W temacie nie tyle wilków...
W temacie nie tyle wilków, co samej wsi Wołkowyja (vide - świadomie unikam pisania Wołkowyi lub Wołkowyji, by uniknąć kolejnych dyskusji, która to pisownia jest poprawna i odesłań do miejscowych autorytetów...:-) ). Której zresztą mile nie wspominam, choć nie mówię wcale, że fatalnie jakoś. ALe po kolei...
Otóz zachciało mi się kiedyś na zielony szlak. Prosto z pociągu, pod koniec deszczowego wybitnie sierpnia. Niezbyt wyspanym będą - bo kto się wyśpi w pociągu z Łodzi do Zagórza, jadąc samotnie, ten potem musi nowy plecak kupować - postanowiłem wyruszyć wreszcie na szlak, który jakoś mi zawsze ucieka - w zielonym kolorze nadziei. Na cały się porywać nie zamierzałem, tym bardziej, że zapowiedziałem się już pod Jaworcem, ale gdzieś między Leskiem a Polańczykiem szlaku dosiadłem! I wtedy, zupełnie jak z pierwszym gwizdkiem sędziego w meczu na angielskiech boiskach, z nieba lunęło. Ściana deszczu. Niby nic w Bieszczadach oryginalnego, ale smutno się trochę zrobiło. Cóż było robić - wędrujemy w deszczu. Szlak był wyjątkowo nieciekawy, pełen traw wysokich zielonych (hihi, wiecie jaki to daje efekt w deszczu?...). Moje dżinsy szybko to odczuły od ochraniaczy do... Od ochraniaczy w górę... A że i kurtka powoli zaprzeczać zaczęła opinii o swej nieprzemakalności, po czterech, pięciu godzinach i zobaczeniu bardzo ładnego widoku na Solinę, nad którą chmury pięknie wisiały, postanowiłem... odpuścić. Wstyd przyznać, taki ze mnie mięczak.... I gdy po kolejnym podejściu szosę zobaczyłem za łąką - odpuściłem na maksa. Stwierdziłem że schodzę do szosy i za 5 minut byłem na asfalcie. Zmiana skarpet na suche i drepczę w stronę prawą, modląc się, by odcisków się nie nabawić. Nawet mapy już nie otwirałem, bo też mi jej żal się robiło pod tym prysznicem. Za jakieś 30 minutek byłem już w knajpie we wsi WOŁKOWYJA, gdzie przemiłe dziewczę zza baru, Monika się zwała bodaj, oceniła mnie wzrokiem jako obraz nędzy i rozpaczy i piwo grzane od firmy zaprponowała z luksusowym miejscem przy kominku. Piwo poszło szybko, potem miejscowy żu... znaczy ekspert, któremu wcześniej na wino złocisza dodałem, przyszedł mnie poczęstować i pogadać, a że "Komandos" z kolejnym grzańcem serce ociepliły - postanowiłem spojrzeć na mapę. By się przekonać, że z tego wzgórza co do szosy zszedłem, miałem jakieś 10 minut do rzeczonej knajpy... A szosą niezłe koło zawinąłem... Patrzę dalej i myślę, że chyba autobusdo Leska mnie czeka, potem dopiero Kalnica... Piwo następne więc biorę Moni się zwierzając, a Ona mi mówi, że 5 minut temu odjechał autobus, jedyny każdego dnia, do Cisnej przez Terkę! Wybiegłem - patrzę, coś podjeżdża. Uwierzycie, że to ten mój? Poczekał chłop dobry, aż po plecak wrócę i zabrał przez dziury tej drogi. We dwóch jechaliśmy, jak taryfą. Tę noc Pod Honem spędziłem....
Reasumując: Wołkowyja kojarzy mi się z mokrymi butami i niezłym daniem... pewnej częsci ciała na szlaku. Wilki w niej nie wyją (a na szlaku wiatr zawodzi), autochtoni natomiast bardzo są sympatyczni i rad chętnie udzielą. Tudzież wyjaśnień, czemu Wilków nie ma (bo "wilk" tym razem po 2,80 zł był w sklepie i szybko poszedł... Ostał się "Komandos"...
Pozdrawiam wyjąc to ze śmiechu to z żalu na myśl o wsi WOŁKOWYJA :-)