Cześć,Cytat:
Zamieszczone przez Tarnina
Tarnino, kobieto o pięknym nicku :) Mam dla Ciebie i wielu innych, którzy popijanie na pikach traktują jako zjawisko szkaradne, przypowieść. O dziwo niezwykle podobną do historii opisanej przez Angelę. Rzecz zdarzyła się dawno, dawno temu, za siedmioma górami itd, gdy snułem sie głównie po Tatrach...(Przepraszam Adminie, że to nie o Biesach, ale na wytłumaczenie mam to, że czasem widać Tatry z Wetlińskiej). Zmęczony 1,5 miesięcznym obijaniem się po Tatrach trafiłem z kumplami na pik Świnicy, gdzie dogorywaliśmy dosłownie od nadmiaru słońca, wspinania i zużytej na odkwaszanie mięśni litworówki. We flachach po litworówce taszczyliśmy już tylko źródlaną wodę. Na pik trafiła w pewnym momencie grupa ludzi, a któremuś z naszych odbiło i zaczął rozmowę w stylu: jeśli zejdziemy tam, do tego budynku widocznego na pobliskim szczycie, to stamtąd już tylko chwilka do Morskiego Oka. Drugi z nas zaraz spytał, czy to widoczne schronicho to Pięć Stawów, trzeci rzucił, że nie wie, ja go poparłem, a przybyłym na pik turystom gały wylazły z orbit, bo to o czym mówiliśmy, to przecież był Kasprowy Wierch i jak można było pomylić TAKĄ górę?!?! Po chwili otrzymaliśmy od jednego z przybyszów przepiękną lekcję topografii Tatr z elementami obejmującymi nawet drogi wspinaczkowe :D Leżeliśmy na głazach zasłuchani w wykład, leniwie sącząc wodę z flachy i patrząc na niemal chciwe spojrzenia przybyłych, gdy przytykaliśmy gwincik do spieczonych warg i z udawanym skrzywieniem łykaliśmy perlisty napój. Brakowało nam tylko kilku butelek piwa, które zwyczajowo sprzedawane było wówczas we wszystkich górach świata leżących blisko cywilizacji, tylko nie w Tatrach.
Zakończenie historii było takie - zaproponowałem im, że jeśli mają jakieś odpowiednie naczynko, to naleję im życiodajnego płynu. Wyciągnęli kieliszeczek turystyczny (sic!) i łapczywie podstawili do napełnienia, a w tym momencie mój kumpel wywlókł z worka pęto liny asekuracyjnej i jakieś szpeje do wspinania i podał im metalową parzymordę informując, że z tego się lepiej napiją. Gdy skosztowali 'litworówki', szybko pożegnali się i zeszli na dół. A myśmy nadal leżeli skąpani w słońcu, sycąc oczy widokiem, a uszy niepowtarzalną ciszą. Pomyślałem wtedy też, że trzebaby wyciągnąć z worka składany parasol, bo od zachodu nadciągała jakaś czarna i wredna chmura, a mój anorak był już lekko sterany. Aha, przed zejściem w dół jak zwykle pozbieraliśmy wszystkie pozostawione przez wytrawnych turystów śmieci, żeby nie było, że nie dbamy o nasze kochane górki.
Myślę, że kwestię łykania C2H5OH możnaby zamknąć stwierdzeniem: pijesz, Twoja sprawa, dopóki nie stajesz się przez to przykrym dla innych. I nic to nie ma do KOCHANIA GÓR, nic, a nic...
Derty
