Taka jest po prostu Primula minima - sam kwiat jest parokrotnie większy od rozety liściowej ;)
Wersja do druku
... Szliśmy skalistym grzbietem na zachód. Miejscami przecinaliśmy spore łachy śniegu, ale tam, gdzie słońce mocniej przygrzewało pożółkłe psiary rozkwitły wielkimi łanami krokusów. Widoki były wręcz bajeczne. Po drodze minęliśmy kilka niewielkich jeziorek i byliśmy na przełęczy Şaua Galaţului. Przed nami było już tylko podejście na szczyt. Na północy było widać żółte osadniki jakichś kopalni - pewnie tych, które kiedyś zatruły Cisę. Słońce ostro świeciło. Na szczycie zrobiliśmy sobie małą chwilę na wylegiwanie i uzupełnienie płynów ustrojowych. Pamiątkowa zbiorówka z samowyzwalacza i schodziliśmy już w dół. Aby nie robić tej samej trasy postanowiłem, że za skalną ścianą Râpa Piatra Rea zejdziemy do kotła Izvorul Cailor. Gdy zamykająca peleton Krysia doszła do mnie i do Irka na tą wspaniałą wieść rozpłakała się. Przeraziło ją to, że nie będziemy szli szlakiem i może zginąć. Przekonywanie Krysi pozostawiłem Irkowi, bo straciłem już do niej nerwy w tym momencie i zacząłem sobie schodzić trawiastym zboczem w dół. Po lewej stronie zobaczyłem fajne skałki, ale nie dało rady się na nie wgramolić...
... Bliżej kotła trawiaste zbocze wyłagodniało. Usiane było wielkimi głazami. Na jednym z daleka dostrzegłem różową plamkę. Tak jak myślałem to była skalnica naprzeciwlistna. Kolejna arktyczno-górska miniaturka o nieproporcjonalnie wielkich kwiatach. Na wierzchołku tego samego głazu rozwijał również z kłącz pąki różeniec górski. Na dnie kotła płynęło kilka meandrujących potoków. Woda zimna pierońsko była, ale słońce przygrzewało, więc znalazłem sobie idealne miejsce do górskich ablucji. Morena poniżej kotła stromo opadała więc trawersowaliśmy zbocze po prawej stronie doliny. Znów doszliśmy do wapiennego pasa. Wśród goryczek wiosennych kwitło kilka urdzików węgierskich. Tam gdzie sączyła się woda kwitły omiegi karpackie i skalnica naradkowa. Wśród porozrzucanych białych skał wapiennych stały zabudowania starej osady pasterskiej. Gdzieś w borówczyskach przy ścieżce wypatrzyłem kwitnącego różanecznika. Widać już było miejsce, gdzie stoi samochód. Krótka chwila i jedliśmy drugie śniadanie. Upchaliśmy graty do auta i ruszyliśmy spowrotem do Przełęczy Przysłup.
Rozdział XI Ciorba
Z Przełęczy Przysłup czekała nas długa droga w dół Złotej Bystrzycy. Za entym zakrętem zatrzymaliśmy się by spojrzeć w górę pięknej doliny potoku Putreda. Dookoła świerkowe lasy porastają strome zbocza. Wypatrzyłem zrywkarza, który przy użyciu capiny i koni dociągał świerkowe kłody do drogi. Kilka zdjęć i jedziemy dalej. Gdy wjechaliśmy w dolinę pojawiły się pierwsze zabudowania - osady leśne. Przy każdej leśniczówce ogródeczek zdominowany przez szkółkę leśną z jedynym słusznym gatunkiem - świerkiem. W Kirlibabie nie odpuszczamy uwiecznienia skały, pod którą nawet hrabia z Leska w czasie I WŚ zrobił sobie pamiątkowe zdjęcie. Pojawia się pierwszy sklep, więc szykują się większe zakupy. Sprzedawczyni gaworzy co nieco po rosyjsku i nawet osiem jajek nam się udaje kupić. Obowiązkowo bierzemy dwa porządne wina, około wiadra piwa, chleb i jakąś kiełbasę. Jedziemy jeszcze trochę w dół i zatrzymujemy się pod zajazdem, żeby zjeść coś lokalnego, ale ważniejsze, żeby zgrać zdjęcia i podładować trochę baterie. Z Irkiem wypijamy po miśku. Kelnerka podaje ciorbę z ostrą papryczką do przegryzienia. Kolejny miś. I kolejny. Wreszcie baterie się trochę podładowały i możemy mknąć dalej. Krysia zasiada za kierownicą i wracamy w górę doliny kilka kilometrów do odbicia na leśną drogę prowadzącą do Przełęczy Rotunda. Mijamy wielkie składy drewna i szutrową drogą wreszcie pniemy się w górę. Gęste świerczyny obrośnięte są długimi brodaczkami. Oczywiście najokazalszą staram się sfotografować. Na przełęczy skręcamy w prawo i jedziemy drogą wiodącą na połoniny. Słońce już zaszło i robi się szarawo. Na zieleniejących połoninach mijamy stada owiec oraz koni. Droga zaczyna wić się serpentyną po połoninie. Nagle na zakręcie serpentyny pojawia się szlaban. Okazuje się, że jeden łuk serpentyny na odcinku 200m wchodzi na teren parku narodowego i z jednej i z drugiej strony postawili szlaban. Zawracamy i zjeżdżamy do wcześniejszego zakrętu, gdzie jest odbicie łączące z dalszą częścią drogi. Miejsce ładnie polożone i blisko do lasu, więc organizujemy biwak. Przy piwie i winie gwieździsta noc szybko płynęła. Do namiotu wlazłem gdzieś dobrze po północy i szybko zasnąłem.
Marcin proszę dalej plizzzzz :)
Pierwsze zdjęcie - DSCF9472.JPG.
Oto mam kolejny (bo nie tylko u Ciebie) dowód, że ta dolina mnie nie lubi.
Ale ponoć do trzech razy sztuka...i kiedyś zajrzę w czeluść, a niżej psy nie dopadną :mrgreen:
Rozdział XII Jajecznica
Przebudziłem się wcześnie. Szarawo było na zewnatrz, a ptaki zaczynały poranne koncerty. Jednak snujące się z lekka mgiełki zachęcały do załączenia opcji drzemki. Drzemię sobie. Przewracam się na drugi bok i słyszę mlaskanie połączone ze ścinaniem trawy. Otwieram oczy i widzę cień głowy konia, który jakieś piętnaście centymetrów od mojej głowy robi sobie śniadanie. Trudno, spać nie dają to trzeba wstawać. Slońce już było nad horyzontem, a po porannych mgiełkach nie było ani sladu. Stado koni rozgościło się w naszym biwaku. Z namiotu wyłazi również Krysia by poczochrać się trochę z końmi. Ja urządzam sobie mały zwiad terenowy po najbliższej okolicy. Gdzieś z pobliskiego lasu odzywa się kukułka. Koło ósmej bierzemy się za przygotowywanie śniadania. Krysia przyrządza jajecznicę na gazie. Dla Irka jeszcze płynna. Krysia i ja wolimy bardziej ściętą. Delektujemy się widokami i smakiem śniadania. Z dołu pnie się w górę stado owiec. Pierwsze wypatrzyły nas psy, ale odziwo bardziej zainteresowały się końmi. Lekkie zamieszanie, bieganina i udaje się pasterzom zapanować nad całą sytuacją. Pasowałoby coś pobotanizować, ale w trawie wypatruję tylko pięciornika złotego i urocze okulary, ktore oczywiście przymierzam. Efekty zmiany imażu pozostawiam do indywidualnych przemysleń. Powoli zabieramy się za zwijanie wigwamów.
Ej protestuję!!!
Płakałam nie dlatego, że zeszliśmy ze szlaku, którego nie było od samego początku, a dlatego, że lazłeś ostro w dół w PRZEPAŚĆ, a ja mam lęk wysokości!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! !!!!!!!!!!jakbym się poślizgnęła to bym się zatrzymała już na samym dole tak stromo było!a i tego dołu nie było widać!
Na pewno każdy z Was czytał (może nie) Tragedie Tatrzańskie, tam większość się tak właśnie zaczynała-traweczką w dół, a potem już za późno, jeden komin, drugi komin, roztrzaskane ciało na piargach...:twisted:
PS-czemu nie napiszesz jak uciekaliśmy od piesków:mrgreen:
jest nawet filmik na jutjub:mrgreen:
Krysia, gdzie tam przepaść była? Toż łagodny upłazik. Na Woronikówkę jest stromiej. Nie tragizuj ;)
może Ty jesteś kozica i dla Ciebie to było łagodnie, dla mnie to było mega stromo rodem z Tragedii Tatrzańskich i nie było widać końca, a łączka się nagle urywała.
A piesków z Marcinem się panicznie wystraszyliśmy i uciekaliśmy aż się dymiło za nami, ale przecież każdy wie jak drapieżne bywają psy pasterskie. Uciekaliśmy drąc się na Irka, żeby też uciekał, a on pił tę swoją jajecznicę na kolanach i ani myślał uciekać. Ale to nie dlatego, że się nie bał, a jeszcze go wino wieczorne trzymało, więc i tak nie był w stanie szybko biegać. Psy jak wiadomo alkoholu nie lubią więc obeszły się z nim przyjaźnie, choć my myśleli, że już po nim będzie :mrgreen::mrgreen::mrgreen:
Rozdział XIII Nasze koordynaty
Przed wyruszeniem postanowiliśmy jeszcze Andrzejowi i Wojtkowi przesłać nasze współrzędne, żeby nie mieli problemów z odnalezieniem nas pośród gór, głębokich dolin i przepastnych lasów porastajacych strome stoki. Chłopaki jednak nas uprzedzili, przesłali sms-a: "Podaj pozycję. Nasza N 4736904 E 2447003 WojtekO". Odpisaliśmy podając nasze koordynaty. Mały podjazd po pastwisku do drogi i spokojnie po warstwicy sunęliśmy ku górom. Co chwilę przystawaliśmy, żeby zabotanizować na przydrożu. Na połoninie żółto kwitły kukliki górskie oraz niebieskie kępy wielkich kielichów goryczek bezłodygowych. Przy starym wodopoju kwitła śledziennica alpejska. Towarzyszyły nam zaciekawione siwerniaki. Słońce miło przygrzewało. W dolinach seledynowo zieleniły się bukowe lasy w reglu dolnym. Dojechaliśmy do granicy parku narodowego i zaparkowaliśmy auto za zakrętem, chowając je za skałą. Krysia i Irek postanowili się wylegiwać w słońcu, a ja ruszyłem na spacerek po skałkach i trawiastych upłazach. Pośród ostrych, zeschniętych żdźiebeł bliźniczysk do słońca pootwierały się łany sasanek alpejskich i goryczek bezłodygowych. Widoki na góry były wspaniałe. Doszedłem do ściany kotła polodowcowego i zawróciłem...
Wiesz co, oni tak mają, w sensie keszowcy :razz:
Wtedy się śmiałam z tych współrzędnych, a teraz się przyzwyczaiłam i nawet się już nie uśmiecham pod nosem jak Renata się pyta o współrzędne ogniska na końcu rajdu.
...Wróciłem. Gdzieś daleko było już widać kurz, jaki wzbijał się za autem Wojtka. Zrobiliśmy karteczkę dla Andrzeja i schowaliśmy się wśród niewielkich głazów na połoninie ponad drogą. Całe spotkanie filmowałem, stąd brak zdjęć. Wojtek przywiózł po zimnym ursusie, więc raczyliśmy się piwkiem, dyskutując o głębokich śniegach, które nas zatrzymały za parkowym zakazem ;). Piwo szybko się skończyło. Ruszyliśmy wspólnie w drogę powrotnią. Krysia filmowała trasę pożyczoną kamerą. Droga powrotnia upłynęła nam w kurzu. Na przełęczy Rotunda zrobiliśmy sobie jeszcze pamiatkowe zdjęcie i pożegnaliśmy się. Ruszyliśmy w dół doliny Złotej Bystrzycy. Czekał nas długi przejazd w Kelimeny, ale o tym w następnym rozdziale.