Re: Relacja z dużuru cz.I
Drogi J.L na postawione przez Ciebie pytanie "Ja tam jechałem tylko raz a ludzie jeżdżą tam codziennie co Oni mają powiedzieć??" chyba mam odpowiedź.
Gospodarz, u którego spałem opowieział mi taką historyjkę:
Miała do niego przyjechać rodzinka, kóra nigdy jeszcze u niego nie była.
Jadąc troche się pogubili się i zaczęli się rozglądać za kimś , kto by im jekiejś informacji udzielił. Patrzą a tu idzie podchmielony tubylec. Pytają go o drogę a on zaczyna ich wypytywać do kogo itp. Rad nie rad , udzielili mu informacji , to on na to, że jak go zabiorą to on im wskarze drogę bo i tak szedł pod wskazany adres.Wszyscy szczęśliwi, zagadują nowopoznanego o różne rzeczy.
- A jak wam się tu żyje ? - pada pytanie
- A z przyzwyczajenia - odpowiada.
Mam nadzieję, iż pech Cię jednak opóścił ?
marekm
Relacja z dużuru cz.II ostatnia
Cz. II
Nawet fajnie się spało, deszcz zmył komary z szyby. O 10 było już cudnie. Prawdziwe lato wykluło nam się. Mgły opadły. Co za zapachy powiały z lasu!!! Jagody - można siedzieć w jednym miejscu i pół godziny się objadać. Czujecie ten smak? A poziomki, same się w ustach rozpuszczają. To trzeba spróbować. Niestety żmije też obrodziły (Musicie drodzy bieszczadzcy turyści uważać szczególnie na nasłonecznionych polankach!!!). Już myślałem, że pech odszedł wraz z deszczem, bo się nie uaktywniał. Ale nie, on przeszedł na Szymona - syna naszych przyjaciół. Złapał Go w postaci bólu zęba. Zanim tabletka zaczęła działać była 16. Pojechaliśmy we czwórkę do Dwernika. Dorota - mama Szymona, moja żona i ja (skład istotny w dalszej części). W Wetlinie nawet późną jesienią nie widziałem takich pustek. Autobusem z Sanoka przyjechał tylko kierowca. Widocznie jeszcze nie czas.
W Berechach Górnych zatrzymała nas S.G. do kontroli. Drogę do Dwernika znałem, ale jej stan się pogorszył i najepszym pojazdem jest rower terenowy (proszę nie dokonywać porównań tej drogi z drogą opisaną w czI). Na szczęście jedzie się z góry. Wreszcie jest!!! DWERNIK! Ale gdzie ta knajpa. Jest. Po lewej stronie szosy "gustowny" budynek w stylu GS. Po jednej stronie bar, po drugiej sklep. Przed barem nowiutkie ławy, jeszcze drzazgi wystawały. Nie ukrywam, że zaglądałem w oczy sprzedawczyni i miałem wątpliwości, czy to tu. Wzrok miała piękny, oczy ciemne. Wzięliśmy coś do picia. Siadamy na owych ławach. Obserwujemy. Obok stoją piękne duże drzewa, pod nimi leżą panowie. Śpią. Szymon pyta na głos czy oni śpią, bo są zmęczeni, czy są pijani. W tym momencie przypomniałem sobie słowa Kassandry. Nic nie dodam. Pod drzewami miejsc wygniecionych było więcej. Nagle przed sklepem pojawiła się Pani, reperowała parasole reklamowe. Spojrzałem jej w oczy, wiedziałem już że to tu.... Niestety jeden Pan się obudził, klęknął i się zaczęła.... Byłem z dzieckiem i kobietami, czas było kończyć inspekcję. Jakoś nie wsmak nam były pierogi. Czekały na nas konie na Strzebowiskach i chłopaki z Leska mieli przyjechać. Potem kiełbaski, ognisko....
Podsumowanie
Stały Bywalcze. Miałeś rację - piątki pewnie byłyby lepsze. Może miejsce na spotkanie niezłe, ktoś powie że lepsi miejscowi co śpią w krzakach, niż wrzeszcące punki w Wetlinie, ale ja znam miejsca bardziej nastrojowe, również bieszczadzkim duchem przepełnione. Może ktoś z forumowiczów będzie tam i również opisze swoje wrażenia.
To tyle mojej relacji. Warunki do łażenia idealne, powyżej granicy lasu wiatr przecudnie łagodził żar, lejący się z nieba. Widoki piękne, woda w Solinie w normie, ryba bierze - nic tylko wracać.
Szaszko - przesyłam pozdrowienia od Starych Bieszczadników.
Czekają na Ciebie we wrześniu.
J.Lupino
Re: Relacja z dużuru cz.II ostatnia
Lupino, rozumiem Twoje raczej negatywne doznania dot. knajpy w Dwerniku. Były one jednak chyba spowodowane okolicznościami - wyboistą drogą od Berehów Grn., bólem zęba u dziecka, itd., itp. Sam wspomniałeś też o towarzyszącym Wam pechu.
Dojazd samochodem do Dwernika jest dużo lepszy drogą prowadzącą z obwodnicy do Zatwarnicy (przez Dwerniczek, Dwernik i Chmiel)..
Co zaś do nastroju - scenerię takiej gospody inaczej odbiera się po przebyciu dłuższej pieszej wędrówki. Przychodzisz do niej po południu zmęczony, zakurzony, spragniony, głodny. Jesteś wtedy bardziej tolerancyjny nawet dla miejscowego stałego bywalca (zbieżność z moim pseudonimem przypadkowa).
A Dwernik ma b. dobre położenie i jest taki typowo bieszczadzki !
Re: Relacja z Dwernika i ...
Drogi Lupino, u mnie poszło lepiej, choć wszystko wskazywało na tzw. klapę. Ruszyliśmy z Warszawy stopem dopiero – o zgrozo – o 16,00; w korku piątkowym, warszawskim , spalinowym.
Ale tęsknota musiała w nas być tak silna a w przypadku pewnego kolegi – ciekawość tak wielka, że razem wzięte dodawały skrzydeł kierowcom. Do Iłży dwoma samochodami i tu na pewien moment zapanował zastój, ale tylko do momentu, w którym to - na widok tablicy rejestracyjnej z Sanoka - odtańczyłam na ulicy coś w rodzaju „tańca szaleństwa” i auto się zatrzymało. Wielkie podziękowania dla pana tego, to za mało! Już o 21.45 byliśmy w Sanoku. Dalej stopem w trójkę o zmroku było trudno, ale jechał autobus do Ustrzyk Dolnych...
Późnym wieczorem opracowując trasę na dzień jutrzejszy wspomniałam o Dwerniku i dyżurze forumowiczów.
Jednak godzina piętnasta była dla nas nierealna, więc miała się tylko odbyć symboliczna wizja lokalna. Poszliśmy spać. Rano jak już wspomniał Lupino przywitał nas deszczyk, zignorowaliśmy go całkowicie nie wyciągając niczego co by zabezpieczało nas przed jego kroplami. Zrezygnowaliśmy z rozpoczęcia szlaku w Ustrzykach, chcieliśmy dotrzeć do Polany i przez Otryt...a tu kap kap. Zatrzymał się nam pan nadleśniczy z Lutowisk, przesympatyczny człowiek, z tych co przyjechali na rok i zostali na zawsze. Pokręcił nosem na chodzenie przez Otryt i zabrał nas na .... „ucztę iście bieszczadzką” ! Widzieliście kiedyś na powierzchni ok. 300 metrów kwadratowych 2000 jodeł jednorocznych wielkości zapałki? Albo trzylatki modrzewia czy leszczyny wysokości zatemperowanej kredki? A trzyletnie drzewa to już nie byle co, można je przesadzać do lasu... To był dopiero widok, coś poruszającego całkiem...a ile pielęgnacji i zatroskania potrzebują takie drzewka...nadleśniczy miał w nas zachwyconych słuchaczy. Do tego pstrągi i ich pełna zatroskania i pasji hodowla...opuszczaliśmy to miejsce ubogaceni wielce, ja zaś w „kolanowej – kieszeni” niosłam podkowę wykopaną niedawno z ziemi, kiedy to przygotowywano teren pod nową szkółkę. Stamtąd pojechaliśmy do Dwernika.
Jedno jest pewne przed dziewiątą cała miejscowość uśpiona wielce, sklepy i knajpy tym bardziej, okolica wyludniona. Stały Bywalec ma rację co do bieszczadzkiego charakteru tego rejonu, choć....nie wiem czy przypuszcza, że można tam spotkać stadko młodych strusi i wietnamskie świnie, takie całkiem zminiaturyzowane? O pierogach o takiej porze można było zapomnieć. Ciekawa jestem czy S. Bywalec zaliczy mi bytność w Dwerniku.
A później to już czysta przyjemność, jagody, Przysłup, jagody, Połonina Caryńska, wylegiwanie, ucieczka przed stonką na Rawki (przez schronisko oczywiście)... a tam to już....wszystko....nie było w nas siły motywującej do powrotu. Długo trwało zanim zdecydowaliśmy się wracać Działem z jagodami. Dany nam był wspaniały zachód słońca, lekko przymglony., wymieszany z zapachem ziół, ptakami wyskakującymi nam z pod nóg, ze wspaniałym szybującym drapieżnikiem nad Małą... Kolega został zarażony całkowicie i nieuleczalnie, panoramę Bieszczadu opanował bez problemu, poznał legendy i historie, wie co to stokówka i stonka...oraz zielona, falująca połonina. Jedynie nie umiał wyłączyć telefonu, a ten zasięg teraz wszędzie prawie...ale nad tym starał się pracować towarzyszący nam Kwiatuszek.
Co powiecie o schodach, które uczyniono chyba w zeszłym roku na końcu zejścia z Działu? Jest to zapewne bardziej bezpieczne, ale tam było takie „fajne” to zejście...slalomem miedzy drzewami...A teraz - nie podobają mi się te schody - okropność.
Na dobranoc wypiliśmy chmielowo – malinowy trunek, który dedykowałam Wam.
:D
Antidotum na wszelkie czorty
<HTML>Nikt tak nie zwalcza czortów (w tym bieszczadzkich) jak inny bies, jeszcze silniejszy i władzę odpowiednią nad nimi posiadający.
Takim "czorcikiem" jest moja kotka Sabinka, którą od pewnego czasu zabieram ze sobą w Bieszczady. Jest cała czarna, z jedną tylko małą białą plamką na szyi. Ma aksamitne, gęste błyszczące futerko i zielone oczy. W nocy wygląda upiornie. Wiek - obecnie 7 lat, ale wygląda na dużo młodszą (podobnie jak jej pan).
O jej nadzwyczajnych zdolnościach przekonaliśmy się z żoną parę lat temu, gdy nasza córcia (obecnie 15 lat) za nic nie chciała spać sama w swoim pokoju. Bała się, i już. Na pytanie, czego się boi, odpowiadała, że duchów. Żadne racjonalne tłumaczenia nie skutkowały. Co wieczór był płacz i zgrzytanie zębów. Któregoś dnia coś mi odbiło i powiedziałem Ani (córce, wówczas chyba 9 - letniej), że jak się boi duchów, to niech śpi z kotem. Puściłem wodze fantazji i "wyjaśniłem", iż czarny kot już z samej swojej natury jest odporny na duchy, pierwszy je wyczuje i natychmiast zwalczy. Po prostu zobaczy to, czego ludzkie oko nie ujrzy. A wszystkie duchy się panicznie czarnych kotów boją ! I wiecie, że to poskutkowało !!! Od razu. Ania zaczęła nawet drzwi od pokoju na noc zamykać, aby tylko kot nie wyszedł !
Musi być w tym coś prawdziwego. W Bieszczadach przed wyruszeniem na całodniową wędrówkę głaszczę "na szczęście" to aksamitne futerko i ... pech mnie omija. Natomiast po moim powrocie i przebraniu się kotka buszuje po zabłoconych butach i dżinsach. Osoba niewtajemniczona pomyślałaby, że ona "niucha", coś wącha, a w rzeczywistości to ona różne błądzonie i inne świństwa precz wypędza, czarty takowe, wobec których nawet lek. med. Duszewoj staje bezradny (vide Jego tekst powyżej).
Tak było w roku 1999 i 2000. Natomiast w ubiegłym roku nie wziąłem ze sobą Sabinki na urlop i spotkał mnie w Bieszczadach pewien pech. Nie zamierzam o tym pisać. W tym roku będę już jednak ostrożniejszy i zabieram kotkę. Dla niej to też będzie urozmaicenie i wyjątek od kanapowej szarej rzeczywistości.
SB
Ps. Jeżeli ktoś z Was miewa pecha w Bieszczadach, to może mnie odwiedzić w Sękowcu (umówiwszy się przedtem) i pogłaskać Sabinkę. Efekt gwarantowany.
Ps. Moja żona twierdzi, że ja "mam kota na punkcie kota". Córka nawet to wzmacnia, mówiąc bez ogródek: (cyt.) "mamo, tata ma na punkcie tej kocicy wręcz pierdolca". Może. Byłby to więc koci syndrom. W odmianie: zespół czarnej kotki. Przypadłość owa okazuje się jednakże w Bieszczadach b. pożyteczna, zabezpiecza bowiem przed złą pogodą, pechem na trasie, oraz pomaga w ekstremalnych sytuacjach.</HTML>
Re: Antidotum na wszelkie czorty
<HTML>S.B. musisz zabrać kotkę na Walne Zebranie. To będzie dla nas jak wyrocznia, która uwalnia od zaklęć. Dzisiaj przeczytałem:
"Na jeziorze Bajkał rozpoczyna się dziś festiwal szamanów z całego świata. Będą nie tylko doskonalić swoje kwalifikacje, ale także spróbują oczyścić energetyczne pole Ziemi. Szamani wybrali na miejsce swego spotkania wyspę Olchon na jeziorze Bajkał, na Syberii. Podobno w tym miejscu istnieje strefa o wysokim natężeniu energii, która sprzyja szamańskim obrzędom. To właśnie na Olchonie szamani proszą o deszcz lub błagają o ochronę przed powodzią.
W ramach festiwalu odbywać się będą wykłady na temat czerpania informacji z kosmosu, leczenia dotykiem, panowania nad energią czy odkrywania nadnaturalnych uzdolnień człowieka. "
Może by tak za rok w Bieszczadach???
J.Lupino</HTML>
Re: Antidotum na wszelkie czorty
<HTML>Aleksandro droga, poproszę o prywatne korepetycje z bajań i opowieści bieszczadzkich. Toż to wstyd, że mając pod ręką taką specjalistkę od biesów, czadów i czarownic wiem o nich tak niewiele... Żal mi wielce, że na bieszczadzkich szlakach zamiast snuć z pożytkiem dla nas opowieści o miejscowych straszydłach (tudzież aniołach licznie zamieszkujących tęża krainę), śpiewasz (hm...) niekoniecznie bieszczadzkie piosneczki.
Buźka w serduszko i za tę odrobinę sekretów bieszczadzkich mamideł, które odkryłaś przed nami ostatnio i dzięki którym wiadomy kolega zakochał się - póki co tylko w Bieszczadach...
Apel do reszty forumowiczów: więcej bajania dla już kochających, ale jeszcze mało świadomie.</HTML>
Re: Antidotum na wszelkie czorty
<HTML>To juz wiem, dlaczego mój promotor jutro tam jedzie ;>
Lupino czy Ty chcesz wszystkie bieszczadzkie anioły pogonić z naszych Gór kochanych? Jak chcesz, to bez wielkiego szumu, ktoś z nas przypomni Ci o Twych ukrytych pokładach wewnętrznej siły osobowości...a Łez Padół zostawmy naszym biesom i czadom.
Co do Mamun to nie jest tak tragicznie...okropne one okrutnie, ale zawsze można znaleść jakieś dobre rozwiązanie...Kiedyś radzono sobie w dość bolesny sposób: tłukąc nieszczęśnika tak długo miotłą ze świeżej brzozy, aż przez obolałą skórę zmiekczono jego lub jej skamieniałe serce. Ale tak się działo dopóki nie pojawiły sie w końcu bieszczadzkie anioły, które strzegą zbieszczadziałych serc. Kiedyś Pan Bóg odmówił wysłania aniołów dla równowagi czartów i czady musiały przejąć anielską role, ale w zamian Ten na górze wysyła w Bieszczad kochany pewną specyficzny rodzaj ludzi... ich miłości do tej krainy nie moga przemienić Mamuny, nawet jakby sie bardzo starały! Skoro Mamuny nie mogą odmienić takiego miłowania, to też do innych prawdziwych uczuć nie maja dostępu.
Za to Stały Bywalec powinien przyjrzeć się krytycznie swej kotce...nie od dziś wiadomo, że wiedźma i czarny kot w jednej parze chodzą (zob. Baba Jaga). A wśród ludu zamieszkującego Tamtejsze tereny utarło sie przekonanie, iz czarownica jak nie chce zdradzić swej tożsamości, to postać kota chętnie przyjmuje... :D</HTML>