Najlepszy byłby zdalnie sterowany, tak na jakieś 650 km.
pozdarwiam ciepło
Wersja do druku
Najlepszy byłby zdalnie sterowany, tak na jakieś 650 km.
pozdarwiam ciepło
Hmm, tak sobie za Wami podążam...jak cień, duch, byt niewidzialny i widzę na zdjęciu nr 50 czyli nr 10, że do flaszeczki przysiada się jakieś inne niewielkie indywiduum.
Bardzo sprytnie, procentowym podstępem, podszedłeś je fotograficznie :mrgreen:
No to myk...wracam w cień, skąd wyglądam kolejnego odcinka.
Oba domki należą do gospodarstwa. Funkcjonują jako "bacówki", latem do wynajęcia. Jedna była takową, stała niedaleko dworu, obok nieistniejących już obór. Pewnego pięknego dnia przewieźliśmy ją (w częściach) ułazem pod dom Tosi i postawiliśmy od nowa. Później były kolejne przebudowy, przenosiny, i tak jakoś zrobiły się dwie. Z tym, że w rozmnożeniu ich już nie brałem udziału.
Pozdrawiam
Długi
Cóż, wiata kultowa to i zdjęcia można robić tylko za zgodą ministra środowiska, ministra kultury, sztuki i dziedzictwa narodowego oraz prezesa naczelnej izby turystycznej. A zgodę ministra zdrowia na wypicie piwa miałeś? Ty myślisz, że to tak każdy może usiąść pod sklepem i wypić piwo, za które zapłacił.
A ten człowiek to z pewnością strażnik wiaty, tak przejęty tą niezwykle odpowiedzialną funkcją, ze nie mógł się z tego przejęcia wysłowić.
Dzień 11
Zapomniałem napisać, ze codziennie rano słyszę dziwne chrumkanie i warczenie. Tak jakby silnik pracował, potem jakby szuranie jakieś, potem łoskot jakiś. Nie zwracałem dotychczas na to uwagi, ale zaczynało mnie to intrygować…
Ranek. Ranek do pośladków. /brzmi to dziwnie/. Jeszcze raz. Ranek do dupy! Renatka ma temperaturę. Nie mamy termometru, ale ona wydaje się być wysoka /nie Renatka, tylko temperatura/. Diagnoza jest następująca: wczorajszy wysiłek, upał i potem bardzo zimny wieczór zrobiły swoje. Nie wiem, co robić. Renatka uważa, ze nie powinienem zwracać uwagi na jej niedyspozycję i powinienem sobie połazić. Ponieważ wiem, że to się Renatce dosyć często powtarza, nie przejmuję się tym zbytnio. Postanawiam połazić. Dzwonię do Dertego, ale oni jeszcze śpią, albo co innego…Wyruszam więc sam. Jadę do dużej szosy i skręcam w lewo, jadę do miejscowości Szewczenko. Tam skręcam w lewo przed cmentarzem, a po jakimś czasie skręcam w prawo. Teraz posuwam się prosto do ściany lasu po płytach betonowych. Odzywa się Derty. Podążają za mną. Ciekaw jestem czy mnie odszukają? Wyruszam dobrze mi znajomą ścieżką wzdłuż znaków o kolorze nadziei. Dobrze mi się wędruje, bo z górki. W końcu dochodzę do szutrowej szosy. Zostawiam nadzieję i podążam w prawo. Coby dać szansę Dertemu, co rusz skręcam w ścieżkę w prawo i w lewo. Tak bez specjalnego celu sprawdzam, dokąd one prowadzą. A one albo wiją się pod górę, albo szybko się kończą. W końcu dochodzę do znajomej mi polany. Nagle odzywa się telefon. To dzwoni Derty i się pyta czy to moje ślady skręcające w prawo widzi w błocie. Zawracam i po chwili widzę uśmiechniętą twarz kolegi. Zawracamy kawałek do Ewy, która czeka na nas z psem na prowizorycznym biwaku. Tam razem delektujemy się ciastkami i przede wszystkim ciszą. Wreszcie ruszamy. Wracamy na polanę, z której się cofnąłem. Na polanie nie ma już resztek zabudowań i komina, które tu stały jeszcze kilka lat temu…Dalej droga prowadzi nas pod górę. W pewnym momencie Derty skręca w prawo. Chaszczujemy sobie przez jeżynowe pole. Coby nie powiedzieć, trochę czasu na tym polu straciliśmy. Ale za to mieliśmy granatowe języki i dużo leśnych owoców w sobie. Po wyjściu na grzbiet wzniesienia zrobiliśmy sobie biwak. A co? A jak? Wakacje przecież mamy. Potem leśna droga prowadzi nas w bliżej niewiadomym kierunku. Znaczy się kierunek z grubsza jest dobry. Tak, trochę klucząc wyszliśmy na widokowy grzbiet. Jak się spodziewaliśmy był to południowy skraj Trepa. Bardzo fajne widokowe miejsce. I znowu robimy sobie postój, bo i dokąd się tu spieszyć. Takie urocze miejsce zasługuje na to, żeby trochę czasu tu spędzić. Dalej przez las wychodzimy znowu na łąki. Łąkami dochodzimy do naszych mustangów. Tu się rozstajemy. Oni jada jeszcze gdzieś, a ja wracam do żony. Nie czuje się ona dobrze i nie wygląda dobrze. Dzwonię do Dartego i informuje go, że dzisiaj wieczorem się nie spotykamy… Ciekawe, co przyniesie nam jutro?
Nie brzmi dziwnie , powiem dosadnie , brzmi niemoralnie:roll: ..a fe bertrandzie,a fee :grin:
Teraz jest lepiej ,dwa słowa i wiadomo o co chodzi, tak pisz.
Relacja jest super i taka barwna, jak dla mnie ,…”ale „ co na to Moderator?:roll:
PS.no bertrandzie, przemyciłeś tu trochę treści poza cenzurą.. chyba to zgłoszę:wink:
Zbieraj chrustu Betrandzie .. oj nazbieraj... do Marca ma być tak żeby przetrwać jakoś tą wiosnę co się tak niemrawie zakrada... i dziękować dziękować...
Brrr, zimno Bertrandzie! Mimo odwilży.
Siedzę w Dolinie Rabiego/Rabskiego/Rabiańskiego Potoku i nie chce mi się pisać... Wolę łazić.
Pozdrawiam
A, takie buty. No to z nich korzystaj. Pozdrawiam!
Zbieram chrust na zimowe odnisko, które rozpalę dla ochłody latem ;)
pozdrawiam
Odp. 1 :-)
Odp. 2 Bazę mam w planie odwiedzić jutro, ale tylko odwiedzić i nie wiem, czy będzie mi się chciało
Odp. 3 Wybrałem ciepło w betonie, ale basen mam na zewnątrz. Nawet woda w nim nie zamarzła, bo ją wypuścili przed mrozami. Za to mam prąd i dostęp do netu. Mogę Wam zdjęcia na forum wrzucać i relację pisać...
Odp. P.S. Troszku znalazłem. Ale masz rację. Browar też mnie w sobotę za coś podobnego potępił. Strasznie potępił....
Pozdrawiam
Dzień 12
Derty wybiera się gdzieś, a ja z nim nie idę. Renatka nadal się źle czuje, ale idzie ku dobremu. Zostawiam, więc żonę i wychodzę. Pogoda jest prześliczna, słoneczko grzeje. Po wyjściu z leśniczówki nie skręcam, ani w prawo, ani w lewo. Idę prosto przed siebie. Podążam dziurawą drogą, po której bez przepustki nie wolno jeździć samochodem. Może, dlatego nie mija mnie żaden? Powoli się przemieszczam, bo nie mam się dokąd spieszyć. Dochodzę do miejsca widokowego. Nowe ławki, miejsce na ognisko i widok zapierający dech w piersiach. Siadam i wyjmuje browara z plecaka. Jest mi dobrze. Cisza, ciepełko, widok, browarek i ja. To lubię. Zgniatam pustą puszkę i wkładam do plecaka. Maszeruję raźno drogą. No może nie do końca raźno. Po prostu, kiedy widzę ścieżkę odchodzącą od drogi to wchodzę na nią. Ciekaw jestem dokąd mnie zaprowadzi. Raz prowadziła do pasieki, innym razem nad rzekę. A rzeka piękna jest tutaj. Płynie sobie leniwie pomiędzy kamieniami. Prowadzi swoją opowieść szeptem. Trzeba się mocno wsłuchać, o czym opowiada. Nawet potoki wpływające do rzeki dostosowały się do jej szeptu. Wpadają do niej prawie bezszelestnie. Widać nie chcą zakłócać rzecznej szeptanej opowieści. A droga raz zbliża się do rzeki, raz się od niej oddala…Któraś z kolei ścieżka wyprowadza mnie na polanę, na której stoi sobie dumnie ambona. Ambona, jak ambona. Każdy był w kościele jakimś, to widział. Ta jest jednak z tych, co stają się typowe w Bieszczadzie. Typowość ambony polega na tym, że przed amboną dobrzy ludzie zasiali kukurydzę i rozsypali pod nią ziarna kukurydzy. Pewnie chcą z ambony obserwować zachowanie leśnej zwierzyny. Tym dobrym ludziom zabrałbym wszystkie strzelby, jakie posiadają, dałbym im dzidy i noże i wypuściłbym ich do lasu…Takie polowania z ambony, pod którą jest karma to rzeź, a nie polowanie. A tak swoją drogą jestem przeciwnikiem strzelania do zwierząt. Teraz posuwam się już brzegiem rzeki, albo i samą rzeką. Moje sandały robią za czółno, więc idzie mi się doskonale. Wypatruję po drugiej stronie rzeki ujścia większego potoku. W końcu widzę go. Myślę, ze to jest ten, którego wypatrywałem. Zbieram się w sobie i przechodzę na drugi brzeg. Uff, udało mi się nie utopić ;) .
Teraz szukam ruin. Kiedyś stał tu młyn. Stał i mełł. Teraz z niego pozostała nędzna resztka. Dobrze, że jakaś tablica tu stoi. Znaczy się ktoś ma te ruiny w opiece. Mam zamiar iść w górę potoku i dojść do innych ruin, przy których byłem przedwczoraj. Sympatyczna ścieżka prowadzi mnie pod górę wzdłuż potoku. Po prawej mam potok, a po lewej ścianę lasu. Ścieżka jest błotnista, dzięki temu mogę obserwować tropy różnych zwierząt. Cisza i duchota towarzyszą mojej wędrówce. W pewnym momencie kicha, żeby nie powiedzieć inaczej. Ścieżka jest przegrodzona, a na płocie wisi napis, że wstęp wzbroniony, czy jakoś tam. Trochę się zeźliłem, ale zawróciłem do rzeki. Wiem, kto tam mieszka, choć nigdy go nie widziałem. Nie chciałem wchodzić z moimi zabłoconymi butami do Jego prywatności. Jeszcze przed ruinami ścieżka skręciła w prawo i poprowadziła mnie wzdłuż rzeki. Po tamtej stronie prawie asfaltowa droga, a po tej stronie wzdłuż rzeki prowadzi ścieżka, która doprowadziła mnie do cywilizacji. Jakże miło wędrowało mi się tą ścieżką! Mijam zdziczałe sady owocowe. Dochodząc do cywilizacji dzwonię do Renatki. Okazuje się, że czuje się prawie dobrze, więc wyjeżdża po mnie autkiem i jedziemy do hotelu na jedzono. Po powrocie Renatka kładzie się jeszcze do łóżka, a ja biorę leżak z piwem na plecy i podążam nad rzekę. Tam już czeka Derty z Ewą. Odpoczywamy w rzece do momentu, aż się zimno zrobiło. Wieczorne spotkanie odbyło się u nas w leśniczówce.
Pozwolę sobie... :smile:
Punkt widokowy może być również wspaniałym miejscem na ...... poranne przebudzenie (fot1). Maszerując tą drogą dalej (taka moja nieśmiała propozycja) widzimy tą rzekę tak (fot2, 3, 4 ) .Idziemy dalej . Gdy dotrzemy do miejsca gdzie rzeka ma tak zaczynająca się wyspę (fot5) jesteśmy już na miejscu które ma taką "zabudowę" (fot6, 7). Podpowiem jeszcze ,że poniżej tego miejsca jest niezwykły w swej urodzie przełom rzeki(tam słów wypowiedzianych nie usłyszysz).
Pozwolilem sobie ...(przepraszam ,że...) PF
Dzień 13
Wczoraj wieczorem na naszej kwaterze ustaliliśmy z Dertym, co dzisiaj będziemy robić. Renatka postanowiła jeszcze odpocząć. W końcu jest rekonwalescentką i na dodatek jest na wakacjach, więc ma prawo. Pogoda zapowiada się cudownie. Wstajemy skoro świt. W Sękowcu na początku września świt wypada gdzieś koło 8:00 – 8:30. Po śniadaniu wsiadamy do naszych rydwanów mechanicznych i w drogę. Jedziemy w kierunku jedynym możliwym w zasadzie. Po lewej stronie mijamy malowniczą cerkiew z kamienna płytą. Całkiem niedawno /pojęcie względne/ odczytane zostały napisy z tej płyty nagrobnej. W miejscowości Jodłówki skręcamy w kierunku miejscowości Przełom. Wjeżdżamy pomiędzy góry. Potok zmieniający kilkakrotnie swoja nazwę wije się wzdłuż drogi, a droga piękna jest, nowa jest. Droga znaczy się jest stara tylko nowy asfalt na niej leży. Pamiętam, jak kiedyś stałem w korku czekając na położenie dywanika. W końcu dojechaliśmy do metropolii z jednym domem i cmentarzem. Cmentarz ten w tym roku będzie ponownie odnawiał Szymon ze swoja grupą. Tam na parkingu Derty zostawia swój rydwan i przesiada się z Ewą do mojego. Po chwili mkniemy w kierunku przełęczy, za którą w dole jest Strażnica SG. Mijamy kolejną metropolię i posuwamy się na północ. W końcu dojeżdżamy do Brzeżek. Tam zostawiamy auto, przebieramy się w sprzęt bardziej nadający się do chodzenia po górach. Ze zdziwieniem stwierdzam, że w tym miejscu trzeba wykupić bilety do lasu. Kiedyś się kupowało w schronisku z kozami, co ich tam już nie ma. Schroniska z resztą też nie ma. Opłaciwszy haracz wyruszamy do lasu. W lesie stwierdzamy, że na coś pieniądze te idą. Przez potok przerzucone są nowe kładki. O.K. Tylko kiedyś bardziej mi się tu podobało bez tej całej infrastruktury. Powoli pniemy się pod górę co rusz oglądając inne okazy flory bieszczadzkiej. Idę wszak w towarzystwie znawców tematu… Tuż przed przełęczą dochodzi do nas z prawej strony szlak zbiegający z Rohów. Opowiedzieliśmy sobie zabawne historie, które nam się przydarzyły na tym szlaku, który zbiega do nas dosyć stromo. Po chwili jesteśmy już w miejscu, w którym nie ma schroniska, co było, ale jest nowe w stanie budowy. Wszystkim nam się spodobała ta budowla. Pogadaliśmy chwilę z budowniczymi o terminie oddania budynku do użytku turystom. Dziś wiem, ze termin ten nie został dotrzymany. Kiedy plac budowy zniknął nam z oczy zatrzymaliśmy się na biwak. Miejsce jest tak urocze, że byłoby nietaktem gdybyśmy je ot, tak sobie minęli. W prawo odchodzi droga do wsi, której już nie ma. Po odpoczynku skręcamy na szlak o kolorze nadziei. Nadzieja mnie też nie opuszcza, że dam radę…Pamiętam tą drogę z wędrówki z Barnabą i mam obawę przed końcowym wspięciem się na cycek. Jak wiadomo, czasami zdobycie cycków jest bardzo trudne, a ja młodzieńcem już nie jestem. Młodym zdobycie cycków zawsze łatwiej przychodzi…Mam jednak dzielnych towarzyszy, którzy nie zostawiają mnie samego i nie opuszczają mnie. Jest to jedna z ładniejszych moim zdaniem ścieżek w Bieszczadzie. Co rusz mamy cos innego przed oczami. A to idąc, a to odpoczywając, a to posapując systematycznie jednak zbliżamy się do góry. Co rusz jednak oglądamy się za siebie, żeby podziwiać widoki. Za nami widoki są przepiękne, a przed nami widoków na razie nie ma, bo Kobieta Cara nam je zasłania.
Ot. I ktoś uważnie czyta. Piwo stawiam.
Pozdrawiam
Ale jest już coraz bliżej. Derty z Ewą poszli „szczytować”, a ja jeszcze ostro sapałem. Cóż nie te lata, nie ta młodość… W końcu też przyszła pora na szczytowanie przeze mnie. Byłoby całkiem przyjemnie gdyby nie ten wiatr. Wiało dosyć mocno. Wdziałem na siebie jakąś kapotę i wiatr przestał mi dokuczać. Widoczność jest super, więc natycham się tym, co mam przed oczami. Nagle słyszę; „Cześć, co słychać?” Jakiś młodzieniec stoi przede mną i się uśmiecha. Kurczę, nie znam gościa. On za to mnie chyba tak. Zauważa moje zakłopotanie i przypomina się. Otóż jest to ten sam młody człowiek, który został zaproszony przez przemiłą Joannę i jej sympatycznego męża na ich rocznicową imprezę zakończoną „Światełkiem do nieba”. Jedną z moich wielu wad jest to, że nie mam pamięci do twarzy. Nie poznałem gościa…. I tak na przyszłość uprzedzam, że jeżeli kogoś z Was nie rozpoznam, to nie znaczy, ze mam do niego jakiś żal. Nie ja po prostu nie pamiętam twarzy ludzi, których spotkałem raz, czy dwa razy… Z góry /Carycy/ przepraszam. Po odpoczynku, przekąszeniu, napiciu się postanawiamy wyruszyć na drugi cycek ten bardziej po zachodniej stronie. Nie będę wam opisywał drogi, bo na tym deptaku byli chyba prawie wszyscy. Widoki przednie, tylne i obu boczne wspaniałe się rozpościerały. Tym razem ja prowadziłem naszą trójkę, ale to mało istotny szczegół jest. Po zdobyciu drugiego cycka chwilę się nim rozkoszujemy. A co?
W sumie na górze niewiele ludzi było. Nie mogłem się nadziwić, ale nie rozpaczałem z tego powodu. Po drugim odpoczynku na górze nadszedł czas na mozolne zejście….
Dla mnie schodzenie jest bardziej męczące, niż wchodzenie. Od kilku lat chodzę po górach pomagając sobie kilkami, ale one tylko pomagają. Czasami wolałbym, żeby one schodziły za mnie. Nic jednak z tego. Muszę schodzić sam. Od dawna, a może i dłużej narzekam na bóle stopy /kiedyś już o tym pisałem/ i właśnie podczas schodzenia ból daje znać o sobie. Ból zostaje jednak zdominowany przez zupełnie coś innego. Jesteśmy jeszcze powyżej granicy lasu i przed oczami mamy cały czas wspaniałe widoki. Kiedy dochodzimy do lasu zauważamy coś dziwnego. Otóż niedaleko ścieżki, którą podążamy w trawie leżą spodnie. Chwilę się zastanawiamy nad tym, dlaczego one się tam znajdują. Powodów wymyślamy kilka nie wyłączając tych bardzo kosmatych… Natomiast żaden powód nie jest przekonywujący. U góry wiało, za to w lesie robi się parno. Znaczy się do bólu dochodzi coraz większe zmęczenie. Ciężko się oddycha. Z tej strony góry też porobiono jakieś barierki mające ułatwić wędrowanie turystom oraz umożliwić przeżycie roślinkom. Stopa przestała boleć, stopa zaczęła napier….ć. Z olbrzymią radością patrzę na budowlę, która wyrasta mi przed oczami. Tuż przy szlaku postawiona została duża wiata. Tak naprawdę taką samą radość sprawiłaby mi zwykła ławeczka, albo zwalony pień. Ja w tej chwili marzyłem o tym, żeby usiąść, zdjąć but i dać odpocząć stopie. Wiata ta wygląda dziwnie w tym miejscu. Takie jest moje zdanie. Podobne zdanie mieli też Ewa i Derty. Z tabliczki znamionowej można było odczytać, że wiata ta powstała z funduszu Ekorozwoju. I znowu chwila zastanowienia, czy aby ta kasa została wydana właściwie? W tym miejscu trochę czasu spędziliśmy na tego rodzaju przemyśleniach. W końcu poprzez las dochodzimy w pobliże cmentarza. Niestety moje zmęczenie było większe niż chęć wstąpienia na cmentarz. Teraz tego żałuję, bo miałbym fotki z września 2010 i mógłbym je porównać z efektami pracy Szymonowej Grupy. Cóż, będę musiał poszukać tych starszych…Jeszcze tylko kilka chwil i stoimy na asfalcie. Wsiadamy do rydwanu i jedziemy po moich śladach, które zostawiłem kilka godzin wcześniej. Dojeżdżamy do metropolii, która jak wieść gminna niesie ma w najbliższym czasie zmienić nazwę na Kimbówki Górne. Tutaj zatrzymujemy się na chwilę, coby zrobić zakupy na kolację i śniadanie. Kupiłem też zimniuteńkie Tyskie i teraz ćwiczę silną wolę. Wszak jeszcze siadam z kierownicę. Derty kieruje, Tyskie jest mokre od zmiany temperatury, a ja jestem mokry od potu. Ta walka tak na mnie działa. Szczęście, że po chwili jesteśmy w Brzeżkach. Tutaj przesiadam się do swojej Srebrnej Strzały. Derty z Ewa pojechali, a ja jeszcze zmieniam buty na wygodniejsze i walczę z pokusą. Jestem dzielny… Wyruszam śladem Dertego, którego już nie widać. Wielka Szosa wiedzie mnie na północ. Po przejechaniu mostu na rzece skręcam w lewo, czyli na zachód. A Tyskie się do mnie śmieje z siedzenia obok….W miejscu, w którym zamykam przejechaną pętlę dodaję gazu. Nic to, że dziury, nic to że amortyzatory. Strzała jest wytrzymała. Widzę zdziwioną minę Dartego, kiedy go wyprzedzam. Kiedy jestem już blisko Renatki stwierdzam, że nie mogę dopuścić do dalszego zwiększania się temperatury chmielowego nektaru. Przecież za chwilę ono może już nie będzie dobre? Ja wiem, że nie powinienem tego pisać. Ja wiem, że spotka się to z oburzeniem, że możecie mnie potępić ale… Ciepłe piwo nie jest dobre więc po chwili wewnątrz Strzały dało się usłyszeć przemiły dźwięk pssssyt! Na wysokości miejsca, w którym z rzeki jest wydobywany żwir wlałem w siebie złocisty napój. Szlag trafił moją silną wolę. Przejechałem jeszcze kilometr i zaparkowałem przed Leśniczówką. Zmęczony, ale bardzo szczęśliwy poszedłem do Renatki, która słysząc, ze przyjechałem czekała na mnie z …. otwartym zimnym piwkiem w ręce. Renatka już czuła się dobrze, a dzień spędziła bardzo pracowicie sprawdzając wytrzymałość leżaka w ekstremalnych warunkach to znaczy pod jabłonką, której podobno już nie ma. Jeszcze wieczorne spotkanie Polaków i jesteśmy umówieni już całą czwórką na następny dzionek…
Drzewa lubimy chyba te same;)
http://picasaweb.google.com/vm2301/B...88288039891330
Na to wychodzi.
pozdrawiam
Ciepło się robi, chociaż śniegu jeszcze troche leży. Czas przyspieszyć...
Dzień 14
W nocy mało, co spaliśmy. Nie, nie… Nie to, co macie na myśli. Po parnym dniu w nocy przyszła gwałtowna burza z ostrymi wyładowaniami. Nie dało się spać, ale też fajnie było. (naprawdę bez podtekstów proszę). Za to ranek powitał nas świeżym, rześkim powietrzem. Oprócz świeżego powietrza cos jeszcze. Słysze jakieś chrumkanie, skrzypienie, czy nawet łoskot. Nie zaprzątam sobie jednak tym głowy…Rano podjechałem do sklepu z kultową wiatą po jakieś zaopatrzenie. Zatwarnicę schowała się w oparach podeszczowych. Po śniadaniu wsiadamy do samochodów i w drogę, ku nowej przygodzie. Jedziemy dobrze nam znana drogą w stronę Wielkiej Szosy. Renatka bacznie się przygląda wszystkim mijanym po drodze krzakom, krzaczorom i przydrożnym chaszczom. Wyraźnie czegoś szuka…Po dojechaniu do końca drogi, skręciliśmy w stronę Szewczenkowa. Po drodze zakupy w delikatesach i dalej w drogę. Cały czas pochmurnie. W końcu skręcamy w lewo w stronę nowej strażnicy SG. Nie jedziemy do niej tylko mkniemy dalej. Mijamy punkt widokowy, na którym nikogo nie ma. Później mijamy maszt przekaźnikowy. Dalej po lewej stronie drogi przez niewielu zauważane stoją ruiny mostu kolejki nie szerokotorowej. Po kilkunastu zakrętach i setkach dziur widzimy przydrożne latarnie. Widziałem je może i sto razy, ale nigdy nie widziałem, żeby się paliły. Ot taka ciekawostka. A może ktoś z was widział kiedyś iluminację tej drogi. Mijamy piękną miejscowość w której kiedyś był bar na wyspie. Dziś ani baru, ani wyspy, ani tego akwenu wodnego z wyspą nie ma. Droga prowadzi nas ku granicy. Ostatnia miejscowość po polskiej stronie… Miałem ochotę na piwo, ale Hilton zamknięty na cztery spusty… Chciałoby się rzec d , ale nie rzeknę. Kupujemy w pobliskim kiosku bilety na przejazd autostradą i jedziemy dalej. Mijamy łąki, torfowiska, a nawet skrzyżowania dróg. A autostrada powinna być bezkolizyjna. Powiedzmy, że nie ze względu na doskonałą jakość nawierzchni, a raczej żeby dokładnie obejrzeć wszystkie mijane drzewa jadę na pierwszym biegu. W końcu osiągam szczyt z którego widać koniec naszej drogi. Po kilku minutach jazdy jesteśmy na parkingu w Dębowcu. Czekamy na Dartego, który też się nie spieszy. W końcu wyruszamy do wsi, której już nie ma, a której sołtysem musiał być kiedyś niejaki Ben z polska zwany Benio. Dlaczego Ben musicie się domyśleć…Trochę jestem zdziwiony. Niby to jest Park Narodowy, a droga mocno zniszczona przez ciężkie pojazdy. Przy drodze leżą wielkie i mniejsze pnie drzew. Na pniach wybite pieczęcie Lasów Państwowych. W końcu kto tu rżnie lasy, czy park? Gdzie jesteśmy? Czy może poza parkiem? Takie to myśli plączą się nam po głowach. To, że one się plączą nie oznacza, że nie zauważamy przydrożnych krzyży, czy nawet olbrzymich przedstawicieli bieszczadzkiej fauny. Z daleka widzimy lipę. Znaczy się, do celu naszej wycieczki już niedaleko. Pomału dochodzimy do cmentarza. Kilkanaście minut spędzamy pomiędzy kamiennymi nagrobkami, a potem odpoczynek na ławkach przed cmentarzem. Chwila dyskusji, którędy wracamy. Czy przez schron, którego też już nie ma i dalej szutrową upierdliwą drogą, czy po swoich śladach? Krople deszczu zadecydowały. Wracamy najkrótszą drogą, to znaczy tą, którą tu przyszliśmy. Po kilku minutach marszu deszcz przestał padać. Nie spiesząc się dotarliśmy na parking. Tam znowu sobie posiedzieliśmy na ławce ciesząc się każdą chwilą tu spędzoną. Potem szalona jazda na pierwszym biegu. Mijamy nowo budowany kościół i zatrzymujemy się w miejscu, gdzie moim zdaniem, którego nie zmienię serwuje się najlepsze w Polsce pstrągi. Znaczy się czas na obiad…..
No ale co to było za chrumkanie,skrzypienie i w końcu łoskot? Myślałam,że napiszesz "aż tu nagle..." a tu nic!
Fauna na trytona karpackiego wygląda, a drwa z PGL LP pochodzą. Kolar tabliczki czerwony to LP, zielony to PN, niebieski to gminy i prywatni właściciele, czarny to czasem dla drewna do naturalnego rozkładu w pn-ach się używa. Numer pisany drobnymi cyframi to adres leśny pozwala zlokalizować drewno do poziomu leśnictwa. Po dużym numerze można dokładniej...
Marcinie!
Co do fauny się nie wypowiadam, bo się nie znam na niej. Fauna, to zwierz i tyle. Pewno masz rację. Co do drew, to też masz rację! :-) Wszystko, to nam wyłuszczyła Ewa, która jest tak jak Ty pracownikiem tej samej szacownej instytucji. Zastanowaiło nas wtedy to, co robią drwa z czerwonymi tabliczkami i pieczęcią LP na terenie BPN? Wtedy po konsultacjach ze sobą i mapencjami różnymi doszliśmy do wniosku, że leżą one na granicy Parku i niech się nazywa, że w to uwierzyliśmy.
Pozdrawiam
Wiadomo, że jak najlepsze są pstrągi, to zamawiamy pierogi. I tu zaskoczenie pierogów nie starczy dla wszystkich. My z Renatką przepraszamy się z pstrągami. Pstrągi podtrzymały opinię o kuchni w tyym miejscu, a Derty z Ewą polubili tamtejsze pierogi. Po obiedzie Ekipa się rozjechała. To znaczy część ekipy pojechała, a my z Renatka jeszcze pogadaliśmy z gospodarzami. Następnie pojechaliśmy na poszukiwania dzikiej róży. Nie powiem różę znaleźliśmy i oberwaliśmy ja dokładnie. Nie było jej dużo, ale zawsze. Potem wróciliśmy na kwaterę. Jako, że był to ostatni dzień w tym miejscu poszliśmy się pożegnać z Dertym, Ewą oraz leśniczym i jego przemiłą żoną. Część klamotów zaniosłem już so auta, a Renatka pracowicie obierała dziką różę. Następnie wsypaliśmy ją do słoja /słojów kilka przywieźliśmy specjalnie z Poznania/ i zasypaliśmy ją cukrem. I tak skończył się kolejny dzień w Bieszczadzie
A co chrumkało dalej nie wiem!
WUKA niech to zostanie słodką tajemnicą autora i każdy niech sobie wyobrazi co mu pasuje. A to nasze zainteresowanie wskazuje tylko jak intrygująca jest relacja bertranda.
Ok.Odpuszczam.Podobno jednak,gdy na ścianie wisi sztucer (w sztuce teatralnej),to w ostatnim akcie wypali!
Dni 15 i 16
Zaskoczeni? W jednym odcinku dwa dni będą. A co? Wolno mi. Bo to SA dwa dni pracujące podczas urlopu. Ale po kolei… Wstajemy raniusieńko, pakujemy resztę dobytku razem ze słojem do Srebrnej Strzały i jazda. Jestem umówiony pod zaporą, tą dużą o 9:00 rano. Klient firmy, w której pracuję zaprosił swoich klientów w Bieszczady. Ja robiłem za współorganizatora. Gnałem ile kucyków było pod maską. Po drodze mijałem Szewczenkowo, Czarną, i inne miejscowości włącznie z Lucynowem. W końcu zajeżdżam na parking pod zaporą. Autobus z gośćmi już jest. Wzbudzamy spore zdziwienie naszymi bieszczadzkimi strojami. Wycieczkowicze, to zwykła stonka. Panie i Panowie wystrojeni jak na Monciaku w Sopocie. Po dłuższej chwili /w pojęciu Bieszczadzkim/ podszedł do nas Przewodnik i zabrał w kazamaty. Nie, żebym się zachwycał, ale tym, którzy tam nie byli polecam zwiedzenie wnętrza zapory. Zupełnie cos innego niż połoniny….. Po wyjściu wycieczka wybiera się na Połoninę Wetlińską. Ja nie mam zamiaru. Rozdzielamy się. My z Renatka zmierzamy zobaczyć cerkiew w Sernicy. Jestem zaskoczony postępem prac przy jej renowacji. Nareszcie coś się tu dzieje. Mam jednak zastrzeżenia, co do tego czy cerkiew jest odbudowywana zgodnie z pierwowzorem. Blacha trapezowa nie bardzo pasuje do tej budowli. Lepiej jednak, że tak to się robi, niż nie miałoby się robić nic. Skuto tynki wewnątrz świątyni. Na szczęście pozostawiono resztki ściennych malowideł. Focimy, co się da i obiecuję sobie przyjechać podczas następnego pobytu w Bieszczadzie. Jedziemy do metropolii, w której pada deszcz, jak spiewa Pani Prońko. Tam, ku naszemu zdziwieniu jest już wycieczka. Nie wchodzili na połoninę, bo lało. Przyjechali na kwaterę. Szybko zajmujemy domki. Tak jak Perełka zawsze mi się podobała, tak domkami jestem mocno zawiedziony. Nic to. Jedną noc da się wytrzymać. Po obiedzie zaplanowane mam regularne szkolenie. Jako firmowy weteran, poradziłem sobie sprawnie. Wszyscy uczestnicy wynieśli ze szkolenia przede wszystkim wiedzę, ale również jakieś gadżety. Po szkoleniu poszliśmy do Siekierezadę i tam degustowaliśmy chmielowe nektary. Kiedy się zaczęło się ściemniać wróciliśmy do Perełki na ognisko. Oj, co tam się działo… Strach się bać. Kiełbaski, smalec piwko i inne napoje….Piszący te słowa śpiewał różne takie, ze hej!
Rano prawie wszyscy karnie stawili się na śniadaniu. Jedni wyglądali lepiej inni jeszcze lepiej. Po śniadaniu pojechaliśmy na Majdan. Tam po raz pierwszy w Bieszczadzie zobaczyłem kociołek pod parą. Nie omieszkałem wejśc nań. Potem podróż Bieszczadzką Ciuchcią do samego Przygłupia. Zmarznięty jak zimą wysiadłem z wagonu i pognałem zakupić herbatę. Trochę nam pomogła, ale ze zdumieniem się dowiedziałem, że wracamy pociągiem. Byłem przekonany, że przyjedzie po nas tutaj autobus. Załamany wtarabaniłem się do wagonu i niepocieszony wracałem kolejką. Kto nie jechał, temu polecam, ale Piskalu wybacz- w maju nie pojadę. Za którymś razem z kolei robi się to nudne…Co innego, gdyby drezyną na przykład, to się bym pisał. Teraz jedziemy do Hoczwi. Ja robię za Przewodnika a autobusie i opowiadam o mijanych bieszczadzkich atrakcjach. A to czerwonousty, a to cerkiew i zaraz za nią czołg, a to sporna kaplica, a to most, który zerwało podczas powodzi, a to kościół postawiony w jedną noc… W koncu dojeżdżamy pod siedzibę artysty, co maluje na deskach, korytach i innych takich… Zdzicho przyjmuje nas trochę po znajomości, za co Mu tą drogą dziękuję. Naprawdę sporo czasu tam spędziliśmy. Po wyjściu od Niego wszyscy mi dziękowali za możliwość poznania artysty i proponowali zorganizowanie jakiegoś wyjazdu w Bieszczad następnego roku… Po rozstaniu się z grupą pojechaliśmy do Zawozu. Jak zwykle zostaliśmy przyjęci bardzo serdecznie. Oj posiedzieliśmy chwilę przy Renatkowej naleweczce….
Planuję przyjechać z Julią, to ona chce ciuchcią. Ja zresztą też nią nie jechałem, ciuchcią, nie Julią,ale fakt- wolałbym drezyną.
..w tym buchającej ciuchci to chyba jednak nie Ty... ;-)
Szkolenie rozumiem było z metod pozoracji i maskowania...
Żaden problem. To znaczy jest jeden: trzeba jechać w Bieszczady autem. Ale nie świętą "dziewiątką" tylko z Rzeszowa wyruszyć na Dynów i "Pod Semaforem" można przetestować drezynę. Taką jak na westernach: góra - dół - góra - dół i tak do zanudzenia. Dużo to nie kosztuje a i tak po kilkuset metrach masz ochotę zapłacić drugie tyle, aby móc wracać na piechotę :-)
Piskalu może to rozwazymy?
Bartek, a ile osób moze się pomieścić na tym pojeździe? Tak, coby się nie pozrzucać.
Cztery do "pompowania" i dwójka pasażerów. Jak zwykle przed planowaniem wycieczki warto zadzwonić. Tu macie pełne informacje.