Może byc, tyz piknie :)Cytat:
Zamieszczone przez T.B.
Wersja do druku
Może byc, tyz piknie :)Cytat:
Zamieszczone przez T.B.
Derty, bractwo coś się z wiosną rozdokazywało, więc głębszej refleksji chyba nie będzie.
Reklama wszelkiej jadowitej gadziny, a żyjącej w Biesach rzeczywiście może przestraszyć "strasznych turystów". Pamiętam red. Zielonackiego i "kolorowy zawrót głowy", czyli stacja klimatyczna w Wetlinie, wyciągi (min 5 szt ) na Smerek, trasy zjazdowe, baseny, dyskoteki itd itd. Wrzawa w mediach trwała kilka miesięcy, a latem na polu namiotowym ludzie wbijali śledzie sobie nawzajem w plandeki, tak było ciasno. Po 3 sezonach ucichło i wróciło do normy. Fakt, że po każdym nagłośnionym przez media wypadku w Bieszczadach, np piorun zabił, niedźwiedź poturbował, żubr połamał dziewczynie nogi i przebił rogiem, wszyscy moi znajomi nie wędrujący po górach pytają mnie, czy się nie boję : zwierząt dzikich, drwali pijanych, ukraińców z nożami itd itd. To są możliwe środki do celu : wypłoszyć, zniechęcić mieszczuchów. Ale problem jest taki:Jak ma być, żeby były kosze i kontenery opróżniane, kible czyste jak w bazie w Łopience, miejscowi zarobili na chleb i coś do chleba, a ja nie musiał wysłuchwać pijackich ryków na polu w Bereżkach.
Długi
Cześć! Dziękuję za odpowiedzi i podtrzymanie na duchu Admina, Dertego i Piotra. Widzę że moja wypowiedź doprowadziła do waśni na forum chociaż temat był prosty i nie wymagał filozoficznych dyskusji. Chciałam pokazać, że nieroztropne zachowania ludzi mogą doprowadzić w pewnych momentach nawet do tragedii. Nie chciałam już poruszać kwestii wchodzenia na szlaki i do lasu z wielkimi psami bez smyczy i kagańca ale to jest też problem który wydaje nam się dość poważny szczególnie w przypadku małych dzieci i kobiet. Temat śmieci był jest i będzie mi szczególnie drogi i będę z nim walczyła choćbym miała sama dźwigać worki śmieci tak jak Ci biedni ludzie na Jaśle. Z Waszych wypowiedzi wnioskuję ze jest kilka grup ludzi którzy się wzajemnie nie darzą sympatią. A przecież wszyscy jeżdżą w Bieszczady - góry naszych marzeń, może niespełnionych, ale wszystko przed nami. Większość z Was była tam kilkadziesiąt razy a my biliśmy kilka i to wystarczyło aby nas tam ciągnęła siłą która wzmaga się za każdym wyjazdem z Bieszczad i do tej pory nie żałuję że musiałam wrócić się po parasolkę ponieważ widok z Jasła jest tak cudowny że zakochałam się w tej górze od pierwszego wejścia. Bardzo ciekawy opis wejścia na Jasło jest na stronie Piotra, który miał przyjemność tamtędy wędrować i utrwalił je na fotografiach. My jeszcze nie mamy aparatu i dlatego „pożeramy” wzrokiem wasze relacje i fotografie na stronach www.
Mam pytanie do T.B. co to znaczy „TWA JSB”?
Macie mi za złe że wzięłam ze sobą parasolkę. Ja myślę że to nic złego gdyż widziałam już kilku „wyrafinowanych” turystów z parasolkami, gdy inni „twardziele” mieli mokro w plecaku a wiem że jeszcze nikt nie wymyślił nieprzemakalnego materiału. Parasol może również uchronić przed nadmiernymi promieniami słońca, co szczególnie w górach może być niebezpieczne.
Alkohol ratuje życie w krytycznych sytuacjach, ale nie w słoneczny dzień szczególnie gdy się po nim zasypia i to w górach. Irku dziękuję za przyznanie się do żartu. Faktycznie świat jest mały i szkoda że wcześniej Ciebie nie znałam.
Wiem że macie zamiar spotkać się w maju na tzw KIMBie. Może on będzie miejscem gdzie wszyscy zasiądą przy jednym ognisku i po indiańsku wypalą fajkę pokoju?
Będę z Wami duchem.....
Pozdrawiam
Andżela
ps
kto to jest Ryszard Szociński?
www.twojebieszczady.pl/wydawn/wiatremz.phpCytat:
Zamieszczone przez AngelaB
Hej:)Cytat:
Zamieszczone przez AngelaB
Angelo, to nie tak, to tylko dyskusja na Forum sie rozgrzała, ale jak zobaczą krzynkę piwa na jednym i tym samym stole, to będą do siebie przepijać, że hoho :)
Szkoda, że nie zjawisz się na KIMB-ie, bo mogłabyś nam zagrać swój bieszczadzki hejnał - każdy gra go trochę inaczej :D
Pozdrawiam
Derty
PS: Widok z Jasła jest niezapomniany, ja tam zawsze dostaję gęsiej skórki, bynajmniej nie z zimna.
Ja myślę, że tu nie ma żadnych grup trzymajacych parasol :mrgreen: ... znaczy się, chciałem powiedzieć - żadnych grup nie darzących się sympatią. Są tylko dyskusje. Gdyby nie było dyskusji, czasem zaciętych, to forum by umarło. Waśnie i spory, to jest to, czym karmi się każde forum dyskusyjne. Natomiast inną sprawą są pewne granice, których kulturalni ludzie nie przekraczają. I na tym forum nie przekraczają. A jak ktoś przekracza, to krótki jego żywot. Trzeba też mieć minimum poczucia humoru i dystansu do samego siebie.
TWA JSB = Towarzystwo Wzajemnej Adoracji Jedynych Słusznych Bieszczadników
Zgadnij, kto jest prezesem? :wink:
Nie przesadzajmyz tym alkoholem, są inne napoje do picia w górach. Ja np. polecam zarówno latem jak też zimą gorącą herbatę.A mocniejszych trunków można napić się gdzie indziej.SZANUJMY GÓRY, pRZECIĘŻ JE WSZYSCY KOCHAMY.
Nie przesadzajmyz tą gorącą herbatą, są inne napoje do picia w górach. Ja np. polecam piwo, latem w zroszonej szklance lub puszce, a zimą grzane. A gorącej herbatki można napić się gdzie indziej.SZANUJMY GÓRY, PRZECIEŻ JE WSZYSCY KOCHAMY.Cytat:
Zamieszczone przez Tarnina
:twisted:
Kochajmy wszystkich, którzy szanują góry.
Oburącz podpisuję się pod opinią ww - szanujmy tych, którzy szanują Bieszczady, góry, w ogóle naturę.
A Biesom nie przeszkadza ani piwko, ani herbatka...
Ważne jest tylko ile się pije i - przede wszystkim - z kim się pije!!!
Pozdrawiam
Kriss40
Cześć,Cytat:
Zamieszczone przez Tarnina
Tarnino, kobieto o pięknym nicku :) Mam dla Ciebie i wielu innych, którzy popijanie na pikach traktują jako zjawisko szkaradne, przypowieść. O dziwo niezwykle podobną do historii opisanej przez Angelę. Rzecz zdarzyła się dawno, dawno temu, za siedmioma górami itd, gdy snułem sie głównie po Tatrach...(Przepraszam Adminie, że to nie o Biesach, ale na wytłumaczenie mam to, że czasem widać Tatry z Wetlińskiej). Zmęczony 1,5 miesięcznym obijaniem się po Tatrach trafiłem z kumplami na pik Świnicy, gdzie dogorywaliśmy dosłownie od nadmiaru słońca, wspinania i zużytej na odkwaszanie mięśni litworówki. We flachach po litworówce taszczyliśmy już tylko źródlaną wodę. Na pik trafiła w pewnym momencie grupa ludzi, a któremuś z naszych odbiło i zaczął rozmowę w stylu: jeśli zejdziemy tam, do tego budynku widocznego na pobliskim szczycie, to stamtąd już tylko chwilka do Morskiego Oka. Drugi z nas zaraz spytał, czy to widoczne schronicho to Pięć Stawów, trzeci rzucił, że nie wie, ja go poparłem, a przybyłym na pik turystom gały wylazły z orbit, bo to o czym mówiliśmy, to przecież był Kasprowy Wierch i jak można było pomylić TAKĄ górę?!?! Po chwili otrzymaliśmy od jednego z przybyszów przepiękną lekcję topografii Tatr z elementami obejmującymi nawet drogi wspinaczkowe :D Leżeliśmy na głazach zasłuchani w wykład, leniwie sącząc wodę z flachy i patrząc na niemal chciwe spojrzenia przybyłych, gdy przytykaliśmy gwincik do spieczonych warg i z udawanym skrzywieniem łykaliśmy perlisty napój. Brakowało nam tylko kilku butelek piwa, które zwyczajowo sprzedawane było wówczas we wszystkich górach świata leżących blisko cywilizacji, tylko nie w Tatrach.
Zakończenie historii było takie - zaproponowałem im, że jeśli mają jakieś odpowiednie naczynko, to naleję im życiodajnego płynu. Wyciągnęli kieliszeczek turystyczny (sic!) i łapczywie podstawili do napełnienia, a w tym momencie mój kumpel wywlókł z worka pęto liny asekuracyjnej i jakieś szpeje do wspinania i podał im metalową parzymordę informując, że z tego się lepiej napiją. Gdy skosztowali 'litworówki', szybko pożegnali się i zeszli na dół. A myśmy nadal leżeli skąpani w słońcu, sycąc oczy widokiem, a uszy niepowtarzalną ciszą. Pomyślałem wtedy też, że trzebaby wyciągnąć z worka składany parasol, bo od zachodu nadciągała jakaś czarna i wredna chmura, a mój anorak był już lekko sterany. Aha, przed zejściem w dół jak zwykle pozbieraliśmy wszystkie pozostawione przez wytrawnych turystów śmieci, żeby nie było, że nie dbamy o nasze kochane górki.
Myślę, że kwestię łykania C2H5OH możnaby zamknąć stwierdzeniem: pijesz, Twoja sprawa, dopóki nie stajesz się przez to przykrym dla innych. I nic to nie ma do KOCHANIA GÓR, nic, a nic...
Derty
Derty,.przeczytałam i masz tu trochę racji...a post zacząłeś tak mile, że tym bardziej przyjemnie mi się go czytało. Pozdrowionka. Tarnina
Czytam sobie od przypadku do przypadku to forum... Od jakiegoś czasu po jego lekturze zaczęło dręczyć mnie jedno pytanie. Co to takiego ta "stonka", o której tak krzyczycie, czy jest jakaś definicja, albo może jakiś opis? Bo czy mozna nazwać "stonką" faceta w sandałkach z trójką dzieci, którzy wybrali się na górską wycieczkę po obiedzie, a kiedy dziecko rzuca papierek od cukierka, to facet zaraz każe papierek schować do kieszeni z braku kosza na smieci? Czy może "stonka" to taki gość w ubraniu jak ze szkoły surviwal'u, zostawiający ślady swojej bytności wszędzie, gdzie był w postaci puszek po piwie, papierków po czekoladzie, wyrwanych krzaczków jagód albo innych podobnych? To co to właściwie jest ta "stonka"?
Stonka jest owadem szkodliwym przez to, że
żeruje niszcząc środowisko, oraz
żeruje w masie.
A zatem:
1. Tłum niedzielnych turystów, ubranych kościółkowo i w sposób sprzeczny z zasadami turystyki górskiej, z gromadą dzieci, etc., stonką ... nie będzie, jeśli nic na swej drodze nie zdemoluje, nie zdewastuje i nie zaśmieci.
2. Indywidualny, samotny turysta, w stroju jak z westernu (lub jak wolisz ubrany wg mody survivalu), który pozostawi po sobie śmieci i zniszczenie przyrody lub urządzeń turystycznych, stonką też ... nie będzie. Będzie za to zwykłym chamem (a to jeszcze gorsza kategoria).
Ad. 1. Zjawisko występujące (niestety) niezwykle rzadko. Traktowane jako wyjątek (pozytywny) od reguły.
Ad. 2. Także (na szczęście) zdarza się rzadko. Wyjątek negatywny od reguły.
Czytam was od dawna i znam wielu osobiscie i dzis ubawiłem sie do syta czytajac o stonce, wódzie i złym zachowaniu ich. Przecież wielu z was robi to samo!!! nie bede wymieniał po imieniu ale dobrze wiecie ktorzy tez z was chodzą z alkocholem na szlak
używajać głośnej podwórkowej łaciny i nie bacząc na zakazy wchodzą w miejsca niedozwolone dewastując to co ktoś pilnuje i dba o to.Myśle że zamiast wysmiewać i ganić stonke powinnyście sami sobie przypomnąc swoje wybryki i dopiero coś pisać.
pozdrowienia
Bo ja to jestem sfrustrowany. Ostatnio, jak obrodziły mi dzieci, to po górach musiałem przestać biegać. Ot, jakiś mały wypad w czasie wczasów, a i tak rodzinka czuje się... no powiedzmy zmęczona. Góry, jak to góry - kupa kamieni jeden na drugim - nie każdemu się podoba takie zwałowisko (i chwała Bogu), ale to ja właśnie chodzę w sandałach z drużyną dzieciaków. A po co mi inne obuwie na spacer. Nie zawsze trzeba wyglądać jak wytrawny turysta. Jak nosiłem 30 kg na plecach, to wódę też miałem w plecaku, a raczej jej ekstrakt 98%. Taka mała ćwiarteczka. Tyle, że to było w celach leczniczych i jak jednego roku butelki nie otworzyłem, to miałem na następny (głupie nie - alkohol się ulatnia). Myślę, że picie mocniejszych napojów na szlaku w naszym, polskim wydaniu jest nie wskazane (choć nikt nikomu nie broni - poza ustawą mówiącą, że w miejscach publicznych nie wolno...). Co do robienia sobie głupich żartów z turystów, to uważam to za chwyt poniżej pasa. Nie wiadomo, na kogo się trafi. Następnym razem taki "zażartowany" człowiek może w ogóle się nie odezwać w nomencie, kiedy to będzie potrzebne. Będzie się bał, że znowu padnie ofiarą jakiegoś trefnisia. No cóż, nie mogę skończyć. Muszę wyprawić moją gromadkę do szkoły. Zaczyna się dzień. Trzymajcie się ciepło.
<<<Myśle że zamiast wysmiewać i ganić stonke powinnyście sami sobie przypomnąc swoje wybryki i dopiero coś pisać>>>
Zlazłem ze szlaku na maksymalnie 10 metrów żeby zrobić lepsze zdjęcie. Mea culpa :oops:
Nosiłem herbate zaprawioną (ostro) rumem z Jamajki i ją piłem na szlaku, szczególnie często na Tarnicy, Rawkach, Haliczu. Mea culpa. :oops:
Wziąłem kamień z jaszczurką żeby pokazać żonie z bliska tego gada. Mea culpa. :oops:
Wprowadziłem w bład 2 turystów co do czasu wejścia na Wetlińską mówiąc im czas o 20 minut krótszy a była 15.00. Mea culpa. :oops:
Wyszedłem na szlak w koszuli z kołnierzykiem (takiej niedzielnej). Mea culpa. :oops:
Nie zareagowałem jak jakiś smarkacz rzucił papierek na droge bo byłem zajęty swoja kanapką. Mea culpa. :oops:
Umknąłem na punkcie kontrolnym od płacenia biletów za wstęp do Parku 1 raz bo Pani poszła do wychodka. Mea culpa. :oops:
Więcej grzechów nie pamiętam a żałuję też za te których nie pamiętam...Mea culpa.
No to jestem skreślony... :cry:
Chyba że miłośierni bedziecie :?
Pozdrawiam
Pyton!! Ty STONKO!! :P Jesteś lepszy ode mnie, bo ja żonie wziąłem kamień bez jaszczurki:)
A zamiast rumu wlewałem do arbaty spiryt... :D Co prawda w błąd wprowadzałem ludzi z tysiąc razy, ale skąd mogłem wiedzieć, że chodzą szybciej niż oceniłem ich możliwości?:P
Wielu Wspaniałych Wypraw w Góry
Derty
Panie Pyton, Ty masz rację.
Pyton, te Twoje "grzechy" to nic w porównaniu z moimi.
Ja w zeszłym roku w Bieszczadach, będąc na silnym kacu, to zwymiotowałem pod krzaczkiem. Mea maxima culpa ! :roll:
I jeszcze coś strasznego sobie przypomniałem. W zeszłym roku poczyniłem małe spustoszenie w faunie bieszczadzkiej: zabiłem szerszenia, który latał po moim pokoju.
Ale w tym wypadku nie tylko ja jestem winien. Ów mój nikczemny uczynek widział Bartko i nie doniósł !!! To skandal. Teraz niniejszym ja, tu - na Naszym Forum, donoszę na Bartka: On nie doniósł !!!
Synu, a czy to napewno są juz wszystkie Twe niecne uczynki przeciw florze i faunie bieszczadzkiej??? Jestes pewien???Cytat:
Stały Bywalec
I jeszcze coś strasznego sobie przypomniałem. W zeszłym roku poczyniłem małe spustoszenie w faunie bieszczadzkiej: zabiłem szerszenia, który latał po moim pokoju
No jakby tak dobrze pogrzebac w pamięci, to napewno coś by się jeszcze znalazło.
Uczyn to więc niezwłocznie, by sumienie Twe dokładnie się oczyścić mogło :D:D:D
Eeee, nie jest źle, SB zubożyl faune o szerszenia, ale wzbogacil o pawia, bilans wychodzi więc na zero. :D
A ja z lubością przypominam sobie te hektolitry piwa wyżlopane na szczytach i w dolinach, herbatę zaprawianą rumem tuziemskim na DK, jabola "Bieszczady" obalonego z gwinta w drodze na Wetlińską, tequilę od Ciekawskiej i whisky z piersióweczki Zbyszka i Wioli wypite na zeszlorocznym kimbie, gorzką żolądkową w Lesku, wytrawne chilijskie wino w Jaworzcu, kadarke, beherowkę i inne trunki, ktorych tu nie pomnę...
Nie,nie, to nie jest rachunek sumienia.
Bo za grzechy, moi drodzy, to trzeba by wtedy żalować. :P
Do WueM: przeglądając ten temat doszedłem do wniosku, że chyba zostaniesz zaliczony do stonki, bo ja to na 100%. W góry zaglądam sporadycznie (notoryczny brak czasu), ale jak jestem to potrafię terenowym autem marki 126p wjechać gdzie się da a raczej nie da (pod J. Dusztyńskie- 1987r), wykupić całą dostawę piwa do sklepu (tylko 2 skrzynki- coś koło 197...), w białej koszuli i pantoflach pałętać się po Wetlińskiej i najgorsze na koniec: plątać się po Bieszczadach z karawanem (lodówka, telewizor itp.).
Na pociechę: pamiętajcie, tylko krowa poglądów nie zmienia, kiedyś miałem podobne poglądy jak większość tu obecna (bez obrazy).
Pozdrawiam wszystkich.
PS W czerwcu będę okazyjnie w Bieszczadach i na pewno będę miał w bagażniku garnitur, namiot, kalimatę, śpiwór, laptoka, komórkę, maszynkę do golenia (elektryczną) i wszelkie inne zło, które mnie dyskryminuje w oczach prawdziwych turystów.
I jeszcze jedno: "Piwo pite z umiarem nie szkodzi w żadnych ilościach"
:oops:
A mógłbyś powiedzieć gdzie będziesz parkował? ;-)))Cytat:
Zamieszczone przez tomekpu
A tak poważnie: też wożę podobne rzeczy i nie widzę w tym nic złego. Dawniej bywało róznie: mogę sie przyznać bo prawdziwi bieszczadnicy pojechali na KIMB i nie czytają,hehe: pod koniec 198. wiozłem na rowerze... koldrę i prześcieradło, a kuzyn poduszkę. Były niezłe jaja na polu namiotowym w UG i na Chrewcie, bo 2 godziny myśleliśmy i kombinowaliśmy jak to przeniesć do namiotu żeby nikt nie zauważył, hyhy - jeszcze kołdra byla taka ordynarna - w kwiatki ;-) jakoś sie udalo, ale byłby niezły ubaw jakby nas ludziska wyczaili z tym majdanem. Teraz jeszcze jak sobie przypomne to śmiać mi sie chce. I tak dobrze że nie wziąłem wtedy nieśmiertelnej pierzyny. W sumie tylko dlatego, że nie zmiesciła mi sie na bagaznik od roweru. :)
>>hehe: pod koniec 198. wiozłem na rowerze... koldrę i prześcieradło, a kuzyn poduszkę.
Piotrze to aż taki wiekowy z Ciebie facet?
No i jeśli pod koniec, to znaczy była zima, trzeba było jednak pierzynę zawsze to cieplej.
:wink: :roll:
Wczesnie zaczynałem ;)Cytat:
Zamieszczone przez Anka
Środek lata był. Koniec 198. - mialo być lat 80-tych, zapomnialem jaki to rok był. Wiekowy to i skleroza mnie coraz czesciej dopada. Pierzyna tak. Jest the best. Niestety wyszły mi juz wszystkie. Buuu. ;)Cytat:
Zamieszczone przez Anka
Moze to tylko taka prowokacja, ale moze i sie myle.
z parasolem w gorach jest tak jak juz ktos tutaj napisal - przyciaga piotuny.
picie alkoholu w gorach nie jest niczym zly, jezeli smieci zabieramy ze soba. bez mapy mozna bez problemu chodzic, jednak do tego trzeba miec chocby zielone pojecie jak dojsc do celu w ktorym zmierzamy. kazdy cieszy sie gorami na swoj sposob. jedni - tak jak pewnie Ty - lubia spokojnie chodzic po gorach z chlopakiem, a inni wola wypic winko w ciszy i spokoju podziwiajac gory. :)
pozdrawiam
stefankmiot
Trafił mi się ostatnio ciekawy tekst dotyczący określenia (bardzo wnikliwego) co to takiego jest "turysta"... Zygmunt Bauman w swojej książce pt."Dwa szkice o moralności ponowoczesnej" wyodrębnił 4 ponowoczesne (współczesne) wzory osobowości: spacerowicza, włóczęgi, turysty i gracza... chciałbym przytoczyć tu rozdział pt."Turysta":
... tekst o tyle ważny że w opisie tym z pewnością każdy z nas znajdzie tu jakis jeden swój grzeszek turysty... Myślę że rozdział ten przyczyni się też do łatwiejszego zdefiniowania tzw stonki... Polecam oczywiście całą lekturę tej książki.Cytat:
Podróżowano - grupą, w towarzystwie czy w pojedynkę, jak długo ist-nieje ludzkość. Zapuszczali się w nieznane tereny żołnierze, by podbijać lub plądrować. Wędrowali kupcy, by nabić kiesy. Podążali do miejsc świętych pielgrzymi, by zarobić na zbawienie duszy. Szukali po świecie zarobku nędzarze, dla których zabrakło żywności w domu. Przemierzali setki mil żądni wiedzy studenci, by usiąść u stóp Mistrza. Wędrowali cze-ladnicy - zanim, opanowawszy arkana rzemiosła, sami stawali się majstra-mi, do których ściągali na naukę uczniowie. Ale nikt z nich nie był turystą. Turysta jest postacią nowoczesną.
Turysta opuszcza dom w poszukiwaniu wrażeń. Wrażenia, i opowie-ści o wrażeniach - oto jedyny łup, z jakim wraca, i jedyny na jakim mu zależy. Od włóczęgi, którego pod wieloma względami przypomina, tym się różni, że podróżować nie musi. Nic go z domu nie wypędza, poza nieukojonym pragnieniem przygody. Co turysta czyni, czyni z własnej woli. Nie ma więc w turyście tej uległości wobec tubylczego świata, tej po-kory wobec kapryśnych i niezgłębionych jego reguł, tej rezygnacji wobec pełnego zaskoczeń losu, jakie cechują, z konieczności a nie z wyboru, włóczęgę. Wybrawszy wędrówkę, może się turysta zdobyć na wyniosłość wobec świata, jaki zwiedza: jego to wola uczyniła ten świat światem, jaki się zwiedza, światem wartym zwiedzania i świat ten musi spełnić ocze-kiwania turysty, musi się wysilić, aby godnym odwiedzin pozostać. Turysta płaci, turysta wymaga. Stawia warunki. Może w każdej chwili odwrócić się plecami, jeśli uzna, że warunki nie zostały spełnione, lub że spełnia się je opieszale czy niedbale. Włóczęga kłania się tuziemcom; turysta oczekuje tubylczych pokłonów.
Jako że to jego nieprzymuszona inicjatywa jest przyczyną sprawczą tego, że znalazł się w tej, a nie innej okolicy (i że w ogóle opuścił dom, w jakim mógł przecież równie dobrze pozostać) - turysta postrzega świat jako tworzywo posłuszne jego dłoniom i, co najważniejsze, woli. Turysta nie wystawia swych sztuk w teatrze wyobraźni, jak to czyni spacerowicz: chce, by aktorzy grali naprawdę, dobierając scenariusze odpowiednio do jego upodobań. Aktorzy mają być świadomi jego wyma-gań, a wymagania te kierować mają ich postępowaniem. Turysta jest artystą; turystka jest twórczością. Świat przez turystę odwiedzany jest surową bryłą marmuru, której turysta nada kształt swoich przeżyć.
Jeśli włóczęga opuszcza miejsce chwilowego postoju, by odmienić nie-znośny los, turysta wybiera się w obce strony, by wzbogacić skarbiec swych wrażeń. Szuka nowych „doświadczeń"; a nowych doświad- • czeń dostarczyć może tylko inność - coś, czego jeszcze nie wi-dział, a w każdym razie coś, co odbija od codzienności. Inny wygląd ludzi, inny wystrój ulic, inne obyczaje. Widoki, odgłosy, zapachy stają się wrażeniami - pamiętnymi wrażeniami, wrażeniami, jakie warto utrwalić na błonie fotograficznej, o których warto w domu opo-wiedzieć - o tyle tylko, o ile inne są od domowych. W odróżnieniu od włóczęgi, turysta nie jest bezdomny. Zabiera więc turysta w podróż dom: jako punkt odniesienia, standard dla mierzenia doznań, punkt, od którego pragnie się oddalić, ale tylko po to, by do niego po-wrócić z łupami egzotycznych doznań. Nie trzeba więc oddalać się zbyt daleko. Co najważniejsze, nie wolno tam, dokąd się oddaliło, urządzać się „jak w domu", zapuszczać korzeni.
Włóczęga nie należy do „miejscowych", wśród których popasa, ale nie uważa tego za przywilej, i najchętniej, gdyby się dało, fakt ten by zataił. Turysta ciska swą eksterytorialność tubylcom jak wyzwanie: nie ponoszę odpowiedzialności za to, co się u was dzieje, wyście to piwo nawarzyli, więc wy je pijcie; mnie wolno robić co mi się podoba! Turysta chce być ekranem wśród ekranów, ale różne prawa różnym ekranom przyznaje. Od niego nikomu nie wolno żądać zdjęcia przyłbicy, odsłonięcia tego, czego odsłonić nie ma chęci. Od innych zaś turysta domaga się, by uchylili po-włokę ekranu i zaprosili do udziału w tym, co się za nim kryje, a na nim tylko odbija. Turysta jest dziewiętnastowiecznym antropologiem wśród tu-bylców: przygląda się obyczajom, które czasem oburzają go, czasem bawią, ale zawsze dziwią, dorabia w wyobraźni „ręce i nogi" dziwactwom, o których „wie", że bez protetycznych zabiegów nie miały na czym by się wesprzeć, opatruje je etykietkami, klasyfikuje, szufladkuje w sejfie pamię-ci - sam skrzętnie przez czas cały kryjąc mędrca oko za przyciemnionym szkiełkiem. Turysta pożera świat, nie będąc przez świat pożeranym; przy-swaja, nie będąc przyswajanym; „oswaja" obcość innych, samemu dumnie obnosząc się z własną obcością. A wszystko to (tak sądzi), nie przynosząc pożeranemu światu szwanku, nie nadwyrężając jego dziewictwa, pozosta-wiając go w stanie, w jakim przebywał przed początkiem eskapady. Przy-najmniej tak się turyście zdaje... Ale o to wszak idzie, by się mogło zdawać.
Inaczej niż włóczęga, turysta czuje się w obcych stronach bezpiecznie. Ma dokąd wracać; ale przede wszystkim, ma pieniądze, a gdzie są pienią-dze, tam ściągają tłumnie tropiciele zysków. Turystyka obrasta potężnym przemysłem wytwarzającym ponowoczesne kamienie filozoficzne - takie, co to przekształcają kruche marzenia w twardą rzeczywistość. Wędruje więc turysta po szlakach turystycznych, z których usunięto pieczołowicie wszelkie niespodzianki, wypełniając je w zamian egzotyką, która na każdym kroku obiecuje przygodę. A nade wszystko ustawiono gęsto na trasie malowniczych tubylców, wytresowanych w zadziwianiu i demonstrowaniu gotowości do „oswojenia" (Dean MacCannell, autor głośnych Tourist Papers, pisze o Masajach w Afryce, że mogą oni zarobić na życie grając M a s a j ó w w nieskończoność).
W naszych ponowoczesnych czasach wszyscy jesteśmy po trosze turystami. I wcale nie tylko na wakacjach. Świat ma nam służyć do kolekcjo-nowania wrażeń; i tyle on wart, ile wrażeń dostarcza. Wszędzie, gdzie jesteśmy, jesteśmy przejazdem; kolejne przystanki życiowe są hotelami, których główny walor polaga na tym, że są położone blisko miejsc „cie-kawych": frapujących, pobudzających wyobraźnię, przyjemnych, a nade wszystko niecodziennych. Hotele mają być wygodne, ale także i zniechę-cać do rozgoszczenia się na dobre. Wynajmuje się je na okres z góry określony - czas dzieli się tu na „doby hotelowe". Chwilowość jest waż-na: nagradza nas ona anonimowością, prawem do wyboru profilu, jakim chcemy się tłumowi w westybulu ukazać, zwalnia od obowiązku ujawnie-nia tej „prawdy" osobie, jaką dzielić się z innymi tutaj i teraz, nie chce-my. Zdarza się nam przyjrzeć innym gościom hotelowym jak i my w
przejeździe przybyłym wczoraj z miejsc nam nieznanych i wybywających jutro w równie nieznanym nam kierunku. Zdarza się nam z niektórymi z nich nawiązać kontakt, sporzyć wspólnie posiłek^ czasem pójść do łóżka. Są to wszystko naskórkowe kontakty i hotelowe romanse, których urok na tym się właśnie zasadza, że jutro nadawać się już będą tylko do pu-chnącej z dnia na dzień teczki wspomnień. Wszystko, co się dzieje, dzieje się mimochodem, na marginesie „prawdziwego życia", w przerwach co-dzienności, z dala od „domu"...
Właśnie: co tu jest życiem prawdziwym, a co na niby? Co jest dniem powszednim, a co wakacjami? I gdzie jest dom? Tak wiele miejsc przy-pomina do złudzenia hotele, tak wiele dni upływa na podobieństwo ho-telowej doby, tak wiele romansów upodabnia się do hotelowych miłostek, że coraz mniej jest jasne, gdzie się znajduje ów „dom prawdziwy" i co miałoby go od reszty świata odróżniać. Gdzieś musi być dom, by wszędzie indziej można było czuć się jak „poza domem". Potrzebujemy domu z jego dniem codziennym, by bez skrupułów zanurzyć się w życiu „na niby": przecież wolno nam bez żenady rozkoszować się tym, co hotel ofe-ruje dlatego właśnie, że wiemy, iż jest to „tylko hotel". Kolekcjonowanie przygód jest wolne od frasunku o tyle, o ile gdzieś tam czeka na nas stryszek czy antresola, skrzętnie od na co dzień uczęszczanych pokojów oddzielone, do jakich je prędzej czy później odłożymy. Potrzebny jest nam dom jako postulat; dom - indulgencja; dom - wykręt. W zdaniach, w jakich powiadamy o domu, czasowniki występują w czasie przyszłym.
Dziękuję, dawno się tak nie ubawiłam. Jesteście wspaniali. W dowód sympatii i kierując się moda kupuję parasolkę. Irek przygotowałes fotoreportaż? Chetnie oglądnęłabym
Dzieki za odgrzebanie tego wątka. Chcialam go nawet sama wyszukać i dolączyć do cyklu "Humor na szlaku", ale nie moglam go znaleźć.
W każdym razie "Dzień dobry, którędy na Tarnicę?" to już w TWA kultowy tekst...
Pozdrawiam,
Szaszka
Spotkało mnie to! Jako żywo w Mikowie pod sklepem, gościu wzioł mnie za miejscowegoCytat:
Zamieszczone przez Szaszka
(mnie często biorą za miejscowego :?: :?: :?: :?: )
I pyta : Panie, ee aa na tego , nooo na tego Chryszczatego, to daleko?
Długi
Tylko gdy się przeczyta cały ten wątek od początku, to taki znowu smieszny nie jest. Bo co śmiesznego w pytaniu o drogę na Tarnicę czy Chryszczatą ? Gdy się schodzi z Tarnicy do Wołosatego to przynajmniej z 5 razy trzeba informować idących w drugą stronę nowicjuszy jak daleko. Czytając posty na tym forum daje sie zauważyć grupę "wyjadaczy" patrzących często na tych co np. pierwszy raz z góry, czyżby oni nie byli kiedyś pierwszy raz w Bieszczadach ? Opowieści niektórych dyskutantów jako żywo przypominają "przewagi" Onufrego Zagłoby.Cytat:
Zamieszczone przez Szaszka
Don't be so naive... ;)
Wydaje mi się, że po prostu nie polapaleś się kto jest kim w tej historyjce.
Caly humor sytuacji polega na tym, ze to NIE NAS pytano, ale MY pytalismy, calkiem świadomie i dobrowolnie robiąc z siebie idiotów w oczach przypadkowych turystów. Śmialiśmy się z siebie, nie z innych.
Generalnie - to, że ktos wchodząc pierwszy raz na szczyt pyta schodzacych jak daleko, albo upewnia się, ze nie zgubil szlaku - to norma. Nie ma w tym nic dziwnego, ani śmiesznego. Ale jeśli ktoś wchodząc na Jaslo jest przekonany że wchodzi na Tarnicę - to idiota. I my wlaśnie masochistycznie za kogoś takiego sie podawaliśmy. Zaiste, dziwny to przejaw wywyższania się....
pozdrawiam,
Szaszka - jedna z tych zlych ludzi z Jasla popijająca źrodlaną wodę z butelki po gorzkiej żolądkowej....
Nic Ci nie wierzę :twisted:Cytat:
Zamieszczone przez Szaszka
nie wierzę że:
- jesteś złym ludziem
- piłaś
- wodę z butelki
- po żołądkowej
Na Jaśle pewnie byłaś
Długi
Dokładnie przeczytałem cały wątek i wiem kto kogo pytał. Czy aby napewno smieliście się z siebie ? Bo ja mam pewne wątpliwości. Najlepiej oceniłaby to pytana Andżela tylko , że już tutaj nie pisuje.Cytat:
Zamieszczone przez Szaszka
A Ty połapałaś się kim jesteś?Cytat:
Zamieszczone przez Szaszka
W którym miejscu Babo mówisz, że to o Ciebie chodzi?
Jakże to qur.. zabawne wiedząc gdzie się idzie (pod warunkiem, że byłaś w pełni świadoma) pytać innych w sposób, który sugeruje im z góry, że są idiotami?!!!
No qur.. idę się odlać ze śmiechu - ubaw po pachy.
Zdrowia (psychicznego) życzę
Ech, nie będę Cię przekonywać, naive, bo wydaje mi się że mamy kompletnie odmienne poczucie humoru. I w dodatku krzywdzisz nas, przypisując nam zle intencje - intencje wyśmiewania "nowicjuszy". W którym miejscu, Twoim zdaniem, wyśmiewamy się z Andżeli?
Owszem zgodze się, że odgrywając naszą parodię wyśmiewaliśy pewien archetyp turysty_który_ma_góry_w_dupie_ale_modnie_jest_je _zaliczyć_więc_idzie. Świadomie weszliśmy w rolę pseudotyrystów, w sposób mocno przejaskrawiony, po to, żeby się ponabijać. Z tego stereotypu wlaśnie. Bo aż takich idiotów chodzących po górach to chyba nie ma??? A jeśli rzeczywiście są - to tak, przyznaję, gardzę nimi.
Druga wersja jest taka, że mieliśmy po prostu ochotę się powyglupiać. Zrobic kogoś w balona, zażartować. A że trafiliśmy akurat na ludzi, którzy się nie zorientowali że padli ofiarą dowcipu Irasa? Tym śmieszniej. Ale pogarda?? Gdzie??
Zresztą, ludzi, którzy sie nie zorientowali, że padli ofiarą dowcipu Irasa, są setki. I powiem szczerze, że nawet bym sie zbytnio nie zdziwila, jesli by się okazalo że nasza forumowa Andżela ma na drugie Ireneusz. :lol:
PS. Widzisz, Dlugi, wg niektorych osób z forum jestem okropnie zlym czlowiekiem. :twisted: I naprawdę pilam tylko zwyklą wodę z tej butelki, bo szlam przez Fereczatą i Okrąglik, i kiedy dotarliśmy na Jaslo flaszka byla już opróżniona przez grupę która szla prosto ze Strzebowisk... :(
Pozdrowienia dla Andżeliny.
Witajcie drodzy forumowicze!
Cały czas obserwuję forum bieszczadzkie i czytam go dość dokładnie. Nie piszę bo dawno nie byłam w Bieszczadach i nie mam się czym z Wami podzielić.
Przykro mi że temat, który kiedyś wywołałam tak Was poróżnił i doprowadził do takich uszczypliwości.
Mogę teraz powiedzieć że rozumiem żart Szaszki i jej przyjaciół - nie gniewam się, ale uważam, że nie powinno się tak robić. Ten zbieg okoliczności czyli opisanie tego przypadku na forum udowodnił nam, że "szydło z worka zawsze wyjdzie".
Było minęło, może się jeszcze kiedyś spotkamy na szlaku. W każdym razie zawsze będę służyła pomocą nawet w takich sytuacjach.
Dziwi mnie za to uszczypliwość Lucyny która po wypowiedziach wydawała się dojrzałą osobą. Natomiast Michał tak naprawdę zachowuje się jak mały Michałek z mlekiem pod nosem i to mnie martwi że nawet w takich smutnych dniach nie potrafi zachować milczenia tylko daje upust swojej niewychowanej osobowości. Ale może dotrze to do niego dopiero po jakimś czasie.
Łączę sie z Wami w tych smutnych chwilach
AngelaB