Odp: Czarnohora początkiem lipca
Niedzielne letnie południe. Rzucam okiem na termometr
.... Nie , to nie możliwe, chyba zwaryował, przecież u nas takich temperatur nie ma !?
Trzeba współczuć dziewczynom wędrującym po otwartych połoninach Czarnohory.
A może trzeba im zazdrościć ?
Może siedzą sobie w zimnych murach obserwatorium na Popie Ivanie (po remoncie )
i popijają świeżo podany kwas chlebowy prosto z beczki, zagryzając bezkresnymi widokami na Hryniawy i Czywczyny ?
Odp: Czarnohora początkiem lipca
Henio ;) Tak, dziewczyny wróciły całe spalone i piekące od słońca. Niemniej uważam, że temperatura była znośna a pogoda udana! Było bardzo słonecznie, czasami (bardzo) wietrznie więc przyjemnie. Głównym grzbietem Czarnohory szłyśmy w niecałe 3 dni (trzeci dzień był leniwy i na spokojnie). Pierwszego i drugiego dnia na niższych wysokościach upał pewnie taki jak u was, wyżej -ok 1500-1800 m w sam raz czyli słonecznie bez upałów, a na wysokościach 2000 wygwizdówa że kurtka i polar to było mało i będziemy pamiętać by na następny raz na takie wysokości nawet w lipcu brać rękawiczki (Iza z zimna na chwile straciła czucie w palcu). No ale jak zeszłyśmy z 200 metrów to znów zrobiło się ciepło a niżej gorąco -więc mimo nieustającego słońca (i pewnie upałów we wsiach) my miałyśmy różne temperatury w zależności od wysokości i ukształtowania terenu -więc nie było masakry jak we wsi. Jednak niewiedzieć kiedy po drugim dniu sporo się spaliłyśmy (ała!) a trzeciego to już słonko dawało czadu (na Popie jednak kurtka była obowiązkowa). Na czwarty dzień chasania w upale bo bocznych górkach Czarnohory zaopatrzyłyśmy się w krem z filtrem ale było już w sumie za późno... ;)
Bogdan, relacja będzie bo muszę ją napisać, gdyż był to warunek konieczny pod którym pożyczono mi namiot ;D Co do pracy -nie martw się, też mam teraz kocioł i aż się boję co jutro w niej zastanę podczas kilku dni nieobecności -ale grunt to tak rozłożyć sobie robotę by jednak znalazło się tych kilka dni na kochane górki bo bez tego to nie ma opcji :D
ps. Widoki były kapitalne!
Odp: Czarnohora początkiem lipca
Halo Jimi-milo ze wrocilas czekamy wszyscy na relacje i zdjecia-tylko pozazdroscic nie tylko tych widokow i przezyc z wyprawy ale przedewszystkim tego ze kazda/doslownie/chwile wykorzystujesz by byc w swych kochanych gorach
Odp: Czarnohora początkiem lipca
A jak tam sprawy terrorystyczne? Właśnie wyczytałem info, ze w Mukaczewie z granatników się strzelali:
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/ukra...-zabici/3xwvr7
a mam zamiar jechać we wtorek na Brżawę i w Gorgany.
Odp: Czarnohora początkiem lipca
Na tą chwilę jeszcze jest bezpiecznie,chociaż dochodzą słuch o rozprzestrzeniającej się po kraju nielegalnej broni,która zapewne w razie nastania chaosu w napewno zostanie użyta do niecnych celów.Na razie można jeszcze jechać i trzeba kożystać bo nie wiadomo jak długo jeszcze:-(
Odp: Czarnohora początkiem lipca
W tym artykule też pisali, że broni coraz więcej. A na granicy normalnie, po wsiach w górach wojsko nie chodzi z granatnikami?
Odp: Czarnohora początkiem lipca
Bez przesady,nic takiego nie ma miejsca,życie toczy się dawnym rytmem,nie ma ani wojska,ani milicjii ani tym bardziej broni na ulicach.Będąc w karpatach trudno uwierzyć ,że na wschodzie toczy się wojna.
Odp: Czarnohora początkiem lipca
Odp: Czarnohora początkiem lipca
Niestety sytuacja się zaostrza......
2 załącznik(ów)
Odp: Czarnohora początkiem lipca
Chciałabym wrócić do tematu wędrówki.
Po godzinie 7 wyjechałam pociągiem z Rzeszowa do Przemyśla, w którym umówiłam się z Waderą na 9. Tam wskoczyłyśmy do znanego nam busa za 2 zł do Medyki, który kursuje co chwilę. Granicę przekroczyłyśmy sprawnie. W międzyczasie uciekła nam jedna godzina, gdyż Ukraiński czas jest przesunięty o godzinę do przodu. Warto jednak pamiętać, że na Zakarpaciu, zwłaszcza we wioskach często, oczywiście nieoficjalnie, nie respektuje się czasu tzw. kijowskiego i używa się czasu zakarpackiego czyli takiego jak polski. No ale teraz naszym kierunkiem jest Lwów. Zaraz za granicą, w Szegini wsiadamy w marszrutkę za na polskie 7 zł do Lwowa i jedziemy nią niecałe 2 godziny po wybujałych drogach. Pod najpiękniejszym dworcem na świecie jesteśmy po godzinie 13 czasu Ukraińskiego.
Załącznik 38353
Zjadłyśmy obiad, wypiły najlepsze piwo lwowskie i podumały nad mapą. Potem spotkałyśmy się z kolegą Iwanem, z którym umówił mnie Heniek. Przed godziną 16 ruszyłyśmy pociągiem relacji Lwów - Rachów. Jechałyśmy w przedziale z bardzo miłą matką z córką pochodzące z Jaremczy. Do dziś bardzo ciepło je wspominam. Przedział kuszejny -czyli najlepszą klasą a 8 godzinna podróż kosztowała nas 16 zł. Mogłyśmy wybrać klasę normalną za 9 zł ale po co? Piszę tak o cenach, gdyż kurs hrywny jest teraz strasznie niski, ceny jednak nie wzrastają proporcjonalnie do tego spadku wartości waluty, więc podróżowanie po Ukrainie jest teraz coraz tańsze. Na przykład koszt dojazdu licząc od wyjścia z mojego domu w Rzeszowie do centrum Lwowa kosztował mnie 19 zł.
Wysiadamy w Kwasach, czyli niewiele przed końcem relacji pociągu. Jest już za kilka minut północ. My jednak jesteśmy odważne dziewczyny i plan zakładał spanie w namiocie gdzieś na obrzeżach. Szybko zorientowałyśmy się jednak że także w Kwasach wysiadła z pociągu grupka ukraińskiej młodzieży. Byli młodsi od nas, wyposażeni w duże plecaki, karimaty. Ten ostatni element dał nam sporo do myślenia nad ich planami noclegowymi. Iza rzuciła hasło, które mnie bardzo rozbawiło - "idziemy za nimi !! ".
Najpierw niepozornie dreptałyśmy z tyłu. Szli cały czas wzdłuż torów a my za nimi. Tory przechodziły wysokim, wąskim mostem nad dużą rzeką. Trochę nogi się pode mną ugięły. Było już późno, ciemno. Na szczęście księżyc był w dobrej fazie lekko po pełni. Ostatnie zabudowania były jakiś czas temu. Grupa nie reagowała na dwie nowe przyczepy idące kilka metrów dalej. Wycieczka szła gdzieś do lasu na biwak a my w zasadzie też, zrobiłyśmy sobie żarty śledząc ich. Widać było, że czegoś szukają. Niepewnie wchodzili w boczne ścieżki, z których po chwili wracali. My w tym czasie zwalniałyśmy tempo. Poszli w bok, po czym zaraz wrócili na tory. W tej sytuacji to my byłyśmy teraz z przodu a wycieczka za nami.
-"Cholera Iza, teraz my prowadzimy!!" -zauważyłam.
-"Ale dokąd??"
-"No właśnie nie wiem" :D
Robiąc głupa szłyśmy po prostu do przodu, dalej po torach. A wycieczka po prostu za nami. W końcu Iza stwierdziła, że bez sensu już tak iść a że teren w tym miejscu wyglądał jakoś dziwnie równo i przyjemnie pod namioty -postanowiłyśmy tutaj się zatrzymać. Trzeba było tylko wejść na niewielki pagórek obok i tam zarysowała się wielka łąka idealna na namiot. Wdrapałyśmy się. Wycieczka poszła dalej prosto. Po dwóch minutach zobaczyłam, że wracają się do nas. Hehe. Ja się odwróciłam i ujrzałam że za moimi plecami jest piękna duża łąka i robiące nieopisanie wielkie wrażenie wielkie ruiny. W tym momencie wszystko stało się jasne! Ta wycieczka szukała ruin niedoszłego schroniska a to my przez czysty przypadek je znalazłyśmy. O istnieniu ruin schroniska w Kwasach dowiedziałyśmy się właśnie od Iwana w Lwowie. W zasadzie ogromny obiekt a właściwie kompleks obiektów nigdy nie został ukończony i oddany do użytku, po czym popadł w ruiny. Po północy w pełni księżyca wyglądało to na prawdę imponująco. Załączę zdjęcie ale zdaję sobie sprawę, że niewiele na nim widać. Wszyscy rozłożyliśmy tutaj namioty.
Załącznik 38352