Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Nie jest znów tak daleko,
do czego w myślach wracamy,
czego obraz w sercu,
pod zamkniętymi powiekami,
do czego tęskni się ciągle,
o czym marzy dusza,
co struny dobrych wspomnień
bez przerwy porusza.
Dzięk Długi za relację pełną ciepłych niespodzianek. Pozdrawiam Was serdecznie.
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
W zasadzie, to na relacji z lata powinienem zakończyć. Urlop prawie cały wykorzystany, kilka dni pozostawione na wyjazd świąteczny do młodszego dziecka. Dołujący jest taki brak perspektyw na jesienne Bieszczady. Ale przyszedł październik. W zasadzie o o tej porze, tak trochę po wrześniu następuje ten miesiąc. Niby nic, a ten tak przyszedł jakby inny. Taki słoneczny przyszedł. Wraz z nim przyszedł mój szef i rzecze: trzeba rozpoznać temat w Nowym Mieście n. Pilicą, kiedy możesz pojechać? Nowe Miasto.... to tak gdzieś w połowie drogi w Bieszczady, w tej drugiej połowie. Mówię: jadę w czwartek, ale na piątek muszę wziąć urlop. Świat jest piękny. Na forum zawieszam informację, że mam wolne miejsce w aucie. Zgłosił się Jarek z Ostrowca. Uzgadniamy szczegóły. W nocy robię jeszcze ostatnie zakupy (błogosławione Tesco), plecak spakowany, torba z żarciem też, i ok 4 pobudka (po 3 godzinach snu). Torba do bagażnika, kijki i buty też i gaz do dechy. Droga umyka pod kołami, wstaje świt, ruch na drodze zaczyna się zagęszczać. Przemykam przez Płock, telefon... z domu. Moja lepsza połowa zapytowywuje się łaskawie, gdzie też mam plecak? Blisko 40 letniemu doświadczeniu jako kierowca zawdzięczam to, że przez barierę mostu nie wpadłem do Wisły. Plecak został pod stołem, w pokoju, w Sopocie. Przecież się nie wrócę. Jako wyposażenie turystyczne mam solidne buty, kijki, toporek. I to co na grzbiecie. W radiu zapowiadają przymrozki. Po załatwieniu spraw służbowych biorę kierunek na Ostrowiec Świętokrzyski. Po drodze wpadam do sklepu w Iłży. Kupuję jakieś rękawiczki, czapkę, ręcznik i inne niezbędne akcesoria oraz kocyk z polaru. W Ostrowcu Jarek już czekał. Facet okazał się dobrym kompanem w podróży, a i potem w wędrówkach. I tak późnym wieczorem dotarliśmy do Radosnego Szwejkowa. Krysia jak zwykle serdecznie nas powitała, ale mówi, że ma pełno i chyba tylko podłoga. Wiedziałem, że tego dnia zjedzie do Łupkowa kupa ludzi pod pretekstem imprezy o złej sławie, zwanej RIMB. I sława poprzedzająca tę imprezę ziściła się. Najpierw nas powitano i od razu usiłowano poczęstować jednym pierogiem (więcej nie było). Wszyscy wiedzą, jakim jestem fanem pierogów. Popatrzałem po towarzystwie i ciarki mnie przeszły po plecach... sięgnę po pieroga i zostanę z widelcem w ręce... w najlepszym wypadku. Potem postanowiono mnie wykończyć nalewką Pastora. Na szczęście już na kilku KIMB'ach miałem okazję zapoznać się z tym specyfikiem. Aby nikogo nie urazić umoczyłem usta w płynie i na tym zakończyłem degustację. Niestety, Jarek nie odmówił. Nie tylko nie odmówił, ale powtórzył... Odpuściło mu następnego dnia, ..... późnym popołudniem.
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Cytat:
Wiedziałem, że tego dnia zjedzie do Łupkowa kupa ludzi pod pretekstem imprezy o złej sławie...
Ta zła sława niesie się nad bieszczadzkimi wzgórzami niczym mroczne fatum.
A swoją drogą to skąd wiedziałeś ? Przecież to było zatajemniczone.
Oj ! trzeba będzie przejść do jeszcze głębszej konspiracji, co by nie zniechęcać uczciwych turystów do wojaży po tej krainie.
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Jak poszperasz w starych wątkach, to się dowiesz, że dla mnie to nawet Ałganow była jak dziecko szczery;)
Mogę wam podpowiedzieć, że jak chcecie w tajemnicy się spotkać, to najlepiej na polanie Kruka. Tylko ja wiem, gdzie to jest. ;) więc nikt tam nie trafi. RIMBowcy też:lol:
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Porobiło się...
Miałem przed świętami skończyć z tą grafomańską pisaniną, ale...
ale miałem kłopoty z czasem;)
Ani się spostrzegłem, jak czas było się zerwać i gnać na lotnisko. Tu okazało się, że niepotrzebnie, bo mamy czas.... duuużo czasu. Kolejne loty odwołane, bo jak w piosence Wysockiego: nie przyjmują. Na szczęście nie musiałem zamieniać Luton na Władywostok i późno w nocy znalazłem się w Londynie.
Nie będę tu opisywał co tam robiłem, co zwiedzałem. Jeno jako ciekawostkę powiem, że szpaki tam śpiewają, bernikle gęgają, towarzyszą im papugi (aleksandretta) kwitnie trochę różnego kwiecia i tylko na jednym lotnisku (tym największym) paraliż, bo 5 cm śniegu i zabrakło płynu do odmrażania.
Może jak tu skończę, to jeszcze wrócę do tematu londyńskiego.
Tymczasem..
10 załącznik(ów)
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Wracamy do opowieści.
Ranek w Radosnym Szwejkowie nie dla wszystkich był radosny. Nieliczne grono zebrało się w kuchni i spożywało śniadanie. Liczniejsze patrzyło na to z abominacją usiłując przełknąć łyk herbaty bądź kawy.
Ci co uważnie czytali pamiętają, że wybrałem się praktycznie bez koniecznego ekwipunku. Widząc pakującą się Agnieszkę poprosiłem o pożyczenie mapy. Dostałem razem z bardzo eleganckim mapnikiem. Chwilę potem cała grupa RIMBowiczów wyszła na szlak, a po kilku minutach też wyruszyłem za nimi. Widziałem ich jeszcze chwilę, jak pięli się pod górkę. Potem ich ślady skręciły w prawo, a moje w lewo, ku granicy. Pogoda piękna, kolorki miodne. Przy ścieżce ślady uczty: "coś" zjadło "coś". Pokręciłem się trochę po krzakach, często zatrzymując się, a to dla listka, a to dla grzybka, czym wyraźnie radowałem towarzyszącego mi Jarka. Jego wczorajsza impreza wyraźnie zmęczyła. A ciężko się idzie o kilku łykach herbaty i gdy w głowie huczy Niagara. Zrobiłem pętelkę, zakręciłem ósemkę i wylazłem na tory przy tunelu. Jarek sprawdził co słychać w dziurze, ja co jest na górze. Potem przy okazji powrotu do Szwejkowa zahaczyłem o nieczynną strażnicę. Szkoda, możne ktoś znajdzie jeszcze jakieś przeznaczenie dla tego obiektu. A może lepiej nie.. może lepiej będzie, gdy ten zakątek i okolica zarośnie do reszty. Wcześnie jeszcze, więc po powrocie zabraliśmy się za układanie drewna w drewutni. Co prawie się udało, tylko część układanki się zawaliła.
ciąg dalszy nastąpi niedługo
słowo
1 załącznik(ów)
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
długi :
Cytat:
Chwilę potem cała grupa RIMBowiczów wyszła na szlak, a po kilku minutach też wyruszyłem za nimi. Widziałem ich jeszcze chwilę, jak pięli się pod górkę
widok na rozstanie
Załącznik 22118
.
Przy okazji zapytam jeszcze gdy piszesz
Cytat:
Potem przy okazji powrotu do Szwejkowa zahaczyłem o nieczynną strażnicę.
Różne źródła podają różne przeznaczenie tego budynku. Czy jesteś pewien że to była strażnica ?
Jeśli tak, to czyja ?
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że tak blisko granicy może tylko WOP mieć swoje obiekty. I nie był to obiekt mieszkalny (typowa strażnica), raczej rodzaj posterunku, może kontroli pociągów?
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
7 załącznik(ów)
Odp: Czy ja mam pecha? Czyli o swawoli czasoprzestrzeni od lutego do Łupkowa
Piękna pogoda, piękne popołudnie. Szkoda siedzieć i przeszkadzać Krysi w przygotowaniach do obiadu dla licznej grupy młodzieży wędrującej z uroczą Panią Przewodnik.
Poszliśmy na mały spacer i drobne uzupełnienie. Jarek zdążył dojść do siebie i nawet coś zjadł. I nie oddał;)
Cmentarz w Łupkowie odwiedzam kolejny raz i kolejny raz robię zdjęcia, zupełnie nowe, bo nastrój, oświetlenie pora roku... wszystko jest inne