Sedum maximum
Wersja do druku
Sedum maximum
Litości!
Rozchodnik wielki (by wujek google)
:D
Przy okazji się pilnie dokształcam.
Wodospad wiosenny
Zaraz po powrocie z nadrzecznego spaceru z psem wsiadłem w mój leciwy pojazd i wdrapałem w górę nad miasto. Zaparkowałem obok kurnika i ruszyłem w promieniach późnopopołudniowego słońca ku wodospadowi, a może bardziej by odnaleść gęsiówki piaskowe, które kiedyś pomyliłem z sałatnicą leśną. Grunt odtajał już po zimie i dopasowywał się do obuwia, więc dla uniknięcia tej samej drogi postanowiłem wziąść wodospad tym razem od góry. Stara leśna ścieżka/dróżka wiodła zaraz nad załamaniem zbocza opadającego stromo do rzeki. Na drzewach nowe niebieskie paski urządzeniowców świeciły niczym przysłowiowe psie międzynożne wahadło. Wśród brynatnych liści w ściółce i zielonych mchów rozkwitały pierwsze przylaszczki kolorami od fioletu po błękit. Miejscami po ziemi płożyły się czerwone pędy wilczomleczy migdałolistnych. Przy świeżo zrobionej dylowance na szlaku zrywkowym skreciłem w prawo, w dół ku wodospadom. Roztopowe wody nawet nadały mu głosu i chyba tylko po ulewnej burzy wygląda ów wodospad poważniej. Powoli stromą skarpą porośnietą bluszczem schodziłem od drzewa do drzewa w dół. Jedynie przy co okazalszych kępach przylaszczek zatrzymując się...
...Późnopopołudniowe chwile jednak szybko płyną. Słońce powoli skrywają ciągnące od zachodu chmury. Jeszcze kilka przylaszczek i przebiśniegi. Powoli wzdłuż rzeki kieruję się do samochodu. Jeszcze tylko obrywy skalne i ścieżką przez sosnowo-świerkowy zagajnik kieruję się do drogi. Słońce zaszło zanim dotarłem do auta. Fenowy wiatr tłumił wszystkie odgłosy cywilizacji.
Marcin klimatyczne fotki świadczące, że wiosna jest tuż tuż ...
Pinetum rabianicum
Życie człowieka jest przykre niczym los rabskich sosen. Przychodzi taki czas, że każda góra osuwa się w dół, by powoli przestawać być górą. Wtedy niesione wiatrem przylatują nasiona sosen by tchnąć zielone życie w szare rumowisko skalne. Ich życie początkowo jest intensywne, by po stuleciu, po dwóch kończyć się katuszami. A to jodełka ocieni, a to buczek przerośnie koronę. Niektóre sosny kończą żywot burzliwie łamane wiatrem, bądź ogławiane okiścią, ich męki kończą się nagle i bezboleśnie. Drwale się tam nie zapuszczają bo nie ma po co.
Pierwsze wiosenne niedzielne południe zachęca do spacerów. Z zachodu i południa Europy przylatuje pliszka górska, by swym kolorem ożywić szare koryto potoku i eternitowy dach walącej się szopy. Nie ma wyjścia trzeba się wdrapać na którąś z okolicznych górek. Stromym, wąziutkim szlakiem, który niegdyś służył koniom wspinam się do góry. Teraz pięknie zarósł mchami i widłakami. Gdzieniegdzie można natrafic jeszcze na kilkudziesięcioletnie zabliźnione już rany zadane puszczy w postaci murszejacych stosów jodłowych wałków. Gdzieindziej widać, że puszcza się odradza. Przez plątaninę powalonych osik ciężko się przedrzeć. Z ziemi do słońca rozwijają się filetowe pędy żywców gruczołowatych. Wyżej i bardziej od północy leży jeszcze sporo śniegu. Szum fenu przeginającego korony drzew zakłóca myśli w głowie. Człowiek zapomina o świecie, o dolinach, o drogach, o wioskach i inszych miasteczkach. Jest tylko las, las porastający dawne osuwisko i rozświetlone mszyste runo. Wreszcie pojawiają się pierwsze zwalone sosny. Do grzbietu już tylko kilka kroków. Spękana pomarańczowo-różowa kora kryje pod spodem skręcone drewno. Obumierające, powyginane wiatrem sosny giną pośród gęstwiny buków i jodeł wdzierających się od dołu w korony...
...Każda góra kiedyś się kończy, więc trzeba było zawracać. W lukach pomiędzy drzewami otwierały się widoczki na okoliczne górki. Południwym stokiem złaziłem na dół. Miejscami zamiast runa i sciółki były same kamienie. Dopiero gdzieś tak od połowy góry las zrobił się dorodny i jodłowy z pojedyńczymi jaworami i bukami oraz wielkimi kępami mchu. Im niżej tym fen był słabszy, a świadomość powoli wracała do cywilizacji niczym ze snu.
Horodysko
W trakcie trwającej ćwierćwiecze ontogenezy człowiek dostrzega, że bezkresne puszcze z dzieciństwa są w rzeczywistości tylko zagajnikami, że pradawny dąb, pod którym rosły olbrzymie purchawki jest tylko zwykłym drzewem, które ktoś kiedyś zetnie, by wrzucić do pieca. Dostrzega, że sam staje się skończony w czasie i przestrzeni.
Niedzielny słoneczny ranek kusi do wyjścia z domu kępami niebieskich przylaszczek. Omszony czerep rogacza przypomina o losie, który czeka każde żywe stworzenie. To znak, że trzeba ruszyć w poszukiwaniu mitycznej puszczy z dzieciństwa do Horodyska - najbardziej tajemniczego lasu w okolicy. Przechodzę przez trawiaste pagórki rozkwitające pierwszymi stokrotkami. Nad zielonymi oziminami i czarną wodą stawów z oddali bieleją brzozy kryjące wnętrze puszczy. Powoli groblą pomiędzy stawami idę w kierunku lasu. Słońce co chwila niknie za szarymi chmurami. Na stawach pustki - para łabędzi pływa w trzcinach, kilka krzyżówek na środku oraz jedna spłoszona czapla siwa. Leśną dróżką przez łęg i niewielki pagórek dochodzę do polany, z której wypływa pierwszy potok Horodyska. Pod wielkim guzowatym jesionem bieleją przebiśniegi. Delikatnie meandrujacy potok szeroko rozcina stromą skarpę porośniętą grądem. Żywce gruczołowate, złoć żółta, cebulica, anemony i zdrojówka mają już pąki, ale jeszcze nie kwitną. Za to w łęgu przy potoku niebiesko jest od przylaszczek...
...Rozcinając szeroko skarpę potok rozlewa się na podmokłej łące z turzycami i sitowiem leśnym, by w końcu w postaci rudawych przecieków wpaść do kanału odprowadzajacego wodę ze stawów do Sanu. Ruszam w lewo popod skarpę w stronę rzeki. Po kilkuset metrach dochodzę do łanów konopałków rosnących pomiędzy podnóżem skarpy, a kanałem. Czarna, wilgotna ziemia zapada się pod nogami. Łany konopałków zmuszają do zwolnienia kroku. Słońce zachodzi za coraz liczniejszymi chmurami. W miejscu, gdzie kanał dochodzi prawie do samej skarpy wyrasta kilka jesionów porośniętych bluszczem, kończą się również konopałki. Jestem tu co roku i wydaje mi się, że śnieżyc przybywa...
...Miejscami w kanale widać dawne, przedwojenne pozostałości po faszynowych umocnieniach. W dolnym biegu kanał staje się znów tym, czym zapewne kiedyś był - niewielkim meandrującym potokiem, nad którym lubi zaczaić się zimorodek na młode ryby. Miejscami potok dochodzi do samej skarpy i płynie w zagłębieniu. Na drugą stronę można przejść po powalonych drzewach. W łegowym lesie kwitną krzewy wawrzynków kuszące trzmiele do spijania nektaru. Z ziemi wychodzą cebulice, złoć żółta i pierwiosnki. Wśród brunatnych liści czerwienią się czarki. Gdzieniegdzie widać zeschnięte pędy skrzypu olbrzymiego. W lecie miejsce to wygląda całkiem inaczej. Pod ulistninymi koronami wierzb, lip i jesionów unosi się wilgotne powietrze. Z ziemi wyrasta busz pokrzyw, ostrożeni i skrzypów. Raj mają komary. Jednak teraz, gdy brak bujnej roslinności widać wszystko. Bobry naspuszczały wierzb. Ze skalistej skarpy oderwało się kilka świeżych głazów. Starsze lasujące się porastają mchy i wątrobowce. Wreszcie dochodzę do trawiastego miejsca, gdzie ptok wpada do rzeki. Na brzegu odnajduję szczątki jakiegoś ptaka - pewnie kaczki upolowanej przez jakiegoś drapieżnika. Spod próchniejącej kłody rozkwita do słońca miodunka. Pora zawracać...
...Drogę powrotnią dla odmiany wybrałem po drugiej stronie kanału łąkami. Słońce na chwile jeszcze wyszło, ale szybko znikło, by już się nie pokazać tego dnia. Spokojnie sobie idę i dostrzegam jakiegoś przykucniętego osobnika zrywającego konopałki-jakiś wieśniak z okolicznej wioski. Zaskoczony przez gajowego na miejscu zbrodni został pouczony. Tłumaczył, że to dla teściowej, bo święta idą czy coś takiego. Szybko zniknął, kiedy mu oznajmiłem, że może spieprzać zanim wpadnę w furię. Magiczny czar zielonej kamizelki ;) robi na prostym ludzie jeszcze jakieś wrażenie. Sporą kępę śnieżyc odnalazłem jeszcze na łąkach na wysokości, gdzie potok, którym przyszedłem rozlewa się na turzycowisku. Nigdy wcześniej ich tu nie widziałem. Jesienią oczyszczali i pogłębiali fragment kanału i ciężko się było przedostać na drugą stronę, więc mogłem potrenować skoki w dal. Wielkie krzaki łoz wypuściły bazie. Obrałem kierunek w stronę ruin radzieckiego bunkra. Słońce niby zaszło, ale liczyłem, że może jakaś niegramotna żmija, zaskroniec lub chociaż padalec się jeszcze trafi. Nic się nie trafiło. Znów wlazłem w łęgowe zarośla. Powiadają, że przed wojną stał tu browar. Teraz nic o tym nie świadczy. Wdrapałem się na groblę i biegnącą po niej dróżką doszedłem do drogi krajowej, by ją przeciąć pod kątem prostym. Odwiedziłem jeszcze miejsce, gdzie są zarastające glinianki, niegdyś strzelnica milicyjna, w dziciństwie nazywaliśmy je Jeziorka. Poza syfem i stertami śmieci nic ciekawego nie znalazłem. Kiedyś było tu całkiem uroczo. W gliniankach pływały traszki i żaby. Na dnie czaiły się płoszczyce i larwy ważek, a na wodnej roślinności topielice, po powierzchni ślizgały się nartniki, a pod wodą wiosłował pluskolec. W otoczeniu rosło sporo kukułek szerokolistnych. Niestety to było kiedyś. Teraz wszystko zarosło krzakami, rudbekią i nawłocią. No i zostało upstrzone kilkoma tonami rozmaitych śmieci i odpadów. Zpochmurniało jeszcze bardziej i zaczęło z lekka kropić. Doszedłem do starej drogi, by przez kaczeńcowe bagno wyjść na pagórki. Gdzieś po drugiej stronie doliny pojawiła się jeszcze plama jasnego światła, ale i ona szybko znikła. Spacer się skończył tak jak skończył się dawny urok glinianek. Dobrze, że chociaż Horodysko rozkwita jeszcze jak co roku rozrastającymi się łanami konopałek.
coraz bardziej mi się podoba to co pisane...i to dokąd chodzone...:-D
Piżmaczkowy Łęg
Po sobotnim święceniu ze spokojem ducha można się oddać tylko jednej czynności - chodzeniu po pagórkach. Przed południem razem z Ewą wybraliśmy się więc na pagórki. Najpierw miedzą, później przez łąki i suchorośla doszliśmy do pól pegierowskich, które wbrew nazwie są łąkami i ne są już pegierowskie. Słońce miło przygrzewało i jeszcze milej powiewał lekki wietrzyk. Z pagórków mieliśmy idealny widok na okolicę. Znaleźliśmy szkielet myszołowa - enta ofiara linii energetycznej. W tym miejscu giną ptaki wyjątkowo często - drapieżne i sowy. Na szczęście nad ugorami, łąkami i lasami latała para, która miłym dla ucha kwileniem, co chwila oznajmiała, że wiosna to czas rozmnażania, a przynajmniej tej przyjemniejszej jego części z naszego ssaczego punktu widzenia, ale myślę, że i ptaki też nie różnią się od nas w tych odczuciach.
Nad niską darń wyrosło kilka kępek jakiegoś czosnku. Od dwudziestu lat go tu nie obserwowałem, więc tym milszym było znalezisko. Na starej usychającej topoli wypatrzyliśmy trzy białe czaple. Spokojna woda stawów i biel brzeziny kusiła, by nie wracać za szybko do domu. W końcu są święta i trzeba świętować, więc ulegliśmy pokusie. W dół po pagórkach ruszyliśmy w stronę stawów. Jezdnię krajówki, jak zwykle, przecięliśmy po najmniejszej prostej czyli pod kątem prostym i już byliśmy na zielonej oziminie. Kwitnące żółto łozy przywabiły pszczoły i trzmiele. Ruszyliśmy na zabronowany pagórek pomiędzy stawami, którego szczytem biegnie polna droga prowadząca do grobli i lasu. Na dużym stawie pływało kilka grążyc, pławic i jeden perkoz rdzawoszyi. Na małym kilka krzyżówek i para łabędzi. Jakiś ornitolog z długim niczym lufa obiektywem spłoszył czaple, ale na szczęście odjechał...
...Spłoszone czaple zatoczyły kilka kółek nad stawami i usiadły na brzozie nad brzegiem dużego stawu. Można się było spokojnie przyjrzeć kaczkom pływającym po wodzie - kilka czernic i głowienek oraz krzyżówki. Od strony trzeciego stawu nadleciało siedem czapli siwych płosząc większość tego, co na wodzie siedziało oraz białe czaple z brzozy. Pośród krzyżówek udało się wypatrzyć jednego samca świstuna. Jedynie czernice i perkoz rdzawoszyi nie przejęły się czaplami. Nad trzcinowiskami i łąkami po drugiej stronie dużego stawu kręcił się błotniak stawowy. Pierwsze chwasty polne masowo rozkwitły różowymi kwiatami...
Można powiedzieć jak to dobrze, że nasi synoptycy akurat na święta nie trafili z prognozą. Dzieki temu możemy z przyjemnością czytać i ogladać marcinowe świąteczne wedrówki.
...Doszliśmy do dębu rosnącego pod groblą przy dolnym stawie. Kwitły pod nim łany kokoryczy pełnej, cebulicy i kępa zawilców. Prowizoryczna łódka służąca do wybierania ryb prawie całkiem już zatonęła. Mimo chwilowego zamieszania, które spowodowały siwe czaple znów zapanował spokój. Gdyby jeszcze nie te auta, ale całe szczęście ruch był i tak stosunkowo mały. Święta to czas wielkiego żarcia, które trzeba zdobyć. Kiedyś się biło świniaka lub wyciągało długo gromadzone zapasy. Teraz wszystko jest w sklepach, wszystko takie same jak przez pozostałe 365 dni w roku. Ale kurna zawilców, cebulic i inszych kokorycz nie ma i dlatego wylegiwanie się w łanach wiosennego kwiecia to prawdziwe święte świętowanie. Wiatr delikatnie potrząsał kwiatostanami osiki rosnącej na grobli. Weszliśmy w łęg, łęg żółto kwitnący łanami śledziennic...
...Prócz śledziennic pod brzozami, wiązami, lipami, jesionami, czeremchami oraz z rzadka innymi drzewami pełno było piżmaczków wiosennych. Zgodnie z pradawną grecką nazwą jest to roślina wyjątkowo niepozorna i przeciętny przedstawiciel zwierzęcia zwanego człowiekiem jej nie zauważa. Doszliśmy do barwinkowej góry i skręciliśmy w prawo by pokręcić się jeszcze wśród łęgowych kwiatów. Czeremcha i agrest wypuściły już młode liście. W świetlistym bezlistnym jeszcze lesie w zasadzie było bezwietrznie z czego pełnią życia korzystały cytrynki. Chwilę powylegiwaliśmy się do słońca na jakimś pniu i zawróciliśmy w stronę stawów...
...Wracaliśmy idąc brzegiem dużego stawu przy trzcinach. Po zimie wypłynęło na powierzchnię kilka zdechłych karpi. Pojedyńcze ropuchy szykowały się do złożenia skrzeku. Na trzcinach przy brzegu było sporo błotniarek. Gdzieś na powalonych źdżbłach wypatrzyłem rzęsielnicę wodną próbującą wzbić się z powierzchni wody w powietrze. Błotniak stawowy w dalszym ciągu ze spokojem patrolował łąki po drugiej stronie stawu. Szczaw koński wypuścił już zielone liście. Pośród zeschniętych trzcin zobaczyliśmy jeszcze jednego potrzosa i już dochodziliźmy do kwitnącej kępy łoz i ozimin...
...Przy łozach jeszcze tylko ujęcie na żółte bazie i trzmiela, widok z oziminy na stawy i już jesteśmy u podnóża pagórków po drugiej stronie drogi. Myszołowy uroczo kwilą i wykonują podniebne akrobacje. Na łące wypatrzyliśmy pawie oczko wlatującego do niewielkiej jamy w ziemi. Podchodzimy i okazuje się, że siedzi tam około dziesięciu motyli. Ten który właśnie przyleciał trzepocze skrzydłami jakby próbował rozgrzać pozostałe. Może to jakiś sposób na przetrwanie chłodnych okresów. Przy lasku pod miedzą spotkaliśmy jeszcze śpiewającego pierwiosnka. Zazwyczaj jest bardziej płochliwy, ale ten dał się nawet sfotografować w kilku ujęciach. Ewa na nogawce znalazła pierwszego kleszcza - niestety nie był to dla niego szczęśliwy dzień, a taka piękna była pogoda.
jak się czyta i ogląda to czuć ten sielski spokój, chociaż to przecież tak blisko drogi...
(a Marcin mógłby spokojnie przygotowywać teksty dyktand do szkół;))
Skrzypy
Sobota minęła pod znakiem przelotnych majowych deszczy i słońca. Przed wieczorem wybraliśmy się nad wodę, by popatrzyć na zieleniejące buki, kwitnące kaczeńce i skrzypy. Woda w szuwarach kipiała setkami tysięcy kijanek. Po wodzie ślizgały się pojedyńcze nartniki. Od zachodu niebo nabrało stalowych barw i powoli zbliżała się burza.
O żesz...
Jak pomyślę, że przez te *&^%#: egzaminy dopiero to zobaczę kole Bożego Ciała, to mnie skręca...
Piknie, Panie Marcinie...a te skrzypy na pierwszym doskonałe!
Morio
Tak już się złożyło, że to, co miało zarosnąć już dawno w Bieszczadach zarosło. Można chodzić i szukać, ale znaleść łąkę lub pastwisko kwietne jest już coraz trudniej.
Poranny piątkowy deszcz w Lesku nie zachęcał do łąkowego botanizowania. Wsiadłem w samochód, by dotrzeć pod leśniczówkę, ale nikt prócz mnie nie przybył. Odczekałem piętnaście minut i ruszyłem tam, gdzie nikt nie chodzi, tam gdzie trawę spasają krowy i koszą na siano. Tylko obuwia łąkowego zapomniałem, ale rośna łąka warta jest każdych lakierek czy trampek, więc nie zważywszy na podstawowe braki w wyposażeniu terenowym ruszyłem na łąki. Pod cerkwiskiem pasło się kilka krów wraz z byczkami. Drągą przez las wyszedłem na łąke przechodząc nad pastuchem okalającym to najwspanialsze miejsce bieszczadzkiej łąkowatości jakie dane było mi ujrzeć. Już z daleka ponad niską i mięciutką ruń wystawały różowe storczyki samicze i stoplamki szerokolistne z łacińska zwane majowymi. Każdy storczyk jest w innym odcieniu fioletu bądź różu, tak jasnego, że aż białego prawie, ale w tym roku prawdziwie białego okazu nie znalazłem. Każdy kwiat jest inny i wyjątkowy, za jednym kryje się wielooka bestia potrafiąca jednym skokiem dopaść motyla lub błonkówkę, a nawet szybkiego bzyga. Na źdźble wyczyńca zobaczyłem jakiegoś małego motyla ze złotym połyskiem...
...Słońce nieśmiało wychodziło zza chmur, to znów zachodziło, a ja leżałem w błogości na łące i obserwowałem storczyki. W pełnię kwitnienia wchodziły babki lancetowate i jaskry. W wilgotniejszych miejscach wypatrzyłem pierwsze ostrożenie łąkowe. Udumałęm sobie, że skoro nie pada to może wybiorę się jeszcze i na inne łąki. Ostatnie ujęcia i zmierzam do leśnej dróżki. Uroczo zapiałem na całą dolinę, gdy się przekonałem, że pastuch jednak podpięty. Przez chwilę musiałem poruszać palcami, by odzyskać czucie bom se za mocno chwycił za druta ;) W lesie upolowałem jeszcze rusałkę i już byłem na dróżce obok dawnego cerkwiska, za którym skręciłem w prawo ku polnej zarośnietej drodze biegnącej w górę przy lesie...
...Już na dróżce trafiłem na pierwszego stoplamka. Później drugi na łące. No i pojawiły się najpierw pojedyńcze, a później rosnące w niewielkich płatach storczyki samicze. W sumie dobre kilka setek okazów na powierzchni kilku hektarów. Tym milsze jest to, że dwa lata temu naliczyłem tam tylko kilkanaście sztuk. Przekwitły już pierwiosnki lekarskie, ale pomiędzy storczykami trafiłem na ciekawe fiołki o dużych jasnoniebieskich kwiatach. Znów zacząłem się wylegiwać i wyczesywać rosę z trawy w trakcie fotografowania storczyków. Jednak to, co miłe szybko się kończy i trzeba było wracać. Przy cerkwisku kilka dorastających byczków przeszło przez pastuch i zaczęło próby miłosnych uniesień wobec krów, ale nie bardzo im wychodziło. Przeczekałem kilka chwil, żeby nie narażać się na wzięcie na rogi i byczki wróciły na pastwisko. Wsiadłem w auto i ruszyłem do domu.
Ładnie się wystorczykowałeś - aż miło oglądać zielono - różowe łąki, gdy za oknem szary deszcz leje.
oj leje, w pyrlandi też szaro i ponuro. Marcinie dzięki za odrobine wiosny szkoda, że tylko na fotkach.
wow, piękny
czyli nie trzeba jechać do Rumunii, w Pl też kwitnie;-)
Wow!
To w Bieszczadach świeci słońce?:O Ja tu próbuję od 3 tygodni plenerować, botanizoawć itd ale tylko czarne chmury, czasem deszczyk witają w górach. W ostatnią niedzielkę wbiłem się w ostrą zimę na Szrenicy miast kąpać się w słońcu... Jedno mi się ciśnie na klawiaturę - nie ma jak Bieszczady:D
Kosaćce
Niedzielne popołudnie to generalnie bardzo miła pora. Kończy się łikend, czyli czas powszechnego wypoczynku rodaków, którzy o tej porze znudzeni łikendem mkną do domów, by po nocce ruszyć, jak zwykle, do swoich pasjonujących zajęć zawodowych. Pusto się robi po bieszczadzkich dolinach. Z lasu wyłazi zwierzyna popaść się na łąkach, a może by nacieszyć oko widokami. W każdym bądź razie jest cicho, słońce nie praży i śmiało można ruszyć na łąki. Przemknęliśmy przez górę i las i już byliśmy w dolince z całkiem miłymi widokami. Delikatne chmury sprawily, że niskie słońce rozlało się po dolinie miękkim światłem. Po ostatnich deszczach grunt jeszcze mokry, a i rzeczka całkiem spora, więc zmieniamy kościołowe obuwie na gustowne, lekko upaprane błotem gumofile i idziemy ku błękitowi. Podeszczowy potoczek wymył w polnej drodze jakiś pocisk. Nad kwitnącymi kminkami i trybulami unoszą się chmary rozmaitych muszek, chruścików i motyli. Generalnie po wiosce poza sadami niewiele zostało, ale zostały łąki. Jeszcze tylko świerkowy młodnik i pokrzywiska i już jesteśmy na kosaćcowej łące. W tym roku zakwitły wyjątkowo bujnie...
... Godzinami można siedzieć pomiędzy kępami i robić zdjęcia kosaćów, przyglądać się owadom zajętym zapylaniem, zjadaniem lub tylko odpoczywaniem na kwiatach. Godzinami można się wpatrywać po światło w żyłki na kwiatach, w których płynie błekitna krew... Ale za kolejną górą czekają kolejne dziwy i widoki, więc trzeba ruszać.
piękne te kosaćce, a długo kwitną tak łąkowo?
Szacunki
Przychodzi taki czerwcowy czas, kiedy trzeba ruszyć w drzewostany z zapasem farby, klupą, raptularzami i ołówkiem.
Przecinam poranne strzępki mgły unoszące się w dolinach. Dziurawą drogą wdrapuję się na przełęcz i z niej odbijam na pusty skład drewna. Mimo chmur parkuję auto pod buczkiem, tak na wszelki wypadek. Okoliczne łąki są w pełni kwitnienia prosienicznikami, biedrzeńcem, dzwonkami, jastrunami, pępawą i podkolanami. Pod sosną przy składzie dojrzewają już pierwsze poziomki i jagody. Krótka chwila i przyjeżdża podleśniczy. Na masce rozkładam mapę. Mała narada jak ugryść 91Ac, skąd zacząć i jaką przybrać taktykę. Przed nami 42,62 ha trzebieży późnej. Do plecaków wrzucamy jeszcze po śniadaniu i butelce wody i przez porolną sośnikę ruszamy w las. Pod pniem sosny po lewej wypatruję nieczęstą już w Bieszczadach kwitnącą gruszyczkę jednokwiatową. Sośnina szybko się kończy i zaczyna się kawałek podejścia do góry przez kwaśną buczynę. Rozglądam się po lesie, ale nie widzę ani kurki, ani prawdziwka. Las ocieka nocnym deszczem. Sciólka oraz liście nalotów i podrostów szklą się wilgocią. Kończy się kamienisty szlak i teren się wypłaszcza. Znów zaczyna się sośnina tym razem mocno podbudowana jodłą - tak teraz wyglądają dawne łąki i pastwiska. Jakieś sześćdziesiąt lat temu moglibyśmy cieszyć oko widokami od Smereka, poprzez Korbanię, Łopiennik, Pasmo Graniczne, Wołosań, Chryszczatą po Suliłę i Beskid Niski. Teraz mamy tu las i tylko jeszcze stare sosny oraz nieliczne łąkowe rośliny w prześwietleniach świadczą o tym, że kiedyś to lasem nie było. No ale dochodzimy do południowowschodniego rogu naszego pododdziału. W opisie taksacyjnym mamy las górski świeży, gleba brunatna wyługowana, pokrywa runa zadarniona. Drzewostan: 3BK 86, 1Md 86, 2Bk 101, 1So 101, 2Bk 65 i 1Bk 45 (gdzie pierwsza cyfra oznacza udział gatunku, Bk to buk, Md to modrzew, a So to sosna, ostatnia liczba wiek). Dodatkowo miejscami jodła, brzoza, olsza szara. No ale nie ma co się skupiać na papierach trzeba się brać za robotę. Na gruncie się okaże jak rzeczywistość ma się do opisu taksacyjnego. Ruszamy na północny wschód przy granicy, którą biegnie leśna dróżka. Ja biorę pas od potoka. Jeszcze tylko wytyczne, by nie lecieć po masie i przygłuchy oraz wszelkie niewłaściwie ukształtowane lub uszkodzone drzewa zostają wycechowane. Głównie cienizna w najniższych stopniach grubości. Raptularz szybko zapełnia się kopertami. Jest przyjemnie chłodno, a pomiędzy drzewami unosi się mgła. Im wyżej tym mgły więcej. Po pewnym czasie granica odbija na północny zachód, a dróżka przecina potok...
...Farba w ręku daje władzę nad życiem lub śmiercią fanerofita. Ten do ścięcia, ten zostaje. Jednego dnia trzeba postawić dobre kilka setek kropek. W jednej decyzji trzeba uwzględnić kilka aspektów - estetyczny, przyrodniczy i gospodarczy. Las jest ładny, dorodny kwaśna buczyna przeplatana płatami żyznej oraz fragmentami dawnych polan zalesionych sosną, wejmutką, banką, modrzewiem i świerkiem. Miejscami pod gonnymi buczkami jodłowe szczoty pną się to światła. A i na dziuplastego buka z wieloma konarami trzeba znaleść miejsce.
Przechodzimy na drugą stronę potoka. Ja natrafiam na fragment z pojedyńczymi, powoli wydzielającymi się z drzewostanu sosnami. Ich rola się już skończyła. Buki wrastają im w korony i powoli zagłuszają. Promienie słońca przebijają się przez mgły wiszące w nad lasem i w koronach. Na czarne wilgotne pnie pozwalanych drzew powychodziły salamandry. Przygrzbietowym wypłaszczeniem dochodzimy do końca pododdziału. Teraz czeka nas droga powrotna kilkadziesiąt metrów poniżej fragmentu wycechowanego wcześniej do załamania stoku, który opada w doł skalistym pochyłem do niżej położonej półki. Natrafiam na kilka prawdziwków. Ładne, dorodne i zdrowe lądują w plecaku. Dochodzimy do resztek dawnych polan zarosłych łanami orlicy i hebdu, a w większości zalesionych sosną i świerkiem. Kiedyś musiały tu być dość miłe łąki ciągnące się aż do potoku pomiędzy skalistymi grzędami porośniętymi odroślową buczyną. Natrafiam na dawną szkółkę jodłowo-świerkową. A już całkowitym zaskoczeniem jest drzewostan stuletniej banki. powoli rysuje mi się przedwojenna historia tego drzewostanu. Od początku wydawał mi się za ładny, buczek za gładki, za gonny, pod niegrubą gęstosłoistą sosną, taki wręcz niebaligrodzki. Coś Krasickim mi ten las zalatuje.
W buczynce robimy mały popas na ente śniadanko. Na bukowym pniu wypatruję siwiotka borowca. Mała przerwa na kilka zdjęć i ruszamy dalej przy potoku w dół. Strome zbocze porośnięte jest znów nietypowym jak na las przedplonowy modrzewiem - niegrubym, wysokim i ładnie oczyszczonym przez buka w drugim piętrze. Nieco niżej pojawiają się wejmutki - grube na blisko metr. Mało ich więc tylko kilka ogłowionych przez jesienną okiść cechujemy i pora wracać. W dolinie natrafiamy na stary mostek-dylowankę z sosnowych pni. Stary, ale wygląda na solidny. Jeszcze rok posłuży. Szlakami zrywkowymi dochodzimy do samochodów na składzie. Spochmurniało i wyższe góry na dalszym planie skryły się w chmurach. Łąki kuszą storczykami i poziomkami, a i na kilka jagód się załapałem. Gdy wracam zaczyna kropić. Dobrze, że dało porobić.
To praca? To praca! To praca.
Influenza
Tak to już bywa w przyrodzie, że wszystko, czym zdajemy się być spisane jest na zatracenie. Kumulujące się błędy, postępująca z każdym podziałem komórkowym degeneracja, ataki wirusów podporządkowujących sobie metabolizm różnych komórek naszego ciała. Wszystko to sprawia, że byt nasz wydaje się mieć jedynie charakter wtórny i skrajnie subiektywny w stosunku do informacji, która zostaje powielana, by reprodukować się i zmieniać poprzez kolejne pokolenia.
No i zdarzyło się, że i mnie nie ominął zmasowany atak wirusów influenzy. Gorączka, łamanie w kościach, ból mięśni i totalne rozbicie sprawiło, że wszystko to, co dookoła mieniło się wszelkimi barwami jesieni zdawało się szare i przykre. Zimno wieczornej radiacji przynosiło dreszcze. Do puszczy jednak niedaleko i szkoda byłoby nie wyjść chociażby na podwórko, by popatrzeć na las, na grzyby, na porosty, na orzechówki, na żurawie, na bliższe i dalsze widoki. Buki pomiedziały, a jodły stały się jakby bardziej zielone, a wszystko raz w słońcu, raz we mgłach. Żurawie w popłochu wielkimi stadami uciekały na południe. W pęknięciu belki w chałupie nawet zgniotek znalazł sobie kryjówkę zimową. W innej szparze tycz jodłowy. Puszcza przed zimą zdawała się przenikać wszystko najróżniejszymi swymi tworami. Z rosistej i mglistej wilgoci korzystały wszelkie brodaczki, pustułki i chrobotki. Kępy mchów na rumowiskach skalnych przyozdobiły niewielkie grzyby. Czyste wieczorne niebo wysysało ostatki ciepła z ostatnich zielonych liści i przez noc pokrywało wszystko szronem...
Taka była październikowa jesień, miedziana jak buki, cynobrowa jak zgniotek, szara jak mgła i przygniatająca niczym influenza.
ależ cudne te czerwcowe irysy! moje ukochane kwiaty