Czyli konkretnie? :mrgreen:
No chyba, że masz coś do ukrycia, to już nie wnikam w te tajemnice :mrgreen:
Wersja do druku
Czyli konkretnie? :mrgreen:
No chyba, że masz coś do ukrycia, to już nie wnikam w te tajemnice :mrgreen:
Pięknie pięknie.... dotrzymałaś słowa to teraz ja jadę ja poobserwować :)
To już wawrzynki tak pięknie kwitną ?
I wszystkie inne kwiaty ?
Najwyższy czas wybrać się w góry !
B.
Bardzo przyjemna (foto)relacja, wędrowałem Twoim szlakiem kilkanaście dni wcześniej... Świat wyglądał diametralnie inaczej:)
pozdrawiam, Kamil
A ja mam takie nietypowe pytanie...
Co robią te żabki na tym zdjęciu????
Aha dobrze wiedzieć,że to się tak nazywa:lol:
A tak przy okazji super foteczki:!::!::!:
Kolejny wypad wiosenny. Kwiecień, złociste łany pierwiosnków. Ciągnie magia rzek, potoków. Coś jest w tym szumie, kolorach, kamieniach, skarpach, wiszących paprociach. Czasem okupione to jest skałkowymi siniakami oraz podrapanymi nogami po walce z ciernistymi pędami. Miła to ofiara. No i przy wodzie były siedziby ludzkie, więc duchy też wabią. Po nocy śpiewają, buczą i pohukują. Czasem wydaje się jakby człek gadał...
cd.
Się nie rozpisujesz... Ale dziękuję za zdjęcia.
Pozdrawiam
Im częściej w górach jestem, tym mniej mówię;)
E....tam ;)
Ciekawią mnie co to za jajeczka?
Jajeczka kurka zniosła, a przygotował je sam mistrz kuchni;)
Robi się pastę z pewnymi ziołami aromatycznymi, zebranymi w lesie i majonezem, smaczną ozdobą jest podagrycznik.
Już mi ślinka cieknie:)))mniam
Chyba tego leśnego mistrza kuchni znam... Pomukał ci on ostatnio przez Pyrlandię chyba....
Pozdrawiam
A kto go tam wie...:-D dla niego czasoprzestrzeń nie stanowi granic!
Maciejka wybacz ale dopiero dzis przeczytałam.Pięknie opisujesz i zdjęcia swietne.Dziękuje,że mogłam spędzieć dzięki Tobie kilka pięknych dni.Ja niestety będe w domu dopiero latem,ale czułam ten zapach zimy w Twojej relacji.Może się tam kiedys spotkamy na szlaku:))
Pozdrawiam ciepło
noooo bajka
czekamy na więcej koniecznie
Majowy wypad. Wiadomo, jest to święto mas i co do tego nie ma wątpliwości. Następuje pospolite ruszenie z miast do wiosek. Nawet odludne miejsca przeżywają z tej okazji niezwykłe oblężenie. Jedynie maszyny potrafią zakłócić bieg wydarzeń, co nastąpiło w naszym przypadku. Po domknięciu załadowanego ponad miarę kufra, wyruszyliśmy w trasę. Nie dane nam było daleko ujechać, jak zapaliła się kontrolka silnika – awaria! Autko zaczęło się podejrzanie krztusić. Tobołki wróciły do domu, maszyna do serwisu, na łaskę i niełaskę fachowców. A ja powróciłam do bałaganu przedwyjazdowego mając okazję ogarnąć to całe zamieszanie. Na szczęście pod wieczór cztery kółka znów były gotowe do podróży, a my z lżejszymi kieszeniami załadowani w środku. Pani GPS sprawnie prowadziła nas do celu.
Ciemności sprzyjały naszemu pomykaniu krajowymi drogami, oświetlane jedynie blaskiem ogromnego księżyca. Po północy minęliśmy Koniec Świata i dotarliśmy do Radosnego Szwejkowa. Krysia przygotowała nam pokoik, więc niezwłocznie zalegliśmy w łóżeczkach . A rano, to co mieszczuch lubi najbardziej czyli śniadanie w ogrodzie, grzejąc się w promieniach słońca, popijając kawkę, napawając się widokiem zieloności wokół planowaliśmy wyprawy w górki...
Na początek robimy łagodną wycieczkę doliną Jawornika. Ciepło, słonecznie, chaszczujemy po okolicy do woli. Wracając odwiedzamy znajome cerkwisko, a tam życie tętni swoim rytmem. Kwitnie barwinek, rośnie zielsko, brzęczą owady. Wieczór kończymy przy ognisku. Czekamy na Rudą i resztę, która również walczy ze sprzętem zmotoryzowanym. Docierają późną nocą, my już śpimy zmęczeni nadmiarem tlenu.
Pobudka o świcie, wyjazd na Przełęcz Wyżniańską, stajemy na pustym parkingu i ruszamy w kierunku schroniska. Widoki nie pozwalają na szybki rozruch. Te czekoladowe góry są niesamowite i wszystko w zasięgu wzroku: Wetlińska, Caryńska, Tarnica. Mijamy parkę z plecakami, a potem to już trzeba trzymać tempo, bo depczą nam po piętach:wink:. A podejście ostre, troszku się zasapaliśmy. Na tej wysokości buczyna jest jeszcze bez liści, stąd te rudości stoków. Kilka trawersów i dochodzimy do buków krzyżulcowych, a dalej to już zarośla jarzębinowe i borówczyska.
Ze szczytu Małej Rawki znów rzut okiem na panoramę, zapinamy kurtki bo wiatr hula, wieje i wędrujemy raźnie połoniną do czegoś, co dumnie sterczy do góry. Całkiem pokaźnych rozmiarów betonowy koszmarek wita wędrowców zdążających na Wielką Rawkę. My jednak jesteśmy prawie sami, czekamy na doganiających nas młodych ludzi. Krótka, miła pogawędka, oni zmierzają do Wetliny my schodzimy na Ustrzyki. Dopiero przy zejściu pojawiają się kolejni turyści, ale jeszcze jest spokojnie, chłoniemy rześkie powietrze, podziwiamy ogromne jodły. Na dole łapiemy busa, który podwozi nas do auta. Kierowca nieco zdziwiony, że my już po wszystkim. A parking zaczyna się zapełniać, uff! To była słuszna decyzja:-D.
Odwiedzamy bazę czyli Schronisko na Końcu Świata i jej gospodarza Łukasza. Spodziewają się najazdu rzeszy turystów, coś około 90-tki ludzi z plecakami. Są to zorganizowane grupy, które uprzedziły o swoim przybyciu. Jak oni się tam zmieszczą? To trudne do wyobrażenia J. Przy okazji podziwiamy ich zaanagażowanie w święta majowe!J. W ramach czynu społecznego, każdy przybyły szlifuje nowo zmontowany, drewniany stół. No i oczywiście się oflagowali!
Dzieciaki psim węchem wyczuły wygrzewającą się na dachu kotkę Lusię, którą poznały na sylwestra i dały upust swoim uczuciomJ. A Lusia jakoś wytrzymała nawał czułościJ
Wracając torami do Łupkowa spotykamy młodzież, która ochoczo odstępuje nam drezyno-wózek po warunkiem, że odstawimy go na miejsce. Nie ma sprawy, czysta przyjemność!
W końcu!!! Już myślałam że się nie doczekam dalszego ciągu :)
Zostały dwie części, ale chyba jeszcze potrzebuję czasu;)