W Tatrach pierwszy śnieg. Możesz kontynuawać. I palić letnie ognisko.
Wersja do druku
Miałem na myśli Poznań. Ale co mi tam, podrzucam chrust tylko:
Dni następne…
Następnego dnia rano wyjeżdżam z Bieszczadu. Czeka mnie kilka pracowitych dni na Podkarpaciu. Pracowitych, to nie znaczy, że tylko pracą człek żyje. Widziałem przez te kilka dni ładne cerkwie i kościoły, spotkałem się na piwie w Rzeszowie ze znajomymi z forum. I tak mi zleciało…..
W piątek po południu podjeżdżam na dworzec PKP w Rzeszowie i zabieram stamtąd Renatkę. Wracam tym razem już z żoną w Bieszczad. Po drodze dzwonię do Danusi z pytaniem, czy nas przyjmie na kilka dni. Stawiam jednak warunek: na innych warunkach niż byłem ostatnio. Usłyszałem: przyjeżdżajcie.
Wybrałem inną niż zazwyczaj drogę na południe. Też piękna ona była.
No co za most!Rewelacja!
Wiesz... Znam takich, co jeżdżą od punktu A do punktu B w jak najkrótszym czasie i niewiele widzą. Ja dużo jeżdżę ale nie spieszę się. Czasami jest na czym oko zawiesić ;)
Pozdrawiam
Chronologia się sypie, ale niech będzie: Dzień 4
Od rana zastanawiamy się, co robić. Jest chłodno, zanosi się na deszcz. Wsiadamy do karawanu i jedziemy. Jedziemy drogą, która do niedawna była wyboista, a teraz nie jest. Zostawiam karawan na regularnym parkingu i maszerujemy stokówką, którą można jeździć /nie ma znaku zakazu/. Wędrujemy w stronę doliny, w której przed wojną była spora wieś. Wieś ta słynęła z wielkich odpustów, które odbywały się co roku 13 lipca. Ludzi nie mijamy. Jesteśmy sami. Podziwiając kwitnące jeszcze gdzieniegdzie kaczeńce zbliżamy się do doliny. Po drodze śmigają tylko wielkie auta załadowane drewnem. Sporo się tutaj tnie… Dochodzimy do trzech budynków, które tutaj stoją. Jeden z otwartymi drzwiami, drugi z zamkniętymi drzwiami, a trzeci bez drzwi. Jak zawsze wchodzimy do największego budynku. Chwila odpoczynku na stojących tu ławkach. Jak zwykle wpisuję się do wpisownika. W końcu wychodzimy. Mam zamiar obejść z Renatką dolinę naokoło. Pomocne w tym będą znaki wytyczone przez ekipę Lecha Rybennika kilka lat temu. Idziemy dalej drogą, którą tutaj przyszliśmy. W pewnym momencie znaki nakazują nam skręcić w lewo. Przekraczamy potok i powoli wspinamy się pod górę. Renatka dziwi się, że pomimo panującej tutaj ciszy nie widzimy żadnego większego stwora. Fakt, nie widzimy. Wyraźnie za to widzimy tarasowy układ łąk. Są to ślady działalności ludzi, którzy tutaj mieszkali i uprawiali ziemię przed wielu, wielu laty. Siadamy sobie na łące i się natychamy ciszą i spokojem. Łapiemy w siebie maj… Ruszamy dalej. Pod samym lasem obchodzimy łąki. Pod rosłym drzewem ktoś chyba specjalnie dla nas ustawił ławkę. Jest ławka, to siadamy. Zjadamy zabrany ze sobą prowiant. Objedzeni jednym batonem ruszamy dalej. Znaki prowadzą nas do dosyć głębokiego jaru, który musimy przekroczyć. Później doprowadzają nas do miejsca z wiatą, kibelkami i inną infrastrukturą. Miałem zamiar być w tym miejscu dłużej ale… Otóż niedaleko wiaty rozchodził się straszny smród. Okazało się, ze źródłem tego zapachu były odchody niedźwiedzie. Było tego kilkanaście sztuk. Znaczy się, że raczej jedno zwierze tego nie zrobiło. Po zbliżeniu ręki do odchodów dało się wyraźnie wyczuć ciepło. Rozejrzeliśmy się z Renatka wokoło ze strachem i szybko opuściliśmy to miejsce. Znakowaną scieżką zeszliśmy do drogi. Po drodze minęliśmy starszego jegomościa z wnuczkiem, który szedł w stronę bazy. Nic sobie nie robił z mojej przestrogi i dziarsko pomaszerował dalej. My spacerkiem cały czas natychając się majem wróciliśmy do karawanu. I jeszcze jedno pogoda się poprawiła…..
"Łapiemy w siebie maj..." Oj Bertrandzie, żarem z ogniska buchnęło.
Dziękuję.
Byłem tam kilka dni później. Słońce prażyło. Na ławeczce pod sosną siedziałem przeszło pół godziny i patrzyłem na te wiosenne łąki.
Czekam na dalszy ciąg gawędy
Długi
Dzieeeńń doobrrryy
wszystkim przy ognisku.
Właśnie wróciłem z Bieszczadów i na chwilkę przycupnę coby się ogrzać.
Bertrandzie jak to miało być z tym piwkiem?
Cosik dla rozgrzewki :-) w załączniku
Pozdrawiam
lecę po grzańca
Widzę Piotrze, że też lubisz ten klimat...
pozdrawiam
Postanowiliśmy pojechać do Cisnej na obiad. Po drodze zatrzymałem się w miejscu, gdzie jest ciekawy obiekt agroturystyczny /tak mi się wydaje/ Robię zdjęcia domu i tablicy z adresem internetowym. Może się kiedyś przydać. Nagle koło karawanu zatrzymuje się samochód. Wysiada z niego kierowca i mówi „Cześć Bertrand”. Renatkę przymurowało. Ma człowiek znajomych… Już wyjaśniam, to barszczu zauważył Bertranda. Chwilę pogadaliśmy. Ja mu powiedziałem, że po kilku godzinach marszu zaczyna boleć mnie stopa, a on na to odpowiedział, ze istota tego zjawiska tkwi w głowie, a nie w stopie. Zapamiętałem to sobie dobrze, ale nic mi to nie dało. Nadal boli mnie stopa, chociaż wiem gdzie tkwi istota tego bólu. Po chwili pojechaliśmy dalej. Zatrzymałem się jeszcze, aby Renatce moje ulubione drzewo, które już znacie. I tak pomału zajechaliśmy do Cisnej. Renatka zadecydowała, ze najpierw jedziemy w odwiedziny do Bogdana. Wiedzieliśmy, że nie pogadamy sobie z nim, ale myślę, że chłopina ucieszył się z naszej wizyty. Następnie poszliśmy na obiad. Wybraliśmy nowy lokal „U Harnasia”. Jedzenie niezłe było, ale kudy mu do smaku potraw przygotowywanych w „Zaciszu”. Porcje też mniejsze, a ceny podobne lub ciut wyższe. Zgodnie stwierdziliśmy, że więcej jeść w tym miejscu nie będziemy. Potem Rysiu opowiedział nam kilka dowcipów i zapytał się, kiedy z Poznania przyjedzie pewien „Ksiądz”. Niestety nie mogłem mu odpowiedzieć na to pytanie. Zaszliśmy jeszcze do Burego i Mrówki. Tam też trochę nam zeszło w miłej atmosferze. Wracając do Zawozu zauważyłem, ze nowo wylany asfalt na drodze ma już poważne ubytki. Trochę się tym nawet wkurzyłem, bo kasy na drogę wydano sporo, a tak ją spartaczono. Zatrzymałem się przy kapliczce, zapaliłem świeczkę i poszedłem na spacer za nią. Jeżeli tego nie wiecie, to za kapliczką jest bardzo fajna ścieżka z widokiem na urwisko. W Zawozie piwo przy sklepie i powrót na kwaterę. Robimy plany na następny dzień. Danusia, nasza gospodyni zachwala urok cerkwi w jej rodzinnej wsi. Najlepiej ją oglądać w trakcie i po Mszy Św. Niestety nie wie ona, o której tam są one odprawiane. Ale, po co pan Bell wynalazł to, co wynalazł. Dzwoni Danusia do rodziny i się pyta: „O której u Was jutro jest Msza Św.?” W odpowiedzi słyszy: „Jak zwykle”. Danusia odpowiada: „ U nas w Zawozie jak zwykle, to jest o 10:00, a u Was jak zwykle, to o której jest?” Nie pamiętam w tej chwili dokładnie, ale dajmy na to, że odpowiedź brzmiała, że o godzinie 9:00. Postanowiliśmy być tam na Mszy Św.
Bertrandzie Szanowny!
Nie da się uciec od polityki. Piszesz, "wiosennie", i dobrze, wiadomo - wiosna Nasza, zima...... noo wiadomo czyja!!! A lato? - Muminków.
"Jesień też ma swoje uroki"...... Właśnie ukończyłem 52 lata i jesień wydaje mi się porą roku najbardziej przystającą do mojego nastroju, skłaniającą do zadumy ale i przynoszącą wyciszenie i spokój! Jesień też ma swoje uroki!. Pozdrawiam + Pastor ręką własną
Przepraszam Szanowny Bertrandzie że tu piszę, ale nie mogę się powstrzymać żeby nie odpowiedzieć nie mniej Szanownemu Wielebnemu Pastorowi .
Widzę w jego wypowiedzi nutkę melancholii:roll:
Pastorze Szanowny ...teraz dopiero zacznie Ci się Wiosna ,uwierz mi ...wiem coś w tym temacie ;).
Jeszcze raz Wszystkiego Najjjjjjjjjjjjjj.
ps. Bertrand Ciebie też to dotyczy:lol:ale Ty super "podkładasz" pod to ognisko:lol: i to jest OK
Ja też się dołączę do życzeń-życzyliśmy Pastorowi na boksie, ale być może uszło to jego uwadze, a więc zdrowia Kochany zdrowia i jeszcze raz zdrowia, a reszta sama przyjdzie!NAJLEPSZEGO!!!
Byleby się do ogniska Bazyl nie przysiadł, bo znowu ławki będzie nosem przestawiał :mrgreen:
Sir, jak to sir, jest uprzywilejowany i może robić to, co innym nie wypada. Sir Bazyl zapraszam do gawędzenia przy ognisku.
P.S. Następne polano jutro znajdzie się w ogniu, bo do końca tygodnia chyba mnie nie będzie. Nad morze jadę w piasku się wygrzać.
Bertrandzie ! Mam nadzieję że ławki przy Twoim ognisku są ugrzecznione
....i nie atakują znienacka przysiadających się gości.
Oj ! należy się tego wystrzegać :lol:
Ziemia wokół ogniska też nie wstaje znienacka i nie uderza w twarz ;) wszystko spokojnie na swoim miejscu jest. Jeszcze raz zapraszam tych, którzy się tam gdzieś w ciemności kryją i nie podchodzą. Siadajcie na czym popadnie i czujcie się jak wśród swoich.
Pozdrawiam
Dzień 5
Wstajemy wcześniej niż zwykle, bo czeka nas kilkanaście, a może kilkadziesiąt kilometrów jazdy, a ja nie lubię się nigdzie spóźniać. Pod cerkiew podjeżdżamy 5 minut przed planowanym rozpoczęciem Mszy Św. I co? Jesteśmy w szoku niemałym, bo Msza już dobrze trwa. Później się okazało, ze w tym dniu dzieci przystępowały do I Komunii Świętej i Wielebny przyspieszył wyjątkowo rozpoczęcie porannej Mszy o pół godziny. Pogoda piękna była, więc staliśmy z Renatką przed cerkwią uczestnicząc w drugiej połowie. Po Mszy weszliśmy do cerkwi. Mając cały czas w uszach zachwyt Danusi byłem odrobinę zawiedziony. Cerkiew bardzo ładna ale wyobrażenia moje były całkiem inne. Uważamy Renatką, że ta w pobliskiej Grzance jest dużo ładniejsza. Po opuszczeniu cerkwi wracamy o karawanu i jedziemy dalej drogą, którą tu przyjechaliśmy. Mijamy miejsce, w którym stała kiedyś pamiątkowa tablica, a której już nie ma. Dojeżdżam do miejsca, gdzie kiedyś nad ogniskiem smażyliśmy kiełbaski. Miejsce fajne, tylko kapliczka je trochę szpeci. Nie, żebym miał coś przeciw kapliczkom. Ale ona taka jakaś badziewna jest, zwłaszcza w środku. Pojechaliśmy dalej mijając głaz z tablicą pamiątkową. Przypomniałem sobie moje chaszczowanie w tamtych okolicach. Parę lat temu Jabol namówił mnie, żebym spenetrował tamte okolice. W największych chaszczach znalazłem zardzewiałą blachę na gałęzi drzewa. Szkoda Jabolu, ze tak dawno się nie widzieliśmy… Mijając pasieki po prawej dojechaliśmy do cywilizacji. Miałem już sprecyzowany plan na dzisiejszy dzień. Po drodze minęliśmy cmentarz, obok którego przejeżdżałem setki razy, a którego nigdy nie zauważyłem. Dojechałem do Metropolii, w której wypiłem kawę miętową. Pycha.
Następnie pojechałem szukać pomnika, którego nie znalazłem tydzień wcześniej. Uparłem się i tyle. Zostawiłem karawan na parkingu przy barze i poszedłem do baru. Tam wypiliśmy po browaru i zjedliśmy zakupioną wcześniej kiełbasę. Dalej w drogę. Nie miałem GPS i może dlatego, jak po sznurku doszedłem do pomnika. Swoje zdanie na jego temat wyraziłem w innym wątku, więc teraz nie będę się powtarzał. Odpoczęliśmy przy pomniku trochę i powoli zeszliśmy do drogi. Ani Renatce ani mi nie chciało się już iść do akwenów wodnych, więc wróciliśmy do karawanu. Zanim do niego doszliśmy, skręciliśmy na chwilę na pobliskie pole biwakowe. Macewa ku czci naszych Przyjaciół leży sobie spokojnie. Obiecujemy sobie solennie, że przyjedziemy tutaj na Ich Imprezę w miesiącu sierpniu. Zastanawialiśmy się też, czy pojawią się niebawem na obradach KIMBowych? Następnie pojechaliśmy na obiad do schroniska, w którym kiedyś udzielano rabatu tym gościom, którzy przyszli doń w kapeluszach. Czasy się zmieniły, rabatu nie ma. Za to jedzono palce lizać. Była to nasza obiadokolacja. Potem nie zostało już nic jak wrócić do Zawozu i opowiedzieć jak minął dzień.
No pewnie, że bez gps'a. Owszem, ciekawe urządzienie. Miałem okazję ostatnio poznać je wszechstronnie, ale ciekawiej jest, gdy na miejsce doprowadzi cię nie małe elektroniczne gówienko, a prawdziwy BIESZCZADZKI ANIOŁ.
Oczywiście ;)
Dzień 6
Od rana ciepło jest. Plan w głowie też jest, więc po śniadaniu w drogę. Jedziemy drogą, którą jeździliśmy już wiele razy nawet podczas tego pobytu. Ale daleko nie jedziemy. Ot tak ino, ino. Karawan zostawiam przy sklepie, naprzeciwko cmentarza. Na cmentarzu jest mogiła, która nie jest chlubą w najnowszej historii Polski. Takie jest przynajmniej moje zdanie. Chociaż czasy były ciężkie wtedy… Obok cmentarza Wielebny stawia nową świątynię. W sklepie wypijam browarka i idziemy asfaltem mijając nyżę i bociana w gnieździe. Wiosna jest. Skręcamy w prawo i mozolnie pniemy się pod górę. Jest fajnie, jest ciepło, ptaki śpiewają, kurcze wiosna pełną gębą. Nie spieszymy się, bo i nie ma po co. Wychodzimy na grzbiet góry. Widoki na południe zacne są. Człapiemy sobie polną drogą po lewej stronie mijając ruiny. Zastanawiacie się skąd tutaj ruiny? Otóż stoi sobie niedaleko drogi ruina ambony. Ruina, jak się patrzy. Strach podejść, żeby się nie przewróciła. Odpoczynek na trawce robimy, a co? Po dłuższej chwili idziemy dalej. Natykamy się na ciągnik, a przy nim dwóch młodych ludzi. Proszę ich żeby nam zrobili fotkę i idziemy dalej. Dochodzimy do skrzyżowania dróg. Polnych, bo polnych, ale skrzyżowania. Kieruję swoje kroki w prawo. Z tyłu słyszę głos żony, że upał jest i nie chce się jej iść. Trochę racji ma, zrobiło się upalnie. Pokazuję jej cel naszej wędrówki ale nie wpłynęło to dobrze na jej samopoczucie. Nie wierzyła, że w krótkim czasie tam dojdziemy. Mijając całe łany kwiatów polnych wreszcie dochodzimy do celu. Renatka siada przy ambonie, a ja idę w stronę cerkwiska i cmentarza. O dziwo w miarę wykoszone jest. Bez przesady, ale jest. Wróciłem do Renatki a ona oburzona niczym Telimena. Okazało się, że wskazałem jej miejsce do odpoczynku w sąsiedztwie mrowiska. Przenieśliśmy się kawałek dalej i znowu zalegliśmy w trawie. Lubimy to, lenistwo znaczy się. Leżę i myśli swoje kieruję w stronę Wojtka. Rok temu byłem tutaj z Nim i z Gośką. Ciekawe, co u niego słychać? Jak się czuje? Czy przyjedzie w Bieszczad w sierpniu, jak się umawialiśmy? Oj Wojtku, często o Tobie myślę….
Nie tylko Ty...
Bertrandzie !
czy opis dotyczy Terki i drogi w kierunku Studennego ?.....fajne są te Twoje opowieści, bo zmuszają do ruszenia mózgownicy ..
Pozdrawiam !
Ogólnie rzecz biorąc, tak! Ale prawie jak zawsze robiłem skok w bok ;). Ciekawe, kto przechodził koło ruin ambony?
Pozdrawiam
W końcu podnosimy się z ziemi i najpierw pod górę, a potem prosto w dół schodzimy do karawanu. Browarka już nie pijemy. Podjeżdżamy sobie niedaleko. Idziemy do Matki/Ojca? Na pstrąga. Pstrąg, jak to pstrąg niczego sobie, ale daleko mu do tego z Mucznego. Możecie teraz pisać co chcecie, ale takich pstrągów, jak robi Ania, to nikt więcej nie robi. Ponieważ rybka lubi pływać, to browarek był w sam raz. I to było Tyskie. Po obiedzie Renatce marzy się lenistwo. Mówisz żono i masz. Jedziemy mniej więcej do tego miejsca, gdzie najładniejsza rzeka /po Warcie oczywiście/ wpada do jeziora. Za mostem skręcam w prawo i ku przerażeniu Renatki jadę w dół. Parkuję w miejscu prawie biwakowym. Wyjmujemy z karawanu leżaki i po prostu się na nie uwalamy nad wodą. Po wodzie pływają kaczki, albo inne ptactwo, po drugiej stronie rzeki bociany sobie chodzą, a my nie musimy chodzić. My leżymy sobie. W końcu zrobiło się chłodno. Wtedy Pakujemy się do karawanu i jedziemy do kawiarni Stanica na najlepszą w Bieszczadzie kawę. Po drodze mijamy kapliczkę, której prawie nikt nie zauważa. W Stanicy kawusia, deserek przy dobrej muzyce. Pod wieczór wracamy do Zawozu….. i wypijamy małe co nieco. Wszak dzisiaj lata kończę. Ważne, że nie czuję się stary :grin:. A tak swoją drogą piękne urodziny miałem….
Nadrabiam dzisiaj forumowe zaległości, więc chciałem się niczym Majster B. do ognia przysiąść, (może ktoś, kiedyś pieśń ułoży - niechby i o nosie), a tu gonią :evil:
Ale zaraz się odprężyłem, gdyż:
Mądrego i dobrze posłuchać!
Ognisko pięknie, jasnym płomieniem płonie i nie dosiąść się, niemożebne!
P.S. Magia niektórych miejsc jest po prostu sakramencka, howq!
Zaraz gonią, to w trosce o ławki i kamienie tylko i wyłącznie hihihi
Fajnie nam,Bertrandzie,"kończyć latka"w kwitnących majową bielą oklicznościach przyrody! O twórcy trójkątnych kapliczek kiedys wspomniałam (mam przyjemność znać !).Gdyby ktoś był ciekawy kto zacz,może zdradzę!
Witam
Aj, ajjjj
A ja stary ramol nie dość, że spijałem Twoje i Renatki piwo i własne przytargane z Leska za zdrowie Pastora i swoje (Pastor jest ledwo o 7 dni młodszy) w ramach swoich narodzin - ehhh.
Chyba mi jest pisane mijanie się z Wami.
Ale jakoś tak postarzałem się ostatnio - więc jeżeli Szanowny Bertrand pozwoli, to złamię swoją regułę i przy okazji opowiem po raz pierwszy i ostani swoje bieszczadowanie - te 30-lecie w tym roku dało mi niźle w dupę.
Zgoda Bertranda tylko na piśmie :-)
Pozdrawiam