-
10 załącznik(ów)
"U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Pomysł na tegoroczne wakacje był po części prostą konsekwencją zdarzeń ubiegłorocznych – tzn. opisanego już pokrótce na tym forum:http://forum.bieszczady.info.pl/show...-dawno%C5%9Bci wypadku mej żony, w wyniku którego zmuszona została do przerwania swej eskapady rowerowej przez karpackie pogórza. Postanowiliśmy więc w tym roku dokończyć zaplanowaną na zeszły rok trasę, z tym, że tym razem zaczęliśmy „od końca” - od Mazur, by następnie przerzucić się na Podkarpacie. Pogoda na przełomie lipca i sierpnia niezbyt dopisywała, dopiero ostatniego dnia pojawiło się długo oczekiwane słońce. Tego też dnia dotarliśmy do Jasła, a więc tam, gdzie w zeszłym roku zakończyła się niefortunna dla mej małżonki wycieczka. Z Jasła dostaliśmy się pociągiem do Rzeszowa, gdzie odprawiłem żonę w dalszą podróż do Wrocławia, natomiast ja, niejako już tradycyjnie na kolejny tydzień wycieczki udawałem się w upragnione ukraińskie, wschodnie Karpaty.
W Rzeszowie, do którego dotarli samochodem, czekali już na mnie Marek z Iwoną. Krótkie pakowanie rowerów i ruszamy na granicę. Mamy w zamiarze dojechać docelowo do Kołomyi, gdzie mieszkają znajomi Iwony, u których mamy pozostawić samochód. Po drodze dociera do nas smutna wiadomość, że tego dnia rano w lotnisko w Kołomyi uderzyły wraże rakiety i – niestety nie obeszło się bez ofiary śmiertelnej – zginęło jedno dziecko.
Ponieważ jest już wieczór, plan mamy taki, żeby zaraz za granicą poszukać motelu na nocleg i z samego rana następnego dnia ruszyć w dalsza drogę. Granicę w Medyce przekraczamy prawie „z marszu”, ale ponieważ zbliża się „godzina komendancka” na pierwszej stacji benzynowej pytamy pracownika, czy w razie czego można nieco owa godzinę „naruszyć”. Mężczyzna ów odpowiada, że tu „godzina policyjna” jest dopiero od północy, ale można śmiało jechać, „bo tu u nas nie tak srogo” ;-). Owo „tu nie tak srogo” stało się poniekąd leitmotivem naszego wyjazdu.
Motel znajdujemy dopiero koło Sądowej Wiszni. Jest wolny pokój trzyosobowy, a do tego rano serwują śniadanie! Zostajemy więc na noc.
Rankiem, po obfitym śniadaniu ruszamy w dalszą drogę. Ponieważ jesteśmy obciążeni trzema rowerami na dachu, a drogi są , takie jakie są, do Kołomyi docieramy dopiero ok g. 13. Tam czekają na nas już serdeczni gospodarze (pani Marija z mężem) i oczywiście suto zastawiony stół. Jedzenie i rozmowy przy stole przeciągają się i dopiero po dwóch godzinach udaje nam się „wyrwać” i pożegnać z naszymi dobroczyńcami.
Załącznik 49068
Bocznymi uliczkami docieramy do mostu na Prucie i kierując się w stronę nieodległych wzgórz obieramy kierunek na Kuty i dolinę Czeremoszu. Droga, początkowo asfaltowa, wkrótce staje się szutrowa i pylista i taka zresztą towarzyszyć nam będzie w większości na całym naszym wyjeździe. Trasa jest boczna, a co za tym idzie malownicza., Pogoda jest „pyszna i kraj przecudny” jak napisałby zapewne autor jakiegoś przedwojennego przewodnika o tych stronach. Mijane senne wsie pozwalają zapomnieć o toczącej się w tym kraju okrutnej wojnie. Obrany przez nas kierunek przywołuje zresztą wspomnienia exodusu, który miał miejsc nie tak znów dawno i dotyczył pokolenia, którego przedstawiciele i świadkowie jeszcze nie wszyscy odeszli już do „lepszego świata”.
Kilka zdjęć z tego odcinka trasy:
Załącznik 49069Załącznik 49070Załącznik 49071
W jednej z mijanych miejscowości robimy małe zakupy, w tym taką oto butelkę „gorzałki” z patriotycznym nadrukiem:
Załącznik 49072
Po ok. czterech godzinach dość uciążliwej, bo upalnej jazdy zbliża się wieczór i wypada poszukać jakiegoś sensownego miejsca na nocleg. Ponieważ zjechaliśmy ze wzgórz w dolinę Czeremoszu najsensowniejsze wydaj się znalezienie jakiegoś dogodnego miejsca na biwak nad tą właśnie rzeką. Udaje nam się znaleźć boczną dróżkę prowadzącą wprost na rzekę - najpierw nad jej boczne koryto, po sforsowaniu którego znajdujemy się na naszej prywatnej wysepce. Jest już ciemno, kiedy rozkładamy biwak, ale w poświacie rozgwieżdżonego nieba udaje nam się zażyć jeszcze chłodnej, ożywczej kąpieli w spokojnym nurcie starorzecza. Obserwujemy jeszcze przez chwile perseidy, przecinające tego wieczoru co chwilę nocne niebo i udajemy się na zasłużony spoczynek...
Wstajemy, jak zwykle zresztą na naszych wyjazdach, o szóstej czasu lokalnego. Niespiesznie zwijamy biwak , a na śniadanie udajemy się na „podsklepie” najbliższego magazinu, gdzie w komfortowych warunkach (stolik i ławy) można kulturalnie skonsumować pierwszy tego dnia posiłek.
Załącznik 49073Załącznik 49074Załącznik 49075Załącznik 49076Załącznik 49077
cdn.
-
10 załącznik(ów)
"U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Do Kut pozostało już tylko kilka kilometrów, które przebywamy w krótkim czasie. Pierwsze nasze kroki kierujemy do kościoła rzymskokatolickiego, gdzie 17 września 1939 roku odprawiona została ostatnia na terytorium ówczesnej RP Msza Święta z udziałem najwyższych władz państwowych i wojskowych, o czym informuje stosowna tablica w przedsionku świątyni. Na przykościelnym cmentarzu Marek odnajduje jeszcze postument ufundowany w XIX wieku przez jednego z ówczesnych dalszych krewnych swej rodziny, po czym udajemy się na rynek i oglądamy (z zewnątrz oczywiście) ratusz miejski. Stamtąd zjeżdżamy w dolinę Czeremoszu i odnajdujemy dawny budynek polskiej strażnicy granicznej usytuowany przy nieistniejącym już dawnym moście na Czeremoszu. Budynek ów jest co prawda podniszczony i mocno „zarośnięty”, ale stoi nadal w całości. Ten widok, jak również zachowanych przęseł dawnego mostu granicznego przywołuje na nowo znane z literatury sceny, które rozgrywały się tu we wrześniu 1939 roku, modyfikując co prawda nieco poprzednie, własne wyobrażenia tego miejsca.
Załącznik 49121 Załącznik 49119 Załącznik 49120 Załącznik 49118 Załącznik 49117 Załącznik 49116 Załącznik 49115
Po krótkich oględzinach ruszamy dalej w górę rzeki , Jedzie się dobrze, jest asfalt, choć słońce coraz mocniej przypieka.
Załącznik 49122 Załącznik 49123 Załącznik 49124
Na dłuższy postój zatrzymujemy się dopiero przy ujściu Putyły do Czeremoszu w miejscowości zwanej Ust-Puytła (Ujście Putyłowe). Tu, przy magazinie urządzamy sobie popas i zamawiamy świetny, rozlewany z beczki kwas chlebowy. Po odpoczynku ruszmy w górę Putyły, choć nie od razu, bo wpierw zostajemy zatrzymanie przy pierwszym na naszej trasie „blok-poście”. Żołnierze sprawdzają dokumenty i puszczają nas dalej. Do Putyły nie jest daleko, lecz jedzie się coraz wolniej i uciążliwie z powodu gorąca. Za Putyłą kończy się asfalt i zaczyna szutrowo-kamienna, niezbyt miła dla rowerzysty nawierzchnia. Jadąc cały czas w górę rzeki docieramy tego dnia z najwyższym trudem do Płoski, gdzie postanawiamy zostać na noc. Dogodne miejsce biwakowe znajdujemy jeszcze we wsi, ale ukryte i odizolowane od drogi głównej rzeczką i drzewami. Tego dnia przejechaliśmy ok 70 km, tak więc zażywamy zasłużonej kąpieli w chłodnych nurtach Putyły i urządzamy sobie przyjemną i wygodną – bo przy stole – kolację.
cdn.
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
luki_
zjeżdżamy w dolinę Czeremoszu i odnajdujemy dawny budynek polskiej strażnicy granicznej usytuowany przy nieistniejącym już dawnym moście na Czeremoszu. Budynek ów jest co prawda podniszczony i mocno „zarośnięty”, ale stoi nadal w całości. Ten widok, jak również zachowanych przęseł dawnego mostu granicznego przywołuje na nowo znane z literatury sceny, które rozgrywały się tu we wrześniu 1939 roku
Śpieszę pogratulować kolejnej wyprawy cyklistycznej! Przy okazji mała dygresja: najsłynniejszym i najbardziej eksploatowanym propagandowo w PRL-u mostem granicznym z Września '39 był oczywiście "most zaleszczycki", ale to osobna historia... Będąc przy moście kuckim najmocniej przemawia do mnie następujące wspomnienie: "Okropny moment. Nie wiem, czy uda mi się kiedyś wymazać go z pamięci. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Niektórzy całowali biało-czerwoną barierę, inni ziemię lub budkę strażnika. Kilku żołnierzy szlochało głośno, kilku modliło się, klęcząc. Każdy prawie zabierał coś na pamiątkę. Jeden zeskrobał scyzorykiem trochę biało-czerwonej farby ze słupa granicznego, drugi - zawiązał w chusteczkę garść ziemi, trzeci zerwał jakiś kwiatek... Wreszcie, oglądając się wciąż za siebie, przeszliśmy granicę" - cytuje kpt. Zygmunta Wasilewskiego prof. Nicieja Moje Kresy. Kuty - czas apokalipsy, czas rozpaczy | Nowa Trybuna Opolska (nto.pl)
Cytat:
Zamieszczone przez
luki_
Na dłuższy postój zatrzymujemy się dopiero przy ujściu Putyły do Czeremoszu w miejscowości zwanej Ust-Puytła (Ujście Putyłowe). Tu, przy magazinie urządzamy sobie popas i zamawiamy świetny, rozlewany z beczki kwas chlebowy. Po odpoczynku ruszmy w górę Putyły...
Dodam, że w czasach galicyjsko-bukowińskiej sielanki rzeczka ta zwała się sympatycznie Putyłówką.
Pozdrawiam
Tom
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
Tomnatyk
Śpieszę pogratulować kolejnej wyprawy cyklistycznej!
Dziękuję!
Cytat:
Zamieszczone przez
Tomnatyk
Przy okazji mała dygresja: najsłynniejszym i najbardziej eksploatowanym propagandowo w PRL-u mostem granicznym z Września '39 był oczywiście "most zaleszczycki", ale to osobna historia
Tak, i zdjęcie słynnej „szosy zaleszczyckiej” , jako symbolu klęski, reprodukowane w wielu podręcznikach historii za czasów PRL-u przedstawiało w rzeczywistości zupełnie inne miejsce, niż głosił podpis...
Cytat:
Zamieszczone przez
Tomnatyk
Będąc przy moście kuckim najmocniej przemawia do mnie następujące wspomnienie
: "Okropny moment. Nie wiem, czy uda mi się kiedyś wymazać go z pamięci. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Niektórzy całowali biało-czerwoną barierę, inni ziemię lub budkę strażnika. Kilku żołnierzy szlochało głośno, kilku modliło się, klęcząc. Każdy prawie zabierał coś na pamiątkę. Jeden zeskrobał scyzorykiem trochę biało-czerwonej farby ze słupa granicznego, drugi - zawiązał w chusteczkę garść ziemi, trzeci zerwał jakiś kwiatek... Wreszcie, oglądając się wciąż za siebie, przeszliśmy granicę" - cytuje
kpt. Zygmunta Wasilewskiego prof. Nicieja
Moje Kresy. Kuty - czas apokalipsy, czas rozpaczy | Nowa Trybuna Opolska (nto.pl)
Wydarzenia poprzedzające przekroczenie granicy RP/RO przez rząd, prezydenta i marszałka Śmigłego-Rydza opisał np. dokładnie w swym tworzonym na bieżąco „Diariuszu” Jan Szembek, podsekretarz stanu w MSZ.
Z kolei od strony wspomnień „prywatnych”, to z naszej wycieczkowej trójki łączą bezpośrednio z tymi wydarzeniami losy rodziców Marka – jego mama przejechała wraz z rodziną na rumuński brzeg Czeremoszu nocą z 17/18 września '39. Z kolei jego babcia (od strony ojca) czekała w Kutach na swego zmobilizowanego we wrześniu męża, którego miała nadzieję odnaleźć właśnie Kutach, no i się doczekała.... nadejścia armii sowieckiej...
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Piękna wyprawa i opowieść, tylko szkoda, że załączników nie można otworzyć.
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
Piotr Niedziela
Piękna wyprawa i opowieść, tylko szkoda, że załączników nie można otworzyć.
Nie wiem, dlaczego załączniki w drugiej części posta nie otwierają się. Jeśli administrator/moderator pozwoli mi tego posta edytować, spróbuję je wgrać ponownie.
-
10 załącznik(ów)
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Kolejnego dnia opuszczamy dolinę Putyły i wspinamy się na nieodległa przełęcz.
Załącznik 49088
Tam zatrzymują nas funkcjonariusze „prikordonnej służby” i pytają o pozwolenie na dalszą jazdę. Prośbę o pozwolenie takie wysłałem oczywiście mailowo zawczasu na adres czerniowieckiego oddziału służb granicznych Ukrainy i - jak się okazuje po telefonie naczelnika „zastawy”, doszło do adresata i pozwolenie na naszą marszrutę wydano. Bez zbędnych ceregieli pogranicznicy puszczają nas więc w dalsza drogę. Jedyną nowością w stosunku do lat poprzednich jest to, że dostajemy od nich „talończyk” do okazania na kolejnej napotkanej strażnicy.
Ruszamy teraz w dół w kierunku położonego nad rzeką Suczawą Selatyna.
Załącznik 49089
W miejscowości zatrzymujemy się oczywiście przy magazinie, zjadamy co nieco i popijamy jak zwykle kwasem.
Po posiłku obieramy kierunek na Szypot. Jedziemy wzdłuż granicy rumuńskiej biegnącej tu nurtem Suczawy. Nie dalej jak w zeszłym roku byliśmy bardzo niedaleko od tego miejsca, jechaliśmy bowiem po rumuńskiej stronie granicy trasą z Izvoarele Sucevei w dolinę Brodiny.
Przed Szypotem zatrzymani zostajemy na kolejnym posterunku, gdzie zdajemy „stary” talończik i otrzymujemy nowy. Po osiągnięciu Szypotu zatrzymujemy się przy miejscowym „wyszynku”, w którym serwują nie tylko kwas, ale i coś niecoś do zjedzenia. Zjadamy więc po „burgerze” (wolelibyśmy co prawda „czebureki”, ale jakoś nie możemy na nie podczas całego wyjazdu trafić, chyba wyszły z mody jako coś kojarzącego się z dawnym „Sojuzem” (???)). Przy stoliku obok – wesoło. Rozsiedli się tam miejscowi, którzy popijając piwo głośno o czymś deliberują. Gdyby nie świadomość, że jesteśmy w kraju, w którym trwa wojna, szybko można by o niej zapomnieć, bo widać, że wszędzie tu w górach życie toczy się jak gdyby nic się nie zmieniło... Znać, że ludzie chcą żyć normalnie i starają się żyć normalnie. Ogólnie na całym naszym wyjeździe, choć jednak częściej niż rok temu, świadomość toczącej się wojny przebija się do nas z rzadka. Po drodze przypominają o niej jednak i to prawie w każdej mijanej miejscowości – świeże mogiły na cmentarzach przyozdobione ukraińskimi flagami, świeżymi kwiatami i zazwyczaj zdjęciami poległych żołnierzy...
Ale na bok dygresje. Po krótkiej debacie, którędy jechać dalej obieramy stromszą, acz krótszą trasę przez przełęcz Dżogoł.
To co prawda tylko pięć kilometrów, ale ok 350 m różnicy wzniesień do pokonania w piekielnym żarze. Sytuację pogarsza fakt, że prawie nigdzie nie ma cienia, za to dość często mijają nas miejscowi kierowcy, którzy swymi leciwymi Ładami wzniecają olbrzymie tumany kurzu (a i bez tego nie da się prawie oddychać). Rowery wprowadzamy, a raczej wpychamy z mozołem na przełęcz, gdzie urządzamy sobie zasłużony popas. Widoki są stąd piękne – od Połonin Hryniawskich na północy, po pasma Obczyn Bukowińskich na południu już po rumuńskiej stronie granicy. Ja wyprawiam się jeszcze na nieodległe, bezimienne wzniesienie (1205 m npm), skąd uwieczniam dookolną panoramę.
Załącznik 49090Załącznik 49091Załącznik 49092Załącznik 49093Załącznik 49094Załącznik 49095
Droga w dół jest stroma, ale o niebo przyjemniejsza. W pierwszej napotkanej wiosce (Wyżnym Jałowcu) uzupełniamy płyny i ruszamy w dół doliną Jałowiczory.
Załącznik 49096
W Niżnym Jałowcu, u zbiegu Jałowiczory i Białego Czeremoszu jest punkt kontrolny, ale po krótkiej pogawędce żołnierze puszczają nas dalej. Postanawiamy odnaleźć we wsi sklep, co okazuje się nie takie znów łatwe, gdyż , jak się okazało, nie był on przy naszej trasie, lecz trzeba było się nieco do niego cofnąć w górę Białego Czeremoszu. Magazin okazuje się być zamknięty, ale napotkani miejscowi amatorzy mocniejszych trunków zapewniają, że sklepowa zaraz przyjdzie. Mija trochę czasu i rzeczona pani pojawia się faktycznie. Uzupełniamy płyny i kupujemy coś niecoś do zjedzenia, bo dziś biwakować mamy zamiar nad brzegiem Białego Czeremoszu, w miejscu możliwie odludnym .
Po zakupach ruszamy w kierunku wsi Hołoszyna i po kilkunastu kilometrach przyjemnej jazdy głęboką, zacienioną doliną Czeremoszu
Załącznik 49097
odnajdujemy dogodne miejsce na biwak nad samym brzegiem rzeki u ujścia potoku Hostowiec. Postanawiamy rozbić się „na piasku”, a kolację spożyć w nieodległej zadaszonej budce zaopatrzonej w ławy i wykonanego przez nas z deski posadowionej na dwóch pniakach stołu. Wieczór jest piękny i ciepły, kąpiel jak zwykle orzeźwiająca, a do snu szemrze nam z cicha Biały Czeremosz, będący na tym odcinku ongiś granicą II RP, a obecnie oddzielający obwody czerniowiecki od iwano-frankiwskiego...
-
7 załącznik(ów)
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Załącznik 49098
Rano wstaje kolejny upalny dzień. Po śniadaniu ruszmy do Hołoszyny,
Załącznik 49100
a następnie wzdłuż B. Czeremoszu docieramy do miejsca, gdzie łączy się on z płynącą z południowego-zachodu Probijną. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej, cały czas w dół Białego Czeremoszu, przez teren już gęsto zabudowany,
Załącznik 49101
aż do połączenia się naszej rzeki ze swych „Czarnym” bratem-bliźniakiem.
Załącznik 49102
Stąd ruszamy kawałek w górę Czeremoszu Czarnego, po eleganckiej, widać dość niedawno odnowionej, asfaltowej drodze. Po posiłku na podsklepiu, którą to przerwę wykorzystujemy też na suszenie śpiworów ruszmy do nieodległej Krzyworówni, gdzie zajeżdżamy do zabytkowej grażdy-muzeum. Tam, od pani sprzedającej bilety i jednocześnie przewodniczki po tym obiekcie dowiadujemy się, że jesteśmy pierwszymi Polakami, którzy odwiedzili to miejsce nie tylko od początku wojny, ale wręcz od czasu początku pandemii Covid-19!
Załącznik 49099
Wraz z grupą turystów z Ukrainy jesteśmy oprowadzani po tym zabytkowym huculskim obejściu. Dowiadujemy się m in, że kręcono tu znany radziecki film w reżyserii Siergieja Paradżanowa (na pdst. powieści Mychajły Kociubińskiego) pt. „Cienie zapomnianych przodków”. Chałupa jest ponoć z 1790 roku, lecz przewodniczka kilkakrotnie podkreśla, jak uciążliwe podatki narzucali Hucułom Polacy -„a tu przecież zboża nie ma, kukurydza nie rodzi”, itp.. W pewnym momencie nie wytrzymuję więc i rzucam, że to chata z czasów awstrijskoho carstwa, na co pani przewodnik uśmiecha się i zauważa, że to słuszna uwaga, ale jej chodzi o czasy „przedwojenne”. -„A zaraz w Ukrainie podatkiw niemaje?” - pytam retorycznie. -”Oj są i to jakie durne!”, na co wszyscy wybuchamy śmiechem.
Nie chciałem brnąć dalej w temat uciążliwości „polskich podatków”, choć przecież wiadomo, w jakiej formie mieszkańcy wsi tzw „wołoskich” uiszczali w czasach I RP daninę i bynajmniej nie była to pszenica czy inne zboża - wystarczy sięgnąć do lustracji chociażby z lat 1661-1665, by się o tym przekonać.
Ale mniejsza o to, jest wojna i mieszkańcy tego nieszczęsnego kraju mają teraz ważniejsze zmartwienia, niż „polskie podatki”. Przewodniczka dziękuje zresztą nam, jako Polakom za polską pomoc jaką nasz kraj i poszczególni obywatele „oddolnie” udzielają Ukrainie. My z kolej po raz kolejny dziękujemy Ukraińcom, że to ich żołnierze broniąc swego kraju chronią jednocześnie nas przed zagrożeniem ze wschodu.
Po oprowadzaniu nawiązujemy jeszcze krótką pogawędkę z jedną ze zwiedzających. Jak się okazuje na stałe mieszka w Polsce i pierwszy raz od początku wojny przyjechała tu do rodziny. Co prawda pochodzi ze Lwowa, ale tam „strach” jechać (przy okazji dowiadujemy się, że tej nocy kolejne rakiety uderzyły we Lwów, a alarm przeciwlotniczy rozbrzmiewał nawet w Żabiem (Werchowynie)).
Pytamy jeszcze naszej przewodniczki o Muzeum Vincenza, które powstać miało w Krzyworówni. Okazuje się, że na razie go nie ma, ale jedna z izb w muzeum Iwana Franki poświęcona jest właśnie autorowi „Na wysokiej połoninie”. Po pożegnaniu z nowymi znajomymi ruszamy tam więc i zwiedzamy muzeum dedykowane ukraińskiemu poecie. W wyłożonej księdze pamiątkowej dokonujemy krótkiego wpisu – kto wie, kiedy tu znów zawitają nasi rodacy?
Załącznik 49103Załącznik 49104
Po zwiedzaniu zawracamy z powrotem w dół Czarnego Czeremoszu. Na chwilę zatrzymujemy się przy „trzynastu sosnach”, czyli w miejscu, gdzie stał dom, w którym wychowywał się młody Stanisław Vincenz.
Na rondzie w Jasieniowie skręcamy w lewo i opuszczamy ostatecznie dolinę Czeremoszu – kierujemy się na nieodległą przełęcz Bukowiecką. Znów jest stromo, choć już nie tak bardzo, jak na przełęczy Dżogoł i dokucza popołudniowe słońce. Na przełęcz docieramy jednak w nienajgorszej formie i robimy sobie dłuższy odpoczynek pod magazinem. Ponieważ dziś zamierzamy nocować pod dachem, rozglądamy się na mapach googlowych za jakąś kwaterą przy drodze do Kosowa. Coś tam ma być za kilka kilometrów, postanawiamy więc, jeśli kwatera wskazywana przez wujka gugla faktycznie istnieje tam właśnie zajechać.
Zjazd w kierunku Kosowa to czysta przyjemność - asfalt, nie za stromo i słoneczko już nie dopieka. Po ok 3-4 kilometrach od przełęczy odnajdujemy znaleziony wcześniej w „wirtualu” obiekt.
Nie ma w nim właścicielki, ale napotkana, nocująca tu turystka dzwoni w naszym imieniu do pani zarządzającej, która to zjawia się na miejscu po kilku minutach. Dogadujemy się co do ceny, jednak przed zakwaterowaniem postanawiamy jeszcze „skoczyć”do sklepu. Ten ma być za 3 kilometry w stronę Kosowa „prawie po płaskim”. Jak stoimy, tak więc jedziemy, tyle, że to „po płaskim” okazuje się być dość znacznie w dół. Ma to oczywiście swe znaczenie przy powrocie ;-) .
Korzystając z uroków cywilizacji gotujemy więc w kuchni porządny obiad no i oczywiście kąpiemy się w prawdziwej łazience...
cdn.
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Dzięki Luki za tą relację. którą bym nominował do najlepszej w roku 2023 ... gdyby był taki konkurs ....
Na marginesie pojawiły mi się przemyślenia , jak to z tą wojną jest ?
Jako zadeklarowany przeciwnik wojny (wszelakiej) , obserwuję że można się do niej przyzwyczaić
i traktować jako zjawisko atmosferyczne zwane burzą , czyli piorun pieprznie gdzieś , ale mamy nadzieję że nie w nas
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
don Enrico
Dzięki Luki za tą relację. którą bym nominował do najlepszej w roku 2023 ... gdyby był taki konkurs ....
Dziękuję do Enrico, ale to jeszcze nie koniec mej pisaniny, mam więc nadzieję, że nie „obniżę drastycznie lotów” i nie będziesz musiał w efekcie odwoływać swej opinii ;-) .
Cytat:
Zamieszczone przez
don Enrico
Na marginesie pojawiły mi się przemyślenia , jak to z tą wojną jest ?
Jako zadeklarowany przeciwnik wojny (wszelakiej) , obserwuję że można się do niej przyzwyczaić
i traktować jako zjawisko atmosferyczne zwane burzą , czyli piorun pieprznie gdzieś , ale mamy nadzieję że nie w nas
Bardzo dobre pytanie!
Rozumiem, że chodzi Ci przede wszystkim o stosunek do owego zagrożenia przez nas - czyli turystów (bo o stosunek miejscowych to trzeba by zapytać miejscowych). Osobiście zdecydowanie bardziej boję się piorunów (przynajmniej w górach, bo tam trudniej o rakiety), a konia z rzędem temu, kto na pewno wie, jak uchronić się przed nimi na odsłoniętym grzbiecie. Teoretyzować to każdy potrafi, ale jak trafi się burza z setką dookolnych wyładowań (a mnie się trafiła i to nie raz), to myślę, że nawet najlepszy „teoretyk” będzie miał mokro w gaciach...
No ale na serio... . Pojawia się ostatnio w mediach spekulacja, że konflikt na Ukrainie może przerodzić się w coś „przewlekło-pełzającego”, coś na kształt tego, co dzieję się od lat np. w Izraelu. Przywołując przykład bombardowań – zwróćmy uwagę, że tam, ciągłe zagrożenie atakami rakietowymi nie powstrzymywało turystów i biur podróży od organizowania wyjazdów do tego kraju. Wszyscy się jakoś przyzwyczaili i już. Myślę, że większość turystów nawet nie była świadoma ciągłego niebezpieczeństwa.
Weźmy przykład „z innej beczki” – jedziesz do takiej np. Grecji, hotel *****, all inclusive, bezpieczeństwo i obżarstwo teoretycznie zupełne, a tu nagle, rzekomo ni stąd, ni zowąd pożary nie do opanowania. Pamiętam, jak w 2018 r kilkanaście osób spłonęło żywcem koło Aten, bo droga ucieczki na plażę odcięta była przez jakichś płot nie do sforsowania....
Wszystko ma więc swoją cenę i gorsze jest chyba złudne poczucie bezpieczeństwa...
Co do ostrzałów na Ukrainie – na szczęście na zachodzie tego kraju nie są one aż tak częste, poza tym wróg, przynajmniej teoretycznie atakuje jakieś cele militarne, a że przy tym ucierpią cywile mieszkający w promieniu kilku km od wybranego punktu ataku... W każdym razie staraliśmy się omijać lotniska (jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi, ale u podnóży Karpat są takowe) i inne "punkty strategiczne", o ile to było możliwe, no ale wiadomo, że ryzyko zawsze istnieje...
Zresztą, czy np. w takim Przewodowie ktoś spodziewał się, że ich krewni i znajomi zginą podczas rozładunku zboża??? A rakieta pod Bydgoszczą, znaleziona niedawno, z „ponoć” nieuzbrojoną głowicą? Uderzyła w las, ale czy ktoś pomyślał, co by się stało, gdyby to było latem, a przecież w Borach Tucholskich niejeden obóz harcerski ma swą bazę??? Zresztą, skąd możemy wiedzieć, że takich rakiet na naszym terytorium nie było więcej??? Tak tak, jesteśmy krajem przyfrontowym!
-
8 załącznik(ów)
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Po pobudce okazuje się, że niebo zasnute jest chmurami, a nawet z lekka popaduje. Skąpy deszczyk przechodzi jednak szybciutko i już do końca dnia nie pada. Jest dziś za to przez cały dzień pochmurno, co jest dla nas wybawieniem, zwłaszcza, że właśnie dzisiaj zjeżdżamy na bezleśne równiny...
Pierwszy odcinek do Kosowa to 20 kilometrów lekko w dół, czyli „za darmo”. W samym Kosowie, po przejeździe przez centrum kierujemy się na most na Rybnicy, za którym zaraz odnajdujemy zabudowania dawnego, słynnego w całej II RP sanatorium dra Apolinarego Tarnawskiego (Niedawno (2016r) zakładowi temu poświęciła monografię krakowska badaczka, dr Natalia Tarkowska, a ponieważ jest to pozycja raczej trudno dostępna, warto wysłuchać jej wykładu poświęconego działalności doktora Apolinarego wygłoszonego np. na jednej z „wieczorynek” Towarzystwa Karpackiego). Z oryginalnych budynków dawnego zakładu zostało tylko kilka obiektów (całkiem niedawno jedna z oryginalnych willi spaliła się, a dawne „łazienki” zostały rozebrane; pozostałe obiekty to wybudowane już po wojnie zabudowania powstałego tu sanatorium dziecięcego).
Załącznik 49125
Po krótkiej wizycie w sanatorium dra Tarnawskiego ruszamy szosą w kierunku Zabłotowa.
Tu kończy się górski odcinek naszej eskapady, ale nie godzi się przecież tak po prostu uciąć opowieści, która stałby się przez to niekompletną (najwyżej moderator przeniesie jej dalszy ciąg w stosowne jego zdaniem miejsce).
W wsi Rożnów na podsklepiu zatrzymujemy się na posiłek. W tej wsi „przecinamy” zresztą naszą trasę, którą pierwszego dnia rozpoczęliśmy w Kołomyi i rozpoczynamy nasza drugą na tym wyjeździe „pętelkę”.
Za Rożnowem, przecinając malownicze wzgórza kierujemy się na Zabłotów. Przed samą tą miejscowością przecinamy Prut, a za Zabłotowem kierujemy się szosą w kierunku Gwoźdźca. Krajobraz zmienia się radykalnie. W miejsce zalesionych wzgórz mamy teraz bezkresne pola - stepy, tyle, że zaorane i zajęte całkowicie pod uprawy. Największe wrażenie robią na nas oczywiście bezkresne łany słoneczników. Także architektura mijanych z rzadka wsi nie przypomina już tych z górskiej części Pokucia - zagrody są tu wyraźnie inne, domy niższe i nawet te stare - w większości murowane.
Gwoździec – niewielkie miasteczko, choć położone przy ruchliwej szosie Kołomyja – Horodenka jest dla nas ważnym punktem programu. Stąd bowiem pochodzi rodzina Marka, tu dorastała mieszkając w domu jego dziadków, a swych rodziców jego mama. Samego dworu już nie ma, lecz Marek pokazuje nam, gdzie się on znajdował (bezpośrednio po wojnie mieściła się w nim szkoła, lecz w latach pięćdziesiątych XX wieku został rozebrany).
W miasteczku jest też piękny, zabytkowy, pochodzący z XVIII w kościół Bernardynów, choć niestety znajduje się on obecnie w opłakanym stanie. W dawnym budynku klasztoru mieści się teraz szkoła muzyczna. Podejmujemy próby poszukiwania proboszcza, lecz niestety nie ma go dziś na miejscu.
Załącznik 49126
Jednak do II wojny światowej istniał w Gwoźdźcu obiekt, dzięki któremu miasteczko to znane jest dziś nie tylko w Polsce, ale i wśród turystów z całego świata. Obiektem tym była, spalona przez Niemców w 1942 r synagoga, której fragmenty odtworzono w Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie.
Z Gwoźdźca ruszamy do Horodenki, lecz nie najprostszą, główną szosą, lecz nieco dłuższą, urokliwszą przez malownicze pokuckie wioski. Odcinek niby nie długi, lecz z uwagi na zmęczenie i jakość miejscowych dróg zajmuje nam sporo czasu. W Horodence jesteśmy już pod wieczór, ale zamierzamy dziś jeszcze odnaleźć i zwiedzić, o ile okaże się to możliwe, główny „sztandarowy” zabytek tego miasta, a mianowicie kościół i klasztor Misjonarzy, jedno z najważniejszych dzieł architekta polskiego baroku Bernarda Meretyna. Na głównym placu Horodenki zatrzymujemy się na chwilę próbując zlokalizować w/w obiekt. Co prawda mamy go „za plecami” na zdjęciu na jakimś okolicznościowym banerze, ale wolelibyśmy zobaczyć go w rzeczywistości. Nagle naszymi skromnymi osobami zainteresowuje się jakowyś jegomość w odblaskowej kamizelce, pytając, co my z jedni i co tu robimy. Odpowiadamy, że jesteśmy Polakami i szukamy klasztoru widocznego na zdjęciu. Nasz nowy znajomy uśmiecha się od ucha do ucha, ściska nam ręce i przeprasza, ale wziął nas za ”ruskich szpionów” którzy jeżdżą ponoć po ukraińskich miastach i podają koordynaty miejsc, w które następnie spadają rakiety. Wskazuje nam tez położenie nieodległego, jak się okazuje klasztoru.
Podjeżdżamy więc pod ów okazały obiekt. Furtka w ogrodzeniu, prowadząca do kościoła i klasztoru okazuje się być otwarta, podchodzimy więc pod świątynię. Postanawiam zajrzeć do klasztoru, gdyż wydaje mi się, że słyszę dobiegające stamtąd jakieś głosy. Jak się okazuje mam szczęście – tego dnia przyjechała na zwiedzanie jakaś grupa ze Lwowa, którą oprowadza urzędniczka miejscowego ratusza odpowiedzialna za współprace z zagranicą i kontakty „zewnętrzne” Horodenki, pani Marija Zdriła (Марія Здріла) . Pani Marija bez wahania otwiera nam kościół i oprowadza nas po nim. Pokazuje, gdzie stały bardzo cenne rzeźby autorstwa Pinsla, po wojnie zniszczone lub rozgrabione. Sam kościół i klasztor boryka się z nieustannymi problemami finansowymi – przed wojną rosyjsko-ukraińską przynajmniej w grupie miejscowych wolontariuszy próbowano coś remontować na własną rękę, bo pozyskanie jakichkolwiek funduszy jest bardzo trudne, a parafia biedna (kościół użytkowany jest wspólnie przez katolików greckich i łacińskich). Teraz, z wiadomych względów mężczyzn „nie stało” i kościołem wolontariacko opiekują się same miejscowe kobiety. Żal, że remont i poddźwignięcie tego arcycennego zabytku pozostawiony jest na barkach jedynie miejscowej społeczności. Dobrze by było, gdyby sprawą przywrócenia do świetności tego obiektu zainteresowały się jakieś polskie fundacje czy organizacje – a jak wiadomo istnieją programy wspierające odbudowę polskich zabytków na wschodzie. Pani Marija dopytuje się nas, czy nie mamy jakiejś wiedzy, albo kontaktów, do kogo zwrócić się w Polsce, żeby zainteresować jakąś instytucję tym bądź co bądź pięknym i wysokiej klasy, niszczejącym zabytkiem z czasów I Rzeczpospolitej. Niestety nikt z nas nie ma do czynienia z pozyskiwaniem funduszy, obiecujemy jednak rozeznać i dowiedzieć się czegoś, co mogłoby być dla owej grupki miejscowych „zapaleńców” pomocne. Oczywiście, choć grono czytelników niniejszego forum jest dość wąskie (i chyba malejące niestety z roku na rok), wychodząc z założenia, iż każda okazja jest dobra apeluję także i tu, jeśli by ktoś coś wiedział i umiał pomóc, to udostępniam facebookowy adres pani Mariji: https://www.facebook.com/profile.php?id=100007809340601, na pewno będzie wdzięczna za jakieś konkretne wskazówki. Na razie, póki co, horodenkowski ratusz przygotował internetową prezentację kościoła i klasztoru Misjonarzy, jak również innych ciekawych, okolicznych zabytków i atrakcji: https://pokutia.com/pl.
Załącznik 49127Załącznik 49130Załącznik 49131
Tego dnia mieliśmy nocować „gdzie bądź”, lecz ponieważ ma się już mocno ku wieczorowi, postanawiamy zanocować pod dachem w jedynym (?) miejscowym hotelu o wdzięcznej nazwie „De Luxe” ;-). Na szczęście i hotel i ceny nie okazały się „tak srogie”, jak by to wynikało z nazwy i znów otrzymaliśmy trzyosobowy pokój za bardzo umiarkowaną cenę. Tej nocy na szczęście, choć Horodenka to spore miasto, snu nie przerywały nam żadne alarmy lotnicze i dzięki temu wypoczęci i zrelaksowani rankiem następnego dnia mogliśmy ruszyć w dalszą drogę.
Rankiem skierowaliśmy się więc na wschód – w kierunku Zaleszczyk. Za Serafińcami przecieliśmy dawną granicę polsko-rumuńską, a obecnie granice obłasti czerniowieckiej i iwano-frankiwskiej. Dalej, prostą jak strzała, choć pylistą szosą trakt nasz poprowadził nas prosto w kierunku naszego pierwszego celu.
Załącznik 49132Załącznik 49133
Zanim jednak zjechaliśmy do położonych głęboko w jarze Dniestru Zaleszczyk, ruszamy na punkt widokowy w miejscowości Kryszczatyk (Chreszczatyk). Tutaj, z bukowińskiego brzegu, ze skarpy położonej ok 170 m powyżej lustra wody Dniestru roztacza się zapierający dech w piersiach (dosłownie też, ze względu na temperaturę panującą tego dnia) widok na ten słynny przed II wojną kurort.
Załącznik 49134
-
9 załącznik(ów)
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Po krótkim odpoczynku i podziwianiu widoków ruszmy w dół. Mijamy most na Dniestrze (zakaz fotografowania) i w Zaleszczykach rozpoczynamy powolne wspinanie się ruchliwą arterią E-85 w kierunku północnym. Ten fragment naszej trasy, aż do punktu położonego kilka kilometrów za Zaleszczykami, w którym mogliśmy opuścić ów ruchliwy „Highway” to chyba najgorszy odcinek naszego wyjazdu - upał, bezlitosne słońce, szalony ruch, smród spalin i pod górę. Jakimż więc wytchnieniem okazał się dalszy odcinek, mimo równie potwornego upału, ale za to w większości przez pola słoneczników, a gdy tych ostatnich brakło, z licznymi drzewami dzikich śliw po bokach???
Załącznik 49135Załącznik 49141
Z Zaleszczyk zdążaliśmy bowiem przez podolską głuchą prowincję do miejscowości Nagórzany (Nahoriany), z której rozpoczęliśmy oszałamiający zajazd w głęboki kanion rzeki Dżuryn. Najpierw naszym oczom ukazały się majestatyczne ruiny zamku Ponińskich w Czerwonogrodzie,
Załącznik 49136Załącznik 49137
by po osiągnięciu dna doliny, na zacisznej, ocienionej, zielonej, choć dość licznie przez spragnionych tak jak i my ochłody turystów frekwentowanej łączce stanąć oko w oko z najbardziej oczekiwaną (przynajmniej przeze mnie) atrakcją tego dnia. Otóż po wyczerpującym, nużącym od spiekoty dniu czekał nas wspaniały, chłodny, cudowny wodospad Dżuryn zachęcając do lodowatej kąpieli!!! Nie można było nie skorzystać, co też skwapliwie uczyniliśmy.
Załącznik 49138Załącznik 49139Załącznik 49140
Orzeźwiająca kąpiel zdecydowanie poprawiła nasze samopoczucie i już bardziej ochoczo ruszyliśmy dalej w kierunku ostatecznego celu dzisiejszej eskapady, tj. zamku w Jazłowcu wraz z przyległym doń klasztorem Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia NMP , potocznie zwanych Niepokalankami.
Na miejsce dotarliśmy już późnym wieczorem. Siostry, na poszukiwanie których udał się Marek zajęte były akurat na wieczornej Mszy Świętej. Oczekując na zakończenie mszy rozsiedliśmy się na ławeczce pod klasztorną ścianą z widokiem na ruiny starego, jazłowieckiego zamku. Na klasztornym dziedzińcu bawiło się kilkanaścioro uchodźczych dzieci, przygarniętych przez siostry wraz z matkami. W pewnym momencie rozległ się głośny huk, jaki wydaje samolot przekraczający barierę dźwięku i po chwili naszym oczom ukazał się krążący nad zamkiem ukraiński myśliwiec. Jednocześnie na dziedzińcu zapanowało zamieszanie - matki zaczęły nerwowo nawoływać dzieci, aby te chowały się do budynku, a jednocześnie podniósł się płacz i lament dzieciaków. Widocznie, mimo sporej odległości od linii frontu doświadczenia i wojenne wspomnienia tych pochodzących ze wschodu Ukrainy dzieci głęboko wbiły się w ich psychikę. Sam zresztą nie wiem, czy trwały jakieś ćwiczenia ukraińskiego lotnictwa, czy był to faktycznie lot bojowy związany z alarmem i istniejącym zagrożeniem rosyjskiego ostrzału (ataku rakietowego), w związku z którym poderwano ukraińskie maszyny do lotu. Trwało to dłuższą chwilę, po czym odgłosy samolotów ucichły i dzieci uspokoiły się.
Po szczęśliwym odnalezieniu matki przełożonej, zostaliśmy serdecznie powitani i zaproponowano nam do wyboru dwa z wolnych pokoi, jakimi dysponowały tego wieczoru siostry. Po rozpakowaniu ruszyliśmy do położonego nad stromym urwiskiem w zakolu rzeki Olchowczyk ogrodu klasztornego ze znajdującym się w nim mauzoleum zmarłych sióstr z matką założycielką, siostrą Marceliną Darowską na czele. Tu należy się czytelnikowi małe wyjaśnienie – klasztor sióstr Niepokalanek w Jazłowcu był jednym z głównych celów naszej wyprawy, a to przez fakt, iż Marek jest potomkiem, a ściślej prapraprawnukiem błogosławionej siostry Marceliny Darowskiej. Jak to możliwe? Ano przed założeniem zgromadzenia Marcelina Darowska miała normalną rodzinę i dzieci, stąd oczywiście żyjący do dziś jej potomkowie. Na razie jednak, by nie czynić zamieszania, nie ujawniamy się z tym faktem odkładając ów coming out do momentu naszego wyjazdu.
Po spacerze udajemy się do klasztornej jadalni (refektarza), znajdującej się w budynku głównym, na kolację. Główny korpus klasztoru, nim stał się siedzibą zgromadzenia był pałacem, przebudowanym z zamku dolnego, będącym w wieku XVIII własnością rodu Poniatowskich (na klasztor zapisali budynki pałacowe jedni z kolejnych właścicieli zamku w drugiej poł. XIX wieku).
Załącznik 49142Załącznik 49143
W trakcie naszego „wieczerzowania” na dziedziniec podjeżdża bus z wrocławskimi numerami rejestracyjnymi – wiedziony ciekawością idę zobaczyć, kto zacz. Okazuje się, że przyjechało dwóch mężczyzn z pomocą humanitarna dla sióstr i ich podopiecznych – ponieważ jestem na podorędziu, przydaję się trochę do pomocy przy noszeniu cięższych rzeczy. Z rozmowy, toczonej wówczas między nami a siostrą przełożoną rysuje się dosyć smutny obraz położenia, w jakim znajdują się obecnie siostry w Jazłowcu – wydatków (choćby na uchodźców) mnóstwo, a prawie znikąd pomocy. Przydaje się więc dosłownie wszystko – od ciuszków, przez pamepersy, po drzwi i okna , które przywieźli siostrom wolontariusze z Wrocławia (jeśli ktoś chciałby pomóc siostrom, to można skontaktować się z nimi za pomocą facebooka: https://www.facebook.com/klasztorjazlowiec/, lub mailowo: klasztor.jazlowiec@gmail.com ).
Kolejnego dnia wstajemy jak zwykle raniutko, kiedy inni lokatorzy jeszcze śpią. Schodzimy do refektarza i zjadamy co nieco z naszych zapasów na śniadanko. Po posiłku i „osiodłaniu” naszych rowerów przychodzi czas na pożegnanie i „oświadczenie” Marka. Siostra przełożona nie może uwierzyć, a kiedy wszyscy nieco ochłonęli stajemy do pamiątkowego zdjęcia. Przekazujemy jeszcze nasze datki na utrzymanie klasztoru i ruszamy w dalszą drogę.
cdn.
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
don Enrico
jak to z tą wojną jest ? [...] obserwuję że można się do niej przyzwyczaić
Na to pytanie znajdziesz odpowiedź w dalszym ciągu relacji Lukiego:
Cytat:
Zamieszczone przez
luki_
Nasz nowy znajomy uśmiecha się od ucha do ucha, ściska nam ręce i przeprasza, ale wziął nas za ”ruskich szpionów” którzy jeżdżą ponoć po ukraińskich miastach i podają koordynaty miejsc, w które następnie spadają rakiety.
"Szpiegomania" lokalsów może wyglądać groteskowo, ale ma w pełni racjonalne przesłanki. Nawet na dalekim zapleczu frontu znajdują się instalacje wojskowe oraz infrastruktura transportowa i krytyczna (zwłaszcza elektrownie i ciepłownie) - potencjalne cele ataków powietrznych Rosjan.
Cytat:
Zamieszczone przez
luki_
W pewnym momencie rozległ się głośny huk, jaki wydaje samolot przekraczający barierę dźwięku i po chwili naszym oczom ukazał się krążący nad zamkiem ukraiński myśliwiec. Jednocześnie na dziedzińcu zapanowało zamieszanie - matki zaczęły nerwowo nawoływać dzieci, aby te chowały się do budynku, a jednocześnie podniósł się płacz i lament dzieciaków. Widocznie, mimo sporej odległości od linii frontu doświadczenia i wojenne wspomnienia tych pochodzących ze wschodu Ukrainy dzieci głęboko wbiły się w ich psychikę. [...] Trwało to dłuższą chwilę, po czym odgłosy samolotów ucichły i dzieci uspokoiły się.
Dzieci i ich matki ze wschodniej Ukrainy - jak widać - "przyzwyczajają się" do wojny na długo.
-
8 załącznik(ów)
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Gwoli ścisłości przejeżdżamy tylko kilkanaście metrów i zatrzymujemy się przy bramie zamku górnego, na zwiedzenie którego nie starczyło wczoraj czasu. Marek „pilnuje” rowerów, a my z Iwoną ruszamy na podbój zamczyska. Co prawda w głównej bramie wisi ostrzegawczy napis, iż „Wstęp surowo wzbroniony”, ale wychodząc z założenia, że tu na pewno „nie tak srogo” obchodzimy zamkowe mury. Schodząc na dziedziniec natykam się na jegomościa, któremu mówię „dzień dobry”, na co on odpowiada, czy widziałem napis na bramie. - „ja Polak, nie rozumiem po ukraińsku”, - staram się załagodzić sytuację, udając głupa. - „Rozumiesz, rozumiesz!” - odpowiada mężczyzna, dobrodusznie wygrażając palcem ;-).
Załącznik 49144
Z Jazłowca mozolnie wspinamy się pod górkę na północ w kierunku Buczacza. Przy okazji mała dygresja – Podole, to faktycznie „kraina równa jak stół” na swym wierzchu, jak podają przedwojenne przewodniki, tyle, że pocięta często-gęsto głębokimi jarami rzecznymi, tak więc dla rowerzysty jest to ciągła walka góra-dół.
Ponieważ to niezbyt daleko, do Buczacza docieramy wkrótce i zjeżdżamy w głęboki jar Strypy, nad którą to rzeką położone jest to stare podolskie miasto. Buczacz, w porównaniu do Horodenki, sprawia dość korzystne wrażenie – ładny ryneczek, z całkowicie zachowaną zabudową z czasów przed-radzieckich (trochę kamienic z czasów CK Monarchii i starszych, a ponadto ze trzy budynki przedwojenne – modernistyczne) no i przede wszystkim rokokowy ratusz- arcydzieło wspominanego tu już Bernarda Meretyna - który to budynek figuruje we wszystkich podręcznikach historii rodzimej architektury.
Załącznik 49145
Po rozejrzeniu się na rynku, ruszmy jeszcze do nieodległego kościoła i klasztoru Bazylianów – unickich mnichów, ufundowanego, podobnie jak ratusz, przez starostę buczackiego Mikołaja Potockiego.
Załącznik 49146
Po zwiedzaniu siadamy na brzegiem Strypy przekąsić małe co-nieco w usytuowanym nad brzegiem tej wartkiej rzeczki pawilonie gastronomicznym (znowu brak czebureków, są za to burgery, pannini i pizzerki), po czym wsiadamy na rowery i kierujemy się wprost na południe – w kierunku jaru Dniestru, nad którą to rzeką zaplanowany mamy dziś nocleg. Ponieważ jest już południe, więc znów dopieka nam niemiłosiernie, a przy tym trzeba zyskane w dół kilometry w pocie i znoju „odpracować” pod górę, początkowo jadąc rozgrzanymi uliczkami Buczacza.
Już za miastem rzuca się nam w oczy ciekawy widok – trasa, choć niezbyt główna jest dość często, jak na tutejsze stosunki odwiedzana przez TIR-y. Otóż zagadka rozwiązuje się za jednym z zakrętów – trwa akcja żniwna i TIR-y wjeżdżając bezpośrednio na pola są ładowane od razu zbożem z kombajnów.
Aż do Złotego Potoku (dawne gniazdo rodowe Potockich) towarzyszy nam asfalt, dalej droga staje się taka, jak zwykle - trochę dziur, trochę kamieni i dużo pyłu z mijających nas samochodów. Powoli zniżamy się w jar Dniestru, raz to przez liściasty las, raz to przez olbrzymie pola słoneczników.
Załącznik 49147
W końcu pojawia się wioska Łuka, cel naszego dzisiejszego odcinka. Zamierzamy nocować tu nad Dniestrem, ale jeszcze nie wiemy gdzie. Jest tu wprawdzie do dyspozycji camping, ale nie chodzi nam o nocleg w stylu, jaki znamy z naszej części Europy. Wybieramy wiec na chybił-trafił drożynę, która wyprowadza nas kawałek za wsią prosto nad dniestrowy brzeg. Jak się okazuje – jest pięknie i nie ma sensu szukać czegoś dalej.
Załącznik 49148
Po upalnym dniu nadchodzi więc czas na zasłużoną kąpiel w bardzo ciepłych i spokojnych wodach tej rzeki. Czasu mamy dziś sporo, nie spieszymy się więc z niczym. Wieczorem długo nasłuchujemy jeszcze „dźwięków przyrody”, zza rzeki odzywa się np. regularnie puchacz.
Dziś jest tak ciepło, że nawet ja postanawiam nie rozbijać na noc namiotu i śpię pod samym śpiworem. W nocy nawiedza nas jednak jakichś miejscowy pies i głośnym ujadaniem nie daje spać. Marek odgania go jednak i po kilku próbach ponownego „zbliżenia” pies daje w końcu za wygraną.
Wstajemy tym razem wcześniej - o 5.30 miejscowego czasu. Szybkie pakowanie, śniadanie i w drogę - mamy bowiem w zamiarze jak najszybciej dostać się dziś do Kołomyi.
Dniestr forsujemy mostem, a następnie, mozolnie pnąc się w górę doliną niewielkiego, pokuckiego już dopływu tej rzeki zbliżamy się do Obertyna. Stąd do Kołomyi jest już tylko ze dwadzieścia kilka kilometrów, które przebywamy zanim słońce na dobre rozgrzeje powietrze.
W Kołomyi trafiamy na dni miasta, a przy tym jest dziś święto Przemienienia Pańskiego, czyli dzień, w którym w kościołach wschodnich święci się płody rolne i zioła. Ponieważ mamy dziś zamiar dokonać ostatnich zakupów przed wyjazdem (pamiątek, upominków etc) ruszamy na miasto. Główna, handlowa ulica prowadząca do zadbanego rynku robi na nas jak najlepsze wrażenie – widać, że jest czysto i ludzie mimo toczącej się tuż obok wojny starają się żyć i świętować normalnie.
Załącznik 49149Załącznik 49150
Niewątpliwie nowością w stosunku do poprzednich lat są też specjalne „gadżety” przeznaczone dla obrońców Ukrainy – np. na jednym ze straganów sprzedawane są koszulki z nadrukiem; treść jednego z nich wywołuje rozbawienie u oglądających je żołnierzy - „Я люблю зброю і сиськи” - głosi napis na T-shircie, opatrzony stosownym obrazkiem.
Po zakupach ruszamy do domu naszych gościnnych gospodarzy – tam czeka na nas już iście królewski, kilkudaniowy obiad. Pytam więc pani Marii, jak tu schudnąć (a jest to zawsze jedna z celów moich eskapad rowerowych) przy takiej uczcie?
Po obiedzie stajemy jeszcze do wspólnego pamiątkowego zdjęcia i ładujemy rowery na samochód. Licznik Markowego roweru zatrzymał się na 507 kilometrach i taki to właśnie dystans udało się nam w czasie całej ekspedycji pokonać.
Trasa powrotna do granicy zajmuje nam całe popołudnie. W Bolechowie zabieramy jeszcze mieszkającą u Marka Ukrainkę - Olę, która akurat tego dnia wraca do Polski z kilkudniowego urlopu. Decyduje się przekroczyć z nami granicę, ale dalej będzie pędzić na pociąg, żeby jak najszybciej spotkać się z mężem i z dziećmi. Marek z Iwoną jadą bowiem do Warszawy, natomiast ja mam zakupiony bilet na pociąg z Przemyśla do Wrocławia, ale dopiero na godzinę 15.30 kolejnego dnia.
Na granicy zjawiamy się koło ósmej wieczorem, a ściślej – stajemy w kolejce do granicy, którą tworzy kilkadziesiąt samochodów zatrzymanych w lesie za wsią Wolica. Wkrótce zapada noc, a nasza kolejka posuwa się bardzo opornie. W trakcie oczekiwania, prawdopodobnie z nieodległych Mościsk dobiega syrena alarmu przeciwlotniczego... . Około północy puszczają nas nareszcie na granicę. Jeszce tylko odprawa ukraińska, potem polska i krótko po 4 rano ;-) jesteśmy w kraju!
Ruszamy niezwłocznie do Przemyśla, skąd w pół do piątej pociąg ma nasza współtowarzyszka podróży. Po zawiezieniu Oli na dworzec zapada decyzja o konieczności choć krótkiej drzemki przed dalszą drogą – wszak Iwonę i Marka czeka jeszcze trasa do Warszawy. Wybieramy na nią spory parking pod stokiem narciarskim w Przemyślu i jak się okazuje nie jesteśmy tam sami (na trawce koło parkingu ktoś nawet rozbił namiot). My jednak tylko wyciągamy śpiwory i śpimy w samochodzie. Koło ósmej budzi się Marek, a my zaraz za nim. Zapada decyzja, żeby śniadanko zjeść tym razem w Maku, gdzie chociaż będzie się można odświeżyć po ciężkiej nocy. Ruszamy tam więc i po posiłku rozstajemy się na dobre – Marek z Iwoną jadą, jak już się rzekło, w kierunku Warszawy, natomiast ja, wykorzystując pozostałe mi do odjazdu pociągu godziny postanawiam pokręcić się jeszcze trochę po okolicy. Pierwszy raz w życiu jadę na najwyższe chyba wzniesienie Przemyśla – czyli Kopiec Tatarski, skąd rozpościera się cudowna, dookolna panorama.
Załącznik 49151
Potem zjeżdżam jeszcze na Zamek Kazimierzowski, odwiedzam po raz kolejny przemyskie stare miasto i po raz pierwszy - Narodowe Muzeum Ziemi Przemyskiej. Na dworcu melduję się o g. 15 by wkrótce opuścić Przemyśl i tym samym zakończyć tegoroczną wyprawę we wschodnie Karpaty...
-
1 załącznik(ów)
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Na zakończenie jeszcze zrzut z ekranu ze strony mapy.cz z naniesioną trasą naszej wyprawy:
Załącznik 49155
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Gorące podziękowania za przypomnienie (i uzupełnienie) wspomnień z wędrówek po Ukrainie.
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
Wojtek Pysz
Gorące podziękowania za przypomnienie (i uzupełnienie) wspomnień z wędrówek po Ukrainie.
Cieszę się, że moja relacja „obudziła” Twoje wspomnienia.
Przy okazji dziękuję Wszystkim Czytelnikom za to, że zdołali przebrnąć przez tą przydługą opowieść ;-) .
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
luki_
dziękuję Wszystkim Czytelnikom za to, że zdołali przebrnąć przez tą przydługą opowieść ;-)
Zbytek kokieterii autorskiej. Relację mógłbyś spokojnie w dwójnasób rozbudować o wątki i ciekawostki historyczne czy biograficzne, a dalej czytałoby się ją znakomicie.
Ot, choćby w Jazłowcu w klasztorze jest słynna figura MB Jazłowieckiej (współcześnie jej kopia) - patronki 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich, którzy modlili się do Niej wciąż dziś - niestety - aktualnymi słowy:
"Szczęście i spokój daj tej ziemi, Pani,
Co krwią spłynęła wśród wojen pożogi,
Do Cię swego modły zanosim, Ułani,
Odwróć, ach odwróć, o odwróć los srogi!I
by radosna była jak uśmiech dziecka,
Spraw to, Najświętsza Panno Jazłowiecka!"
(fragment wiersza-modlitwy autorstwa por. Władysława Nawrockiego z 1927 r.)
W Buczaczu starosta kaniowski Mikołaj Potocki nie tylko fundował wspaniałe budowle, ale też dokazywał co nie miara Mikołaj Bazyli Potocki | CiekawostkiHistoryczne.pl
Pod Obertynem 22 sierpnia 1531 r. hetman Jan Tarnowski pobił Mołdawian. Na miejscu bitwy stoi krzyż kommemoratywny z stosowną tablicą (ufundowane przez Polaków) Obertyn. Modlitwa za zwycięzców (gosc.pl)
Pozdrawiam
Tom
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
Tomnatyk
...w Buczaczu zawarto w 1672 r haniebny traktat z Wysoką Portą, oddający Turcji Podole i stawiający de facto I RP w roli wasala Imperium Osmańskiego, itp. itd., można by pisać w nieskończoność. Opowiadanie moje nie było jednak w zamyśle gawędą historyczną, ale w miarę zwięzłym opisem trasy, a nawiązania historyczne tyczyły w zasadzie jedynie zwiedzanych „obiektów”, choć nie przeczę, że zainteresować chciałem czytelnika w pierwszej kolejności niszczejącą spuścizną kulturową z czasów przedrozbiorowych (choć także oczywiście z czasów II RP), stąd np. bardziej rozbudowane wątki o doniosłości architektonicznych prac, np. Meretyna.
Cytat:
Zamieszczone przez
Tomnatyk
Zbytek kokieterii autorskiej. Relację mógłbyś spokojnie w dwójnasób rozbudować o wątki i ciekawostki historyczne czy biograficzne, a dalej czytałoby się ją znakomicie.
Jeśli mimo to czytało się znakomicie, to mi zupełnie wystarczy ;-) .
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
@luki_ - po pierwsze cieszę się, że udało się Tobie i twojej żonie dokończyć wyprawę. Po drugie chciałem dodać, że przebrnąłem z zaciekawieniem przez twoją opowieść od początku do końca - kawał przygody. Chyba zdołałeś już wyedytować początkowe posty jeśli chodzi o niedziałające załączniki, bo nie zauważyłem takowych. Dzięki zdjęciom można było wczuć się w klimat twoich opisów, chociaż twoje dokładne opisy same w sobie oddają już sporo :) Przyjemnie się to wszystko czytało, życzę kolejnych ciekawych wypraw, pozdrawiam !
-
Odp: "U nas nie tak srogo", czyli rowerowa wyprawa na Ukrainę A.D. 2023
Cytat:
Zamieszczone przez
_PrEzY_
@luki_ - po pierwsze cieszę się, że udało się Tobie i twojej żonie dokończyć wyprawę. Po drugie chciałem dodać, że przebrnąłem z zaciekawieniem przez twoją opowieść od początku do końca - kawał przygody. Chyba zdołałeś już wyedytować początkowe posty jeśli chodzi o niedziałające załączniki, bo nie zauważyłem takowych. Dzięki zdjęciom można było wczuć się w klimat twoich opisów, chociaż twoje dokładne opisy same w sobie oddają już sporo :) Przyjemnie się to wszystko czytało, życzę kolejnych ciekawych wypraw, pozdrawiam !
Dziękuję za życzenia co do kolejnych wypraw. Mam nadzieję, że za rok - jeśli dożyję i do takiej wyprawy dojdzie – będzie już po tej strasznej wojnie.
Posta wyedytował za mnie Bartolomeo, za co mu jeszcze raz serdecznie dziękuję!