ok, młodzieżą chyba nie jestem..
niestety, muszę sie zgodzić... ilekroc organizujemy, choć to zbyt szumnie powiedziane, jakiś wypad w góry, zazwyczaj jest spory odzew, ale im bliżej, tym mniej osób i zwykle ostatecznie jedziemy stałą, trzyosobową ekipą, choć w najbliższą sobotę to tylko z koleżanką jedną jadę, ale może od początku..
najpierw o wzorach wyniesionych w domu: ja nie wyniosłam żadnych. moi rodzice nie spędzali wakacji w ogóle, o żadnych wyjazdach nie było mowy, żadnych wycieczkach klasowych, był za to ciągły brak kasy i odliczanie do pierwszego, ciągłe odkładanie wszelkich wydatków. poza tym - znajomi też nie ci, tzn. tylko ci, którzy dyskoteki, makijaże, ciuszki, liceum nie to, bo zawodowe, kontaktów żadnych, ale nie o tym.. generalnie - w młodości nie wyjeżdżałam, poza tym - wtłaczano mi, że aby gdzies pojechać potrzebne sa pieniądze, a jeśli ich nie masz - siedzisz w domu.. uwierzyłam.. ale do czasu..
pierwszy raz w Bieszczady pojechałam po części przypadkowo - praktyki po drugim roku studiów(ale - wymarzone praktyki), jeżdżenie od wioski do wioski, cała gmina Lutowiska w zasięgu naszej ręki, przemierzona stopem, pksem, pieszo.. wtedy sie zakochałam. także wtedy uświadomiłam sobie, że absolutnie kasy nie potrzebuję. no ok, schudłam 3 kg, ale nie z powodu braku kasy, ale dlatego, że na jedzenie nie było czasu.. przecież było tak pięknie..
po roku wróciłam i od razu jako "kierownik wycieczki".. miała byc spora grupa znajomych ze studiów, większość chciała jechać.. pojechało ostatecznie 7 osób.. niestety, nie wszyscy poczuli ducha górskich wędrówek.. i dlatego się zgodzę - bo jak można, mając rozbity namiot przy bacówce pod Rawką, mając piękną połoninke przed sobą, zapierającą dech w piersiach, nie chcieć zobaczyć, co się za nią znajduje, nie chcieć poczuć, jaki zapach ma wiatr smagający jej grzbiet..
bo o co mi chodzi? wydaje mi się, że po prostu są ludzie, którzy sie zakochają i sa ludzie, którzy po prostu tego nie poczują... może nawet pojada w góry w myśl zasady, że "fajnie jest jeździć w góry", ale będą te góry po prostu oglądać. nie poczują ich. i zamiast wstać na wschód słońca, by przy jego promieniach zjeść śniadanko i napić sie barszczyku, będą się wylegiwac do późnych godzin przedpołudniowych..
ale są też dobre wiadomości.. będąc w zimie w Masywie Śnieżnika spotkałam pewnego nauczyciela z grupką gimnazjalistów (fakt - malutką grupką), na weekendowym wypadzie w góry.. szli nieprzetartym szlakiem, tzn. pan nauczyciel im przecierał, dotarli stosunkowo szybko do schroniska, w którym nie było prądu, ale był kominek, były gitary, było śpiewanie, byli nawet turyści, co dotarli późnym wieczorem, cali przemoczeni (no ok, troszke sie przeliczyliśmy, myśleliśmy, że śniegu mniej..).. ale młodzież była zachwycona, pan nauczyciel niemal siłą zaganiał ich około północy do pokoi, bo nie chcieli sprzed kominka odejść.. oni wrócą w góry. tylko to była taka garstka z całego gimnazjum...
co jeszcze - mi sie wydaje, że jest coś takiego w obecnym świecie (ale nie chciałabym sie tu rozpisywać, bo to by znacznie wydłużyło i tak przydługa wypowiedź moją..), że wartościowe jest to, co można jakoś materialnie zmierzyć.. nie tylko wartościowe, ale przede wszystkim - atrakcyjne.. tak to kreują media, tak to jest postrzegane i niestety - przyswajane przez młodzież.. więc taki wyjazd stopem, pod namiot, na jeden nocleg w najbliższe górki chyba nie jest atrakcyjny, bo przecież fantastycznego zachodu słońca nie można przeliczyć na kasę, a tego niesamowitego uczucia, gdy budzisz sie zziębnięta rano i uświadamiasz sobie, że jesteś tu i teraz, że to nie miasto, tylko na przykład szczyt Wielkiej Sowy i że wystarczy wychylić głowę z namiotu, by ujrzeć jak budzi sie dzień.. bo ludziom sie wydaje, że to tylko takie sobie chwile, chwile, które zaraz miną, a jak sobie coś kupią, to to będzie trwałe..
a nie widzą tego, że dzięki tym właśnie chwilom stają się byc może lepszymi ludźmi.. albo stają sie ludźmi po prostu?
przepraszam za ten przydługi wywód, ale chciałam tak jakos na to spojrzec ze strony tej młodzieży, która czuje.
pozdrawiam i do zobaczenia w lipcu w Wetlinie :D