Opowiadanie interaktywne ;)
n- ta CZĘŚĆ GŁOSOWANIA ZAKOŃCZONA
Witam... jako że poproszono mnie o skrobnięcie jeszcze paru słów o tym jak to bywało tu i tam, z tym i tym,tedy a wtedy... proponuję wersję interaktywną... (taką co wy też macie wpływ na dalszy ciąg) ..byle nie mijać się z prawdą... Przychodzi mi do głowy wiele przygód, rozłożonych w różnym czasie... A zwykle jak już kopyta mnie i przyjaciół zaniosły w Bieszczad czy jego granice to popasaliśmy dłuższy czas, a działo się wiele.. tak więc do wyboru są trzy wersje, głosować... czas tylko mi znany (całkiem krótki), słowo honowu że oszukiwać nie będę, i to Wy zdecydujecie... a ja już coś napiszę...
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
Cytat:
Zamieszczone przez
trzykropkiinicwiecej
Witam... jako że poproszono mnie o skrobnięcie jeszcze paru słów o tym jak to bywało tu i tam, z tym i tym,tedy a wtedy... proponuję wersję interaktywną... (taką co wy też macie wpływ na dalszy ciąg) ..byle nie mijać się z prawdą... Przychodzi mi do głowy wiele przygód, rozłożonych w różnym czasie... A zwykle jak już kopyta mnie i przyjaciół zaniosły w Bieszczad czy jego granice to popasaliśmy dłuższy czas, a działo się wiele.. tak więc do wyboru są trzy wersje, głosować... czas tylko mi znany (całkiem krótki), słowo honowu że oszukiwać nie będę, i to Wy zdecydujecie... a ja już coś napiszę...
Nonono, panie szefie :)))
Zastanówmy się... Może od początku? Te Szkopy są fascynujące, ale niech idzie rzecz swoją koleją...
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
Ja tam o tych szkopach chętnie poczytam, ten Mizio to gej jakiś, a początki trzykropka, to pewnie w okresie prenatalnym były, więc tyż jakoś emocjonującymi sie nie jawią...
dawaj chopie;)
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
jedno mamy wybrac?? ales ty okrutny...
ja tam bardziej licze na jakies opowiesci serialowe o ilosci odcinkow dlugosci porzadnej telenoweli :-D
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
O kurcze, próbowałem na trzy zagłosować, waliłem w klawiaturę z sziftem, kontrolem, altem w różnych kombinacjach i się nie udało :( Do d... te komputery. Każdy Twój przekaz będzie na pewno wspaniały - też liczę na całą Trylogię!
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
Dodam że w żadnym wypadku określenie "Szkopy" nie jest kierowane przeciw obywatelom innego narodu, dlatego są w cudzysłowie i chodzi o cytat pewnego pana... szanuję wszystkie narodowości.. oprócz niedzielnych turystów i ceprów bez wyrazu :p ...ba, wyszli na mocne prowadzenie, a siedzą nie gdzie indziej jak na sośnie.. a jedna tylko taka sosna jest... co do początków, są na drugim miejscu.. i tam deszcz leniwie sączy się.. we mgle biegają nagie studentki.. ale ciiiii.... przecież to Wy decydujecie...
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
Dziękuje... proszę już nie głosować w ankiecie powyżej...z przyczyn technicznych niech się zamknie sama... wracamy na ziemię...
...Wyobraźcie sobie że zaczyna wam się kręcić w głowie... wszystko zaczyna się powoli obracać.. ekran w który się patrzycie.. sufit.. ściana... i nagle huk, błysk... jeszcze trochę wirowania... robi się strasznie jasno, słychać potężny świsssssssst ...i lądujecie z hukiem na tarasie schroniska w Starym Łupkowie... (kto był ten wie, kto nie był, ten niech nadrabia zanim będzie czytał dalej ) Po niebie wlecze się leniwa chmurka... słychać świerszcze.. tak głośno jak to tylko może być w srodku upalnego lata... Z boku po prawej siedzi jakiś zarośnięty studencina i tłumaczy coś towarzyszowi z mocnym zaangażowaniem, tak mocnym , jak mówią lekko podpici studenci gdy mają mocne przeświadczenie że na tym, to akurat się znają!
- szzzy wiesz, mój drogi kumie, ższeeee na świesie, to jest tak - tu oparł czoło na spierzchniętej od słońca dłoni, zaciągając się papierosem, tak jak to zaciąga się wydawać by się mogło mądry człowiek, tuż przed powiedzeniem czegoś ważnego - ższeee, w garści siemii, jest około - powiedział około, bo naprawdę nie wiedział ile- jest około 25 miliardów - -uniesiony palec wskazujący i podniesiony głos dodawał powagi sytuacji - 25 miliardów bakterii?! czaisz?! 25 miliardó - czknięcie- ów bakterii! ...to jest znasznie więcej nisz wynosi populacja ludzka!
Po raczej krótszej chwili, ale niezbędnej do wykonania tzw. namysłu (czyli ok. trzech łyków piwa okocim mocne z puszki aluminiowej o pojemności 0,5 l ) odezwał się siedzący poniżej na schodku kum:
- No starrry, ssss ge - o - lohicznego punktu widzenia - jesteśmy k..wa niewidzialni!
Jak stwierdził jeden z filozofów, fakt ten może zarówno przerażać, jak i fascynować, mnie akurat fascynuje.
Ze schroniska wymaszerował Kowboj, z apaszką i w trzewikach (piszę trzewiki no bo inaczej tego buta nazwać się nie da, a chciałbym to słowo przypomnieć, już coraz rzadziej się pojawia ) Wyciągnął wykałaczkę z zębów, powietrze przeszyło cmoknięcie towarzyszące, po czym patrząc w niebo, ręką nakrywając czoło rzekł lekko zdziwiony:
- co robią te Szkopy na drzewie?! Eeeeee... k...wa!!!!!
- a zossssstaw ich Kowboj ...u nich sobie nie mogą, zresztą w Berlinie napewno w ogóle nie ma drzew, niech sobie połażą, będą co mieli wnukom opowiadać, najwyżej się któryś zwali i zobaczymy jak śmigło ląduje - co też okrasił szerokim uśmiechem i pociągnął słusznie z puszki na potwierdzenie Kum
- no właśnie los tak chciał, że sss tej całej skromnej populacji, jaką tworzymy, tych oto dziesięciu Niemców zesłał nam Pan, abyśy mogli popatrzeć na śmigło jak ląduje... czy nie...nie wiem... pijmy... bo się ściemnia... Dodać muszę że Kumy miały identyczne dwa , lekko skrzeczące i zachrypiałe głosy, wszak już od tygodnia cieszą się wakacjami w tym uroczym miejscu. Nie ruszając się za wiele po za obręb chaty, no może do studni, na ognisko, albo do niebieskiego domku gdy przyciśnie ....
Jak to się porobiło spytacie, że na czubku sosny, buja się w tym momencie 10 młodych Niemców, szprechając coś tam po swojemu... Swoją drogą to przyznać muszę że wiele burz przeżyłem w Łupkowie, ale jeszcze nikgdy wierzchołek tej sosny nie był tak blisko ziemi... no może w jej dzieciństwie..
Ano przyjechali... z Niemiec przyjachali.. nic odkrywczewgo , zważywszy na tym że w Niemczech zwykle mieszkają Niemcy, i jak już gdzieś przyjadą to są... No dobra.. ale jak tu się znaleźli?.. Kluczem do zagadki okazuje się jeden z ich wychowawców... który z pochodzenia Lach, wyczytał gdzieś w internecie o schronisku, i że to taki dziki zachód jest! Masz! Jak znalazł miejsce na resocjalizację tzw. trudnej młodzieży.
- no to co robimy ? - zapytał Kowboj - jedziemy na Wolę czy do Bacy? Trzeba przygotować to ognisko dla tych szympansów...
No właśnie.. co robimy? Jedziemy na Wolę czy do Bacy?... głos w ankiecie można oddać tu
Odp: Opowiadanie interaktywne część II
...to jedziemy do Bacy...Masz Ci babo klocek.. a po co? Dodam że nasi bohaterowie to ludzie nad wyraz tolerancyjni, jeno mają zpecyficzne poczucie humoru, i cytowanie ich jest niezbędne aby historia nabierała jakiegoś sensu...
- Teeee Kowboj... a po ssso wy jedziecie to tego Basy heu?
- po barana dla tych małp
- eeee... Kowboj, to nie małpy tylko aryjczycy..zresztą ja sie nie znam, jestem filologiem angielskim a nie germanistą - podsumował obszerny wywód Kum po czym udał się w poszukiwaniu zbłakanej pełnej puszki piwa, którą mógłby pocieszyć i zaprowadzić do domu.. tam gdzie piwku jest najlepiej.
Drogi czytelniku, trzeba by Ci się ruszyć już z tej ławki, co by nie ugrzęznąć na nasteopne kilka dni, jak nasi kumowie, bo zawartość blaszanej balii, w której pływały najrozmaitsze skarby kultury konsumpcyjnej, skusiły by wielu... Czego tam nie było...a woda ze studni chłodna. A żar z niebia słuszny... Nad ranem Kumowie powrócili z długiej i męczącej kolejowej wyprawy logistycznej do Medzilaborec (czy też Medzilaborców, kto chce niech się kłóci, o tym ankiety nie będzie)... Największe spustoszenie miała jednak poczynić wieczorem butelka z niebiesko-zielonym płynem..ale o tym później.. albo i nie, kto wie o czym Wam się zachce czytać...
Przez stół przeleciała para obłoconych butów, (albo dwie pary, dla Ciebie też) które podług norm dedukcji mają się znaleźć na naszych nogach i to szybko bo Kowboj poszedł odpalać wechikuł. Słowo o samym pojeździe... Żółty i diabelnie przystosowany do środowiska w którym jesteśmy - Fiat 126p. W starej budzie, kuszący oko swoimi obłymi kształtami, odpala się go patykiem grzebiąc coś tam w silniku. Nigdy nie sprawdziłem gdzie dokładnie, bo zawsze mnie tak wszelkie podróże tym żółtym diabłem cieszyły że w ciągu kilku sekund znajdowałem sobie wygodny kąt w pojeździe oczekując wyjazdu i przygód, a te jak wiecie z Kowbojem mają skłonność zdarzać się nader często. (wygodnie Ci tam czytelniku na tylnym siedzeniu kaszlaka?) Odpaliła maszyna, zakołysało i uniósł się znajomy romantyczny klekoczący odgłos silnika.
- Kowboj a po co nam baran dziś, jak to ognisko co sobie Niemcy zażyczyli to dopiero w sobote
- bo trzeba go wp...lić do marynaty
- aha
No i klekot niósł się po dolinie, kiedy maszyna radosnym pędem omijała kałuże na drodze, nie ujechaliśmy jakihś 100 m, gdy trzeba było się zatrzymać, bo przy drodze klęczała grupka brygady sanockiej, montowali kopczyk z kamieni i wysyłali żale w przestrzeń.
- [I]co się stało? - zatrzymał wóz Kowboj i pyta przez uchylone okno (a uchylone było od kilklu tygodni, klimatyzacja multimanualna)
- a nic, wino nam się zbiło i grób budujemy - ze łzami w oczach powiedział Nielot (nazywany tak od egzotycznego ptaka, jaki mu się w dowodzie przy nazwisku zagnieździł)
- każdego szkoda... ale widze po Murzynie (drugi element brygady sanockiej, tu ksywa od karnacji skóry, miał nieco ciemniejszą, co budziło zdziwienie u przyjaciół kiedy reszta rodziny blada jak dzieci młynarza) że dacie rade jeszcze do wieczora , my jedziemy do bacy, bedziemy kiedyś , cześć.. pomoż wstać Murzynowi bo nie daje rady - no i ruszliśmy po kilku metrach mijając po lewej Murzyna z trudem gramolącego się w rowie z reklamówką pełną jabcoków.
Baca mieszkał całkiem niedaleko, w zasadzie za górką, z tym że Kowboj nie lubiał takich krótkich odcinków pokonywać pieszo, no i zawsze w trakcie mógła najśc niespodziewana ochota żeby odwiedzić kogoś np. w Komańczy, albo Cisnej.. a wtedy piechotą było by trudniej. Podróż trwała kilka chwil, w sam raz żebyś mógł czytelniku nałapać na tylne siedzenia różnej maści, much, gzów, motyli i innych latających robali, które liczyły na darmowy transport.
Cel podróży (ale czyż można go określać podróżując z taką ekipą, niemożliwym jest wiedzieć gdzie sie skończy) to miejsce za którym nie przepadam... głównie z powodu przywiązanego na łancuchu mrowia kudłaczy wszelkiej maści, kundli poupychanych po stodołach, stajenkach, chlewikach, a każdy na krótkim łańcuchu... Niemożliwością jest dojść do drzwi domostwa suchą nogą... dom znajduje się pomiędzy chlewem a oborą, słusznej grubości dywan organiczny ściele się na podwórku, dając miłe parujące ciepło zimą i smród z brudem latem. Dobijanie się do drzwi zajmuje chwile.. ale nikt nie otwiera, skobel przełożony długim gwoździem, ujadanie psów i nic więcej.
- Nic to, nie ma nikogo, Baca pewnie z owcami, jedziemy do Łupkowa może tam się coś wymyśli (a nie mówiłem, cel ruchomy)
W drodze powrotnej, gdy tylko koła złapały szuter i rozwiał się dookoła żółtego diabła pył i strzelające na boki kamienie, wydawało mi się że widziałem Bace jak podnosił rękę z reklamówką, leżąc w rowie jakieś kilka metrów za cmentarzem i cerkwiskiem, ale działo się to za szybko jak dla mnie i nie wspominałem nic, bo nabieraliśmy prędkości przed górką i szkoda by zwalniać...(dziwny dzień, wzmożona grawitacja w rowach) Strasznie lubię ten odcinek, wiele razy go pokonywałem i przykro mi będzie jak tu kiedyś (Boh Pomyłuj) asfalt wyleją... Kiedy przyszło nam już na horyzoncie dostrzegać pierwsze objawy cywilzacyi, czyli druciane ogrodzenie pasieki, na środku szosy wyłoniła się reszta bandy sanockiej, w dość licznej grupie, taszcząc na zmianę dwie skrzynki jabcoków, szlachetnie nazywanych nalewką wiśniową (Pastor okrasił by ten płyn odpowiednimi epitetami, wszak nikt inny jak On od Bożej strony takiego łaskawieństwa nie ma i znajomości PRAWDZIWYCH trunków ) Minęliśmy ich raczej szybko, bo na tyle wesołych osób, rozmowa przez okno mogła by się szybko nie skończyć (to zjawisko drogowe też tłumaczy ów wzmożoną grawitację) Jakieś 30 m za peletonem trzej Jegomoście zachodzący się ze śmiechu. No przy tych to się napewno zatrzymamy.
- no czeeeeśćć - z lekkim usmiechem zapytał kowboj, wychylając się przez okno - a co wam k..wa tak wesoło?
- a bo k..wa zbieramy suszone żaby
- co robicie?
- no zbieramy rozjechane wyschnięte żaby do reklamówki, żeby zrobić wieczorem teatrzyk cieni
- popatrz jakie one mają śmieszne pozy - tu zagrzebał w reklamówce wyciągając faktycznie, rozjechaną, wyschniętą żabę - o ta wygląda jakby tańczyła kankana, o a ta jakby paliła cygaro
- zrobimy teatrzyk jak nic!
- Jesteście po...bani - skwitował Kowboj i ruszyliśmy z kopyta, słysząc kolejny ryk śmiechu
- Już wiesz czemu nie jaram zielska? Boję się że kolejnym razem absurd przeskoczy nawet tą niewidzialną granicę! A wtedy będziecie do mnie mieli pretensje żę to przeze mnie ta apokalipsa
- a tak mi się przypomniało, wiesz że jest pięciu jeźdźców apokalipsy?!
- jak pięciu, a nie czterech?!
- no pięciu, według Pratchetta piąty się wycofał z biznesu i został mleczarzem.
- kto to jest Pratchett?! A nie ważne, zjadłby coś, jeszcze nic nie jadłem, jedziemy na pierogi?
- ale gdzie tym razem, pod Sosne, pod Kamień czy do Smoluchowa do Zagrody?
...Sami zdecydujcie gdzie smakują najlepiej... wystarczy kliknąć TU.
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
Kropku, a niech cię giez pokąsa! Ja nie mogę się w pracy tak ewidentnie śmiać! Szacunek tracę klientów i moich pracowników!
:mrgreen:
edit:
Aha, popraw błąd - to jest weHikuł ;)))
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
No ba...
Gdzie indziej można było wtedy zjeść dobrych pierogów... u własnej Babci albo w Barze pod Sosną. I tam też po ostrym wirażu dookoła ronda udajemy się na żarełko. Konsumpcja oczywiście na zewnątrz.. posiedzieliśmy sobie podziwiając widoki przy drewnianych ławach. Wysoki dział po lewej..i pasmo graniczne po prawej.. w oddali gdzieś majaczy przełęcz pod Matragoną... Nibylandia. Tak nazwaliśmy sobie krainę pomiędzy Rzepedzią a Żubraczem... Kilka ładnych lat przyszło mi się obijać o tę rynnę pomiędzy górami. Wrosłem w każdą z dróg, gdzieniegdzie odciskając swe ślady w rozgrzanym od słońca asfalcie. Tudzież miałem nawet taki okres, że razem z miejscowymi prowadziliśmy badania nad koneksją dwóch racji - melioracji i grawitacji. Obie dosyć ściśle ze sobą powiązane w tych rejonach, jedna bez drugiej żyć nie może. Czasem ta druga przyjaźni się ze stołami barowymi i ma w zwyczaju wędrować, w zależności od stopnia zaangażowania laboranta. W wyniku ów badań odkryłem mityczny punkt P. Porównywany do mocy z punktem G. Ale o tym nieco później... Tymczasem głowę zaprzątała nam sprawa jednego barana, jak tu zdobyć wkład na ruszt dla naszych Niemców. A muszę Wam powiedzieć, że nawet zrzyliśmy się z nimi, bo w gruncie rzeczy dobre chłopaki, mają swój trudny okres, jak i każdy miał, gdzie bunt wyrasta ponad grzywkę i miejsca nie znajdując żeby się spokojnie czymś zająć - wybucha... Do ogniska trzy dni, baran żeby smakował to i dobę musiał by poleżeć w marynacie, żeby skruszał i smaku nabrał... Ale skąd tego barana, jak baca nietomny z ważną misją badawczą po rowach się kładzie.
- Stachu lubisz dresów? - wypalił nie wiadomo z jakiej planety schodząc Kowboj
- nie, jak jasna cholera, znaczy się czasem ubiore do biegania, ale tak to nie, a co?
- a bo może byśmy jakiegoś Dresa ubili i dali Niemcom na ognisko?!
- heu??? - dało się usłyszeć jęk czytelnika, który nie mógł wydać bardziej konkretnego odgłosu, jako że zajęty był pochłanianiem pierogów w tym czasie.
- no patrz, ruja się skończyła, to i nam nie trzeba teraz tego czarnego capa, a i tak śmierdzi jak cholera, buntuje reszte wieczorami, tak że się ich zagonić do stajenki wieczorem nie da, to ubijemy Capa i go podamy jako baranine, Niemców jutro nie będzie bo jadą na połoniny, to i nie zauważą że coś się dzieje...jak myślisz?
- Dresa?..ale On swój jest... zresztą bij sobie co chcesz, twoje kozy, ja w tym nie chcę brać udziału, mówiłem Ci już, w zabijaniu Ci nie pomogę.
..I tak o to problem barana się rozwiązał, będzie cap... Dres znaczy się... Każde z wesołego stadka zwierza pałętającego się po obejściu miało swoje imię, więcej lub mniej z nim związane. Cap został dresem, jako że miał intrygujący wzór sierści, żywcem logo jednej z firm produkujących odzież sportową. Przylgnęło i już tak miał...
- wstąpimy jeszcze do Antka, miał mi wyspawać drut
- jaki drut?
- a taki drut co się na niego później Dresa nabije i będzie wygodniej nim kręcić nad ogniem
Zapowiadało się więc konspiracyjnie jutro, tymczasem pierdolot pomknął w stronę Starego Łupkowa, najpierw po płytach, później po szutrze.. po drodze zgarnęliśmy Trójkę z Gdańska, którzy po porannych przeciągających się zakupach wracali do schroniska...
Jak sobie przypominam te wszystkie wypady maluszkiem, od razu nasuwa mi się fragment z "Zen a sztuka pielęgnacji motocykla" Roberta M.Pirsinga :
Cytat:
Spędzając wakacje na motocyklu dostrzega się rzeczy w sposób odmienny. W samochodzie siedzi się zawsze w pudełku i tylko przyzwyczajenie nie pozwala dostrzec, że widzenie czegokolwiek przez szybę samochodu jest kolejną dawką telewizji. Jest się tylko pasywnym obserwatorem i wszystko przesuwa się w obrazku w niesłychanie nudny sposób.
Na motocyklu nie ma ramki obrazka. Jest się w pełnym kontakcie ze wszystkim. Jest się w samym obrazie, jest się jego częscią, a nie obserwatorem, i to poczucie uczestnictwa wypełnia wszystko.
..Coś mi się wydaje że pan Pirsing nie jechał nigdy maluchem, do tego jakby poznał Kowboja.. w mig zmienił by zdanie. Tuż za zakrętem gdy jest podjazd pod górkę, można skręcić w lewo na polną drogę, skracając sobie tym samym dojazd do Schroniska. Co też i uczyniliśmy. Ale po co łykać "kolejną dawkę telewizji" skoro można wyjść na dach?! Kowboj wrzucił dwójke, a kaszlaczek leniwie zaczął się toczyć po polnej drodze z płytkimi koleinami. Towarzystwo wypełzając po kolei przez okno pasażera usadowiło się na dachu, trzymając się mocno jego krawędzi. Kowboj siedząc z jedną nogą na przedniej szybie, drugą dotykał kierownicy żeby utrzymywać kierunek. Coś w nas zawrzało wtedy. Późnym popołudniem światło nabrało miękkich barw, ucichły już swierszcze, za to odezwały sie w lesie niektóre ptaki.. lekki wiaterek chłodził nam twarze, a dookoła przestrzeń. Trójka z Gdańska okazała się być całkiem towarzyska na tym dachu, w związku z czym popijaliśmy piwem ten mocny widok. Niebawem sielanka kończyła się jednak, i trzeba było zjechać dosyć stromo w dół.
Po dotarciu do chaty, po kilku przygodach gdy autko zawiesiło się na koleinach wymytych wodą, a potem w strumieniu i jeszcze raz nad jakimś dołem ..postanowiliśmy...---> ŻE
1 załącznik(ów)
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
No tak. A widok ze skrótu, prawda, wart piwa i zachwytu :)
Jakaś i moja odsłona:
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
...Skąd u ludzi to ciągłe zamiłowanie do otwierania tej puszki na nowo, czyż nie powiedziane jest że zawiera wiele nieszczęść? Jednak ciągnie homosapiens do nieznanego... nic to.. Ładny mi posag dostała Pandora... Albo Pandoriusz.. bo temu w udziale przypadło sprzątanie piwnicy pod schroniskiem.. i nie tyle co puszka.. a Beczka Pandoriusza... Po kolei...
Otwierając nieznane przeniśliśmy się w czasie...(ale na dnie nadzieja!) Minął conajmniej rok od chwili gdy bohaterowie wpadli na pomysł małej manipulacji i prób transmutacji capa w barana. Na skutek losu co się pałętał po okolicy , (a wielce znudzony był i broił sporo, ponoć do dziś się tak pałęta i zwykle zagląda jesienią) Kowboj wraz z Towarzyszką serca Tysią (od zamiłowania do jednego z napojów niskoprocentowych i miasta w woj. Śląskim) przenieśli się nieco na południowy wschód. W chacie rządy objął Pandoriusz. Tak Go jakoś tknęło żeby posprzątać w piwnicy pod schroniskiem, a nóż pokrywka coś znajdzie przydatnego... Kopał tak dniami i nocami, mijając po drodze zwały puszek, butelek, puszek, puszek , worków foliowych, puszek, kamieni, puszek po konserwie tyrolskiej, butelek, puszek po konserwie turystycznej, puszek, pająków dzikich i straszliwych, podobno nawet same drapieżne Meta Menardi* szczerzyły ku niemu swoje niebezpieczne szczękoczułki..słowem dzikie rejony, niezbadane jeszcze przez tego człowieka... po wieli godzinach zmagania się z samym sobą... odpoczął. Wielce nużące jest grzebanie w historii, a jeszcze w historii tylu pokoleń gospodarzy i turystów przewijających się przez chałupkę, to już zwłaszcza. U kresu sił i piwnicy, tak się akurat na siebie nałożyły te dwie sprawy, że akurat w tym momencie jak mu sie odechciało - wyrósł beton fundamentów po przeciwnej stronie.. Nie może być żeby w takiej piwnicy większych skarbów nie bylo, już ci zaczyna kopać w gruncie, kiedy pomyślał że przesunąć się wzdłuż fundamentu to też myśl. I kopać nie trzeba.. Trawersując zderzył się z czymś dużym i zamkniętym na cztery spusty. Patrzy z jednej.. patrzy z drugiej... Skarb... tylko czemu chlupocze jak się przechyli? Skarb w płynie? Tego było by już za wiele... dobiera się i próbuje uchylić wieko tajemniczej beczki, szarpie , drze, zapiera się o klepisko, i o sufit bo nisko. Nic, ni drgnie... Nagła iluminacja (patrz snop światła czołowki padł na podłogę) i bierze kawałek puszki po konserwie by podważyć wieko.. ciągnie.. co sił ..(a chłop tęgi) ...zęby na wierzchu.. nie puszcza... jeszcze....yyyyyyyyyyy stęka i sapie...
Puuuuu.... puściłoooo..... nachyla się nasz bohater nad beczką, nosem zaciąga... a tu jak nie walnie smrodem... odór taki że skręca włosy w nosie w przeciwnych kierunkach niż natura im każe, brwi się marszczą i czoło, oczy łzawią... - Ja PIER...OOOOOOOOLE Pupl... zakapslował beczke i krzyczy : - SSSSSPIEEEERRR......LAMY!
Jak droga do beczki zajęła mu co najmniej dwie godziny, tak powrót niecałe 8 sekund plus 5 na chwilowy postój związany z przygrzmoceniem łbem o niski sufit. Wyłaniając się po chwili z dziury w podłodze pod schodami krzyczy
- Uciekamy panowie ... zaraz tu dojdzie...!
- ale co , co tam jest, co sie stało?!
- otwieraj okna i wychodzimy stąd, szybko bo jak poczuje drugi raz to się porzygam !
Ciekawi Was pewnie co tak daje po nozdrzach?... Pandoriusza również.. dlatego po kilku głębszych wdechach na zewnątrz chaty bierze telefon i dzwoni do Kowboja.
- Kowboooj... czesć! Musisz tu szybko przyjechać.. znaleźliśmy coś w piwnicy i powinno Cię to zaintereswać ... myślę że jest Twoje...ehe... dawaj i to szybko, musisz coś z tym rozbić, bo ja tam drugi raz nie wejdę!
...Tak się jakoś stało że przeniosłem się na południowy wschód razem z Kowbojem i Tysią, ileż można siedzieć w jednym miejscu? Była już mokra jesień.. W powietrzu unosiły się mgły, wilgoć... wszędzie wilgoć... Trawy zrobiły się brązowe , po łąkach nie dało się chodzić inaczej niż w kaloszach... Po telefonie od Pandoriusza bujaliśmy się drogą w kierunku starego Łupkowa, podskakując na wybojach i krzycząc do siebie bo nijak rozmawiać gdy pod maską ryczy rozpędzony większy silnik od forda, a posadził go ktoś w Uazie. Tak.. Uazie... Nie mógł Los zrobić lepszego prezentu Kowbojowi niż wielki huczący wszędojezdny UAZ... Maluchem potrafił by pewnie wjechać na Giewont, ale to co robił z UAZem ...m i a z g a... nie do opisania.
Po przybyciu na miejsce, taras okupowali tubylcy, pokrzepiający się czymś z termosu... a miny mieli nad wyraz wesołe... Pierwszy odezwał się nasz odkrywca:
- cześć, słuchaj Kowboj, tam coś Ci chyba umarło, schowało się do beczki i strasznie śmierdzi... zrób coś z tym.
- Dobra, czekaj, zaraz to zabiore.
- Choć mi pomóż bo to niewygodne jest, we dwóch weźmiemy... (ja wiedziałem że tak będzie)
Udało nam się wydostać beczkę z piwnicy... na całe szczęście wywietrzało już nieco i można było spokojnie się poruszać , bez obaw o poparzenie płuc smrodem.
- mam pomysł, wyniesiemy to za malucha - który z mało sprawnymi kółkami stał teraz przy drodze i ze względu na konkurencję w postaci Uaza marniał w oczach. - i się wyleje na trawe,a beczke schowamy do auta.
- no dobra, ale co tam jest w środku- i czemu mówiąc się wyleje miał na myśli mnie?
- pamiętasz tego capa co go opchnęliśmy Niemcom jako baranine?
- no pamiętam, ale jego turyści zjedli a kości poszły w las z wilkami
- tak, ale skóre zasypałem solą i zalałem jakimś syfem, żeby się oczyściło, miała być na bęben ale o niej zapominałem i teraz sobie tu pływa i śmierdzi.
Jak powiedzieli tak zrobili... w życiu tyle nie biegłem na bezdechu co wtedy od malucha do Uaza. Wsiedliśy i ...
Tu następuje część w której to Wy macie coś do powiedzenia.
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
..i jak mawiali starożytni.. I love błoto... UAZ jest tak skonstruowany że też bardzo lubi błoto.. a najbardziej to lubi błoto w koleinach po LKT, a najlepiej to jak jest takie błoto , że w koleinie można się utopić razem z tym Uazem po dach... ale to już nie są koleiny wtedy, wtedy to jest przygoda. Zwłaszcza jak się nie ma wyciągarki z napędem, tylko łańcuchową obsługiwaną ręcznie. A największa przygoda jest jak się tej wyciągarki zapomni. Pojazd miał sprzęgiełko dołączające napęd, w przednim kole takie pokrętełko, które trzeba było czasem przekręcić, i wtedy lepiej jechał.. Zazwyczaj robi to pasażer, i zazwyczaj gdy samochód ugrzęźnie. Po otworzeniu drzwi słychać chlupnięcie, a potem cmokanie gdy pasażer przemieszcza się usiłując odkleić nogę od podłoża, nie zostawiając w nim buta. Potem nurkuje po łokieć w błocku i wraca. Następuje niemalże duchowa metamorfoza, napewno estetyczna, był czysty, już nie jest, miał dobry humor, teraz mu zimno, mokro i niefajnie. Ale wszystko się kiedyś kończy, nawet złe samopoczucie, a najszybciej kończy się właśnie jak poczuje, że to już nie koleiny tylko przygoda. Pożegnawszy się z Pandoriuszem, obiecując rychły powrót w celach integracyjnych, gulnął nasz pasażer przez okno w Uazie (którego nie było, okna znaczy się, nie Uaza) nieco specyfiuku z termosu, zamieliło kołami i ruszyło....pozostawiając kilkumetrowy ślad błota na trawniku przed Schroniskiem.
- co tam piłeś? - zagadał Kowboj, smutny że to nie on sobie gulnął, bo musi prowadzić.
- a Absinth, tylo jakiś k..wa słodki i z przyprawami, znowu coś wymyślił.
- jedziemy na skróty?
- przez Żubańsk?
- no...zobaczymy, jeszcze tędy tym Uazem nie jechałem.
No i się zaczęło.. Pierwszy przejazd przez potok, zaledwie 100m w lini prostej od chaty.. droga nieco rozjechana bieszczadzkimi monstrami, po obfitych jesiennych deszczach... przechył taki że moglibyśmy śmiało mieć jeszcze koła jezdne na bocznych drzwiach, błoto bryzga po szybach, wycieraczki z małym silniczkiem (umieszczonym w miejscu gdzie zwykle w osobówkach jest lusterko wsteczne) nie nadąrzało usuwać swoimi "ogromnymi" łapskami zbierać te kilogramy z szyby...stanął...ryczy.. no to bujamy..
- ni h..ja , musisz iśc przekręcić sprzęgiełko
Ot, jak ręką odjął , zwłaszcza moją, ruszyło gładko sunąc w błocku aż z mozołem wydrapał się na wzniesienie za strumieniem.
Wszelkie konwencje dotyczące tego ,że to właśnie polna droga jest najlepszym przyjacielem Uaza to tylko twierdzenia bez podstaw. Polne drogi są dla małych fiatów... Dwa kroki przed mostem, Kowboj bierze ostry skręt w lewo, by po dwóch sekundach, (podczas których jestem w szoku) zdać sobie sprawę że jedziemy środkiem potoku, i nie w poprzek, tylko wzdłuż. Woda tryska dookoła tak że widać tylko obrysy przypuszczalnej trasy. Tymczasem ze mną zaczyna coś się dziać nie tak...
Z początku myślałem że to prędkość, bujanie i woda robią takie efekty.. ale po chwili wnętrze Uaza zaczyna nabierać tęczowych barw...
- a Ty co się tak uśmiechasz? Inni zazwyczaj w tym momencie krzyczą!
Tymczasem ja nie zdawałem sobie za bardzo sprawy , ani gdzie się znajduję, ani co to jest za pojazd...
- Bo chyba dostałem bonusa w tym Absyncie i nie wiem gdzie jestem
- co k...wa?
- nic... uuuuuuaaaaaaaaaaaaaa... ale czad.... jedź... jedź.. nie przestawaj....
Czułem się jakbym siedział spokojnie na kanapie..a dookoła mnie odgrywał sie trójwymiarowy film z wirującym wnętrzem UAZA w roli głównej i efektami dźwiękowymi jak z filmów Georga Lucasa. Po kilku minutach skurczyłem się do rozmiarów misia maskotki i zwinięty na fotelu pasażera obserwowałem ten niesamowity spektakl dookoła. Co dziwne, cały czas Kowboj wyglądał tak samo, nachylony nad kierwnicą szczerzył zęby, uradowany jak dziecko zabawką. Pruł przez Żubańsk ne omijając żadnych dziur, co powodowało podskoki na kilka metrów (przynajmniej tak mi się zdawało) Raz nawet tak wybiło nas na jednej kałuży że przeskoczyliśmy górą cerkwisko żeby wylądować znowu na drodze. Jak podejrzewałem , "zupełnie całkiem przypadkowo" trafiła mi się butelka z rozpuszczonymi w Absyncie psylocybami... Dobrze że walnąłem jedynie kilka łyków... bo trzymało mnie w miarę krótko.. Tak mi się zdawało.. ale chyba krótko, bo zajechaliśmy do Woli jak było jeszcze jasno, a bywały przypadki że wycieczka UAZem z Łupkowa do Maniowa zajmowała Kowbojowi 7 godzin. Oprzytomniałem nieco i zdałem sobie sprawę że...
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
Cytat:
Zamieszczone przez
trzykropkiinicwiecej
podobno nawet same drapieżne Meta Menardi* szczerzyły ku niemu swoje niebezpieczne szczękoczułki.
..zapomniałem o odnośniku... gwoli jasności... Meta Menardi to najbardziej jadowity pająk w Polsce czyli Sieciarz Jaskiniowy
I boli jak dziabnie... uwierzcie... mnie dziabło...
Pawlat Wierch - na spokojnie...
A zimą?
Cytat:
..."jest cicho. Cisza w zimie jest szklaną kulą, wypełnioną światłem... Trzeba patrzeć na nią z największą ostrożnością, aby jej nie rozbić dotknięciem lub wzrokiem"
... "Dlaczego lubię zimę w górach? Bo mi pokazuje życie gór zakute w lód i śniegi, jakby zamrożone dla przyszłości. Kiedy wsłuchuję się w ciszę zimową -a jest to jedyna cisza w której słyszy się bicie własnego serca -myślę o życiu, które z wiosną wzejdzie na nowo...Kiwająca się pod wiatrem gałąź jodły wypełnia mnie nadzieją że las zrzuci śniegi, które go gniotą i z wiosną na polanie buchnie tuman kwiatów i żywicą będzie pachnieć las wabiący wszystko co się obudziło ku miłości. Tak więc (wiem, że) w zimie sunąc na nartach przez martwy świat ..nie jestem sam.., chodzi ze mną wiara, nadzieja i miłość niezawodne przyjaciółki"
...tak pisał Krygowski... i trudno czytając Go nie wracać myślami do tego błogiego stanu , kiedy otaczająca nas biel i Góry stapiają się z nami w jedno. Zimą powietrze jakby oddziela się od reszty świata i serwowane jest sote. Przede mną dwa ślady nart Czarnego, które kilkanaście metrów dalej znikają na krawędzi górki. Zjechał już do Maniyłki, a ja specjalnie ociągałem się z tyłu żeby móc chwilę postać i pomarznąć w tym miejscu. To jedna z moich łąk, z widokiem na Kruhłycę. Pamiętam jak w jesieni rozmawiałem w Smoluchowie o tym miejscu z Sir Bazylem, genialne na dom. Uczestnicy RIMBU wędrowali po niej, w tym samym czasie My z Królową ruszyliśmy na Jasło. Tymczasem wróćmy do jednej ze śnieżnych zim, kiedy to znaleźliśmy z Czarnym na stryszku schroniska u Drąga stare biegówki, z lat 70tych i postanowiliśmy zrobić z tego faktu pożytek. Tak i stoję teraz pawlatowym czubku , wiatr dokłada cegiełki zaspom, a ja usiłuję przy tej zawiei odpalić papierosa, chowając się pod kurtką. Skostniałe palce z trudem mogły sobie z tym poradzić ale jakoś się udało. W starej radzieckiej uszance, papierosem w zębach, M-65, oparty o bambusowe kijki czułem się pewnie jak mój Ojciec, który kilkadziesiąt lat temu przemierzał te okolice w poszukiwaniu ..no właśnie czego?... Może cała ta krzątanina jest celem samym w sobie?! "..szukam, szukania mi trzeba" i tyle!
Po kilku chwilach udało mi się dogonić Czarnego z przodu, zjeżdżałem do wsi po jego śladach. Zatrzymaliśmy się dopiero przy strumieniu, żeby zdjąć narty i przerzucić się po pniu zwalonej wierzby na drugą stronę... Chcieliśmy odwiedzić starego Przyjaciela w jego małym żółtym domku, którym się opiekował pod nieobecność właścicieli. Dotarliśy na miejsce kiedy zaczynało się ściemniać... Zimą noc szybko zabiera światło, ale widać że Wielki Hen nałapał troszkę do naftowej lampy, bo przebijało się odrobinę z okna w kuchni. Zastukaliśmy buciorami na ganku żeby się otrzepać ze śniegu. Zaskrzypiały drzwi...
- Cześć Wielki Henie, można zakolędować? - krzyknął od progu Czarny wyciągając z torby po masce przeciwgazowej butelkę Żytniej i paczkę papierosów "Męskie" - czyli mózgojeby do potęgi entej! Ja wyciągnąłem z kieszeni mały słoik ogórków kiszonych.
- o Cześć... - z uśmiechem przyjął tę kolędę domownik - dorzucając drew do kaflowgo pieca w małej kuchni, gdzie ledwie mieściliśmy się we trzech.
- A ja właśnie z lasu wróciłem.. tutaj troche brzeziny naniosłem, jeden profesor zamówił u mnie 5 mioteł , to i troszkę piniendzy zarobie bo coś mi się pokończyło. - odpowiedział Hen z uśmiechem przypominającym mi zawsze postać z kreskówki - Popeya.
- no to Henie, daj coś pod tę kolędę do zagryzki i chluśniem bo uśniem!
- o, gulaszu chcecie? zrobiłem dzisiaj...
- dawaj co masz, ja tam pacierza, wódki i zagrychy nie odmawiam, także jak coś, to daj - Stałe powiedzonka Czarnego.- co tam u Ciebie wariacie?
- Jako tako, po japońsku, hehe...- i skwitował charakterystycznym Henowym- Ba!
- No to , pogonim brzdąca, panie, dawaj tego gulaszu bo zimno, trza się rozgrzać.
- macie, tu chleb jest, troche czerstwy, bo nie byłem w sklepie dawno - Hen miał w zwyczaju pomykać skrzypiącym Karlikiem kilka killometrów do sklepu, ale ze względu na śniegi pojawił się większy problemw utrzymaniu równowagi przy powrotach, zarzucił tę tradycje. Postanowił wyżywić się samemu i tym co mu Babcia, sąsiadka podrzuci; -bo pan Hen to taki dobry człowiek...
Zabraliśmy się do pałaszowania świątecznej kolacji...
- coś mi lasem pachnie ten gulasz
- nom, sarnina jak nic
- a Stasiu jak ja emerytury nie mam, tylko dodatek czasem, kiełbasy od miesiąca nie widziałem, a chleb mam tylko dlatego że mi Babcia upiekła i tydzień temu dała. Miotły też już nie schodzą, i po tym szpitalu to mi tak nogi marzną że nie czuje jak wróce z lasu...
- Wielki Henie, ty nóg nie czujesz bo w dziurawych gumiakach bez skarpetek na 20 stopniowy mróz po brzezine leziesz. Już nawet onuce byś sobie nowe wymienił bo te przetarte i ledwie nogę owiną.
- łoj tam.. ba marzną.. ta marzną... - machnął ręką - polej lepiej bo zimno i w piecu ledwo dycha. I mam skarpetki, bo mi Babcia jakieś stare dała co mówi że nie używa.
- już lejem, każdy Polak po jedzeniu nie zapomni o?
- podziękować?
- o paleniu, bierz Stachu "Męskiego" i odpal od pieca bo mi zapalniczka padła
- ja się poczęstuje Fajrantem , mogę Hen nie? Jakiś sentyment mam do czarnych "Fajrantów" - kilka lat temu gdy poznałem Hena, jeszcze jak mieszkał na Gawrze, ćmiliśmy je dzień w dzień, bo były jedyne w sklepie i mi jakoś smak bardziej chodził niż Czernego "Męskie" ,które po dwóch strzałach chciały urwać głowę i grać nią w beki.
Hen począł kończyć miotłę co ją zaczął przed naszym przyjściem. Uciskał pęk brzeziny przy pomocy nieskomplikowanego ale bardzo przydatnego przyrządu. Mianowicie we framugę wbity był głęboko masywny gwóźdź na wysokości pasa. Do gwożdzia założona przez pętlę była stalowa linka długości około metra, do której końca przywiązany był drąg, tak że jeden jego koniec wisiał na niej jakieś 20 cm nad podłogą, a drugi leżał lużno na podłodze. Hen brał pęk brzeziny, obwiązywał go raz linką, po czym stawał na jednym końcu drąga jedną nogą, a drugą tuż przy lince, w ten sposób ściskając mocno gałęzie. Wtedy brał stalowy drut i kombinerkami dociskał trzon miotły, tak żeby się nie rozleciała. Uwielbiałem podglądać Go jak robił miotły, albo jak rzeźbił, a tej sztuki uczył się od Zubowa gdy kilkanaście lat temu przesiadywali na Gawrze, choć może i wcześniej zaczął? Opowiadał jak mu ktoś raz zwinął dłute, które mu ojciec kowal zrobił. Skończył miotłe i zaczął opowiadać czego to teraz ludzie we wsi nie mają i po co im to wszystko , jak jemu tak wiele nie trzeba, tylko dobrych ludzi i się jakoś żyje. Usiadł oparty o ścianę, otworzył drzwiczki od pieca, odpalił papierosa, po czym rozparł się wygodnie rozcierając zmarznięte stopy i włożył tą bardziej siną do pieca, żeby się od żaru rozgrzała. Chlusnęliśmy po jednym, co by się gulasz dobrze trawił... paliliśmy tak w milczeniu kilka minut. Po ścianach bładziły refleksy światła ze świeczek i lampy naftowej, ostatnio często brakowało prądu przez te wiatry, które teraz nadawały za ścianą audycje wieczorną. Domek skrzypiał i słychać było jak obijają się o dach gałęzie starej lipy rosnącej obok.
-mff mfff....- pociągnął nosem Czarny..- coś się przypala
- nie , to z komina czasem tak zaciąga bo są szpary w oknie, - stwierdził Hen i zamlaskał jak to miał w zwyczaju. Pociągnął mocniej papierosa aż żar rożświetlił mu twarz. Miał w zwyczaju nie strzepywać popiołu, i często spadał mu długi szary kawałek na palce.
- nie no, serio coś się przypala, wali jakąś spaloną szmatą, czy coś...
- K...wa! Hen! Noga Ci sie Pali - podskoczył Czarny upuszczając na ziemię popielniczke z zakrętki od słoika.
- o Ja pie....dole faktycznie! - zorientowawszy się wyciągnąl stope z pieca i zrobiło się jasno bo Henowa skarpetka płonęła żywym ogniem - K..wa Czarny gaś to - i jął stukać płonącą stopą o podłogę żeby ugasić pożar. Zdąrzyłem jeszcze zalać wodą z ogórków. Całe szczęście nie zdąrzyło się przykleić do skóry i udało się zdjąć usmoloną skarpetę bez bólu. Śmiejąc się do rozpuku dokończylismy z radością Żytnią. Potem Hen wciągnął z szafy baniak swojskiego wina, zawinięty w napoczęty przez mole korzuch i tak nam zeszło na puszczaniu dymów i słuchaniu zimy do rana...
Było to ostatni raz kiedy widziałem Hena jak klecił brzozowe miotły, niedługo potem wymiotło Go z Maniyłki gdzieś , nie wiadomo gdzie.. i nie mam pojęcia co się z nim dzieje... Jeśli ktośą ma jakieś wieści... będę wielce zobowiązany.
KONIEC
Dziękuję za to że udało Ci się dobrnąć do tego momentu. Wielkie dzięki Tym, którzy przyłączyli się do zabawy i oddawali głosy w maszynie do wybierania ciągu dalszego. Starałem się jakoś skrzętnie posklejać te wspomnienia i podać je w taki sposób jak je wtedy odbierałem, filtrując przez czas który minął do dnia dzisiejszego. Wszystkie sytuacje są prawdziwe, i podobieństwo postaci do prawdziwych osób zamierzone.. mam nadzieję że mi wybaczą ten satyryczny klej, wyciekający za brzegi.
KobietoBieszczadzka dziękuję za pomoc przy ankietach....
Podsumowując chciałbym Wam życzyć ufności i wielu okazji do uważnej obserwacji.. Jeśli zdarzy się Wam spotkać Kogoś w górach...usiądźcie i posłuchajcie jego historii...
Cytat:
..Kimkolwiek jest ten człowiek: wędrowcem, upadłym mnichem, świętym czy czarnoksiężnikiem, ma w sobie coś, co Tybetańczycy nazywają "zwariowaną mądrością" - jest wolny"
Peter Mathiessen
Odp: Pawlat Wierch - na spokojnie...
Cytat:
Zamieszczone przez
trzykropkiinicwiecej
zorientowawszy się wyciągnąl stope z pieca i zrobiło się jasno
Uśmiechem jaśniała i paszcza moja, pochłaniająca kolejne odcinki przygodowej powieści...za co Ci dzięki należne tu wypisuję :mrgreen:
Odp: Pawlat Wierch - na spokojnie...
Cytat:
Zamieszczone przez
trzykropkiinicwiecej
Dziękuję za to że udało Ci się dobrnąć do tego momentu.
Dziękuję, że dałeś mi możliwość abym tu dobrnął. Pyszne to było...
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
Sklejaj dalej te opowieści ;)
Odp: Opowiadanie interaktywne ;)
Zacne:) Takie trochę w klimacie podobne do opowiadań A. Pilipiuka