dopiero leśnicy „poprawili” widoczność.
Wróćmy jednak do tego miejsca gdzie mamy zamiar opuścić dotychczasowy szlak, u Krukara miejsce to nazywa się Kamianki… ciut dalej rzuca nam się w oczy napis na drzewie pisany pomarańczowym sprayem (pomyślałem, że jak nic koniarskie oznaczenia) „ominięcie szlaku turystycznego” i stosowne pomarańczowe strzałki kierujące w stronę przełęczy 824. Te malunki uspokajają brata, że starszy go nie poprzeciera po chaszczach, błocie i pobłądzi w dodatku, innych też uspokajają. Zenek już na wstępie zaznaczył, że przyjechał tu odpocząć, wyspać się i nie paplać się w wodzie i błocie, ba… inni też podnieśli bunt na wczesne wstawanie i znając mnie zaznaczali „tylko idziemy bez tych twoich skrótów!!!”… albo chodzisz sam albo musisz zaakceptować życie w ulu… no, ale od czasu do czasu udaje mi się coś jednak „wkręcić”.
Co tu więcej medytować, gdy dalej odbija tylko jedyna droga, przedłużenie dotychczasowej idącej z dołu i w dodatku są strzałki koniarzy (chyba?) i stosowny napis. Ruszamy! Idąc zawsze w stronę przełęczy to albo się do niej schodzi albo się do niej podchodzi i to drugie właśnie nas czekało.
Po sporym czasie zaczynam się utwierdzać w przekonaniu, że tą drogą to zapewne poruszały się Pegazy zrodzone z krwi Meduzy a nie nasze chodzące po ziemi na czterech bo ani nawet śladu kopyta nie widziałem ani nawet stosownych odchodów, ba nawet śladów dwukołowca było brak przez całą drogę. Moje myśli cały czas zaprzątała myśl „dla kogo są te znaki i po jakie licho?”.
Szliśmy taką, trochę zarośniętą młodnikiem a zwłaszcza podszyciem leśnym, „drogą” w górę strumienia, który w miejscu Kamianki łączy się z Hylatym. Droga wspinała się mocno w górę a strumień zostawał mocno w dole po prawej i to w coraz bardzo głębszym jarze. W pewnym momencie kiedy już myślałem, że zbliżamy się do Przełęczy Prislip, jak ją ładnie po dawnemu na swojej mapie nazwał pan Krukar, to natknęliśmy się na zawał drogi… ot takie klasyczne „zwiezło” co utworzyło jeziorka Duszatyńskie. No wzięło się i zwiezło i… dalej drogi nie ma. Grupa zbiera się na naradę pod przewodnictwem brata a ja idę zobaczyć czy dalej można przejść… no nie można, jest za stromo. Wracam i pokazuję grupie dla spokojności na swoim Oregonie, że idziemy w dobrym kierunku, chociaż odbiliśmy trochę zbyt w lewo i musimy się teraz wrócić bo widziałem wcześniej jakiś zarys dawnej drogi zrywkowej odbijającej bardziej hmmm… w lewo. I w tą drogę teraz idziemy, w pewnym momencie następuje punkt kulminacyjny, droga się wypłaszcza a po jakimś czasie zaczyna powoli opadać, co całkowicie uspokaja grupę. Wkurza mnie, że droga ten punkt kulminacyjny nastąpił na wysokości 870 metrów, czyli zbyt wysoko, ale co zrobić.
Schodząc Michałowi staje się małe nieszczęście, nie na zdrowiu co raczej na jego sprzęcie… od lewego buta prawie całkowicie odkleja się podeszwa. Strata żadna bo miał te buty już w Bieszczadach wywalić, ale teraz trzeba jeszcze dojść a został jeszcze kawałek. Na szczęście został mi kawałek sznurka, który w sam raz starcza na dwukrotne owinięcie stopy i związanie z luźną podeszwą co pozwala mu całkiem swobodnie iść dalej. Za jakiś czas Michał „strzela racę” o pomoc… „sznurek zgubiłem”. Wpadam na pomysł by z moich M65 odciąć trok z jednej kieszeni cargo, bo aż tyle nie noszę w kieszeniach by wiązać je na udach. I to mu starcza aż do domu… jednak co amerykańskie to amerykańskie.
Droga nadal opada i mocniej zakręca w lewo aż w pewnej chwili widzę stokówkę, którą dochodziliśmy do szlaku na D-K. Brat też widzi i przekazuje info innym. Prawie słyszę za swoimi plecami ulgę w wydychanym powietrzu przez 4 osoby. Przed samym końcowym stromym odcinkiem zejścia na stokówkę, znowu pojawia się pomarańczowa strzałka oraz duża kropka na drzewach… i to wszystkie wskazówki dla koniarzy?... a jak nie dla nich to dla kogo????? Hmmmm! Przychodzi mi nawet myśl, może nawet jakaś spiskowa?... a może to tędy jest „wejście” a ten napis, który zobaczyliśmy na samym początku to jest jej koniec i należy go odczytać właściwie… idąc dalej? Mavo… pamiętasz co kiedyś mi powiedziałeś, że blisko Ciebie przebiega szlak… hmmm. Nawet nic nie pisnę grupie o moich przemyśleniach!
Na stokówkę wychodzimy tuż za jej trzecim zakrętem, patrząc od strony Nasicznego. Pokonujemy je trochę rozciągnięci, ja prowadzę, bo na prostym i z górki to od grupy szybciej chodzę :P
W domku jesteśmy o 15.40, czyli tak jak im obiecałem, że przyjdziemy do godziny 16. Przeszliśmy 9,17 km, postój 2h48`, czysty ruch 2h8`, zegarowo wyszło prawie idealnie 5 godzin bo start zaokrągliłem do pełnych minut. Różnica pokonanych wzniesień też była zapewne niezła bo i D-K i powrót pod górkę też był. Zakwasy będą dla mieszczuchów na bank!
I co dalej?... każdy w domu się odświeżył, Ewa uraczyła nas bigosem a do niego były wszelakie napitki, królowała oczywiście Żołądkowa Gorzka i ta nowa i ta z 1004 metrów (ta tylko do połowy). I tylko żałujcie, że Was tam nie było :P
Przypis: tutaj jest tablica szlaków (ostatnie zdjęcie) http://www.twojebieszczady.net/piesze/dwernik_kam.php
Omawiamy też następny dzień, którego wstępne plany wymuszają zmiany przez bieżące sytuacje… do Ewy zadzwonili znajomi właściciele Natura Park, że tylko jutro mogą się z nami spotkać, Michała noga woła o nowy but a ja wyczuwam idealny moment na wyskoczenie z Zenkiem na Ryli by mu pokazać okolice. Wszyscy kładziemy się spać tak koło północy… nagadaliśmy się sporo. Czyli do jutra… ;)
CDN…
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Recon...
1.Czy doszliście do samego miejsca określanego jako Kamianki?
2. A może przed Kamiankami skręciłeś w lewo?
3. Tu i tu masz strumień po prawej, więc czy to był ten przed samą stokówką do Zatwarnicy?
4. Jeśli pkt 2 to czy czasami nie odbiłeś znowu na D-K ostro pod górę, gdzie kiedyś ścieżka kreciła pętlę ponownie wychodząc dzisiaj na ścieżkę zieloną?
5. Jeśli nie pkt 2 i 4 to może wchodziłeś już zboczem Magury Nasiczańskiej?
Tak rozłożyłem wszystkie swoje mapy i nie jestem pewien którędy szedłeś dokładnie.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Przemolla zobacz tutaj na mapę http://www.bieszczady.net.pl/mapabieszczadywysokie.php i zobacz jak schodzi szlak na mapce 6 zdjęcie (link podałem wyżej). My odeszliśmy w lewo od szlaku w miejscu gdzie szlak skręca w prawo w wyraźną drogę a ciut dalej idzie na mostek a dalej do wodospadu Szepit. Druga część drogi idzie w górę równolegle ze strumieniem Wołosanka do miejsca zwanego Kosiska. Na mapie jest narysowana ścieżka, która ten właśnie potok przekracza przy jego ujściu aż trzykrotnie. My odbijamy w górę w stronę Przełęczy Prislip, ale ani razu tego potoku nie przekraczamy, tak jak jest na mapie Bieszczady Wysokie Krukara, my szliśmy do niego równolegle, mając go po prawej stronie w ciągle pogłębiającym się jarze. Idealnie pasuje to do ścieżki i nawet jest na niej moment skrętu w lewo prawie pod katem 90 stopni w miejscu gdzie i my musieliśmy odbić bo trafiliśmy na "zwiezło". Tylko dalej ścieżka z mapy zaczyna skręcać w stronę Przełęczy Prislip (824m) i nawet prawie do niej dochodzi a my idziemy ciągle w górę bo nic nie odbija w prawo. Tutaj się gdzieś mapa i my rozmijamy. Głęboki jar tego potoku widać na mapie prawie do przełęczy. Mało tego po drodze nie mamy nawet przecinającej naszej trasy żadnej ścieżki, która na mapie prowadzi z przełęczy na D-K, bo może już jej nie ma, no może przeoczyłem.
Teraz sobie popatrz po poziomicach... my mijamy Prislip z lewej strony i wypłaszczenie osiągamy na wysokości 870 metrów a patrząc na mapę to jesteśmy pomiędzy Prislipem a szczytem 991 (swoją drogą może być też ciekawy a może nawet ciekawszy niż ten 1004 m).
Miejsce wyjścia na stokówkę określiłbym tak na kilka/kilkanaście metrów za potokiem Wielki patrząc od strony Nasicznego. Samo wejście ze stokówki na dróżkę, którą szliśmy jest dość sprytnie zrobione, że można łatwo minąć i nie zauważyć idąc w stronę szlaku czerwonego na D-K.
Całkowicie możliwe, że gdzieś coś poszło nie tak, ale tajemnicą dla mnie jest początek tej ścieżki w miejscu zwanym Kamianki. Nic innego jak przy jakiejś okazji zbadać jak faktycznie idzie ta "droga" od pierwszego zakrętu stokówki (patrząc od Nasicznego) w stronę Prislipu. Tam droga idzie i nawet jest oznaczony szlak koński na Jawornik, ze 100 metrów od stokówki jest jakiś rozjeżdżony skład drewna, dalej nie znam... na mapie idzie przez miejsce zwane Koszaryszcze.
No to co przemolla, jest zadanie bojowe? czy nie ma? ;)
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Dodam jeszcze do powyższej wypowiedzi jedno... od strony Zatwarnicy są 3 możliwości wejścia i zejścia na D-K, tak by nie iść tą samą drogą. Od strony Nasicznego szlak jest jeden, no naginając są dwa (ta zielona ścieżka bardziej na wschód). "Moją" drogą można zaliczyć zarówno fajne wejście i zejście z Nasicznego by nie chodzić po tym samym dwa razy... dobrze kombinuję? ;)
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Dobrze kombinujesz, ale teraz reasumując . Schodziliście ścieżką historyczno-przyrodniczą Hylaty na Kamianki tak? Jesteś pewien, że doszliście do nich, a nie przed nimi skręciliście w lewo? Bo taka możliwość jest jak dobrze kojarzę. Jeśli się nie mylę to w Kamiankach Twoja ścieżka, ścieżka przyrodnicza i "koński" szlak się pokrywają. Wydaje mi się, że szliśmy jesienią ubiegłego roku z Piskalem z D-K w stronę Kamianek tą ścieżką, którą Ty wchodziłeś na przełęcz... oczywiście w górnym odcinku pod D-K to nie (bo przecież Ty tam ponownie nie wszedłeś). Czy w okolicach tego "zwiezła".. idąc prawidłową drogą było ostro w górę?
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Byłem na Kamieniu paręnaście razy.Nigdy nie przypuszczałem że może to być tak skomplikowane. Recon i przemolla to mistrzowie wiwisekcji górskiej. ☺
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
:razz:... no... jak się nie ma co ze sobą zrobić w sobotę, to się dzieli włos na czworo;)
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Sobota minęła i przemolla ma już co ze sobą robić a efektem nic nierobienia jest włos podzielony na czworo. :wink:
Odpowiadając mavo, to wejście na D-K nie jest skomplikowane, chociaż po kilku razach może być nudne i aby je urozmaicić trzeba trochę je skomplikować i właśnie temu też służy wiwisekcja... by inni też się do konsylium przyłączyli.
Z uwagą przeczytałem głos zbyszka1509 tutaj http://forum.bieszczady.info.pl/show...adach?p=163831 , który potwierdza moje obserwacje, że żadna ścieżka nie przecinała mojej trasy w poprzek a która miała iść zgodnie z mapą z Prislipu (co dawniej znaczyło przejście przez góry, przełęcz) na D-K. Może kiedyś była, ale kiedy zostały wyznaczone szlaki na D-K, ona zarosła i stała się albo mało widoczna albo już kompletnie niewidoczna.
Wiem, że od strony Nasicznego stosunkowo dobrze jest ona ukształtowana a dzięki zbyszkowi1509 wiem też, że dochodzi do przełęczy. Pytanie jest, jak daleko ona idzie dalej?
Odpowiadając przemolli...
- myśmy skręcili w lewo tam gdzie ścieżka hist.-przyr. skręca w prawo i stoi stosowny znak informacyjny, że szlak dalej idzie do Wodospadu Szepit i stoi stosowny oznacznik czasu przejść w górę i na dół (na tablicy jest to odpowiednio oznaczone),
- przed "zwiezło" odchodzi jakaś bardzo nikła, chyba dawna droga zrywkowa(?) takim raczej spokojnym trawersem, ot tak pod kątem cirka 25 stopni.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Recon... chyba już jarzę o co idzie i żeby włos na ośmioro podzielić to dodam, że rozłożyłem sobie cztery mapy ( mimo, że dzisiaj mam co robić:mrgreen:). Na jednej z nich jest ta ścieżka przyrodnicza w kierunku Hylatego, a drugi jej koniec wychodzi na Kamianki. Idąc nim można drogę skrócić idąc prosto, a nie odbijając w prawo. Na kolejnej mapie jest taka pętelka poniżej zejścia. Pamiętam, że w pewnym miejscu schodząc ścieżką, był w połowie zejścia na Kamianki coś niby właśnie słabo widoczny szlak jakiś zrywkowy i w lewo i prawo. Przejść się można i to dokładnie sprawdzić, ale chyba nie w tym roku, bo jak śnieg poprószy to się raczej już nic nie zobaczy. Wydaje mi się, że na tej pętelce zakręciliście kółko, weszliście znowu na ścieżkę która lekko pięła się do góry. Tak teoretycznie, to bez pół litra się nie dojdzie. A Ty gepeesa miał? I śladu nie zapisał?
ps. Ty zapisał tylko w pręta lecisz.;)
-
10 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
12 listopada 2015 czwartek
Budzę się około 6 rano, jeszcze jest ciemno, ale już jakby mniej. Wiem o buncie wstawania całej grupy, no może niecałej bo Agnieszka nie wychylała się głośno, w cichości jednak popiera Michała. Nie śpieszę się ze wstaniem, dzisiaj będzie mały spacerek i w cholerę niech się inni wyśpią, jak nie może jeden spać. Kiedy jednak jest za kilka minut siódma i widoczny już świt, w jakimś samoczynnym impulsie odruchu, znamionującym dzienny somnambulizm na jawie, wyłażę z łóżka.
Samo wstanie jednej osoby na górze to już jest pobudka dla innych śpiących na piętrze, w tym konkretnym przypadku starszyzny, nie mówiąc o odgłosach mycia i wszelakiego się przemieszczania… każdy krok to niczym odgłos chodzenia jakiegoś wysuszonego(!) tolkienowskiego Drzewca. Młodych na dole budzi moje krzątanie i robienie śniadania. Po chwili już całkiem jest głośno gdy słyszą zapewne mój monolog pod nosem a później już dialog z bratem…
„W mordę co jest z tym czajnikiem?... nie działa”… „o i lodówka też nie chodzi… hmm”… „cześć brat, co tak latasz?”… „latam bo nic nie działa… o i kuchenka też aut!”… „zobacz bezpieczniki!”… „jest jeden wywalony i jest cały czas na zwarciu”.
Złośliwość rzeczy martwych trafiła jednak na tzw. „elektryków”, z wykształcenia bardziej takich słaboprądowych, czyli bez uprawnień. Zresztą, jak kiedyś ktoś powiedział w Polsce, gdzie nie rzucisz kamieniem w dal to elektryk. I tu też tak jest i to od razu dwóch. Bez słów wiemy co robić… znaczy się zaczynamy lokalizować „zło”. Odłączenie czajnika jest proste, ale bez efektów odkrywczych. Odłączenie lodówki i tu zaczyna być już wyższa szkoła jazdy (prawda mavo?), ale i to nie przynosi efektu poznawczego, chociaż pomniejsza zakres następnych poszukiwań. Teraz nasze działania skupiają się na kuchence elektrycznej i tutaj odłączenie jej wymaga najwyższych kwalifikacji spec elektryka, zważywszy dostęp do znawstwa obwodu, dostępu odpowiednich narzędzi, dotarcia do serca urządzenia (prawda mavo?). Dość skomplikowane, jednak następuje skuteczne odłączenie kuchenki i… bingo! Teraz pozostaje jej naprawa a to dla Polaków bułka z masłem… na zachodzie musiałoby być wezwane pogotowie energetyczne, uprawniony elektryk by zlokalizował uszkodzenie, zapewne na sprzęcie jako całości i zaleciłby zakup nowego blatu grzewczego a stary by kazał zutylizować a może by nawet spisał stosowny w tym zakresie protokół. Wcześniej jeszcze musiałoby być uruchomienie sąsiadów telefonu lub jechanie na Wyżną lub do Dwernika by móc zadzwonić.
My w międzyczasie już mamy kibiców pragnących kawy i herbaty. Jeszcze tylko finalne sprawdzenie i… można robić kawę J. (Jasiu tylko pochyl się do naszych zaleceń po servisowych!). I oczywiście jeszcze wzajemne gratulacje przypominające finalne „zakończenie” Pata i Mata z węgierskiego filmu animowanego „Sąsiedzi”. Jasiu spoko, spoko… tylko w geście byliśmy podobni ;)
Patrząc na zastawiony stół to prawie jest jak na wielkanocnym śniadaniu, atmosfera też lajtowa i naocznie widać, że tu szczęśliwi czasu nie liczą, no… oprócz jednego. Ten jeden wreszcie gdzieś tak o wpół do jedenastej rzuca „hej, brat… najwyższy czas ruszyć d..ę”. Towarzystwo też jakoś drgnęło i ruszyło się do ogarnięcia domu i siebie. My z bratem pakujemy się na Ryli, Ewa z Michałem i Agnieszką jadą do Sanoka po buty oraz do Stężnicy do znajomych i jeszcze gdzieś, nawet nie dopytuję się o szczegółowe plany.
Brat po drodze koniecznie chce się zatrzymać przy kaskadach w Chmielu i chce „upolować” miód. Kaskady o każdej porze są piękne i w sumie będziemy się przy nich zatrzymywać trzykrotnie w czasie naszego pobytu. Brat pstryka i nawet nagrywa szum kaskad, ja tylko pstrykam i patrzę. Pierwszy raz przy nich byłem w 2008 roku, nawet pamiętam, kiedy podczas pisania moich tu „słów kilku(dziesięciu)” spytała się o nie Lucyna… „a byłeś przy kaskadach w Chmielu, zrobiłeś zdjęcia?” ;)
CDN…
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Oregona miał i pod koniec dnia po analizie przejścia skasował. Wyszło mi, że ruszyliśmy na przełęcz tuż przed Kamiankami bo jeszcze przed strumieniem, kierując się na Wasylczyki a strumień cały czas mieliśmy po prawej stronie.
Przemolla, żadnych tam kujawiaków nie kręciliśmy tylko od razu w górę taką niby zrywkową starą bo innej nie było.
Ja liczyłem na bardziej oznakowaną drogę, tak jak na tej mapie jest szlak koński http://www.twojebieszczady.net/mapa-on/biesz3.php chociaż tutaj ten szlak koński idzie w jakiejś części po szlaku hist.-przyr.
Odnośnie tej drogi co wychodzi na Kamianki to dalej ta droga idzie w górę Hylatego (chociaż na mapie Krukara jest oznaczony jako Wołosanka) i na mapie znika u podstawy zachodniego zbocza Jawornika (Magury Nasiczniańskiej).
My by dojść do Prislipu musieliśmy od tej drogi odejść pod katem prostym na wschód. Zawsze byłem zdania, że w dobrej i przyjaznej dyskusji "bez pół litra się nie dojdzie", ale dopiero po wędrówce a nie w trakcie.
Jeśli mavo dożyje w spokoju po tej wiwisekcji Recona i przemolli a też zachowa jeszcze odrobinę przyjaźni wobec mnie to jest szansa bym w 1 week maja przyszłego roku to sprawdził. No chyba, że wcześniej ruszy jakaś spedycja na poszukiwanie źródeł Kniażki i przy okazji rozwieje nasze wątpliwości. Mam więc i ja coś do sprawdzenia... to już drugie co mnie nurtuje, bo pierwsze to nie mogłem kiedyś znaleźć, przez ówczesne zbytnie rozlewiska, kapliczki koło Bereźnicy Wyżnej.
-
1 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
Z uwagą przeczytałem głos zbyszka1509 tutaj
http://forum.bieszczady.info.pl/show...adach?p=163831 , który potwierdza moje obserwacje, że żadna ścieżka nie przecinała mojej trasy w poprzek a która miała iść zgodnie z mapą z Prislipu (co dawniej znaczyło przejście przez góry, przełęcz) na D-K. Może kiedyś była, ale kiedy zostały wyznaczone szlaki na D-K, ona zarosła i stała się albo mało widoczna albo już kompletnie niewidoczna.
Wiem, że od strony Nasicznego stosunkowo dobrze jest ona ukształtowana a dzięki zbyszkowi1509 wiem też, że dochodzi do przełęczy. Pytanie jest, jak daleko ona idzie dalej?
Przyłączę się do dzielenia tego włosa i podzielę się refleksją z dawnych czasów, a dokładnie z dn. 30.06.2008 r.
Wtedy to pierwszy raz poszedłem na D-K i wróciłem trasą, o której toczy się dyskusja :-). Korzystałem jeszcze z wydrukowanego fragmentu mapy, opatrzonego folią i busoli. Z D-K poszedłem wtedy śladowo oznakowaną ścieżką hist.-przyr. w kierunku Zatwarnicy i wylądowałem w okolicach "kiwaka". Z mapy wiedziałem, że za wodospadem, mijając trzeci potok muszę odbić zaraz w lewo i iść "końską drogą". Liczyłem na czytelne znaki (ślady);), które utwierdzą mnie w przekonaniu, że idę dobrze. Jednak takowych nie zobaczyłem, ale w efekcie końcowym, trafiłem prosto na stokówkę w Nasicznem. Zbyt dużo szczegółów już nie pamiętam, ale korzystając z mapy i busoli, dokładna lokalizacja miejsca stania, w tym przypadku, nie była możliwa. Przejrzałem wszystkie posiadane mapy i zauważyłem, że Compass na swoich mapach, pomija ścieżkę z D-K do Przełęczy Prislip. Widocznie wydawca również jej nie zauważył, lub uznał za mało istotną :-(. W ówczesnym czasie korzystałem z mapy Compass, wydanie VIII z roku 2007, na której podana jest nawet długość omawianego odcinka. Jeżeli, jest on czytelny na przełęczy od Nasicznego, to można mieć nadzieję, że w podobnym stanie będzie dalej do Kamianki.
Załącznik 39410
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Wyprawa ku źródłom Kniaziek?Pisze się.
Obawiam się tylko że cztery mapy to zamało.☺
-
1 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
mavo
Obawiam się tylko że cztery mapy to zamało.☺
Też się na to piszę! Te tereny zawsze mnie interesowały. W latach 80-tych penetrowałem wschodnie zbocza Jawornika i wiążę z tymi wędrówkami wiele fantastycznych wspomnień. Chętnie wróciłbym w te miejsca. Nawiasem mówiąc, wspominany współczesny szlak koński przebiega historycznym szlakiem. W załączeniu prezentuję fragment wojskowej mapy topograficznej wydanej w 1937 roku przez Wojskowy Instytut Geograficzny, która wówczas bazowała na wydaniach wcześniejszych z lat 1930 i 1935, gdzie wyraźnie widać nakładanie się na siebie przebiegu tego współczesnego z tym historycznym.
Załącznik 39411
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Piąta mapa.
Sądzę że niema sensu pytać czy Ale raczej kiedy?☺
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
mavo
Piąta mapa.
Sądzę że niema sensu pytać czy Ale raczej kiedy?☺
To jest bardzo poprawna dedukcja.
Ale, ale .... skoro jest pięć map, to logistycznie można to ogarnąć w trymiga. Kserujemy fragment jednej i na nią nakładamy wszystkie ścieżki z pozostałych. Mamy domniemaną całą sieć ścieżek, które są lub były. Bierzemy każdy po nalewce i wtedy w bardzo szybkim tempie nanosimy trasę Recona niczym ślad z gepeesa. Rano bogatsi o te domniemania możemy spokojnie wyruszyć, aby zbadać to w realu.
Recon... może kujawiaków nie kręciłeś, ale po prostu strzeliłeś szybkiego oberka. Nie bez kozery zapytałem się Ciebie, czy aby doszedłeś do samych Kamianek. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale ręki nie obetnę, bo się jeszcze przyda.
No to tak kolokwialnie zapytam..... kiedy idziemy chłopaki?
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Tak kolokwialnie... jeśli miałbym coś zaproponować to w 1 week maja 2016 roku. Propozycja przejścia to na zasadzie szukanie przejścia Nasiczne - Prislip - Kamianki (jakiś odpoczynek) i powrót moją drogą opisaną wyżej. Innego dnia można zaliczyć wejście na Jawornik "szlakiem dla koni" lub szlakiem Zbyszka1509 i zejść połoninką w stronę domku mavo.
Przemolla już na miejscu w Kamiankach okaże się co ja tam zatańczyłem, na pewno nie było huculskiej trjesunki :-P Możemy sprajem wytyczyć szlak, taką pętelkę a nuż komuś się przyda w przyszłości, by zobaczyć jak szliśmy. ;)
-
3 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
przemolla
...Recon... może kujawiaków nie kręciłeś, ale po prostu strzeliłeś szybkiego oberka. Nie bez kozery zapytałem się Ciebie, czy aby doszedłeś do samych Kamianek. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale ręki nie obetnę, bo się jeszcze przyda.
No to tak kolokwialnie zapytam..... kiedy idziemy chłopaki?
:razz::razz: To jeszcze do pary niech będzie szósta mapa :-). Jest to punkt widzenia "satelity" okolic Kamianek. Dalszy ciąg drogi ginie, już niestety, w terenie zalesionym i nie jest widoczny. Jednak można przypuszczać, że zmierza w kierunku przełęczy i na pewno dochodzi do stokówki w Nasicznem. A oberka na Reconie, wymusiła widoczna droga zrywkowa :-).
Załącznik 39412
:oops::oops: przepraszam, wiadomo, że pośpiech jest wskazany tylko w pewnych momentach. Popełniłem błąd wskazując miejsce oddalone o 920 m , w linii prostej, na północ od Kamianek. Właściwa "końska droga" na mapie SAT jest słabo widoczna
Załącznik 39414
Natomiast sama krzyżówka "końskiej drogi" w maju 2013 r. wyglądała tak.
Załącznik 39415
-
1 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Dobrej jakości zdjęciami dysponuje Geoportal (próbka w miniaturze). Niestety część północna i zachodnia od szczytu D-K jest trochę mniej czytelna. Link do strony: http://www.geoportal.gov.pl/ Załącznik 39413
-
1 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Polej
Dobrej jakości zdjęciami dysponuje Geoportal
Rzeczywiście Geoportal ma bardziej aktualne zdjęcia. Dzięki temu widać jak przebiegają drogi zrywkowe.
Załącznik 39416
-
10 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Dialogi sobie prowadźcie a ja tak mimochodem dalej ciągnę „słów kilka(dziesiąt)”.
12 listopada 2015 czwartek
Zenka samochodem dalej ruszamy do Zatwarnicy by skręcić w prawą stronę koło kościoła a dalej jedziemy aż do „parkingu” na zboczu Ryli. Tutaj parkujemy. Zapomniałem dodać, że oprócz nas jedzie z nami Kola, już wcześniej mianowana Bieszczadniczką, gdy przeszła z nami majową pętelkę przez Siwarną i Żołobinę. Mały i dzielny 13 letni kundelek, chociaż już o tym pisałem to jeszcze raz wspomnę… kiedyś nawet nie miała sił wejść po czterech schodach a teraz robi przejścia po kilkanaście kilometrów i wchodzi na szczyty. Co to robią spacery z Reconem ;)
Pogodę mamy całkiem przyjemną jak na listopad, piękne słońce, ciepło ok. 15 st. C. mamy zamiar zrobić pętelkę przez mostek koło domu Majsterków do ruin cerkwi i powrót do samochodu zachodnim zboczem wzgórza Ryli, dokładnie jak prowadzą oznakowane ścieżki. Od „parkingu” idziemy po dużym błocie, ale gdy wychodzimy na otwartą przestrzeń Ryli jest już ładnie wyjeżdżony ślad kół na trawie. Moje receptory są wyczulone na wszystko, więc gdy coś podejrzanie mnie zaczyna podgryzać w głowę to palcami namierzam skurwiela pragnącego wpić mi się w głowę po krwisty napój. Kleszcz… kiedy on mi się wdrapał aż na głowę? Kola szybko złapała na brzuchu błotko i tam kleszcze mogą jej skoczyć.
Brat się zachwyca widokiem też zasięgiem, co natychmiast wykorzystuje dzwoniąc do swej drugiej połowy i słowami opisuje otaczające nas piękno. Przechodząc blisko płotu Majsterków zza płotu wybiega jakiś długonogi kundelek a za nim jamnik, ten drugi robi sporo hałasu i nawet robi podchody by podejść na długość zębów. Jedno moje słowo i dupelek wraca, ale ten długonogi to wyraźny młody amant, który upatrzył sobie „nieruszaną” starszą Kolę i za punkt honoru sobie postawił zmianę jej statusu. Kola go toleruje, ale tylko do swojej przestrzeni osobistej, później pokazuje amantowi już dość ostro by się zachował i nie myślał, że coś zdziała.
Zapewne wiecie jak wygląda „mostek” na tym potoku w dojściu do cerkwi, no właśnie… Kola po czymś takim nie przejdzie, ona w ogóle wody się boi i jak tylko to coś zobaczyła wycofała się na z góry upatrzone miejsce i wysłała telepatycznie myśl „ooo na pewno, tyle przejdę!”. Co było zrobić, trzeba było psa zabrać pod pachę i przenieść na drugą stronę, co uwiecznił brat na jakimś nośniku cyfrowym. Amant zniknął na minutę i też, zapewne tylko sobie znanym przejściem, przedostał się na drugą stronę.
Doszliśmy do małego cmentarzyka gdzie 2 miesiące temu przybył nowy grób. Kiedy przy nim stanąłem, to zanim odmówiłem modlitwę za duszę Pani Majsterkowej, przewinął mi się taki mini film z sytuacji w jakich z nią się zetknąłem. Wszystkie zapamiętałem, nie było ich wiele, ale chyba tą drugą najbardziej, kiedy stałem na obecnie już nieistniejącym moście na Sanie, ona podjechała nagle maluchem, wysiadła, przeszła po nim poprawiając ruchome deski i… przejechała. Ja idąc wtedy pierwszy raz po tym moście drżącymi nogami badałem każdą deskę… byłem pełen podziwu wtedy dla tej kobiety. To były właśnie takie przypadkowe sekundowe spotkania, jeśli była rozmowa to na zasadach zwykłej codziennej uprzejmości.
Teraz ten grób… szkoda, że stoi tyłem do jej domu, tak sobie tylko pomyślałem gdy się modliłem.
Brat mógł sobie obfotografować cerkiew i okolicę, Kola mogła wadzić się z amantem a ja na balach drewnianych pod kościołem usiadłem na małe „co nieco”. Brat zaczął nawet mnie po chwili popędzać, widząc jak słońce jest blisko Otrytu. Uspokajałem go, że spokojnie zdążymy zanim zajdzie słońce. Niestety musiałem z tym „co nieco” się pośpieszyć bo ciśnienie brata rosło. Ruszyliśmy stopniowo w górę a gdy zrobiło się trochę bardziej stromo to zauważyłem na drodze całą masę odchodów i tropów wilków, patrząc na „terminowość” to jak nic nocne lub ze świtu. Kola po powąchaniu jednej aż się wzdrygnęła i już wolała innych nie wąchać. W tym miejscu amant też się poddał i dał w długą do miejsca swojego bytowania.
Słońce było nadal nad Otrytem gdy stanęliśmy koło samochodu, mogliśmy z gliny otrzepać buty na spychaczu śniegu i zmienić obuwie. Zadzwoniłem do Ewy, że my już w samochodzie a co u nich słychać?... buty kupione zaraz jadą do znajomych i właśnie sobie siedzą w Lesku u Szelców i ryczą ze śmiechu, gdy mi to mówią bo już widzą moją kapiącą ślinkę, ale zapewniają bym się nie martwił, bo o słodkościach dla nas pomyśleli. Hmmmm!
Przeszliśmy 7,16 km, czysty ruch 1h35`, postój 1h10`.
Bratu zadałem pytanie… czy jeszcze chce coś zobaczyć i go utwierdzam, że zdążymy przed ciemną nocą. Jest zgoda.
CDN…
-
4 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
I jeszcze 3 zdjęcia do kompletu.
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
I jeszcze 2 zdjęcia zrobione przez braciszka.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
Tak kolokwialnie... jeśli miałbym coś zaproponować to w 1 week maja 2016 roku. Propozycja przejścia to na zasadzie szukanie przejścia Nasiczne - Prislip - Kamianki (jakiś odpoczynek) i powrót moją drogą opisaną wyżej. Innego dnia można zaliczyć wejście na Jawornik "szlakiem dla koni" lub szlakiem Zbyszka1509 i zejść połoninką w stronę domku mavo.
Przemolla już na miejscu w Kamiankach okaże się co ja tam zatańczyłem, na pewno nie było huculskiej trjesunki :-P Możemy sprajem wytyczyć szlak, taką pętelkę a nuż komuś się przyda w przyszłości, by zobaczyć jak szliśmy. ;)
Napiszę tak... okolice pierwszego maja odpadną, bo w trzecią sobotę, będzie pewnie KIMB, a chciałbym pojechać...w sierpniu, wrześniu, lub październiku zamiarujesz być?
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Zamiar jest, ale na ten czas jest to zbyt odległy termin by dziś termin "na bank" planować. Bliżej początku wiosny będzie już łatwiej.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
W dzisiejszym czasie liczą się tylko ekstremalne wyczyny. Kto będzie pamiętał o majowym spacerku.Liczą się tylko zimowe przejścia. Myślę że styczeń to dobry czas.Baza jest.W piątek aklimatyzacja,wsobote atak szczytowy.
Przypominam że były już podjęte nieudane próby zdobycia Kniaziek.
Czas na następną. ☺
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
12 listopada 2015 czwartek
Teraz jedziemy do Wodospadu Szepit przy którym mój braciszek jeszcze nigdy nie był i do którego był gotowy iść nawet po zachodzie słońca. No nie, do samego wodospadu dojechać przecież nie można, bez złamania stosownych zakazów, trochę od tych zakazów musimy podejść.
Rok mnie tu nie było?, mniej?... i znowu zmiany w infrastrukturze… teraz są metalowe schody… a jakby dodać jeszcze szklany, przezroczysty podest nad potokiem, może tak za rok?... nowością dla mnie jest wyczytana informacja na stojącej obok tablicy „wodospad ten był kiedyś 30 metrów niżej, ale go LWP zniszczyło budując przebiegającą obok drogę” i nawet sobie obok tablicę pamiątkową wybudowali ku tej pamięci. Czyli co?... ten jest sztuczny?
Brat jak urzeczony zszedł nad sam strumień, że nawet go metalowa ambona nie powstrzymała, pstryka ile wlezie, prosi o fotki "on i wodospad", chociaż tam w dole światła już mało, podziwia, słucha, skacze po kamieniach. Ja idę 30 metrów dalej, przechodzę zwierzęcą ścieżką na skraj wąwozu i wyobraźnią uruchamiam ówczesny wodospad, ale niestety już wyobraźnia nie potrafi umiejscowić go w jakiś wzorcach, nawet nie znam ówczesnych zdjęć z jego naturalnym widokiem.
Wracając widzimy jak podjeżdża pod ostatni dom, tuż przy zakazie, objazdowy sklep i pani odbiera zamówione wcześniej artykuły. Kurcze, dawno już w Bieszczadach nie widziałem objazdowego sklepu. Pani przekazuje bratu też informację gdzie ona kupuje miód. Kola widząc wodę woli sobie posiedzieć w ustronnym miejscu i kompletnie nie kuma o co tyle zachwytu brata w jakiejś głupiej wodzie, w dodatku zapewne zimnej i na pewno niebezpiecznej bo skąd taki jej głośny szum!
Samochodem zjeżdżamy teraz w dół, parkujemy przy dawnej pętli PKS. Piszę dawnej, bo autobusy zatrzymują się teraz przed mostem, to właśnie ten most blokuje dalszą jazdę pojazdom o wyższym tonażu, z czym mają naprawdę sporą bidę mieszkańcy a zwłaszcza dzieci. Udajemy się teraz do domu naprzeciwko, gdzie stosowna reklama informuje o sprzedaży miodów z własnych pasiek.
Brat kupuje sześć słoików, jakiś czas rozmawiamy z panią o miodach… o jego jakości, o rodzajach jakie tutaj są zbierane, o pasiekach. Wyraźnie już zapada zmrok, na niebie jeszcze tylko jakieś ostatnie poświaty po słońcu, które już jakiś czas temu zaszło za horyzont. Kiedy wracamy, to ja tym razem zatrzymuję brata przy kaskadach w Chmielu widząc…
CDN…
-
1 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
12 listopada 2015 czwartek
… łunę pożaru na horyzoncie.
W domu jesteśmy kilkanaście minut po siedemnastej, reszty grupy jeszcze nie ma. Możemy się odświeżyć spokojnie, brat od razu zaznacza, że pisze się na bigos i Gorzką, co mi też pasuje. Godzinę po nas przyjeżdża reszta grupy i też od razu rzuca się na bigos i coś mocniejszego. Gdy wszyscy podjedli to na stół wnosi Agnieszka, jako fundatorka, specjały od Szelców… sporo tego jest, oj sporo… dziewczyny się odchudzają, więc jeszcze bardziej jest sporo dla nas. By zbytnio nie drażnić Waszych podniebień to tylko wspomnę, że ja zacząłem od kremówki z masą toffi na wierzchu. Na stole stawiam też moją ubiegłoroczną nalewkę z jeżyn. Trwa wieczorny luzik… tak można do późna gadać o mijającym dniu i nie tylko. Później się przenosimy by popatrzeć w „telewizor” z niesamowicie długim i ciepłym filmem, w którym główną rolę gra ogień i czasami nawet iskiereczka mruga. Michał jeszcze puszcza nastrojową muzykę… luzik! Do jutra.
-
5 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
13 listopada 2015 piątek
Wstaję przed siódmą, reszty przecież za uszy z lóżek nie wyciągnę. Już wczoraj wygrała większościowa koncepcja by do socjologów wejść i zejść bez żadnego tam przejścia przez Otryt i inne bzdety przy zejściu. Kompletnie mi się nie chce iść tylko do schroniska, które w dodatku od samego początku jakoś mnie nie przyciąga a wprost odwrotnie. Dziś idę sam plus Kola!
Z domu wyjeżdżamy około 10 i to na 2 samochody. Ten Zenka zostaje na parkingu w Dwerniczku przed wejściem na niebieski szlak i dalej już wszyscy jedziemy do Chmiela popodziwiać kaskady, później kościół i cmentarzyk, koło którego zostawiamy drugi samochód. Tutaj też jest nasz wspólny start. Idziemy szlakiem historycznym, czy jak on tam się nazywa, bo według mnie to on już kilka lat temu wołał o pomstę do nieba na tych co o niego mieli dbać. Już kiedyś chciałem nim zejść, ale gdy na Otrycie zobaczyłem ścieżkę zarośniętą chaszczami na półtora metra to dałem sobie spokój, tym bardziej, że trafiła mi się wtedy jeszcze potworna ulewa.
Dziś plan jest taki… oni idą do Chaty Socjologów i wracają niebieskim do Dwerniczka, podjeżdżają pod drugi samochód w Chmielniku i ktoś jednym albo dwoma jedzie po mnie do Sękowca a później jeszcze zobaczyć najbliższy punkt widokowy.
Nie ukrywam, że trochę się niepokoiłem, gdy tym szlakiem miałem wysłać resztę grupy, ale wierzyłem w Ewę i Zenka, że dadzą radę wejść i odnajdą prawidłową ścieżkę. Idziemy asfaltową drogą odchodzącą prostopadle do górnego Chmielu i którym jakoby(!) szedł jakiś szlak. Piszę „jakoby” bo idziemy a znaku żadnego po drodze. Jak mi grupa później powiedziała to jeden znak szlakowy znaleźli gdzieś na samej górze. Mieli więc trochę adrenalinki! Po drodze z lewej mijamy fajny wjazd z trzema kapliczkami a po prawej zastanawiamy się „po jakie licho tej jednej krowie taki worek na wymionach?”, ale też od razu ktoś rzucił informację „to nie krowa, to byk ze swoistą blokadą by skutecznie blokować niekontrolowane zapładnianie krów” (jest zdjęcie). Asfalt na drodze się skończył, dalej stoi jakaś drewniana chałupa, jest jakieś błotniste „nibyrondo”, odchodzi w lewo droga a w prawo ścieżka, to w nią pokazuję by szli a ja sam odbijam w lewo z Kolą.
„Odbijam” to jak później się okazało jest w tym konkretnie przypadku najwłaściwszym słowem a może nawet zbyt delikatnym na to co wtedy zrobiłem i co będę robił później. Więc jeszcze raz i z właściwą semantyką… odbiło mi, by odbić sobie w lewo w drogę mającą być zaplanowaną stokówką. Kola sobie pobiegła radośnie przed siebie w drogę, ja za nią bo droga szeroka i w miarę płasko idzie i jak nic to ta mapowa na którą patrzyłem wczoraj na mapie. Kolę zebrało na zabawę, ja szczęśliwy sobie gwiżdżę bo nastraja mnie i pogoda, i cisza, i Kola, i tak w ogóle mam dobre samopoczucie… totalny luzik. Taki wesoły sobie idę jeszcze kilkuset metrach aż oczom moim ukazuje się rozjeżdżony błotnisty plac z parkiem maszynowym, jaki tylko może być leśnikom potrzebny. Jakiś leśny dowódca tego wszystkiego, stojący koło samochodu terenowego, uprzejmie odpowiada „dzień dobry” i pyta się grzecznie z nutką zaczepki „spacerek na Otryt?” ja odpowiadam „ nie, aż tak wysoko to nie, idę przejść się stokówką”… „no to dalej tą drogą pan nie pójdzie bo udrażniamy 100 metrów dalej strumień z błota a dalej na odcinku 200 metrów jest ścinka i są zwalane drzewa na drogę. Można obejść z prawej”. Faktycznie słychać pilarzy, faktycznie koparka wybiera jakieś głębokie błoto i robi kanały odpływowe by mogły tędy przejeżdżać ciągniki z drewnem, faktycznie jest stosowna tabliczka o zakazie wejścia. No więc jak trzeba obejść to trzeba, pierwszy raz się obchodzi?
Mój totalny „odlot” trwa w najlepsze, nic do głowy nie wchodzi, nawet to że niby dlaczego z lewej strony jest stok, że gdy patrzyłem wczoraj na mapę to już na początku żadnego w poprzek płynącego strumyka nie było, nawet to że droga wchodzi lekko w prawo w wąwóz nic mojego radosnego spaceru nie wstrząsa.
Kiedy dochodzę do udrażnianego bagniska to biorę Kolę pod pachę i jakoś przechodzimy bokiem gdzie już jest robiony odpływ i możemy teraz iść w górę by obejść zamkniętą drogę. Idąc w górę mam powiększający się jar na dnie którego płynie skąpy strumyk, co potwierdza słowa piosenki „cicha woda brzegi rwie”. Póki jeszcze szedłem w górę jakąś dawną zarośniętą drogą zrywkową to było znośnie, ale jak się skończyła a zaczęły płasko porośnięte jeżyny to Kola stanęła w poprzek i niczym osioł dała do zrozumienia… jak chcesz iść tak dalej to idź, ale mnie do tego nie mieszaj. Jeszcze trochę ją poprzenosiłem, Aż wreszcie mijamy ten jar, teraz już trzymamy się jednej poziomicy, po słońcu widzę, że powoli skręcamy na zachód czyli dobrze, tylko mam wrażenie, że jakoś blisko mam do szczytu Otrytu. Przeczucie mi podpowiada, że jak skręcę bardziej w prawo to za kilkanaście minut osiągnę grzbiet otrycki. Nie skręcam jednak i trzymam się „założonej” marszruty i dalej spacer trwa chociaż już mniej radosny bo tak jakoś zbyt dużo urosło tych niskich jeżyn, dosłownie niczym rozłożony drut kolczasty… haczą o buty i spodnie, muszę często i długo przenosić Kolę bo skutecznie jest zatrzymywana. Patrzę na zegarek, że tak sobie idziemy z Kolą już prawie 2 godziny. Stwierdzam, że nie wyrobię się na czas i podejmuję decyzję by wracać. Też to jest spowodowane myślą, by przez brak zasięgu, grupa się nie niepokoiła, gdy będą do mnie dzwonić. Ścieżką nie szedłem, śladów też zbytnio nie zostawiałem, prowadzi mnie ukształtowanie terenu w stronę początku jaru, radosny spacerek dalej trwa chociaż intuicyjnie szukam śladów mojego przejścia. Wreszcie szczęśliwie trafiam do początku jaru gdzie zaczyna swój bieg nikły strumyk, dalej już łatwo trafiam na drogę zrywkową którą jakiś czas temu wchodziłem. Sobie schodzę, Kola za mną i już dużo szczęśliwsza, bo wybawiona z tych „zasieków”. Ponownie pies pod pachę i skok przez pogłębiony rów melioracyjny a i błoto widać jak trochę spłynęło. „Dzień dobry” panu z koparki, dalej placyk z parkiem maszynowym, leśniczego szefa już nie ma, więc i pytania z rodzaju „i jak tam spacerek?” też nie będzie, Kola szczęśliwa bo nie widać wody. Radosny spacerek trwa, tylko lekko zmącony myślą o nieosiągniętym celu. Koło „ronda” telefon złapał zasięg i co chwila dochodzi nowy sms… „doszliśmy do chatki”… „odpoczywamy”… „zaczynamy schodzić”, Patrzę na zegarek, porównuję kiedy ostatni został wysłany, wyliczam… Oki, spokojnie zdążę przed grupą do samochodu obok kościoła w Chmielu. Moje oko tak mimochodem rejestruje jakąś równolegle w górę odchodzącą polną drogę w stronę Chmielu, gdzieś tak na jakieś pole nad miejscowością.
Błogostan wędrówki trwa w najlepsze. Jeszcze przejście asfaltową drogą w dół. Dochodzę do samochodu, posilam się, Kola też swoje dostaje i spokojnie czekamy na grupę. Oregona wyłączyłem nawet nie patrząc na niego, czyli w tamtej chwili żadna świadomość i żadne oświecenie nie przyszło.
Za 10 minut są. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że stokówka była zamknięta i nie dało się dalej przejść, stąd powrót tutaj.
Jest dość wcześnie i grupa patrzy pytająco co dalej?... ano jedziemy jednym samochodem do punktu widokowego za Sękowcem.
CDN…
-
7 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
13 listopada 2015 piątek
I dojechaliśmy na punkt widokowy. Pokazuję, że obok w górę idzie ta stokówka, którą zakładałem wejść na Otryt, ale nie robi to zbytniego wrażenia na słuchaczach. Na punkcie widokowym znajduje się stosowne miejsce na ognisko, są ławki i stół, jest też piękny widok sięgający aż do Połoniny Wetlińskiej.
Zdjęcia porobione, więc wsiadamy cała grupą do samochodu. Ewa wspomina o innym punkcie widokowym będącym dalej, ja mówię o sporej odległości, zważywszy na fatalną drogę, jak na ten samochód i obciążenie. Kiedy myślę, że już zawracamy to Ewa podejmuje jazdę dalej a jak się już dalej jedzie to zbyt dużo miejsc do zawrotek nie ma. Ewa jednak to specjalistka od kręcenia kierownicą i podejmuje ryzyko przejazdu. Zatrzymujemy się jeszcze koło kamieniołomu na kilka zdjęć i jedziemy dalej. Gdzieś tak za drogą do resztek starego mostu zatrzymuje nas Straż Leśna i prosto z samochodu zadaje pytanie „dlaczego wjechaliście w tą drogę?”, ja natychmiast odpowiadam że „zabłądziliśmy i chcemy stąd jakoś wyjechać” a Ewa jeszcze dodaje „da się dalej dojechać?”… „będzie jeszcze gorzej!”… „to dziękujemy”. Takim sposobem odjechaliśmy nie czekając na dalszy rozwój konwersacji. Ewa i ja znamy tą drogę z przejścia jej pieszo, ja nawet mam ją zaliczoną w obu kierunkach… pierwszy raz była to pętelka Terka –Studenne –Zatwarnica –Krywe -Terka, drugi raz trochę krótsza Zatwarnica –Krywe –Studenne –Zatwarnica. Samochodem jedziemy drogą pierwszy raz.
Zatrzymujemy się przy tarasie widokowym zrobić kilka zdjęć i popatrzeć na Tworylne. Przedstawiam propozycję by już nie wracać tą drogą tylko wjechać na most w Studennem i za nim odbić na Rajskie. I tak jedziemy. Dla Zenka, Agnieszki i Michała to całkowicie nieznane miejsca, my nie znamy tylko kawałka drogi od mostu do początku asfaltu w Rajskiem. Jedziemy przez Chrewt i zatrzymujemy się na parkingu „pod Ostrem” gdzie też jest punkt widokowy, ale jak naocznie widzę, staje się mocno zaniedbany a właściwie to jest zdewastowany, zarasta i znikła kompletnie turystyczna infrastruktura… totalny brak gospodarza. Niektóre mapy mają nawet w tym miejscu oznaczoną lunetę, kiedyś ją widziałem i nawet przez nią patrzyłem, nie pamiętam tylko czy była włączana na kasę? Kilka zdjęć i zmykamy do samochodu bo zaczyna być bardzo zimno. Teraz przez Czarną, Smolnik, Dwernik do domu już bez zatrzymywania się a po drodze opowiadam o mijanych miejscach co mi się tam przypomni.
W domku, gdy już każdy się ogarnął, siadamy do obiadokolacji, dziś barszczyk czerwony i zrobione przez Agnieszkę paszteciki z naleśnikowego ciasta. O napitkach nie wspomnę. Później płomienny telewizor itp. itd.
Aaaa dokończę jeszcze tą moją wędrówkę. Gdy sobie pojadłem to postanowiłem otworzyć mojego Oregona… gdzie to ja dziś nie byłem?. Otworzyłem swój ślad a tam aż oczy przecierałem ze zdziwienia, aż musiałem rozłożyć mapę by sprawdzić. Chyba na haju byłem albo totalna beztroska mnie prowadziła. Zamiast w stosunku do drogi którą przyszliśmy, zrobić totalną zawrotkę o 360 stopni w stokówkę (to ta droga którą moje oko tak mimochodem zarejestrowało) to ja sobie poszedłem w drogę, która faktycznie idzie wprost na Otryt. Oczywiście ślad jest jak odbijam od drogi i idę po lesie prawą stroną aż do końca jaru i dalej przekraczam nieznacznie 800 metrów. Później wracam trochę inna drogą, ale koło początku jaru ślady się dalej pokrywają. I zgadza się, że grzbiet był blisko ze szlakiem. Nazwy strumienia mapy nie podają. Nawet nie pisnąłem reszcie o moim odkryciu bo zadrżałby mój autorytet. Mam nauczkę dla siebie by czasami sprawdzać odruchy. A może to wina piątku trzynastego?
Jutrzejszym dniem się martwię, raz że nie wstaną wcześnie rano, dwa to nigdzie nie będą chcieli iść. Jedno i drugie zawali plany. Czas pokaże.
CDN…
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
14 listopada 2015 sobota
Na wszelki wypadek wstaję przed siódmą a nuż inni też wstaną. Jednak upływający czas znamionuje płonną nadzieję… Zenek wstał trochę później, pakuje się, też sprząta pokój bo dziś chce wyjechać. Na dole też senny nastrój. Czyli wyjdzie totalna kicha z planowanego dnia na Muczne.
Po ogarnięciu się wszystkich i po baaaaaardzo spokojnym śniadaniu jednak jest sygnał by ruszyć. Ostrzegam, że sobota jest dniem powszednim, co jest zgodne z wykładnią słownika języka polskiego i tego dnia drogowcy pracują, o czym zawiadamia stosowny komunikat na portalu leśników.
Grupa chce jedna spróbować, brat uparcie twierdzi, że za Stuposianami jest nowy(!) punkt widokowy i on chciałby z niego porobić kilka zdjęć. Tłumaczę mu, że jeśli to co czytał to jak nic, na pewno tekst niezmienny od 10 lat, czyli dla czytającego będzie on wiecznie nowy. Informuję, gdzie ten punkt kiedyś był i zapewne obecnie już jest zaniedbany, zarośnięty i raczej może tylko służyć jako parking. Brat jednak obstaje przy swoim, wierząc bardziej w słowo pisane niż swojemu bratu.
Pakujemy się w dwa samochody i jedziemy. W Stuposianach skręcamy w lewo i… macha nam drogowiec przy zjeździe, oznajmiając, że jeśli jedziemy do Mucznego to droga do późnego wieczora jest zamknięta. My informujemy, że się przejedziemy dalej, za nami robi to samo jakiś leśniczy. Z początku jest całkiem nowy asfalt i już myślimy, że tak będzie aż do frontu remontu, jednak później jedziemy po równej drodze acz bez bitumicznej nawierzchni, by dalej przejść w drogę „przed naprawą”. Jadąc pokazuję ten niby nowy punkt widokowy, Tutaj zatrzymujemy się na naradę. Kiedy stoimy na poboczu to wraca leśniczy, też się zatrzymuje i informuje, że jednak nie da się przejechać. Pytam się go czy drogowcy są przed nową drogą na Dydiową czy za? On nam odpowiada, że właśnie są koło niej i za chwilę to nie da się w nią wjechać i wyjechać. Informuje nas, że droga do Dydiowej jest zrobiona tylko do najwyższego punktu zbocza Kiczery Dydiowskiej a dalej jest po staremu. Szkoda, bo gdyby drogowcy byli dalej to można pojechać pod Kiczerę, zostawić tam samochód i na nogach dojść do Dydiowej a tak nie warto ryzykować by nie zostać uwięzionym do nocy.
Brat mnie teraz zaskakuje informacją a jednocześnie swoją spostrzegawczością, że jadąc do Stuposian to po lewej stronie widział na szczycie góry punkt widokowy. Przed wyjazdem na obwodnicę zatrzymujemy się i brat pokazuje, że… no faktycznie coś tam na szczycie Czereszenki jest. Ja jestem tym faktem totalnie zaskoczony i już mnie sprawa nakręca. Postanawiamy dojechać do parkingu i tam od drogi poszukać ścieżki. Brat wpada na prosty acz genialny pomysł by zadzwonić pod numer z tablicy informacyjnej o stadninie koni. Rozmówca informuje go, że punkt widokowy faktycznie istnieje, że jest prywatny, że ścieżka zaczyna się za jego ogrodzeniem i ma tam spuszczone psy, że nawet byłby skłonny nas przepuścić, ale jest nas za dużo i jesteśmy z psem a to wiązałoby się ze zbytnim zachodem z jego strony… udaniem się na miejsce, zagonienie psów, poczekanie aż zejdziemy by ponownie spuścić psy i … zaprasza w lato gdy psy są zabezpieczone.
Na parkingu żegnamy się z bratem, tłumaczę mu jeszcze jak ma dojechać na górę Sobień i do Szelców. Jak później się dowiedziałem to do ruin dojechał a do Szelców nie wstępował. Jeśli do Szelców jeszcze nie zawitał to znaczy nie jest jeszcze takim kompletnym bieszczadnikiem, ale to tylko moja prywatna skala.
Brat jedzie w prawo a my w lewo do Ustrzyk Górnych by je pokazać Agnieszce, jeszcze do sklepu i pada propozycja by jechać do Lutowisk. Ja w samochodzie siedzę wkurzony straconym dniem, jestem nabuzowany jak bulgocący czajnik na ogniu i gdyby mi tak wsadzili gwizdek w usta to bym bez wydechu gwizdał bez przerwy. Koło Procisnego nagromadzona para uruchomiła mózg a ten zaskoczył genialnym pomysłem, który natychmiast grupie oznajmiam… a jedzcie sobie do tych Lutowiska, ale mnie z Kolą wcześniej wysadźcie koło drogi w…
CDN…
-
3 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
…Chmielu, idącej w bok. To właśnie ta sama droga, którą dzień wcześniej szliśmy wszyscy. Teraz sam ruszam z Kolą, na wcześniej wypatrzoną na mapie stokówkę. Jest za kilka minut trzynasta, jak na listopad to całkiem ładna pogoda, świeci słoneczko chociaż czasami nadchodzą kłębiaste chmury, temperatura tak około 8 stopni, wieje ostry północno-zachodni wiatr, który czasami do nas się przeciska gdy znajdzie lukę w zasłonie z drzew. Szum jego słychać w górnych partiach drzew i widać jak przemieszcza chmury. Gdy zawieje przez opuszczoną gardę lasu to suwak kurtki i polaru podciągam w górę, przesuwam w dół gdy garda jest szczelniejsza. Tak będzie przez cały spacer. Dochodzimy do „pętelki” o której wspomniałem dzień wcześniej i tutaj od razu zmieniam kierunek prawie o 360 stopni z lekkim podejściem. Tym razem wiem jak idę a po kilkunastu krokach wiem też, że o tą drogę właśnie mi chodziło. Lubię chodzić po bieszczadzkich stokówkach, zwłaszcza przejść się taką mniej znaną lub prawie zapomnianą. Mam takie swoje ulubione a może tylko bardziej zapamiętane, które utkwiły w mojej pamięci dzięki swojemu urokowi lub tylko konkretnemu fragmentowi.
Ta od samego początku spacerku sygnalizuje, że jest deserem na mój tegoroczny listopadowy pobyt. Po kilku minutach marszu, w zaciszu pierwszego zakrętu, Kola dopomina się płynu i naładowania swoich baterii w brzuszku a jednocześnie szczekaniem sprawdza czy facet pomyślał też o niej. W plecaku mam dla niej butelkę ciepłej wody (jakoś się utrzymała w plastykowej butelce) i ulubione mięsne froliki. Zjada je z apetytem, część chowam na później, inaczej by każdą ilość zjadła, popija wodą, zaskoczona jej ciepłem. Ja gryzę snickersa na którego też łapczywie zerka. Chwila postoju i ruszamy dalej. Mija nas traktor z przeładowaną drzewem przyczepą, z takim raczej drobniejszym i jest to jedyna namacalna oznaka „życia” przez całą wędrówkę. No była jeszcze jedna później, ale taka bardziej słyszalna niż namacalna. Mijamy zakręt i jak na dłoni, już drugi piękny widok na dolinę Sanu (pierwszy był na samym początku) i na horyzoncie Połoninę Wetlińską. Brat tylko niech żałuje, że odpuścił wędrowanie tędy!
-
9 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Idąc czuję się jak w takim specyficznym teatrze, który stworzyła przyroda. Napisałem „specyficznym” bo antrakty są dłuższe od aktów spektaklu. W „przerwie” tutejszy teatr nie próżnuje, nie odpoczywa, on zajmuje oczy i słuch, uruchamia węch i wyobraźnię a to też składnik spektaklu. W antrakcie droga uracza zakrętami, to wznosi się, to opada, to pokazuję potęgę lasu, to potęgę „cichej wody”, to pokazuje swoją barwną malarską perspektywę z rudym dywanem z igieł modrzewia, by w innym miejscu zmienić się w szaroburą z nikłymi zieleniami po boku, zaskakuje nieczynną retortą z boku, schowaną strzelistą amboną, przynoszącą najczęściej śmierć a tylko czasami tylko cieszy oczy obserwatorów, zaś w innym miejscu pokazuje trud ludzi budujących drogę, gdy trzeba obejść jar ze strumieniem.
Niesamowite są te przerwy, nie nudzą, chociaż intuicyjnie i wewnętrznie przygotowują do spektaklu. W teatrze mamy dzwonki zapraszające do zajęcia miejsc na widowni, tutaj ten specyficzny teatr też zaprasza i emocjonalnie przygotowuje dzwonkami które tutaj są zbliżające się prześwity, widoczne z dalszej odległości lub z bliska, gdy wyjdzie się zza zakrętu. Dochodzę do prześwitu i następuje magia podniesienie kurtyny i słychać muzykę rozpoczynającą spektakl.
Kiedy powoli zbliżam się do drogi odbijającej do miejsca zwanego Jamniczne, widzę ze sporej odległości dym, z zapewne czynnego wypału, chociaż tego nie sprawdzałem. Gdy jestem całkiem blisko słyszę głośną i nienamacalną(!) oznakę ludzkiego życia… „ożeż q..a, no powiedz, że zapomniałeś zabrać /następuje chwila ciszy/ hahahahaha!” Nawet przez chwilę sobie zgaduję „czego ten ktoś zapomniał?”. Na mapie zaznaczona jest poniżej jakaś wiata, tak ciut poniżej rozgałęzienia, ale nie schodzę by sprawdzić.
Antrakt, któryś tam z kolei, bo ich nie liczę, wciąż trwa.
W mojej ocenie, to rozgałęzienie wyznacza wejście w drugą część drogi, której meandry nadal się wiją po zboczu Otrytu, by na do widzenia pokazać to co ma najlepsze i najładniejsze. Na ostatnim wzniesieniu zbliżam się do prześwitu… oj, ostatni to chyba dzwonek i ostatni akt… kurtyna podnosi się z rytmem relaksacyjnej psychodelicznej muzyki jaką gra wiatr, scena zalana piękną zieloną łąką, piękne widoki we wszystkich kierunkach… bezdech… a spektakl wciąż trwa. Gdyby to było lato lub ciepła wiosna, a co tam, nawet ciepła jesień i ta godzina co teraz to… usiadłbym sobie tutaj z Kolą i siedział aż bym wilka złapał albo on mnie, aż opadająca nocna kurtyna by zakończyła spektakl a może bym nadal siedział pomimo wygaszonych świateł i odtwarzał w myślach zapamiętane obrazy.
(Jasiu… jeśli to czytasz, to wiedz, że tutaj jest idealne miejsce oglądania latających smoków zionących ogniem).
CDN…
-
2 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
To chyba ta, którą na zachód dojdziesz do Sękowca... kręci raz w dół, a raz w górę i otwierają się często widoki.
Jak wrzuciłeś drugi post to jestem pewien ... zbierałem tam maliny na nalewkę... właśnie przy Jamnicznym.
... i wypał....
Załącznik 39535
... i wnętrze pomieszczenia "socjalnego" po Starze....
Załącznik 39544
-
10 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Czas jednak nieubłaganie płynie, rządzi się swoim nieubłaganym prawem… szkoda, że nie mam zasięgu bo bym zadzwonił do Ewy o późniejszy przyjazd a tak trzeba się zbierać zamiast napatrzeć się na zachód, na kolorowe chmury po zachodzie, na zapadający zmrok i ciemniejącą szarość w dolinie. Teraz rządzi czas i pokazuje na zegarku jak upływa, trzeba się śpieszyć bo ktoś drugi w tym samym czasie też patrzy na zegarek i może też śpieszy się bo wie, że ktoś też się śpieszy. Obłędna właściwość czasu nad którym medytowało tyle filozoficznych umysłów.
Koniec spektaklu, ale ten ostatni antrakt, że pozwolę sobie jeszcze raz tak nazwać powolne opuszczanie tego specyficznego teatru, trwa w najlepsze.
CDN...
-
9 załącznik(ów)
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Ruszamy dalej, teraz droga idzie ostro po zakręcie w dół, by wyjść na ostatnią prostą z perspektywami. Po swojej lewej stronie, patrząc ode mnie, coś majaczy przy brzegu strumyku… jakiś kominek??? Podchodzę bliżej, ano kominek na jakimś umocnieniu, dalej widzę właz, dalej ogrodzony domek „Punkt czerpania wody”, co wszystko wyjaśnia. Teraz lekki wygięty długi łuk drogi i… zabudowania Sękowwca. Koło Mini Baru robimy z Kolą mały popas przy pierwszym z brzegu stoliku. Wreszcie mogę powiedzieć… po tylu latach łażenia po Bieszczadach zawitałem pierwszy raz do Sękowca. Kurde, ładnie jest tutaj i można się tutaj nieźle zasiedzieć!
Pojedliśmy i popiliśmy z Kolą, teraz czas na finisz. Jest 15.10 kiedy podnosimy się by ruszyć na spotkanie z samochodem. U mnie godzina 15.10 zawsze kojarzy się z filmem „15.10 do Yumy” to klasyka westernu obok takich sław jak Rio Bravo, Siedmiu wspaniałych, W samo południe, Dyliżans, Pojedynek rewolwerowców, Ostatni zachód słońca… jest tego sporo.
Transport ma wyjechać po nas z Nasicznego równo o 15 i czekać przy drodze odbijającej do Sękowca, tak się umówiliśmy.
Mogę biurokratycznie teraz napisać… tutaj kończy się Droga Leśna numer jakiś tam xyz „DLxyz” jak ją mają gdzieś opisaną leśnicy. I niech tak mają!
Nikt mi jednak nie odbierze autokratycznego prawa do własnego nazewnictwa! Uwaga teraz! Oznajmiam wszem i wobec… od dzisiaj, droga którą przeszedłem, już nie jest Drogą Leśną z jakimś tam numerem, nie jest jakąś tam stokówką na Otrycie lub Bóg wie czym jeszcze, ona od dziś jest Drogą Recona. Nie ma zmiłuj… ja ją chrzczę po swojemu jako „Droga Recona” i taką od teraz ma nazwę!
Wychodzimy z Kolą na „główną” drogę, ale nikt nie czeka. I co na to rozważania o czasie, o jego filozofii? Łapię zasięg i wysyłam sms-a „idę w stronę Chmiela”. Mijam most do Zatwarnicy, koło odbijającej w lewo drogi w Jamnicznem postanawiam zaczekać, bo tutaj dobrze będzie zrobić zawrotkę samochodem. Za 5 minut jest Ewa.
W domu już pachnie ziemniakami, schabowymi i czerwonymi buraczkami. Jest ciepło, na zewnątrz robi się ciemno, ogień z kominka rozświetla salon, można jeść, wykąpać się, posiedzieć wygodnie przy cieple kominka, przymknąć oczy by wywołać obrazy z „teatru”, można w cichości duszy powiedzieć… ten dzień był nawet całkiem, całkiem.
W tej chwili przy kominku, to najlepszy stan umysłu, aż się wzdrygam gdy pomyślę, że miałbym w takiej chwili rozważać, tak nie przymierzając… zasadę nieoznaczoności Heisenborga.
Teraz uwaga dla tych co zechcą przejść Drogą Recona… mój kierunek jest najlepszy, chociaż ten z początkiem w Sękowcu może mieć jedną zaletę. Początek podejścia jest długim i monotonnym i pozbawia widocznej perspektywy, którą widać idąc w dół, ale jak już się wejdzie to można usiąść i popatrzeć na… końcowy akt. Bleee, to jak czytanie kryminału od końca, jednak tak niektórzy niecierpliwi lubią i nic mi do tego.
CDN…
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
przemolla
.. zbierałem tam maliny na nalewkę... właśnie przy Jamnicznym. .
przemolla, kiedyś musimy sobie popróbować tych naszych nalewek :)
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Cytat:
Zamieszczone przez
Recon
przemolla, kiedyś musimy sobie popróbować tych naszych nalewek :)
Tak zapewne będzie.... może wspólne zbieranie malin?;) Takiego aromatu, jak ten z nad Jamnicznego próżno szukać po świecie.
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
Kto nie pokosztowal malin nasiczanskich nic o nich nie wie.
Z całym szacunkiem.☺
- - - Updated - - -
Co się tyczy smoków to najpiękniejsze są oczywiście w Nasicznym.☺
-
Odp: Słów kilka(dziesiąt) o niedawnym wypadzie w Bieszczady
... a kosztowałem, kosztowałem w ubiegłym roku, nic im nie ujmując. Nie zaszkodzi nigdy, jeszcze raz pokosztować;)... aby się smaki utrwaliły. Wiem, wiem, wiem.... każda pliszka swój ogonek chwali.