A to ci grzech? W końcu było dużo przerw w wędrowaniu, to i czas wypełnić można było malowaniem :)
Wersja do druku
Ładne ;-))
Ranek dnia następnego wstał rześki i mało zachęcający do wyjrzenia z namiotu
Załącznik 40592
Ze dwie, trzy godziny próbowaliśmy ignorować pogodę wylegując się w ciepłych śpiworach ale ile czasu można leżeć? Spakowaliśmy więc graty do plecaków, odpięliśmy sypialnię od tropiku i pod jego kopułą zjedliśmy śniadanie. Później szybka akcja pakowania tropiku i w drogę. W ruch poszły czapki, rękawiczki, ciepłe polary i odzież przeciwdeszczowa. Szliśmy w kierunku Syhlianskiego przy silnym wietrze zacinającym śniegiem z lewej strony. Lekki dyskomfort powodowało trzymanie głowy pod kątem 90 stopni w prawo od kierunku marszu ale poza tym było fantastycznie. Co prawda początkowo wszystko było spowite chmurami i nic nie było widać lecz od czasu do czasu pojawiały się atrakcyjne prześwity
Załącznik 40593 Załącznik 40594 Załącznik 40597
Unikając jak tylko się dało wychodzenia na grań wybieraliśmy osłonięte trawersy a gdy się skończyły wdrapaliśmy się na szczyt. Nagle się przetarło i można było podziwiać okolicę
Załącznik 40598 Załącznik 40599 Załącznik 40600
Okazało się, że wylądowaliśmy o jeden szczyt za daleko :)
Paletę kolorów uzupełniały kwitnące krokusy
Załącznik 40603
Po sesji zdjęciowej zawróciliśmy na szczyt z tabliczką. Niestety po osiągnięciu wierzchołka znów się zaniosło
Załącznik 40601 Załącznik 40602
Idąc dalej w powrotnym kierunku podziwialiśmy dookolne widoki
Załącznik 40604 Załącznik 40606
i wdrapaliśmy się na górę ze zmagazynowanymi rurami zapasowymi do biegnącego połoniną, na szczęście zakopanego już gazociągu
Załącznik 40605
Stąd było już niedaleko do zwornika grani, na którym można zakręcić w kierunku południowym na szczyt Topas lub iść dalej na zachód. Kuna popędziła na zachód
Załącznik 40607
więc wybraliśmy 8) tą drugą opcję i rozpoczęliśmy zejście z połoniny w jej niższe rejony
Załącznik 40608 Załącznik 40609
Znów zaczęło padać więc na obiad schowaliśmy się do czegoś co udawało pasterski szałas
Załącznik 40610
Po obiedzie ruszyliśmy dalej i zaraz za wieżą telekomunikacyjną zakręciliśmy w kierunku części wsi, w której zostawiliśmy samochód. Zejście było bardzo strome więc szybko traciliśmy wysokość i sporo przed zmrokiem dotarliśmy do domu Nikolaja. Zapytałem go gdzie tu można niedrogo przenocować i za chwilkę byliśmy umówieni z właścicielem turystycznego domku kilkaset metrów dalej. Gospodarz czekał na nas na drodze i po ustaleniu ceny (85 hrywien/os.) zaprosił do środka. Do dyspozycji mieliśmy dwa pokoiki, aneks kuchenny w przedpokoju, łazienkę i łóżka jak u babci :) :
Załącznik 40611
Po wrzuceniu plecaków do środka udaliśmy się na zwiedzanie okolicznych magazinów połączone z degustacją piwa :razz:
Kolejny dzień przeznaczony był na powrót do domu. Ponieważ czasu było sporo a droga, którą przyjechaliśmy, na odcinku Dolyna – Miżhirija to prawdziwe wyzwanie dla zawieszenia samochodu i układu nerwowego kierowcy (jedynka – dwójka – jedynka – dwójka itd.) postanowiłem pojechać z Miżhiriji do Wołowca i stąd przez Niżne Worota dalej. Droga dużo lepsza, z punktu widokowego nad Wołowcem podziwiliśmy Borżawę
Załącznik 40615
Pikuja
Załącznik 40614
i nieznanego przeznaczenia zabudowę
Załącznik 40613
Ponieważ przy przekraczaniu trzy dni temu granicy w Korczowej zauważyliśmy sporą kolejkę samochodów oczekujących na wjazd do Polski pomyślałem, że warto zmienić trasę i pojechać na przejście w Małym Bereznym. Wybrałem drogę wzdłuż Połoniny Pikuja, przez Roztokę do Wołosianki. Droga też kiepska a na odcinku około jednego kilometra przy zjeździe z przełęczy pod Starostyną rozryta przez leśny sprzęt. Na szczęście było w miarę sucho i udało się jechać grzbietami kolein. Z Wołosianki już asfaltem do Wielkiego Bereznego na obiad (barszcz ukraiński, warieniki, duży lany kwas – 7 zł/os.). Po obiedzie podjechaliśmy na przejście graniczne i okazało się, że ta kolejka co widzieliśmy w Korczowej to pikuś. W Małym Bereznym zaczynała się przy sklepach i stacjach benzynowych czyli granicy nawet widać nie było
Załącznik 40616
Podobno stało ponad dwieście samochodów. Kierowcy poirytowani tempem odpraw a raczej jego brakiem gremialnie używali klaksonów, których wycie słychać było chyba w Ubli . Wzdłuż kolejki przeszedł jakiś graniczny „generał” czy inna szycha i zainteresowanym tłumaczył, że ze strony ukraińskiej odprawa odbywa się szybko i na bieżąco lecz samochody tkwią w korku z powodu opieszałości służb słowackich. Dla pilnowania porządku w kolejce sprowadzono policję, co w żaden sposób nie przyśpieszyło przekraczania granicy ale było ciszej. Okazało się, że faktycznie służby ukraińskie szybciutko dokonywały odprawy lecz nic to nie dawało, bo zablokowany był pas dojazdu do bramek słowackich, mimo iż z jednej kolejki teraz tworzyły się dwie tj. dla unii i dla pozostałych. Po przejściu plątało się (inaczej tego nazwać nie można) ponad dziesięciu celników z kubkami w jednej ręce a datownikami w drugiej ale obsługiwało wszystkich tylko dwoje. Czekając na odprawę mieliśmy okazję obserwować z jaką butą, ignorancją i po prostu chamstwem odprawiani są Ukraińcy. Po prostu żenada. Kolejka unijna posuwała się znacznie szybciej ale szału nie było. Gdy już sprawdzili mój samochód i pozostało tylko sczytać elektronicznie paszporty (dwie sztuki) celniczka zabrała je do kantorka i przepadła na dwadzieścia minut. W tym czasie na przejście przyszła celniczka ukraińska z prośbą o przyspieszenie odpraw gdyż kolejka samochodów oczekujących ciągle się powiększała. Jedyną reakcją było wyśmianie jej prośby przez grono wielce z siebie zadowolonych panów zajętych trzymaniem kubków w jednej ręce i datowników w drugiej.
W kolejce ustawiliśmy się o 14.08 a granicę opuściliśmy o 19.15 czyli ponad pięć godzin później.
Ubla całkowicie zasługuje na miano upierdliwego przejścia ale w tym wypadku była to „zasługa” słowackich służb.
Z tego miejsca pierwszy raz świadomie zobaczyłem Pikuja, dopiero później zacząłem go wypatrywać z naszych połonin. Lubię to miejsce :smile:
Tydzień wcześniej wracaliśmy z Ostrej i na przejście podjechaliśmy jako... jedyny samochód. Szliśmy na rekord, ale bardzo miła pani, jeszcze po stronie ukraińskiej, poprosiła Wojtka o wprowadzenie auta na kanał. Narkotyków szukali. Bardzo grzecznie, ale ponad pół godziny to zajęło.
A potem strona słowacka. Dużo czasu nam to nie zajęło, może niecałe 10 minut, ale słowacki pogranicznik raczył był niegrzecznie i obcesowo pouczyć Wojtka (kierowcę), który pas drogowy należy wybrać na przejściu (byliśmy jedynym autem!) oraz że zatrzymanie się 35cm przed linią stopu jest karygodne i natychmiast należy podjechać i stanąć tak, aby mógł dostać od nas paszporty nie ruszając się z miejsca, z którego nas pouczał.
Coś z tym przejściem faktycznie jest nie tak.