10 załącznik(ów)
"U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Pomysł na tegoroczne wakacje był po części prostą konsekwencją zdarzeń ubiegłorocznych – tzn. opisanego już pokrótce na tym forum:http://forum.bieszczady.info.pl/show...-dawno%C5%9Bci wypadku mej żony, w wyniku którego zmuszona została do przerwania swej eskapady rowerowej przez karpackie pogórza. Postanowiliśmy więc w tym roku dokończyć zaplanowaną na zeszły rok trasę, z tym, że tym razem zaczęliśmy „od końca” - od Mazur, by następnie przerzucić się na Podkarpacie. Pogoda na przełomie lipca i sierpnia niezbyt dopisywała, dopiero ostatniego dnia pojawiło się długo oczekiwane słońce. Tego też dnia dotarliśmy do Jasła, a więc tam, gdzie w zeszłym roku zakończyła się niefortunna dla mej małżonki wycieczka. Z Jasła dostaliśmy się pociągiem do Rzeszowa, gdzie odprawiłem żonę w dalszą podróż do Wrocławia, natomiast ja, niejako już tradycyjnie na kolejny tydzień wycieczki udawałem się w upragnione ukraińskie, wschodnie Karpaty.
W Rzeszowie, do którego dotarli samochodem, czekali już na mnie Marek z Iwoną. Krótkie pakowanie rowerów i ruszamy na granicę. Mamy w zamiarze dojechać docelowo do Kołomyi, gdzie mieszkają znajomi Iwony, u których mamy pozostawić samochód. Po drodze dociera do nas smutna wiadomość, że tego dnia rano w lotnisko w Kołomyi uderzyły wraże rakiety i – niestety nie obeszło się bez ofiary śmiertelnej – zginęło jedno dziecko.
Ponieważ jest już wieczór, plan mamy taki, żeby zaraz za granicą poszukać motelu na nocleg i z samego rana następnego dnia ruszyć w dalsza drogę. Granicę w Medyce przekraczamy prawie „z marszu”, ale ponieważ zbliża się „godzina komendancka” na pierwszej stacji benzynowej pytamy pracownika, czy w razie czego można nieco owa godzinę „naruszyć”. Mężczyzna ów odpowiada, że tu „godzina policyjna” jest dopiero od północy, ale można śmiało jechać, „bo tu u nas nie tak srogo” ;-). Owo „tu nie tak srogo” stało się poniekąd leitmotivem naszego wyjazdu.
Motel znajdujemy dopiero koło Sądowej Wiszni. Jest wolny pokój trzyosobowy, a do tego rano serwują śniadanie! Zostajemy więc na noc.
Rankiem, po obfitym śniadaniu ruszamy w dalszą drogę. Ponieważ jesteśmy obciążeni trzema rowerami na dachu, a drogi są , takie jakie są, do Kołomyi docieramy dopiero ok g. 13. Tam czekają na nas już serdeczni gospodarze (pani Marija z mężem) i oczywiście suto zastawiony stół. Jedzenie i rozmowy przy stole przeciągają się i dopiero po dwóch godzinach udaje nam się „wyrwać” i pożegnać z naszymi dobroczyńcami.
Załącznik 49068
Bocznymi uliczkami docieramy do mostu na Prucie i kierując się w stronę nieodległych wzgórz obieramy kierunek na Kuty i dolinę Czeremoszu. Droga, początkowo asfaltowa, wkrótce staje się szutrowa i pylista i taka zresztą towarzyszyć nam będzie w większości na całym naszym wyjeździe. Trasa jest boczna, a co za tym idzie malownicza., Pogoda jest „pyszna i kraj przecudny” jak napisałby zapewne autor jakiegoś przedwojennego przewodnika o tych stronach. Mijane senne wsie pozwalają zapomnieć o toczącej się w tym kraju okrutnej wojnie. Obrany przez nas kierunek przywołuje zresztą wspomnienia exodusu, który miał miejsc nie tak znów dawno i dotyczył pokolenia, którego przedstawiciele i świadkowie jeszcze nie wszyscy odeszli już do „lepszego świata”.
Kilka zdjęć z tego odcinka trasy:
Załącznik 49069Załącznik 49070Załącznik 49071
W jednej z mijanych miejscowości robimy małe zakupy, w tym taką oto butelkę „gorzałki” z patriotycznym nadrukiem:
Załącznik 49072
Po ok. czterech godzinach dość uciążliwej, bo upalnej jazdy zbliża się wieczór i wypada poszukać jakiegoś sensownego miejsca na nocleg. Ponieważ zjechaliśmy ze wzgórz w dolinę Czeremoszu najsensowniejsze wydaj się znalezienie jakiegoś dogodnego miejsca na biwak nad tą właśnie rzeką. Udaje nam się znaleźć boczną dróżkę prowadzącą wprost na rzekę - najpierw nad jej boczne koryto, po sforsowaniu którego znajdujemy się na naszej prywatnej wysepce. Jest już ciemno, kiedy rozkładamy biwak, ale w poświacie rozgwieżdżonego nieba udaje nam się zażyć jeszcze chłodnej, ożywczej kąpieli w spokojnym nurcie starorzecza. Obserwujemy jeszcze przez chwile perseidy, przecinające tego wieczoru co chwilę nocne niebo i udajemy się na zasłużony spoczynek...
Wstajemy, jak zwykle zresztą na naszych wyjazdach, o szóstej czasu lokalnego. Niespiesznie zwijamy biwak , a na śniadanie udajemy się na „podsklepie” najbliższego magazinu, gdzie w komfortowych warunkach (stolik i ławy) można kulturalnie skonsumować pierwszy tego dnia posiłek.
Załącznik 49073Załącznik 49074Załącznik 49075Załącznik 49076Załącznik 49077
cdn.
10 załącznik(ów)
"U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Do Kut pozostało już tylko kilka kilometrów, które przebywamy w krótkim czasie. Pierwsze nasze kroki kierujemy do kościoła rzymskokatolickiego, gdzie 17 września 1939 roku odprawiona została ostatnia na terytorium ówczesnej RP Msza Święta z udziałem najwyższych władz państwowych i wojskowych, o czym informuje stosowna tablica w przedsionku świątyni. Na przykościelnym cmentarzu Marek odnajduje jeszcze postument ufundowany w XIX wieku przez jednego z ówczesnych dalszych krewnych swej rodziny, po czym udajemy się na rynek i oglądamy (z zewnątrz oczywiście) ratusz miejski. Stamtąd zjeżdżamy w dolinę Czeremoszu i odnajdujemy dawny budynek polskiej strażnicy granicznej usytuowany przy nieistniejącym już dawnym moście na Czeremoszu. Budynek ów jest co prawda podniszczony i mocno „zarośnięty”, ale stoi nadal w całości. Ten widok, jak również zachowanych przęseł dawnego mostu granicznego przywołuje na nowo znane z literatury sceny, które rozgrywały się tu we wrześniu 1939 roku, modyfikując co prawda nieco poprzednie, własne wyobrażenia tego miejsca.
Załącznik 49121 Załącznik 49119 Załącznik 49120 Załącznik 49118 Załącznik 49117 Załącznik 49116 Załącznik 49115
Po krótkich oględzinach ruszamy dalej w górę rzeki , Jedzie się dobrze, jest asfalt, choć słońce coraz mocniej przypieka.
Załącznik 49122 Załącznik 49123 Załącznik 49124
Na dłuższy postój zatrzymujemy się dopiero przy ujściu Putyły do Czeremoszu w miejscowości zwanej Ust-Puytła (Ujście Putyłowe). Tu, przy magazinie urządzamy sobie popas i zamawiamy świetny, rozlewany z beczki kwas chlebowy. Po odpoczynku ruszmy w górę Putyły, choć nie od razu, bo wpierw zostajemy zatrzymanie przy pierwszym na naszej trasie „blok-poście”. Żołnierze sprawdzają dokumenty i puszczają nas dalej. Do Putyły nie jest daleko, lecz jedzie się coraz wolniej i uciążliwie z powodu gorąca. Za Putyłą kończy się asfalt i zaczyna szutrowo-kamienna, niezbyt miła dla rowerzysty nawierzchnia. Jadąc cały czas w górę rzeki docieramy tego dnia z najwyższym trudem do Płoski, gdzie postanawiamy zostać na noc. Dogodne miejsce biwakowe znajdujemy jeszcze we wsi, ale ukryte i odizolowane od drogi głównej rzeczką i drzewami. Tego dnia przejechaliśmy ok 70 km, tak więc zażywamy zasłużonej kąpieli w chłodnych nurtach Putyły i urządzamy sobie przyjemną i wygodną – bo przy stole – kolację.
cdn.
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
luki_
zjeżdżamy w dolinę Czeremoszu i odnajdujemy dawny budynek polskiej strażnicy granicznej usytuowany przy nieistniejącym już dawnym moście na Czeremoszu. Budynek ów jest co prawda podniszczony i mocno „zarośnięty”, ale stoi nadal w całości. Ten widok, jak również zachowanych przęseł dawnego mostu granicznego przywołuje na nowo znane z literatury sceny, które rozgrywały się tu we wrześniu 1939 roku
Śpieszę pogratulować kolejnej wyprawy cyklistycznej! Przy okazji mała dygresja: najsłynniejszym i najbardziej eksploatowanym propagandowo w PRL-u mostem granicznym z Września '39 był oczywiście "most zaleszczycki", ale to osobna historia... Będąc przy moście kuckim najmocniej przemawia do mnie następujące wspomnienie: "Okropny moment. Nie wiem, czy uda mi się kiedyś wymazać go z pamięci. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Niektórzy całowali biało-czerwoną barierę, inni ziemię lub budkę strażnika. Kilku żołnierzy szlochało głośno, kilku modliło się, klęcząc. Każdy prawie zabierał coś na pamiątkę. Jeden zeskrobał scyzorykiem trochę biało-czerwonej farby ze słupa granicznego, drugi - zawiązał w chusteczkę garść ziemi, trzeci zerwał jakiś kwiatek... Wreszcie, oglądając się wciąż za siebie, przeszliśmy granicę" - cytuje kpt. Zygmunta Wasilewskiego prof. Nicieja Moje Kresy. Kuty - czas apokalipsy, czas rozpaczy | Nowa Trybuna Opolska (nto.pl)
Cytat:
Zamieszczone przez
luki_
Na dłuższy postój zatrzymujemy się dopiero przy ujściu Putyły do Czeremoszu w miejscowości zwanej Ust-Puytła (Ujście Putyłowe). Tu, przy magazinie urządzamy sobie popas i zamawiamy świetny, rozlewany z beczki kwas chlebowy. Po odpoczynku ruszmy w górę Putyły...
Dodam, że w czasach galicyjsko-bukowińskiej sielanki rzeczka ta zwała się sympatycznie Putyłówką.
Pozdrawiam
Tom
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
Tomnatyk
Śpieszę pogratulować kolejnej wyprawy cyklistycznej!
Dziękuję!
Cytat:
Zamieszczone przez
Tomnatyk
Przy okazji mała dygresja: najsłynniejszym i najbardziej eksploatowanym propagandowo w PRL-u mostem granicznym z Września '39 był oczywiście "most zaleszczycki", ale to osobna historia
Tak, i zdjęcie słynnej „szosy zaleszczyckiej” , jako symbolu klęski, reprodukowane w wielu podręcznikach historii za czasów PRL-u przedstawiało w rzeczywistości zupełnie inne miejsce, niż głosił podpis...
Cytat:
Zamieszczone przez
Tomnatyk
Będąc przy moście kuckim najmocniej przemawia do mnie następujące wspomnienie
: "Okropny moment. Nie wiem, czy uda mi się kiedyś wymazać go z pamięci. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Niektórzy całowali biało-czerwoną barierę, inni ziemię lub budkę strażnika. Kilku żołnierzy szlochało głośno, kilku modliło się, klęcząc. Każdy prawie zabierał coś na pamiątkę. Jeden zeskrobał scyzorykiem trochę biało-czerwonej farby ze słupa granicznego, drugi - zawiązał w chusteczkę garść ziemi, trzeci zerwał jakiś kwiatek... Wreszcie, oglądając się wciąż za siebie, przeszliśmy granicę" - cytuje
kpt. Zygmunta Wasilewskiego prof. Nicieja
Moje Kresy. Kuty - czas apokalipsy, czas rozpaczy | Nowa Trybuna Opolska (nto.pl)
Wydarzenia poprzedzające przekroczenie granicy RP/RO przez rząd, prezydenta i marszałka Śmigłego-Rydza opisał np. dokładnie w swym tworzonym na bieżąco „Diariuszu” Jan Szembek, podsekretarz stanu w MSZ.
Z kolei od strony wspomnień „prywatnych”, to z naszej wycieczkowej trójki łączą bezpośrednio z tymi wydarzeniami losy rodziców Marka – jego mama przejechała wraz z rodziną na rumuński brzeg Czeremoszu nocą z 17/18 września '39. Z kolei jego babcia (od strony ojca) czekała w Kutach na swego zmobilizowanego we wrześniu męża, którego miała nadzieję odnaleźć właśnie Kutach, no i się doczekała.... nadejścia armii sowieckiej...
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Piękna wyprawa i opowieść, tylko szkoda, że załączników nie można otworzyć.
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
Piotr Niedziela
Piękna wyprawa i opowieść, tylko szkoda, że załączników nie można otworzyć.
Nie wiem, dlaczego załączniki w drugiej części posta nie otwierają się. Jeśli administrator/moderator pozwoli mi tego posta edytować, spróbuję je wgrać ponownie.
10 załącznik(ów)
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Kolejnego dnia opuszczamy dolinę Putyły i wspinamy się na nieodległa przełęcz.
Załącznik 49088
Tam zatrzymują nas funkcjonariusze „prikordonnej służby” i pytają o pozwolenie na dalszą jazdę. Prośbę o pozwolenie takie wysłałem oczywiście mailowo zawczasu na adres czerniowieckiego oddziału służb granicznych Ukrainy i - jak się okazuje po telefonie naczelnika „zastawy”, doszło do adresata i pozwolenie na naszą marszrutę wydano. Bez zbędnych ceregieli pogranicznicy puszczają nas więc w dalsza drogę. Jedyną nowością w stosunku do lat poprzednich jest to, że dostajemy od nich „talończyk” do okazania na kolejnej napotkanej strażnicy.
Ruszamy teraz w dół w kierunku położonego nad rzeką Suczawą Selatyna.
Załącznik 49089
W miejscowości zatrzymujemy się oczywiście przy magazinie, zjadamy co nieco i popijamy jak zwykle kwasem.
Po posiłku obieramy kierunek na Szypot. Jedziemy wzdłuż granicy rumuńskiej biegnącej tu nurtem Suczawy. Nie dalej jak w zeszłym roku byliśmy bardzo niedaleko od tego miejsca, jechaliśmy bowiem po rumuńskiej stronie granicy trasą z Izvoarele Sucevei w dolinę Brodiny.
Przed Szypotem zatrzymani zostajemy na kolejnym posterunku, gdzie zdajemy „stary” talończik i otrzymujemy nowy. Po osiągnięciu Szypotu zatrzymujemy się przy miejscowym „wyszynku”, w którym serwują nie tylko kwas, ale i coś niecoś do zjedzenia. Zjadamy więc po „burgerze” (wolelibyśmy co prawda „czebureki”, ale jakoś nie możemy na nie podczas całego wyjazdu trafić, chyba wyszły z mody jako coś kojarzącego się z dawnym „Sojuzem” (???)). Przy stoliku obok – wesoło. Rozsiedli się tam miejscowi, którzy popijając piwo głośno o czymś deliberują. Gdyby nie świadomość, że jesteśmy w kraju, w którym trwa wojna, szybko można by o niej zapomnieć, bo widać, że wszędzie tu w górach życie toczy się jak gdyby nic się nie zmieniło... Znać, że ludzie chcą żyć normalnie i starają się żyć normalnie. Ogólnie na całym naszym wyjeździe, choć jednak częściej niż rok temu, świadomość toczącej się wojny przebija się do nas z rzadka. Po drodze przypominają o niej jednak i to prawie w każdej mijanej miejscowości – świeże mogiły na cmentarzach przyozdobione ukraińskimi flagami, świeżymi kwiatami i zazwyczaj zdjęciami poległych żołnierzy...
Ale na bok dygresje. Po krótkiej debacie, którędy jechać dalej obieramy stromszą, acz krótszą trasę przez przełęcz Dżogoł.
To co prawda tylko pięć kilometrów, ale ok 350 m różnicy wzniesień do pokonania w piekielnym żarze. Sytuację pogarsza fakt, że prawie nigdzie nie ma cienia, za to dość często mijają nas miejscowi kierowcy, którzy swymi leciwymi Ładami wzniecają olbrzymie tumany kurzu (a i bez tego nie da się prawie oddychać). Rowery wprowadzamy, a raczej wpychamy z mozołem na przełęcz, gdzie urządzamy sobie zasłużony popas. Widoki są stąd piękne – od Połonin Hryniawskich na północy, po pasma Obczyn Bukowińskich na południu już po rumuńskiej stronie granicy. Ja wyprawiam się jeszcze na nieodległe, bezimienne wzniesienie (1205 m npm), skąd uwieczniam dookolną panoramę.
Załącznik 49090Załącznik 49091Załącznik 49092Załącznik 49093Załącznik 49094Załącznik 49095
Droga w dół jest stroma, ale o niebo przyjemniejsza. W pierwszej napotkanej wiosce (Wyżnym Jałowcu) uzupełniamy płyny i ruszamy w dół doliną Jałowiczory.
Załącznik 49096
W Niżnym Jałowcu, u zbiegu Jałowiczory i Białego Czeremoszu jest punkt kontrolny, ale po krótkiej pogawędce żołnierze puszczają nas dalej. Postanawiamy odnaleźć we wsi sklep, co okazuje się nie takie znów łatwe, gdyż , jak się okazało, nie był on przy naszej trasie, lecz trzeba było się nieco do niego cofnąć w górę Białego Czeremoszu. Magazin okazuje się być zamknięty, ale napotkani miejscowi amatorzy mocniejszych trunków zapewniają, że sklepowa zaraz przyjdzie. Mija trochę czasu i rzeczona pani pojawia się faktycznie. Uzupełniamy płyny i kupujemy coś niecoś do zjedzenia, bo dziś biwakować mamy zamiar nad brzegiem Białego Czeremoszu, w miejscu możliwie odludnym .
Po zakupach ruszamy w kierunku wsi Hołoszyna i po kilkunastu kilometrach przyjemnej jazdy głęboką, zacienioną doliną Czeremoszu
Załącznik 49097
odnajdujemy dogodne miejsce na biwak nad samym brzegiem rzeki u ujścia potoku Hostowiec. Postanawiamy rozbić się „na piasku”, a kolację spożyć w nieodległej zadaszonej budce zaopatrzonej w ławy i wykonanego przez nas z deski posadowionej na dwóch pniakach stołu. Wieczór jest piękny i ciepły, kąpiel jak zwykle orzeźwiająca, a do snu szemrze nam z cicha Biały Czeremosz, będący na tym odcinku ongiś granicą II RP, a obecnie oddzielający obwody czerniowiecki od iwano-frankiwskiego...
7 załącznik(ów)
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Załącznik 49098
Rano wstaje kolejny upalny dzień. Po śniadaniu ruszmy do Hołoszyny,
Załącznik 49100
a następnie wzdłuż B. Czeremoszu docieramy do miejsca, gdzie łączy się on z płynącą z południowego-zachodu Probijną. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej, cały czas w dół Białego Czeremoszu, przez teren już gęsto zabudowany,
Załącznik 49101
aż do połączenia się naszej rzeki ze swych „Czarnym” bratem-bliźniakiem.
Załącznik 49102
Stąd ruszamy kawałek w górę Czeremoszu Czarnego, po eleganckiej, widać dość niedawno odnowionej, asfaltowej drodze. Po posiłku na podsklepiu, którą to przerwę wykorzystujemy też na suszenie śpiworów ruszmy do nieodległej Krzyworówni, gdzie zajeżdżamy do zabytkowej grażdy-muzeum. Tam, od pani sprzedającej bilety i jednocześnie przewodniczki po tym obiekcie dowiadujemy się, że jesteśmy pierwszymi Polakami, którzy odwiedzili to miejsce nie tylko od początku wojny, ale wręcz od czasu początku pandemii Covid-19!
Załącznik 49099
Wraz z grupą turystów z Ukrainy jesteśmy oprowadzani po tym zabytkowym huculskim obejściu. Dowiadujemy się m in, że kręcono tu znany radziecki film w reżyserii Siergieja Paradżanowa (na pdst. powieści Mychajły Kociubińskiego) pt. „Cienie zapomnianych przodków”. Chałupa jest ponoć z 1790 roku, lecz przewodniczka kilkakrotnie podkreśla, jak uciążliwe podatki narzucali Hucułom Polacy -„a tu przecież zboża nie ma, kukurydza nie rodzi”, itp.. W pewnym momencie nie wytrzymuję więc i rzucam, że to chata z czasów awstrijskoho carstwa, na co pani przewodnik uśmiecha się i zauważa, że to słuszna uwaga, ale jej chodzi o czasy „przedwojenne”. -„A zaraz w Ukrainie podatkiw niemaje?” - pytam retorycznie. -”Oj są i to jakie durne!”, na co wszyscy wybuchamy śmiechem.
Nie chciałem brnąć dalej w temat uciążliwości „polskich podatków”, choć przecież wiadomo, w jakiej formie mieszkańcy wsi tzw „wołoskich” uiszczali w czasach I RP daninę i bynajmniej nie była to pszenica czy inne zboża - wystarczy sięgnąć do lustracji chociażby z lat 1661-1665, by się o tym przekonać.
Ale mniejsza o to, jest wojna i mieszkańcy tego nieszczęsnego kraju mają teraz ważniejsze zmartwienia, niż „polskie podatki”. Przewodniczka dziękuje zresztą nam, jako Polakom za polską pomoc jaką nasz kraj i poszczególni obywatele „oddolnie” udzielają Ukrainie. My z kolej po raz kolejny dziękujemy Ukraińcom, że to ich żołnierze broniąc swego kraju chronią jednocześnie nas przed zagrożeniem ze wschodu.
Po oprowadzaniu nawiązujemy jeszcze krótką pogawędkę z jedną ze zwiedzających. Jak się okazuje na stałe mieszka w Polsce i pierwszy raz od początku wojny przyjechała tu do rodziny. Co prawda pochodzi ze Lwowa, ale tam „strach” jechać (przy okazji dowiadujemy się, że tej nocy kolejne rakiety uderzyły we Lwów, a alarm przeciwlotniczy rozbrzmiewał nawet w Żabiem (Werchowynie)).
Pytamy jeszcze naszej przewodniczki o Muzeum Vincenza, które powstać miało w Krzyworówni. Okazuje się, że na razie go nie ma, ale jedna z izb w muzeum Iwana Franki poświęcona jest właśnie autorowi „Na wysokiej połoninie”. Po pożegnaniu z nowymi znajomymi ruszamy tam więc i zwiedzamy muzeum dedykowane ukraińskiemu poecie. W wyłożonej księdze pamiątkowej dokonujemy krótkiego wpisu – kto wie, kiedy tu znów zawitają nasi rodacy?
Załącznik 49103Załącznik 49104
Po zwiedzaniu zawracamy z powrotem w dół Czarnego Czeremoszu. Na chwilę zatrzymujemy się przy „trzynastu sosnach”, czyli w miejscu, gdzie stał dom, w którym wychowywał się młody Stanisław Vincenz.
Na rondzie w Jasieniowie skręcamy w lewo i opuszczamy ostatecznie dolinę Czeremoszu – kierujemy się na nieodległą przełęcz Bukowiecką. Znów jest stromo, choć już nie tak bardzo, jak na przełęczy Dżogoł i dokucza popołudniowe słońce. Na przełęcz docieramy jednak w nienajgorszej formie i robimy sobie dłuższy odpoczynek pod magazinem. Ponieważ dziś zamierzamy nocować pod dachem, rozglądamy się na mapach googlowych za jakąś kwaterą przy drodze do Kosowa. Coś tam ma być za kilka kilometrów, postanawiamy więc, jeśli kwatera wskazywana przez wujka gugla faktycznie istnieje tam właśnie zajechać.
Zjazd w kierunku Kosowa to czysta przyjemność - asfalt, nie za stromo i słoneczko już nie dopieka. Po ok 3-4 kilometrach od przełęczy odnajdujemy znaleziony wcześniej w „wirtualu” obiekt.
Nie ma w nim właścicielki, ale napotkana, nocująca tu turystka dzwoni w naszym imieniu do pani zarządzającej, która to zjawia się na miejscu po kilku minutach. Dogadujemy się co do ceny, jednak przed zakwaterowaniem postanawiamy jeszcze „skoczyć”do sklepu. Ten ma być za 3 kilometry w stronę Kosowa „prawie po płaskim”. Jak stoimy, tak więc jedziemy, tyle, że to „po płaskim” okazuje się być dość znacznie w dół. Ma to oczywiście swe znaczenie przy powrocie ;-) .
Korzystając z uroków cywilizacji gotujemy więc w kuchni porządny obiad no i oczywiście kąpiemy się w prawdziwej łazience...
cdn.
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Dzięki Luki za tą relację. którą bym nominował do najlepszej w roku 2023 ... gdyby był taki konkurs ....
Na marginesie pojawiły mi się przemyślenia , jak to z tą wojną jest ?
Jako zadeklarowany przeciwnik wojny (wszelakiej) , obserwuję że można się do niej przyzwyczaić
i traktować jako zjawisko atmosferyczne zwane burzą , czyli piorun pieprznie gdzieś , ale mamy nadzieję że nie w nas
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
don Enrico
Dzięki Luki za tą relację. którą bym nominował do najlepszej w roku 2023 ... gdyby był taki konkurs ....
Dziękuję do Enrico, ale to jeszcze nie koniec mej pisaniny, mam więc nadzieję, że nie „obniżę drastycznie lotów” i nie będziesz musiał w efekcie odwoływać swej opinii ;-) .
Cytat:
Zamieszczone przez
don Enrico
Na marginesie pojawiły mi się przemyślenia , jak to z tą wojną jest ?
Jako zadeklarowany przeciwnik wojny (wszelakiej) , obserwuję że można się do niej przyzwyczaić
i traktować jako zjawisko atmosferyczne zwane burzą , czyli piorun pieprznie gdzieś , ale mamy nadzieję że nie w nas
Bardzo dobre pytanie!
Rozumiem, że chodzi Ci przede wszystkim o stosunek do owego zagrożenia przez nas - czyli turystów (bo o stosunek miejscowych to trzeba by zapytać miejscowych). Osobiście zdecydowanie bardziej boję się piorunów (przynajmniej w górach, bo tam trudniej o rakiety), a konia z rzędem temu, kto na pewno wie, jak uchronić się przed nimi na odsłoniętym grzbiecie. Teoretyzować to każdy potrafi, ale jak trafi się burza z setką dookolnych wyładowań (a mnie się trafiła i to nie raz), to myślę, że nawet najlepszy „teoretyk” będzie miał mokro w gaciach...
No ale na serio... . Pojawia się ostatnio w mediach spekulacja, że konflikt na Ukrainie może przerodzić się w coś „przewlekło-pełzającego”, coś na kształt tego, co dzieję się od lat np. w Izraelu. Przywołując przykład bombardowań – zwróćmy uwagę, że tam, ciągłe zagrożenie atakami rakietowymi nie powstrzymywało turystów i biur podróży od organizowania wyjazdów do tego kraju. Wszyscy się jakoś przyzwyczaili i już. Myślę, że większość turystów nawet nie była świadoma ciągłego niebezpieczeństwa.
Weźmy przykład „z innej beczki” – jedziesz do takiej np. Grecji, hotel *****, all inclusive, bezpieczeństwo i obżarstwo teoretycznie zupełne, a tu nagle, rzekomo ni stąd, ni zowąd pożary nie do opanowania. Pamiętam, jak w 2018 r kilkanaście osób spłonęło żywcem koło Aten, bo droga ucieczki na plażę odcięta była przez jakichś płot nie do sforsowania....
Wszystko ma więc swoją cenę i gorsze jest chyba złudne poczucie bezpieczeństwa...
Co do ostrzałów na Ukrainie – na szczęście na zachodzie tego kraju nie są one aż tak częste, poza tym wróg, przynajmniej teoretycznie atakuje jakieś cele militarne, a że przy tym ucierpią cywile mieszkający w promieniu kilku km od wybranego punktu ataku... W każdym razie staraliśmy się omijać lotniska (jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi, ale u podnóży Karpat są takowe) i inne "punkty strategiczne", o ile to było możliwe, no ale wiadomo, że ryzyko zawsze istnieje...
Zresztą, czy np. w takim Przewodowie ktoś spodziewał się, że ich krewni i znajomi zginą podczas rozładunku zboża??? A rakieta pod Bydgoszczą, znaleziona niedawno, z „ponoć” nieuzbrojoną głowicą? Uderzyła w las, ale czy ktoś pomyślał, co by się stało, gdyby to było latem, a przecież w Borach Tucholskich niejeden obóz harcerski ma swą bazę??? Zresztą, skąd możemy wiedzieć, że takich rakiet na naszym terytorium nie było więcej??? Tak tak, jesteśmy krajem przyfrontowym!