No i mamy poetę roku... tekst sprzężony z obrazami.
Wersja do druku
No i mamy poetę roku... tekst sprzężony z obrazami.
Licytuję : Jesień najpiękniejszą porą roku
Kto da więcej ?
Jesień to nostalgiczna pora. Bo i spoczynek i zamieranie przyrody i odloty ptaków i panowanie ciemności i czas ludzkich słabości.
Trzeba odkryć piękno, które jest w jesiennej porze, gdy słońce jest nisko i niesamowicie barwi liście, a niebo bywa czysto niebieskie,
lecz również gdy jest mokro, szaro i czasem z jakrawym akcentem, gdy mgły się snują, ziemia jest bura, wiatr harce wyczynia...
Marcin potrafi to zauważyć i opisać. Przyrodnik poeta.
Atak influency nie osłabił jego weny, może wręcz przeciwnie ;), nie mniej jednak, zdrówka Marcinie życzę!
gratuluje Marcinie, fantastycznie opisane wyprawy, życie i praca normalnego śmiertelnika, dla większości z nas tak odległe, lecz osiągalne sferą marzeń. Czytając przenoszę się w Bieszczady i spaceruję razem z Tobą. Dostrzegam każdy zakamarek, żaden szczegół nie może umknąć uwadze. Dodaje mi to energii, kiedy siedzę tu w wielkim mieście i z utęsknieniem czekam na powrót w Góry.
Wspaniale byłoby, gdybyś zebrał swoje opowieści, myśli i napisał książkę, liczne fotografie nadają sens i uczucia zjawiskom. Pierwsza prosiłabym o autograf ;-)
pozdrawiam, Kasia
Chromy
Niedzielny słoneczny ranek ostatniego dnia października to dzień, gdy na drogach pełno aut, bo rodacy z kraju i ze świata ruszają na miejsca grzebalnych pochówków swoich bliskich. Niedzielny słoneczny ranek to również idealny dzień na wypoczynek po całotygodniowej ciężkiej pracy, więc żeby dychnąć trochę od roboty ruszam razem ze swoimi dziewczynami w las, bo nigdzie się tak po pracy nie wypoczywa jak w lesie. Po drodze mijamy cmentarz, ale na ten raczej już nikt nie przychodzi, a już zwłaszcza zapalić stearynową lampkę. Na ciernistych tarniach pełno tarek, a dzikie róże aż się czerwienią od głogu. Ptactwa jeszcze nie przycisnęło, więc i owoce wiszą sobie na krzakach czekając na bardziej zimową porę. Na łąkach pełno jeszcze zimowitów, po innych kwiatach zostały już tylko zeschnięte owocostany baldaszków, brodawników i chabrów. Do lasu dochodzimy polnymi dróżkami. W lesie droga zaczyna się wspinać ostrzej w górę wśród jodeł, buków i jaworów, ale tam, gdzie bardziej płasko zachowała się jeszcze jakaś polana zarastająca szarą olchą. Strzyżaki pchają się dosłownie wszędzie. Tropy na błocie ewidentnie wskazują na to, że gdzieś po okolicy łazi spore byczysko. Wiejący fen szumi wśród drzew, ale liście wysuszył tak, że słychać każdy krok. Gdzieś po lewej stronie słychać trzask łamanych gałęzi. Nic nie widać przez gąszcz leszczyn, ale wydaje się, że to musi być on - stary samotny byk. Skradamy się, podchodzimy na dwadzieścia, może kilkanaście metrów. Byk skubie jeżynę i tylko łeb podnosi, gdy gałąź jakaś trzaśnie nam pod nogami...
Pięknie napisane i ubrane zdjęciami. Bardzo lubię czytać Twoje relacje, oglądać zdjęcia. Pozwalają odpocząć i oderwać się na trochę od szarej codzienności. I przeczekać do kolejnego wyjazdu. Dzięki :)
...Tak to już bywa w przyrodzie, że wszystko ma swój kres. Starość nie radość. Nisko zwieszony łeb, stara rana na karku, uraz lewej tylnej nogi. Wszystko to wskazuje, że najbliższa zima pewnie będzie ostatnią zimą byczyska, które widzieliśmy. Pozostawiliśmy go w spokoju, niech dalej skubie zieloną jeżynę. Fen nie słabł. W lesie szeleścił wszystkim czym się da, a na otwartej przestrzeni chciał urwać głowy. Z śródpolnych zakrzaczeń, którymi zarosła dawna droga zerwał się krogulec i porwany wiatrem odleciał w stronę ściany lasu. Zza traw wyłoniła się kopuła cerkwi powstającej z ruin. Na zboczu po drugiej stronie doliny dokładnie było widać tarasowy układ dawnych pól. Po zejściu ze wzgórz podjechaliśmy na cmentarz. Pośród plastikowo-granitowego kiczu udało się znaleźć jeszcze kilka starych nagrobków z mchami, porostami i plastikową liliją. Dobrze, że chociaż drzewa na cmentarzu stoją i korzeniami wrastają w groby, trumny i szkielety. Obieg biogenów to w sumie istotna sprawa. Chyba lepiej być wynoszonym po odrobince każdej wiosny wraz z liśćmi ku światłości niż nie wiadomo na jak długo utkwić w szczelnym sarkofagu i dusić się we własnym, ale już dawno przeterminowanym sosie. Nim dotarliśmy do domu ciemność zawładnęła światem, a w kiszkach odezwał się głód. Kilka drew wrzuciło się do pieca i gdy tylko blacha nabrała odpowiedniej temperatury znalazły się na niej sól i plasterki kartofli, a na stole miska śmietany. W domu zapanował miły zapach pieczonych placków. Najróżniejsze pierwiastki i wysokoenergetyczne substancje po raz kolejny ruszyły w podróż przez organa i arterie naszych ciał. Dla nas był to kolejny posiłek w życiu, dla kartofli był to koniec.
PS Coś zdjęcia niechronologicznie się wkleiły.
Ale mi zrobiłeś ochotę na te przypieczone talarki. To najlepsze jedzenie pod słońcem.Niestety, mój blat kuchenny został w Bieszczadach.
Ejże "niechronologicznie", a możeście Panie Leśnik żubrzynę w kartoszkach wszamali hę?
Żubr za stary. Łykawy byłby i niedobry. Lepsze kartofle z solą i śmietaną.
Marcinie! Za daleko mam na taki spacer i mam tylko jedną dziewczynkę. To pierwsze primo, a drugie to że mam nie spełnione marzenie o którym wiesz. Znowu muszę przyjechać, a to szmat drogi jest.
Pozdrawiam
Tryton
Zdarzyło się pewnego razu, że Posejdon spłodził syna z najpiękniejszą z córek Nereusa nereidą Amfitrytą. Syna o imieniu Tryton jednak trudno było uznać za pięknego, a na pewno po matce nie należał do najpiękniejszych. Półczłowiek-półryba, a mawiają niektórzy, że i kawałek konia miał w sobie. W Beocji Tryton zasłynął z tego, że na plaży napadał na kobiety. Legendy nie podają w jakich celach, więc załóżmy, że napadał dla samych napadów. Przepędził go ponoć Dionizos, ale znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że został spity winem i zgładzony przez mieszkańców. W każdym bądź razie wino jest wspólnym elementem jednej, jak i drugiej wersji końca napaści Trytona na beockie niewiasty spacerujące morskimi plażami.
Początek tegorocznego listopada okazał się nadzwyczaj ciepły. Nie można jednak po tym wnioskować, że i zima będzie ciepła i łagodna, więc popołudniu zabrałem się za łupanie resztek bukowego drewna, które mi jeszcze zostało do przyszykowania na zimę. Bukowe pniaczki łatwo pękały pod uderzeniami młotoklina. Świeże przełupy i rozrywy włókien ukazywały przeróżne faktury i wzory drewna. Czekoladowe soczewki promieni rdzeniowych na przekrojach stycznych, lśniące lusterka, gdy drewno zostało rozłupane w kierunku promieniowym. Najróżniejsze sęki, sękale i sęczki, barwne zaparzenia i fałszywe twardziele. Skręty włókien, od których młotoklin odbija się jak od gumy. Nad tym wszystkim pochmurne niebo, które czasem przetnie myszołów lub kruk. Odgłosy orzechówek i czarnych dzięciołów dobiegające z lasu w przerwach pomiędzy trzaskiem łupanego drewna. Nad szczytami i pośród najwyższych drzew wiatr niosący swym szumem zapach nadchodzącej zimy. Z domu wybiega Ewa z trytonem wyniesionym z piwnicy. Oglądamy go z każdej strony. Spód jaskrawo pomarańczowy, wierzch oliwkowo-czarny z błękitnym marmurkiem i szarawymi brodawkami. Jakimś cudem wlazł do piwnicy z nadzieją, że przetrwa tam zimę. Miał szczęście, że został odnaleziony, bo wiosny mógłby doczekać jako suszka. Co tu począć z tym górskim trytonem. Idziemy do lasu, by wśród bagien, olch i próchniejących kłód znaleźć mu lokum na zimę. Na bagnie znajdujemy próchniejący pień powalonej jodły, a pod nim wiele zakamarków, dziur i nor, w które tryton włazi o własnych siłach. Winem na odchodne go nie raczymy.
Marcinie ,Ty nawet z normalnego "łupania " drewna ,potrafisz zrobić "poezję" i ile można się nauczyć przy tym (tak należało by pisać podręczniki akademickie).
Też próbowałem ;) kiedyś tam "łupać" drewna , ale ja wtedy myślałem tylko żeby w kolano sobie nie walnąć , a nie o strukturze słoi i sęczków.
Z tego wniosek ...nie trzeba daleko wędrować żeby było pięknie , wystarczy wyjść przed DOM ...pozdrawiam Was
Poezji łupania nigdy nie mogłem dostrzec - ot ciemna masa. Zawsze mnie to jakoś męczyło fizycznie... Spalinówka, siekiera... I to zmęczenie później, nawet bardziej poetyczne od samej pracy... Tym bardziej jestem pod wrażeniem.
Wieciej poezji dostrzegam siedząc wieczorem przy kominku z dobrym trunkiem w ręku, przy jakiejś muzyce i piosenkach niosących treści... Ale nawet nie próbuję tego ubierać w słowa. Słowa uznania Tobie Marcinie przekazuję. Baczniej za poezją się od tej pory rozglądać będę...
Pilch
Druga niedziela listopada okazała się pochmurna, ale szara tylko z pozoru. Po tygodniu pracy wreszcie znalazła się chwila by wyskoczyć do lasu, dychnąć od rodów, zleceń, zestawień i wszelkiej maści innych kwitów, które namiętnie produkuje rejestrator. Spacer rozpocząłem od góry z widokami, żeby rozejrzeć się po okolicy i wypatrzyć może coś ciekawego. Wypatrzyłem tylko kilka sztuk podrzenia żebrowca, a po horyzont tylko góry i lasy. Znużony widokami ruszyłem ku kolejnym szczytom, ale już z nosem przy ziemi, wypatrując wśród kamieni, borówek i nalotów drzew wszelkiej maści porostów i mszaków. Z daleka złocił się już jesiennie-zimowo piórosz pierzasty. Gdzie indziej wśród pni wiły się wężowo pędy płaszczeńca fałdowanego. Niektóre torfowce nabrały czerwonych i brunatnych barw. Niemniej okazale prezentowały się różne chrobotki. Tak więc kolorki trwają i trwać będą aż przykryje je śnieg, a i pod nim będą czekać do byle odwilży, by ożyć w roztopowej wilgoci. Przez jodłowy bór z bielistką siną wspinam się na kolejną górę. Skały, rumowiska głazów i kamieni prowadzą do miejsc, gdzie rośnie nietypowe jak na okolicę drzewo o igłach zgrupowanych po pięć. Niedzielną ciszę zakłóca tylko od czasu do czasu wiatr wśród koron drzew. Idąc niewyraźną, najpewniej zwierzęcą ścieżką schodzę na kolejne rumowisko. Mimo pochylonej brzozy wyrastającej na obrzeżu wygląda ono jakby po części swój kształt prostokąta o równych krawędziach wysokości sięgającej do piersi zawdzięczało ludzkim rękom. Może to dawne okopy, a może miejsce upamiętniające poległych sprzed prawie stu laty, gdy zdobycie każdej góry okupione było potokami krwi i szkieletami rozwleczonymi po lasach. Miejsce w każdym bądź razie nietypowe i zmuszające do refleksji. Teraz po głazach walają się tylko sarnie piszczele i czerep ofiary rysiej uczty. Listopad i dnie już krótkie, więc powoli zawracam. Przedzierając się przez obumarłe, uschnięte jodłowe gałęzie dostrzegam jeszcze na ściółce leżącą popielicę. Wygląda zdrowo, jakby leżała. Oczy się jej jeszcze szklą życiem, ale jest zimna, zdrętwiała i martwa. Nic nie wskazuje aby bezpośredni udział w zgonie brały leśne drapieżniki. Może spadła z drzewa. Może zmarła w momencie kiedy przechodziła z drzewa na drzewo po ziemi, po prostu położyła się i zasnęła tylko, że z otwartymi oczami. Ciężko wyczuć i już nikt się tego nie dowie, bo śladu wielkiego już pewnie po niej nie ma. Jeśli nie kruki, sójki lub orzechówki przed zachodem słońca to pewnie kuny po nocy zrobiły to, co do nich należało. Wróciłem najkrótszą drogą, ale i tak prawie całkiem ściemniało nim dotarłem do domu.
intrygujący jest ten kopiec/ pryzma kamieni. Co to ? kto tak się napocił , by stworzyć taki magazyn kamulców ?? czemu miało to służyć ??
Ano podpytałem kolegę po sąsiedzku, co to za pryzmy u niego w lesie. Być może Browar po części miał rację. Pryzma kamienia mogła być przygotowana do ryzowania. Po wojnie jeszcze tak podobno dostarczali kamień do drogi.
też mi się z Twoich fotek wydawało, że nie jest to jakaś specjalnie stara forma.ale pełen szacun dla tego , kto to ułożył :lol:
Gnaty
Uczeni mawiają, że w pradawnych czasach nasi pradziadowie przeczesywali trawiaste równiny z rzadka porosłe drzewami w poszukiwaniu wszystkiego, co tylko nadaje się do zjedzenia. Nie gardzili gnatami, które pozostawały z uczt najdzikszych bestii ich czasów, a zwłaszcza odżywczym szpikiem, który ze smakiem wydłubywali i wysysali. Czasy się zmieniły i bestie zamieniły się miejscami. Podświadome lęki przed szponami, pazurami, kłami i miażdżącymi kości łamaczami pozostały, ale te bestie pozostały wręcz mitycznymi stworami. Obecne bestie przerosły wszystkie inne zmyślnością, osiągając potęgę niespotykaną nigdy wcześniej...
I ciągle listopad, jesień i słońce, mimo, że dzień już krótki. Niedzielny poranek z Duchem spędziliśmy przy piecu racząc się proziakami i podpłomykami. Nie zjedliśmy wszystkich, zostawiliśmy też dla innych, a i na wynos parę wydaliśmy. Proziaków oczywiście, bo podpłomyki z blachy szybko znikły w naszych przełykach. Przed południem dotarli do nas joorg i nunex. Ruszyliśmy w las całą bandą. Chłopaki młode, wypasione, więc wzięły po worku z tym, co z lasu powstało i teraz do lasu wraca. Wspięliśmy się do pierwszej równinki, gdzie pozostawiliśmy gnaty i trawersując stromy stok ruszyliśmy do wnętrza puszczy. Na pnie powalonych buków i jaworów wypełzły śluzowce. Bezkształtne, żylaste śluźnie zaczęły przeistaczać się już w skupienia niewielkich owocników. Dotarliśmy do niewielkiej polanki, luki w drzewostanie na półce pod stromym, kamienistym zboczem, gdzie byki ryczą i czyniąc to, co czynią wszystkie pragnące trwać istoty przekazują swoje geny następnym pokoleniom. Nie tylko jelenie tu zachodzą, ale wszelkie inne leśne stworzenia - niedźwiedzie odrapują jodły, dzięcioły trójpalczaste wyszukują świerków, rysie czają się na sarny, pilchy wyszukują bukwi i kryją się po dziuplach, salamandry w mokre dni wychodzą spod pni i głazowisk, o tumakach, wilkach, puszczykach uralskich, orzechówkach, stadach sikor i pełzaczach nawet w szczegółach nie wspominam. Na jednym z jaworów wysoko nad ziemią coś delikatnie powiewa, jakby brodaczka, ale dokładnie nie widać. Podchodzimy do każdego z drzewa sprawdzając czy na pewno i dopiero przy którymś z kolei kilka plech znajdujemy zerwanych wiatrem na ziemi. Do grzbietu już nie daleko, ale wieje na nic\m sakramencko, więc poniżej robimy sobie krótki popasik. Wiecznie jednak nie można siedzieć, bo chłodno zaczyna się robić. Na głowy wkładamy czapki, berety i inne kaptury, a co mniejszych członków spaceru owijamy chustą i kocem, by miło przespać mogli zdobywanie szczytu. Po drodze pojawiają się przerywane widoki aż po Góry Słonne i Żuków. Schodzimy na północ wąskim i stromym grzbietem porośniętym jodłowym borem. Najmłodsza nabrała ochoty na popas i wśród jodeł obala pół flaszki białej zawiesiny. Kuszą stromizny po prawej i źródliska po lewej, ale schodzimy w dół grzbietem aż do wielkiej jodły, jak na razie najgrubszej w bliższej i dalszej okolicy. Dziewczyny zostają na przełęczy, a my zachodzimy jeszcze na szczyt z przecinką gdzie masochiści doznają rozkoszy miażdżąc sobie nabiał orczykiem. W dolinach na północy widać okoliczne wioski, a na południe patrząc przez bezlistne korony daje się dostrzec góry na granicy państwa. W dół schodzimy starym szlakiem zrywkowym przez bukowy las. Na dole jeszcze tylko kilka minut przez bagienne olszynki, potoczek i już jesteśmy na podwórku. Słońce zaszło za górę i ściemniło się.
PS Gnaty po paru dniach na powrót stały się częścią puszczy.
Las przedzimowy jeszcze
Ostatni dzień kiedy bezśnieżny poranek budził się w jedlinach mgłami, przez które słońce przebijało się, by jeszcze przed południem zniknąć za grubą warstwą ciemnych śniegowych chmur. Las kusił jakby wiedział, że to ostatni dzień listopadowego przedzimia. Nie było wyjścia, trzeba było zostawić wszystkie mniej ważne obowiązki i ruszyć w puszczę. Mchy kusiły bujnością porastającą najtwardsze bieszczadzkie skały, a powalone jodły pomarańczem brunatnej zgnilizny. W lesie panowała cisza, jedynie z rzadka gdzieś w koronach odzywały się mysikróliki. Nawet sójki nadzwyczaj dziwnie powstrzymywały się od wrzasków. Sprawdziłem ile jeszcze przeszło dwustuletnich sosen rośnie w lesie. Tylko najgrubsze i najwyższe jako tako wegetują. Ciemna zieleń jodeł i świerków z czasem i je pochłonie, ale martwe pnie jeszcze długo będą sterczeć dając pokarm i schronienie grzybom, wszelkim larwom i ptakom. Kuna na pniu pozostawiła resztki strawionego pokarmu, który był kiedyś popielicą. Po pniach, skałach i rumowiskach dotarłem do sosny o pięciu igłach, ale sporo czasu jeszcze będzie musiało upłynąć kiedy będzie można zakosztować kiedrowych orzeszków. Ruszam dalej powoli schodząc w dół, gdzie wśród starych dziuplastych lub powalonych jodeł zawsze było pełno życia. Teraz nic, nawet ptaka najdrobniejszego. Nawet dzięcioł nie przerwie ciszy...
...Powoli trzeba schodzić w dół, bo po sąsiedzku jeszcze jedna górka czeka. Mijam ułożony z kamieni prostopadłościan. Być może to tylko sterta materiału na drogi. Czemu akurat tu? Przecież jest wiele lepszych miejsc. A może to coś innego. W każdym bądź razie swą osobliwością robi wrażenie. Sarnie szczątki dalej leżą w południowej części, a czaszka spoczywa wywrócona na mchach. Przechodzę przez zarośnięte gołoborze. Zeszłoroczna okiść połamała lub ponaginała wszystkie brzozy. Dawna nadrzeczna skarpa jeszcze nie zarosła. Rzekę przesunęli po wojnie, a pod skarpą wybudowali drogę. Ruszam ku kolejnej górze...
Nie mogę się doczekać, kiedy się razem wybierzemy na pobliskie górki i połazić po lesie :)
...Stromym szlakiem zrywkowym wdrapuję się do góry. Po zeszłym roku drogę przegradza wiele powalonych żerdek jodłowych. Stuletnie sosny o trzech igłach powoli doganiane są przez młode buki i jodły. Ale to nie one są celem wędrówki. Jeszcze tylko kawałek i znad łupkowego piarżyska ukazują się widoki na odległe szczyty. Wierzchołki delikatnie są podbielone śniegiem lub szadzią. Pod bukami i sosnami wiją się ku światłu wężowo kosówki. Część z nich przegrała już ten pojedynek, ale niektóre mają się jeszcze dość dobrze. Ciężko wyczuć z której części cesarstwa przybyły te kosówki w Bieszczady. Może z Karpat Wschodnich, choć nie wyglądają. Pewniej z austriackich Alp. Młode okazy zdają się mieć cechy pośrednie pomiędzy kosówką a sosną zwyczajną. Jeszcze kilka chwil na podziwianie widoków i schodzę w dół pod krzywulcowym bukiem. Zima idzie, więc czas wracać. Trzeba karmnik postawić, bo to ostatnie przedzimowe popołudnie.
Karmnik luks torpeda.
Ten buk zrobił na mnie wieksze wrażenie...
Pozdrawiam
spokojnie mógłby dublować to demoniczne drzewo w "Antychryście" Larsa von Triera:twisted:
Śnieg
Ciepły wieczór i blask wschodu księżyca nad jodłowym lasem nie wróżyły tego, co się miało stać. Jeszcze o świcie księżyc jaśniej rozświetlał okolicę niż słońce, które teraz wychodzi zza góry dopiero przed trzynastą, by po dwóch godzinach zniknąć za kolejną górą. Jaśniej zrobiło się jednak głownie dzięki temu, że spadł śnieg. Trzymał lekki mróz. Szykował mi się mały wywóz, a kierowca nie znał drogi, więc wskoczyłem mu do kabiny i z wolna ruszyliśmy stokówką na skład. Łania obgryzająca pędy przy drodze zdawała się bardziej zaskoczona śniegiem niż przejeżdżającymi obok nami. Załadunek poszedł sprawnie i nawet chwila znalazła się by pochodzić po najdalszych rubieżach leśnictwie. Na północy ledwie poprószyło, a słońce szybko topiło śnieg. Doświetlony zacząłem z wolna wracać ku zachmurzonym górom na południu, ku zimie. Bukowe drewno szybko zajęło się ogniem dając miłe ciepło. Do końca zimy już tylko cztery miesiące.
W poszukiwaniu lodowej paproci
Nic nie wskazywało, że podjazd przez podwórko do szopy zmieni się w tor saneczkowy. Zimny poranek. Kilka bukowych szczap wrzuconych do pieca o świcie sprawiło, że komin dychnął białym dymem. Wszystko dookoła pokryło się lodem i szadzią. Gałęzie, igły, zeschnięte liście i badyle stały się kruche i trzeszczące. W karmniku zostało jeszcze trochę wczorajszego słonecznika, ale dorzuciłem z dwie garści i wraz z bladą jasnością poranka sikorki zaczęły wydzióbywać ziarenka. W lesie coś spod śniegu wydobyło gnata, żeby oskrobać go z resztek miękkich tkanek. Nawet potok pokrył się cienkim lodem, a na kaskadach potworzyły się sople niczym zastygłe spływające gluty. Budzący się dzień zachęcał do spaceru, więc szybko zjedliśmy śniadanie spoglądając przez okno jak sikorki również się posilają. Po krótkiej przejażdżce autem dotarliśmy do doliny rozświetlonej słońcem, Wszystko skrzyło się w promieniach. Idąc pod górę w pełnym słońcu zrobiło się nawet ciepło, ale krajobraz zamarł w mrozie - drzewa, krzewy, a nawet różane owoce. Poza szybującym wysoko myszołowem nic się nie poruszało. Tropy jelenia, sarny, myśliwego były tylko martwymi pozostałościami dawnego ruchu. Śniegowa skorupa trzeszczała przy każdym kroku. Niby ten sam krajobraz, co każdego dnia, ten sam śnieg, co wczoraj, ale wszystko pokryte lodowymi liśćmi paproci. Uzupełniwszy zimowe niedobory witaminy d wróciliśmy do samochodu. Jeszcze kilka zjazdów na sankach zaliczyliśmy. A w domu czekała upichcona według pradawnego hobbickiego przepisu potrawka z królika.
Megafauna
Nikt nie pamięta rzezi niewiniątek, choć w prastarych legendach można dopatrzyć się cienia dawnych bestii. Świat, do którego przybyliśmy, a w którym obecnie mieszkamy był kiedyś inny. W świetle pochodni ożywają malowidła na wapiennych ścianach jaskiń stając się pierwszymi bestiariuszami. Jednak kiedyś musiała nastąpić ta chwila kiedy ostatni bizon, ostatni mamut, ostatni nosorożec włochaty był już tylko malowidłem. Utwardzone w ogniu kije, kości i kamienie - wszystko to stało się w naszych rękach śmiercionośnym narzędziem. Śmierć bestii stawała się szczęściem myśliwych. Zapach ciepłych wnętrzności, krew na rękach, torsach i twarzach wróżyły pomyślność. Świat bestii przeminął, zjedliśmy go.
Cóż nam pozostało? Cienie przemykające wśród puszcz, kryjące się wśród gęstwin, wykrotów i złomisk drzewnych. Puszcze skurczyły się do lasów. Cienie pradawnej megafauny żyją tam, gdzie im pozwolimy. Lękamy się ich, ale to nie nam grozi niebezpieczeństwo. Odwykliśmy od śmierci czyhającej za drzewem, od pazurów, od kłów, od łamaczy kruszących kości, od rogów i wszelkich innych ciosów, z którymi mierzyli się dawni łowcy. W ich życie śmierć była wpisana w codzienność. Tragedia była tragedią. Nam została śmierć jako przeznaczenie, przekleństwo, do którego zmierzamy. Śmierć nagła ustąpiła miejsca obumieraniu. Bestie zostały zepchnięte na margines żywego świata.
Nigdy się nie widzieliśmy, choć nie raz tym samym lasem wędrowaliśmy. Pierwsze tropy na śniegu, które przecięły mój ślad. Wyjedzona buczyna z mysich spiżarni. Odrapane pnie jodeł i dziuple w odziomkach. Jodłowe gęstwiny, które zawsze w takich sytuacjach omijałem. W lecie okazało się, że pojawiły się dwa może trzy młode. Do niej należała noc. Wędrowała z młodymi tymi samymi szlakami, co ja w dzień. Przychodziła na te same maliny. Na tym samym zrębie jedliśmy jeżyny. Gdy drwale wychodzili na las ona z młodymi odchodziła, zaszywała się w potokach i gęstwinach podrostów. Co dzień tropy na błocie niknęły zacierane wleczonymi kłodami i dłużycami, by w nocy znów w świeżej postaci się pojawić. Rok zmierzał ku końcowi. Zręby zamknięto i znów o sobie zapomnieliśmy aż do obecnej zimy. Pierwszy śnieg dał znak do obchodu grodzeń i przeprowadzenia niewielkich poprawek przed zimą. Świeże wyleżyska i odchody wskazywały, że mimo śniegu one gdzieś tu są. Pod osłoną nocy przychodzą by się posilić...
Fot. Janek i Kajetan Duell
... Mimo kilkudniowego mrozu woda w rzece była dość wysoka, a lód cienki. Kilka prób i lód trzeszczy pod nogami. Trudno, mimo jedynie słusznych butów na nogach i tak woda mi się przelała górą. W lesie po drugiej stronie wszelkie rodzaje racic były odciśnięte w śniegu. Odkopane spod śniegu pędy jeżyny były oskubane z liści. Istna stajnia, ale niestety pusta. Żywej duszy nie widać. Ani dzięcioł, ani nawet sikorki się nie odezwą po olszynach. Trudno trzeba iść dalej ku grodzeniom, uprawom. Pomiędzy rzadko rosnącymi sosnami wznosi się w górę myszołów. Później drugi. Na końcu kruki. W nozdrza dociera zapach smrodu fermentujących trzewi i gnijącego ścierwa. Tropy rogacizny giną pod zadeptanym śniegiem. Mimo lekkiego mrozu smród dokucza coraz bardziej...
Fot J. i K. Duell
Pewności nie mam. Liczę, że w kolejnych odcinkach Marcin wytropi to coś.
A jeśli będą to oni to niewiele się pomyliłem...na tych mrocznych zdjęciach wyglądają dość zwierzowato :mrgreen:
Info o Waszym misiu już w czołówkach wszystkich leśnych mediów. To chyba drugi taki udokumentowany przypadek w Nadl Baligród. Pamiętam info o podobnym wydarzeniu z okolic bazy Rabe z przed kilku lat
O kurcze. Chyba zepsułem zabawę. Składam głęboką samokrytykę. Dajcie mi jakieś tam ostrzeżenie czy coś. Przepraszam forumowiczów. Już będę cicho