Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Piotr
Zamieszczam zatem jeszcze jedna fotkę.
Co do pozostałych, to tak - mam co najmniej jedno veto, zatem grzeczność nie pozwala mi wkleić tu tych zdjęć, mimo że oczywiście mógłbym to zrobić, gdyż wiele osób na ogół nie zdaje sobie sprawy że upamiętniając się na grupowych zdjęciach z jakiejś tam okazji nie podlegają ochronie wizerunku - czego przykłady już na tym forum były o ile dobrze pamiętam kilkakrotnie i potem jest wielkie zdziwienie że nawet paragrafy nic nie wskórają. Tyle krótkiej dygresji.
Jeśli sobie życzysz fotki na priv, daj znać - podeślę, choć niewiele tego.
(...)
Proponuję zatem, aby wykorzystać opcję tego forum pn. "Prywatne Wiadomości", czyli kolokwialnie: "na priv."
Wiem, że Ty masz tę opcję zablokowaną - kiedyś chciałem Ci wysłać jakąś informację na priv. i otrzymałem stosowny komunikat, iż jest to niemożliwe. Może więc Cię zastąpię ?
Zróbmy tak:
a) wyślij mi te fotki właśnie na priv., tak jak to powyżej proponujesz,
b) ja z kolei wyślę je "forward" na priv. tym wszystkim osobom z Naszego Forum, które indywidualnie zwrócą się do mnie w tej sprawie - ale też tylko na priv., nie mąćmy niniejszego wątku takimi "zamówieniami".
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
Stały Bywalec
a) wyślij mi te fotki właśnie na priv., tak jak to powyżej proponujesz,
Jeżeli korzystasz z jakiego maila to mi podaj (na priv lub tu) - będzie szybciej.
[edit]: wg mnie przez forum nie da się przesłać zdjęć (chyba że nie umiem).
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
24 września
Dzisiaj przyjeżdża Mietek - mój kolega jeszcze z lat szkolnych, z okresu, gdy obaj mieliśmy po 14 - 17 lat i siedzieliśmy w jednej ławce, a konkretnie w drugiej w środkowym rzędzie. A działo się to w czasach późnego Gomułki. Młodzieży z Naszego Forum wyjaśniam, iż był to (Gomułka, a nie Mietek) krnąbrny uczeń Józefa Stalina, który z czasem ośmielił się mieć inne zdanie niż wielki nauczyciel i jego radzieccy sukcesorzy.
Oczywiście w późniejszych epokach historycznych również utrzymywaliśmy z Mietkiem kontakty koleżeńskie, ale były one, siłą rzeczy, już rozerwane przez "czas i miejsce akcji". W latach 1970-75 obaj pokończyliśmy uniwersytety, z tym że Mietek - polonistykę na UMK w Toruniu, a ja - ekonometrię na UW w Warszawie. Później widywaliśmy się tylko raz na parę lat. Latem br. zaproponowałem koledze przyjazd na kilka dni w Bieszczady, a on się zgodził. Dotychczas Bieszczady znał tylko z literatury, mapy i mediów.
Prywatnie Mietek jest jedynakiem, kawalerem (bezdzietnym, chociaż głowy bym nie dał) i pracuje "w kulturze" na średnio eksponowanym stanowisku kierowniczym. Tyle tytułem wstępu.
Mietek mógł już w zasadzie przyjechać 21 września, ale brzydka pogoda skutecznie Go odstraszała. Czekał na jej zapowiadaną poprawę, z tym że "przestrzelił" o jeden dzień. Powinien bowiem na całodniową podróż z Radomia poświęcić dzień wczorajszy (23.09.), ostatni z okresu pory deszczowej. A tak, to jechał sobie PKS-em obserwując dawno nie widziane słońce, a i mnie wyrwał jeden dość ładny dzionek (we wrześniu br. na wagę złota) z planów turystycznych.
Musiałem bowiem wyjechać po kolegę do Ustrzyk Dln., odebrać z warszawskiego (przez Radom) PKS-u i przywieźć Go do Sękowca. Wyjazd ten (ok. godz. 13-tej) połączyłem, jakżeby to inaczej, z "ukraińskimi" zakupami na dolnoustrzyckim bazarze, przejechałem się też do Krościenka na smaczny obiadek. Później odwiedziłem w Ustrzykach Dln. kawiarenkę internetową "U Wujka z Ameryki", położoną przy głównej ulicy dość blisko dworca PKP-PKS. Tam wszedłem na Forum, nawiązując przy okazji kontakt z Lucyną, również wówczas surfującą w sieci. I tak to do wieczora czas mi zleciał.
Dalekobieżny PKS spóźnił się tego dnia ok. pół godziny. Oczekiwanie na dworcu urozmaicił mi jakiś facet (podobnie jak ja wyjeżdżający po kogoś, kto miał przybyć tym autobusem), opowiadający mi o "mafii ukraińskiej", która rzekomo "rządzi" w Ustrzykach. Temat to dla mnie nieznany, ani z obserwacji, ani z opowiadań tubylców (poza tym jednym). Widzi się tam za to bardzo dużo naszych "pograniczników", czyżby byli poprzebierani ?
Wreszcie nadjechał autobus, a w nim Miecio. Przesiedliśmy się do mojej toyoty i w drogę - do Sękowca. Jechaliśmy już po ciemku, na światłach głównie długich oraz przeciwmgielnych. Padał też mały, przelotny deszczyk, jakieś ostatnie popłuczyny dopiero co minionej pory deszczowej.
Po drodze wytłumaczyłem Mietkowi, gdzie jest koniec świata.
Przy okazji bieszczadnikom jedynie wirtualnym wyjaśniam, iż znajduje się on dokładnie pomiędzy Dwernikiem a Chmielem, w miejscu gdzie kończy się naprawiona droga, a zaczynają liczne dziury udające kałuże.
Kątem oka obserwowałem reakcję kolegi na moją informację, że właśnie minęliśmy koniec świata, ale - jak widać (chociaż kiepsko) - jednak jedziemy dalej. Przestrachu nie zauważyłem. Pracując w jednostce podległej administracji samorządowej nie takie już dziwy zapewne oglądał. Wprawdzie Radom to nie tylko większe, lecz także przyzwoitsze miasto niż Olsztyn, ale i w nim się różne "cuda" zdarzają, nie ustępujące przekroczeniu końca świata w Bieszczadach.
Już w Sękowcu wypiliśmy powitalne piwo i przedstawiłem Mietka Basi, która przecież musiała poznać swojego nowego "domownika". Potem poszliśmy, niezbyt późno, spać. Trzeba wypocząć, jutro bowiem nareszcie zapowiada się długa, całodzienna bieszczadzka wyprawa, o jakiej dotychczas mogłem, ze względu na psią pogodę, tylko pomarzyć. Umówieni już byliśmy z Darkiem, Pawłem i Piskalem. O przebiegu tej raczej udanej wycieczki będzie mowa w następnym odcinku.
CDN
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
...a kiedy ten nastęny odcinek?.. bo się zaczęła psia pogoda wzdłuż Osławy i z tej racji doczekać się nie mogę!
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Cytat:
Zamieszczone przez
trzykropkiinicwiecej
...a kiedy ten nastęny odcinek?.. bo się zaczęła psia pogoda wzdłuż Osławy i z tej racji doczekać się nie mogę!
Specjalnie dla Ciebie już teraz.
25 września
Dzisiejszą wycieczkę określiłem jako "raczej" udaną tylko ze względu na kiepską jeszcze pogodę. Byłoby przecudnie, gdyby nie przejmujące zimno, porywisty wiatr, pośniegowe błotko i mgła na połoninie, redukująca widoczność do co najwyżej kilkudziesięciu metrów. Ale przynajmniej nie padało, jeśli nie liczyć przelotnej mżawki.
Z Sękowca wyjechaliśmy rano dwoma toyotami: Pawła i moją. Podjechaliśmy na camping "Górna Wetlinka", pozostawiliśmy mój samochód i przesiedliśmy się (Mietek i ja) do Pawłowego, którym już w piątkę dojechaliśmy do Wetliny i zaparkowaliśmy u Dworaczków. Tam okazało się, że Darek, Paweł i Piskal nie jedli jeszcze śniadania, a więc je skonsumowali teraz.
Wyruszyliśmy żółtym szlakiem na Przełęcz Orłowicza. Błoto iście bieszczadzkie, pochmurno, zimno, ale chociaż nie pada. Pniemy się pod górę. Spotykamy sporo turystów, którzy - podobnie jak i my - przeczekali porę deszczową, a teraz urwali się niczym pies z łańcucha. W góry ! W góry ! W końcu głównie po to się tu przyjeżdża z różnych stron naszego kraju.
Żeby zrobić siusiu, trzeba odskoczyć w bok ze szlaku, co pewien czas wyłaniają się bowiem zza zakrętów nieznajomi turyści, w tym liczne damy.
- Pane Hawranek, panu wylaz konec !
- To ne je konec ! To je cały !
Tak sobie rubasznie "z czeska" dogadujemy i w ogóle dowcipkujemy, humor nas nie opuszcza.
Dochodzimy na Przełęcz Orłowicza. Zakładamy kaptury, dokładnie zapinamy kurtki i podejmujemy decyzję: kontynuujemy naszą wędrówkę zgodnie z planem. Pomimo wiatru, mgły i zimna, teraz dopiero naprawdę dokuczliwego. Oraz pośniegowego błota zapełniającego pieszą ścieżkę na całej długości Połoniny Wetlińskiej. Cóż, w tym roku wrzesień zamienił się na pogodę z listopadem (a może i z grudniem).
Maszerujemy czerwonym szlakiem aż do Chatki Puchatka. Rozdzieliliśmy się, najpierw idę ja z Piskalem, za nami Paweł holuje Darka i Mietka. Widoczność kiepska, widoki można tylko powspominać z pocztówek. No i to cholerne błoto ! Kilka razy mało nie fiknąłem po poślizgnięciu się.
Ludzi sporo, chociaż na pewno mniej niż w Tatrach. Głównie grupy zorganizowane z przewodnikami. Wypatruję Lucyny, ale w takiej mgle trudno odróżnić woditiela stonki od stonki sui generis.
Z rozmów mijanych ludzi wnioskujemy, iż w jednej z grup wędruje dziewczyna ze złamaną ręką, która niedawno poślizgnęła się i niefortunnie upadła. Podobno idzie dzielnie, nie chce wezwania śmigłowca GOPR.
W schronisku robimy sobie dłuższy postój, początkowo na zewnątrz, jako że w środku zabrakło już miejsca. Z czasem jakaś liczniejsza grupa niechętnie (ze względu na aurę) decyduje się na wyjście, więc ładujemy się z Piskalem do środka i zajmujemy wygodny stolik przy oknie. Akurat nadchodzą nasi trzej pozostali koledzy. Rozgrzewamy się gorącą herbatą, a nie-kierowcy nawet taką herbatą "z prądem".
Gdzieś tak po około godzinie opuszczamy przytulną Chatkę Puchatka i znów mierzymy się z wiatrem i zimnem. Ale już niedługo trwa to nasze zmaganie się z żywiołem, gdyż teraz przecież schodzimy. A im niżej, tym cieplej, a i wiatr pozostaje gdzieś na górze.
Schodzimy najpierw żółtym, następnie czarnym szlakiem. Idzie się przyjemnie, błota prawie nie ma. Już będąc na czarnym szlaku zwalniamy, gdyż wreszcie zaczynamy widzieć Bieszczady. Wiatr rozpędził chmury i jest co oglądać. Krajobraz przepiękny. Mietek patrzy jak zauroczony, to przecież Jego bieszczadzki debiut.
Dochodzimy do campingu w Górnej Wetlince. W barze pozostają Darek, Mietek i Piskal, a my we dwóch z Pawłem jedziemy do Wetliny po Jego samochód. Wracamy już oddzielnie, każdy swoim. Zabieramy towarzystwo, które w oczekiwaniu na nas zdążyło się już przy piwie zintegrować. Piskal jest torunianinem, Mietek niegdyś studiował w Toruniu, więc znaleźli wspólny temat. Dobrze, że o ojcu dyrektorze nie dyskutują.
To jeszcze bynajmniej nie koniec dzisiejszych atrakcji. Wręcz przeciwnie - dopiero początek.
Już w Sękowcu, w domku nr 1 spożywamy pyszną i obfitą obiadokolację. Piskal niezaprzeczalnie posiada talent kulinarny - wysmażył mnóstwo pysznych kotlecików. Popijane dobrą ukraińską wódką smakują wyśmienicie, zwłaszcza wędrowcom, którzy dopiero co zaliczyli (o suchym pysku) całą Połoninę Wetlińską.
Obecny jest również kwiat prawobrzeżnego Sękowca; co ja plotę, przecież to kwiat gminy Lutowiska, albo i całego powiatu bieszczadzkiego. Mam oczywiście na myśli Basię, Irenę i Ulę. Niestety panie szybko nas opuszczają, mają bowiem jeszcze robotę przy upolowanych jeleniach.
Pozostajemy sami i dalej pijemy już po męsku. W rezultacie Mietek się schlał i musieliśmy później z Piskalem ostrożnie go sprowadzać po schodkach.
Część z Was, Szanowni Czytelnicy, zapewne pamięta dość strome, długie i podniszczone schody wiodące na górkę, na której znajduje się ośrodek wypoczynkowy w Sękowcu. Nawet będąc trzeźwym trzeba tam bardzo uważać, a cóż dopiero po n-tym kielichu.
Ale udało się.
CDN
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
26 września
Po wczorajszych wieczornych wyczynach dajemy sobie z Pawłem dziś spokój z kierownicą. Pójdziemy gdzieś bezpośrednio z Sękowca, wszak to też wspaniałe miejsce startowe do wypadu na bieszczadzką łazęgę.
Wybór pada na Dwernik Kamień. Przy okazji chcemy "przetestować" jedną z dwóch nowych, niedawno tam oznakowanych ścieżek turystycznych.
Mietek się dziś wypisał z naszej wycieczki. Wczoraj przeszedł solidny bieszczadzki "chrzest" - najpierw na połoninie, a później przy stole. To trochę za dużo jak na wybitnego intelektualistę, którego ćwiczenia fizyczne polegają głównie na stukaniu palcami po klawiaturze komputera i szuraniu myszką.
Maszerujemy więc we czterech: Darek, Paweł, Piskal i ja. Wychodzimy z ośrodka, przekraczamy San, zaraz za mostem w Sękowcu skręcamy w lewo i wchodzimy na stokówkę prowadzącą do Nasicznego. Po około godzinnym spacerku tą stokówką wchodzimy na ścieżkę oznakowaną kolorem czerwonym. Ma ona charakter nie tylko turystyczny, ale także zrywkowo - zwózkowy. Jest to "stara" ścieżka, to nie ją niedawno wytyczono. Przez dłuższy czas brniemy w błocie będącym efektem i pory deszczowej, i robót leśnych. Ścieżka zaprowadza nas na sam szczyt Dwernika Kamienia (Holicy).
Tam robimy dłuższy postój. Rozsiadamy się na ławeczkach, których tu jeszcze łońskiego roku nie było. Także "klinujemy", co - już wyjaśniam - nie ma w naszym przypadku nic wspólnego z pracami ciesielsko - stolarskimi.
Jest niezła pogoda. Trochę chmurek, ale i słońce się pokazuje. Gapimy się na wprost, tj. na naszą wczorajszą trasę. Chatkę Puchatka też można dojrzeć. Szkoda, że Mietka nie ma. Zobaczyłby "bezmiar" przebytej przez siebie wczoraj drogi.
Wracamy. Najpierw schodzimy po własnych śladach tą samą trasą, ale już wkrótce odbijamy na nową ścieżkę, niedawno wytyczoną i oznakowaną kolorem zielonym. Prowadzi ona nas do wodospadu na Hylatym, o którym dopiero teraz, goszcząc już 10-ty rok z rzędu w Sękowcu, dowiedziałem się, że nazywa się wodospad Szepit (lub Szopit). Jest to podobno jego stara nazwa, którą władcy i miłośnicy regionu zapragnęli teraz reaktywować. Nie mam nic przeciwko temu, chociaż przez jakiś czas wydawało mi się, że ową nazwę "Szepit" wymyślono - jako zbitkę pierwszych liter nazwiska i imienia - na cześć naszego Piotra. Piotr jest przecież wielkim znawcą i piewcą Bieszczad, autorem książek - przewodników turystycznych, a w odniesieniu do opisywanej tu okolicy spowodował poprawienie najnowszej mapy Compassu (nieskromnie się przyznam, że m.in. z mojej ubiegłorocznej inspiracji).
Przy rzeczonym Szepicie wypijamy po piwie, którego ostatnie puszki i butelki jakimś dziwnym trafem jeszcze się odnajdują w naszym podręcznym, turystycznym bagażu.
Spacerkiem przez całą Zatwarnicę dochodzimy do Sękowca. Sprawdzam, czy Mietek żyje. Tak, doszedł już do siebie. Odpoczął i zaczęło Mu się tu nawet podobać.
O godz. 19-tej wędrujemy do domku nr 1 na małą powtórkę wczorajszej "imprezy". Piskal tym razem upichcił placki ziemniaczane, również bardzo smaczne. Spośród jego walorów ja wyróżniam talent kulinarny, chociaż zapewne ma i inne. Piękniejszą połowę Naszego Forum zachęcam do zainteresowania się tym dżentelmenem - jest on podobno jeszcze kawalerem, w dodatku bezdzietnym. Lat ma ... aż o 21 mniej od piszącego te słowa.
Popijając Piskalowe placki jesteśmy dziś o wiele bardziej wstrzemięźliwi niż wczoraj. Darek i Paweł już jutro wyjeżdżają, a więc nie można ich zbyt długo "męczyć" przy stole.
Paweł pokazuje mi w laptopie wszystkie liczne zdjęcia, jakie zrobił podczas naszych 3 wspólnych wycieczek, a także spotkań towarzyskich. Obiecuje, że zaraz po powrocie do Warszawy przegra je na płytkę CD i jeszcze w październiku mi sprezentuje. Mamy dziś, gdy piszę te słowa, szczęśliwie już 19 listopada, a Paweł, jak dotąd, się nie odezwał - ani be, ani me, ani kukuryku.
Po jakichś dwóch, góra trzech godzinach żegnamy się.
27 września
Już tylko we trzech, tj. Mietek, Piskal i ja, jedziemy do Nasicznego, gdzie parkujemy na podwórku zaprzyjaźnionego gospodarstwa. To tam, gdzie wcześniej kupowaliśmy prawdziwe jajka, tj. takie zniesione przez prawdziwe wiejskie, nie żadne fermowe, kury.
Obok stanicy harcerskiej wchodzimy na ścieżkę wiodącą przez Przełęcz Nasiczniańską aż do bitej drogi, którą docieramy do miejsca oznaczonego na mapie jako niegdysiejsza wieś Caryńskie. Zwiedzamy pozostałości cmentarzyka, lokalizujemy położenie nieistniejącej już cerkwi. Mietek i Piskal są wyraźnie poruszeni, historia tu aż wyje. Ja jestem w tym miejscu już bodajże piąty raz, więc siłą rzeczy wzruszam się mniej niż moi koledzy.
Wracamy tą samą drogą.
Byłbym zapomniał o czymś bardzo istotnym. Idąc tamtędy w obie strony mogliśmy zauważyć na błotnistej ścieżce, pomiędzy Nasicznem a przełęczą, raczej bliżej zabudowań Nasicznego, wspaniale odciśniętą łapę misia. Tak dokładnie i niedawno, że nie mogło być najmniejszych wątpliwości. Piskal zrobił zdjęcie aparatem wbudowanym do telefonu komórkowego.
W Nasicznem, gdy już dochodziliśmy do znajomego gospodarstwa, wyszedł do nas z jednego z sąsiednich domów jakiś młody (ok. 30-tki) człowiek płci brzydkiej, przedstawił się jako "biedny bezdomny" i bez owijania w bawełnę poprosił o 5 zł. Dostał je ode mnie, w Bieszczadach człowiek staje się wyraźnie lepszy (w Warszawie na takie uliczne zaczepki w ogóle nie reaguję). Ale z drugiej strony, skąd w Nasicznem wziął się ten bezdomny ??? W dodatku wyszedł on do nas "z domu", co już samo w sobie stanowi jakieś tajemnicze zaprzeczenie.
Wsiadamy do samochodu i bierzemy kurs na Ustrzyki Grn. Za Berehami Górnymi, już na obwodnicy, biorę "do kompletu" jeszcze dwóch stopowiczów - turystów z Kielc, wyraźnie zmęczonych dzisiejszą górską wycieczką. Niech sobie zatem ten ostatni odcinek podjadą, zamiast wlec się po szosie.
W Ustrzykach Grn. Mietek funduje Piskalowi i mnie suty obiadek w Zajeździe pod Caryńską. Na wywołanie naszego numerka czekamy jednak dość długo, ponieważ w zajeździe panuje dziś wyjątkowy ruch. Co rusz to przybywają kolejni głodni turyści. Pojawiają się też owi kielczanie, którzy, jak się okazało, też tu zapragnęli się posilić. Siadamy razem i gawędzimy o Bieszczadach, czujnie nasłuchując kolejnych wywoływań przez panienkę z bufetu.
Po obiedzie szukam Jacka, aby Mu ponownie podziękować za kotkę (bo wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to kotek). Jakaś pani, chyba mama Jacka, informuje mnie, że Jacek wyjechał, i to bardzo, bardzo daleko. Bo aż ...
Mniejsza z tym, dokąd. Zachowajmy dyskrecję. Jak będzie chciał, to sam się pochwali. Internet jest wszędzie.
Następnie robimy sobie spacerek po Ustrzykach Grn. Odwiedzamy państwa W., u których kwaterowałem w tym i w zeszłym roku, będąc na KIMB-ach. Są bardzo gościnni, częstują nas herbatą i ciastem domowego wypieku.
Czas jechać z powrotem.
W Sękowcu, już późnym wieczorem, wpadamy do baru na piwo. A później, idąc do domu, gapimy się na wspaniale rozgwieżdżone niebo. Zapowiada to jutrzejszą słoneczną pogodę.
CDN
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
28 września
Wreszcie mamy przez cały dzień piękną, słoneczną pogodę. Przyniósł ja chyba jednak jakiś wyż skandynawski, gdyż w cieniu jest wyraźnie chłodno.
Mietek już chyba doszedł do siebie po wyczerpującej (dla bieszczadzkiego nowicjusza) wycieczce po Połoninie Wetlińskiej, opisanej tu pod datą 25 września. Przedwczoraj w ogóle pauzował, a wczoraj tylko przespacerował się z Nasicznego do Caryńskiego, i z powrotem. No to dziś Go co nieco przepędzę po okolicy Zatwarnicy.
Piskal z nami nie idzie. Do Sękowca właśnie bowiem przyjechał Jego kolega z Torunia i postanowili wyruszyć gdzieś razem.
Obieramy kierunek na Krywe. Wędrujemy do Zatwarnicy, z szosy skręcamy w prawo na stokówkę (przy kościele) i idziemy nią, raz pod górę, raz z górki, aż do skrzyżowania przy Rylim. Tam wkraczamy na błotnistą drogę wiodącą do zabudowań Tosi, z tym, że my - jeszcze przed szczytem (Rylim) - odbijamy z niej w lewo na ścieżkę turystyczną prowadzącą do ruin cerkwi w Krywem i dalej, do ruin tamtejszego dworu.
Pogoda piękna, krajobraz cudny. Przy ruinach cerkwi robimy dłuższy postój, połączony z konsumpcją naszego "suchego prowiantu". Zresztą "mokry" spożywamy również (piersiówka 200 ml).
Świat, jak się okazuje, jest dla Mietka zbyt mały, aby mógł się w nim ukryć. Nadchodzi para młodych turystów. Po zwyczajowym "dzień dobry" dziewczyna wytrzeszcza oczy na Mietka i pyta: czy pan jest ... (tym a tym) ? Tak, Mietek jest właśnie ... owym tym.
Wędrujemy dalej. Pokazuję koledze miejsce, w którym w maju br. widzieliśmy z Andrzejem627, Pastorem i Wojtkiem1121 stado dzików. Dziś nic tam nie chrząka, świnki pewnie gdzieś zaległy (jest popołudnie).
Dochodzimy do ruin dworu, a następnie, zgodnie z oznakowaniem ścieżki, obchodzimy szerokim łukiem zabudowania Tosi. Wchodzimy sobie powolutku na Ryli, tam "zarządzam" kwadrans odpoczynku. Mietek dzieli się ze mną solidarnie dużą tabliczką czekolady, którą do tej pory zachomikował. Pytam Go o kondycję. Spostrzegam, że trochę nadrabia miną. Nic, jakoś to będzie. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.
Z uwagi na dość już wczesny, w końcu września zmrok, a także nie będąc pewnym rzeczywistej kondycji kolegi, zarzucam pomysł powrotu do Sękowca przez Hulskie i potem leśnymi ścieżkami nad potokiem Hulski oraz Sanem. Czyli wracamy tą samą drogą, którą przyszliśmy.
Z małymi jednak wyjątkami. Słońce zdążyło już przez cały dzień nieco podsuszyć bieszczadzkie błotko, a więc na stokówce robimy dwa skróty, idąc ścieżkami wydeptanymi pod liniami wysokiego napięcia.
Drugi skrót wyprowadza nas, obok odwiertu i kościoła, do samej Zatwarnicy. Robi się już ciemno, a kolega idzie coraz wolniej. Ale już się nie denerwuję, jesteśmy przecież w "sferze cywilizacji", w razie czego, to nas ktoś podwiezie samochodem.
Nawiązuję kontakt telefoniczny z Piskalem. Wychodzi po nas do mostu na Sanie w Sękowcu, ze skarbem nieocenionym, piwem mianowicie. Chłepczemy je na tym moście w świetle latarek, co Mietka stawia wyraźnie na nogi (oczywiście piwo, a nie światło latarek).
Na kolejno piwko wpadamy już do baru ośrodka w Sękowcu. Odpoczywamy tam trochę, a potem wędrujemy spać. Jutro ostatni dzień pobytu w Bieszczadach.
CDN
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Nawiązuję kontakt telefoniczny z Piskalem. Wychodzi po nas do mostu na Sanie w Sękowcu, ze skarbem nieocenionym, piwem mianowicie. Chłepczemy je na tym moście w świetle latarek, co Mietka stawia wyraźnie na nogi (oczywiście piwo, a nie światło latarek).
Dodam, że to nie byle jakie piwo, tylko piwo przywiezione prosto z Torunia.Czarny Specjal.Najlepsze piwo.Subiektywnie, rzecz jasna.
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
Witaj piskal na forumie.:)
Odp: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z poby
29 września
Mietek dziś jeszcze "przeżywa" wczorajszą wycieczkę. Przeżywa ją psychicznie i fizycznie. Psychicznie - bo Go, jako wrażliwego intelektualistę, dotknął bezpośredni kontakt z historią (Krywe), a fizycznie - ponieważ jest autentycznie zmęczony i ledwo łazi.
Postanowiłem zatem przyjaciela nie męczyć, a więcej dziś go wozić niż ganiać pieszo.
Piskal nadal się gdzieś zawierusza ze swoim rodakiem z Torunia, więc bez Niego jedziemy z Mietkiem aż do Tarnawy Niżnej.
Ale nie sami, o nie. Wspiera nas dziś fachowa siła, znamienity przewodnik bieszczadzki - już na pewno wiecie, kto. Tylko gwoli formalności informuję, że to oczywiście Lucyna.
Odbieramy Lucynę w Stuposianach i jedziemy przez Muczne do Tarnawy Niżnej. Tam parkujemy, co nieco pijemy w bufecie i awizujemy zamówienie pierogów "po bojkowsku" po naszym powrocie.
Wyruszamy do Dźwiniacza Grn. Chcemy Mietkowi pokazać stary cmentarzyk i w ogóle przejść się nad Sanem, granicą polsko - ukraińską. W przeciwieństwie do kolegi jestem tu już n-ty raz, ale i ja korzystam z obecności Lucyny. Opowiada nam bardzo ciekawie zarówno o starych dziejach tej okolicy, jak i o całkiem współczesnych. M.in. o "zsynantropizowanym" złośliwym misiu, który zaczepia ludzi i nie boi się nawet huku. A my właśnie teraz wędrujemy przez terytorium owego niedźwiedzia.
Na cmentarzu w Dźwiniaczu Grn. słuchamy dłuższej prelekcji Lucyny, Mietek chłonie ją jak urzeczony (i prelekcję, i Lucynę).
A potem wracamy wolniutko, wolniutko, oglądając się z Lucyną na ledwo (ale ambitnie) poruszającego nogami kolegę.
Po drodze zauważamy sporo żmij. Co najmniej drugie tyle pewnie mijamy, nie spostrzegłszy ich. Korzystają ze słońca i "opalają się" na naszej ścieżce. Znów Lucyna fachowo wyjaśnia nam ich tryb życia i sposób zachowania.
W Tarnawie Niżnej konsumujemy "pierogi po bojkowsku". Jako urozmaicenie menu turystycznego - mogą być, czemu nie. Nie pamiętam przepisu, ale były to chyba pierożki z ziemniaczkami i skwarkami. Nawet dosyć smaczne. Ale dorosły chłop się tym nie naje. Gdybym ja tu kiedyś mieszkał i był tym karmiony, to też wstąpiłbym (z głodu) do UPA.
Pojawiają się koty, w liczbie kilkunastu. Większość czarnych, wypisz - wymaluj mój Sabinek. Podobne również z pyszczka, nie tylko z koloru futerka. Biedactwa głodne, dzielimy się z nimi (bez specjalnego żalu) owymi bojkowskimi pierogami. Są to w końcu koty bojkowskie, ich pra-, pra-, praprzodkowie tu mieszkali i łowili myszy w bojkowskich chyżach. A potem chyba tylko koty przeżyły powojenną Apokalipsę tej ziemi i tu pozostały.
[I coś musi nadal tkwić w ich kocich genach. Mój Sabinek, też bieszczadzki (!!!) kotek, odnosi się do mnie z wyraźnie większym respektem, gdy go op...lam (za liczne psoty i notoryczne wskakiwanie na stół) po rusku, a nie po polsku.]
Syci bardziej intelektualnie (dzięki opowiadaniom Lucyny) niż fizycznie, odjeżdżamy z Tarnawy. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w Mucznem, gdzie Mietek kupuje przewodnik Rewaszu. Do tej pory korzystał z mojego, ale zapragnął mieć swój własny. Świadczy to dobitnie, że połknął bieszczadzkiego bakcyla.
Odwozimy Lucynę do Ustrzyk Dln., tam zamierza spotkać się z koleżanką. Dziękujemy za opiekę nad nami i przekazanie nam aż tyle bieszczadzkiej wiedzy.
Wracamy do Sękowca. Po drodze, póki jeszcze widno, oglądamy cerkiew w Równi. Mietek jest tu po raz pierwszy. Potem zjadamy wreszcie solidny obiad w Czarnej, w knajpie całkowicie pozbawionej bieszczadzkiego klimatu, ale za to dysponującej smaczną kuchnią. Jest to restauracyjka przy takim ni to hoteliku, ni to zajeździe, w samym centrum Czarnej, vis a vis stadionu oraz blisko strażnicy SG. Obok, w tym samym budynku po prawej stronie znajdują się delikatesy.
W Chmielu Mietek kupuje dwa litrowe słoiki miodu bieszczadzkiego, zapasik na całą zimę. Ja już się wcześniej zaopatrzyłem w taki miodek.
W Sękowcu rezygnuję z dzisiejszego pakowania się. Jutro też będzie dzień. A pakowanie przy powrocie jest o wiele prostsze niż przy wyjeździe. Zabiera się, co swoje, i już. Poza tym prawie wszystkie ciuchy są brudne, nie trzeba więc ich segregować i oddzielnie pakować.
Napisałem "prawie", bo wywożę stąd również ciuchy czyste, których podczas całego pobytu w ogóle nie założyłem. Letnie koszule z krótkimi rękawami, mianowicie.
30 września
Smutno podśpiewuję refren biesiadnej piosenki ("to już jest koniec, to już jest koniec, już trzeba iść").
Z Sękowca wyjeżdżamy we trzech. Oprócz Mietka wywożę bowiem również Piskala, który w Warszawie przesiądzie się na pociąg do Torunia.
Droga powrotna - bez specjalnych wrażeń. Przed Rzeszowem obserwujemy mały karambol (kilka stłuczek). Jeszcze nie ma Policji, szosa zablokowana. Filozoficzne konstatujemy, że gdyśmy tu byli parę minut wcześniej, to i w moją toyotę walnąłby z tyłu jakiś gamoń. Albo może i nie-gamoń, ale za to mocno rąbnięty z tyłu przez gamonia. Bo przecież musiał być główny sprawca owego karambolu. Warunki drogowe były raczej dobre.
Obiadujemy zaraz za Głogowem Młp., w dużym przydrożnym zajeździe (po lewej stronie, jadąc od Rzeszowa). Upodobałem sobie tę knajpę, od lat się tu zatrzymuję udając się w Bieszczady i powracając z nich.
W Radomiu żegnamy się z Mietkiem. Krótko, gdyż czas nagli - Piskal musi przecież zdążyć na pociąg.
Wydaje się, że nie jest źle. Mimo remontu "siódemki" mkniemy nią wcale szybko. Aż do Janek. A tam - jak zwykle korek. Miałem nadzieję, że tylko do Raszyna, ewentualnie do Okęcia. Gdzie tam. Jedziemy przez Włochy i Ochotę cały czas wg formuły "jedynka - dwójka - stop".
Dojeżdżamy wreszcie do Dworca Zachodniego, gdzie - chyba z nerwów i zmęczenia - przeoczam wjazd na przydworcowy parking (ten główny, przed budynkiem dworca PKS). Zatrzymuję się więc z konieczności jakieś sto metrów dalej, na pasie zarezerwowanym dla autobusów PKS. Włączam światła awaryjne, Piskal "ewakuuje się" wraz ze swoim bagażem z samochodu i idzie do pobliskiego budynku dworca PKS. A stamtąd, jak zapewne część z Was dobrze wie, tunelem przechodzi się do dworca PKP.
Na jazdę dookoła i wjazd na Dworzec Zachodni od strony Woli, ulicami Bema i Prądzyńskiego, nie było już czasu. Podjeżdża się tamtędy wprawdzie na sam dworzec PKP (tuż koło kas biletowych), ale wcześniej trzeba by się było "przepchać" pod wiaduktem i dojechać ul. Prymasa Tysiąclecia aż do ul. Kasprzaka. A tam pewnie przez cały czas korki i postój na światłach.
W chwili, gdy się z Piskalem żegnaliśmy, dochodziła godzina 19-ta. Pociąg miał za ok. kwadrans, a jeszcze przecież musiał przejść przez cały tunel dworcowy i kupić bilet. Zdążył. Już z pociągu wysłał mi sms-a, że wszystko odbyło się wprawdzie "na styk", ale z powodzeniem.
A ja sobie już spokojnie pojechałem na Szczęśliwice. Gośka pomogła mi wnieść wszystkie klamoty do domu. Rzuciłem je do pokoju, rezygnując z dzisiejszego ich rozpakowywania.
Otworzyłem tylko piwo, potem drugie - trzeba było odreagować te ok. 460 km jazdy po polskich drogach.
Zapytałem Gosię, jak się czuje kotka. Zwierzątko zresztą cały czas przy mnie buszowało, zastanawiając się zapewne, czy to ten sam facet, z którym mieszkało już przez 10 dni, ale od tego czasu też minęło 10 dni.
Żona dziwnie na mnie popatrzyła. Odrzekła, że nie jest pewna, czy to kotka. Wręcz przeciwnie, z każdym dniem nabiera podejrzeń, że to samiec, a nie kocia płeć piękna.
Złapaliśmy hultaja i poddaliśmy dokładnym oględzinom pod lampą.
Ewidentne jaja.
KONIEC
PS
Za dwa tygodnie napiszę tu jeszcze coś w rodzaju refleksyjnego podsumowania. Odniosę się również do Waszych wszystkich uwag, opinii, pytań - tych już zgłoszonych i tych, które ewentualnie ktoś jeszcze mieć będzie.