Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r.
Sprawozdanie z I Ogólnokrajowej Konferencji Internautów Miłośników Bieszczad w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r.
Jest to sprawozdanie opisowe. Niezależnie od niego możecie zobaczyć fotoreportaż autorstwa IrasaJ.
Spotkaliśmy się o godz. 18-tej w malutkim, przytulnym pubie „Gorączka Złota” przy ul. Wilczej, niedaleko skrzyżowania z ul. Marszałkowską. Towarzystwo było nie tylko warszawskie (stąd nazwa konferencji: ogólnokrajowa), gdyż Gdańsk oraz pozostałą część Polski, a także pozostałą część Unii Europejskiej, reprezentowała powszechnie szanowana i słynna woltyżerka - Szaszka. Niestety, do owego lokalu - weszła. A mogła przecież wjechać konno (bywali już tacy w Warszawie kilkadziesiąt lat temu).
Oto lista obecności uczestników konferencji, wg kolejności wpisów:
1) Szaszka,
2) Agnieszka - żona IrasaJ,
3) Aleksandra,
4) Michał (spokojnie, to nie tamten),
5) Małgorzata - żona Stałego Bywalca,
6) Stały Bywalec,
7 i 8) Żabki (pod tym wspólnym nickiem są zalogowani na Forum), czyli Adam i Ania,
9) IrasJ - www.bieszczadyfoto.republika.pl (pomysłodawca i organizator konferencji).
Zajęliśmy dwa złączone stoły, oświetlone świecami. Słuchaliśmy nastrojowych, bieszczadzkich pieśni z płyt Szaszki. Nie przeszkadzało to innym osobom obecnym w pubie. Frekwencja była zresztą niska. Nieliczni zainteresowani wchodzili, postali chwilę, posłuchali i wychodzili.
Zgodnie z tematem konferencji („Smak piwa w Bieszczadach”) zajęliśmy się nie tylko jej stroną teoretyczną, lecz przede wszystkim częścią warsztatową. Królował „Okocim” z beczki, a uśmiechnięte do nas oblicze barmana wskazywało, że nie jesteśmy gośćmi deficytowymi (w przeciwieństwie np. do niedaleko od nas siedzącej studenckiej pary, pijącej jedno małe piwo przez dwie słomki).
Uczestnicy konferencji wygłosili referaty, w których przedstawili swoje bieszczadzkie doświadczenia i opisali niezwykłe przygody. Coś niecoś z tego dosłyszałem i zapamiętałem.
Irek (IrasJ) m.in. opowiedział, jak kiedyś zmęczony po całodniowej wędrówce dotarł do Nasicznego i spoczął przed sklepem (czynnym tylko w sezonie). Zobaczył Go tam jakiś miejscowy kot i tak się zdziwił widokiem przybysza z dalekich stron, że aż się zaczął tarzać i kąpać w kałuży. Jak pies, ale to był kot, nie pies. To z kolei zdumiało Irka do tego stopnia, że kupił owego kota za 30 zł (w cenę został wliczony również nocleg w domu dotychczasowego właściciela kota) i przywiózł z Bieszczad do siebie, do domu. Ma go do tej pory. Jest to podobno iście crazy cat.
Szaszka m.in. zrelacjonowała, w sposób budzący grozę, jedną ze swoich konnych wycieczek. W pewnym momencie jej koń zaczął chrapać, zaparł się kopytami i za nic nie chciał dalej iść. A z lasu wyszedł miś i zaczął złorzeczyć, że ośmielono się przerwać mu drzemkę. Poryczał, poodgrażał się i poszedł sobie obrażony.
Potem Szaszka zademonstrowała sposób walki z wilkiem: należy wsadzić mu rękę w paszczę i dalej w głąb trzewi, chwycić za ogon od wewnętrznej strony, przenicować wilka na drugą stronę i w ten sposób samemu uzbroić się w jego kłapiące kły, do obrony przed pozostałymi wilkami.
Adam i Ania to znajomi z I KIMB w Dwerniku. Wspominali kongres (ja skromnie milczałem), wywołując zazdrość u innych uczestników konferencji. Ania wyrażała się też z nostalgią o tym jeleniu, który w zimną wrześniową noc obchodził wkoło Jej domek w Sękowcu, usiłując wywabić Ją na zewnątrz.
Aleksandra i Agnieszka mówiły dużo i mądrze, ale ja siedziałem z drugiego końca dwóch złączonych stołów i niewiele (z racji odległości i muzyki) słyszałem. Myślę, że same wystąpią na Forum i przedstawią swoje wrażenia z konferencji.
Moja małżonka opowiedziała, jak kiedyś (w 1986 r.) zgubiliśmy się na Falowej i mieliśmy kłopoty z zejściem z tej górki.
Michał mówił bardzo mało, siedział onieśmielony pomiędzy pięknymi kobietami. Miał je obok siebie i przed sobą. Delektował się smakiem piwa i widokiem pań. Domyślam się nawet, która Mu się najbardziej podobała, ale ... zachowajmy dyskrecję. W każdym razie sprawiał wrażenie człowieka szczęśliwego. Zabrał raz, konstruktywnie i rzeczowo, głos w dyskusji nt. smaku piwa, popierając mój pogląd, że najlepsze piwo to Piwo Tyskie - Książęce (proszę nie mylić z popularnymi „Groniami”).
I tak czas upłynął nam bardzo przyjemnie. Podjęliśmy uchwałę z pozdrowieniami dla wszystkich naszych nieobecnych Koleżanek i Kolegów z Forum, ze szczególnym uwzględnieniem Asiczki oraz Darka - Admina.
Stwierdziliśmy, że nie możemy się doczekać kolejnego, już drugiego, naszego Kongresu w Bieszczadach.
W międzyczasie, w ramach integracji, proponujemy utrzymać instytucję konferencji. Nieśmiało sugerujemy kolejną - w Łodzi. Co, zamurowało Was ? Mieszka tam przecież trzech bieszczadzkich weteranów (w porządku alfabetycznym: Barszczyk, Duszewoj i MarekM), może więc coś zaproponujecie ? Wystarczy wybrać i uzgodnić na Forum datę, a potem podać adres knajpy i strony internetowe najbliższych hoteli. Szaszka stwierdziła, że skoro mogła przyjechać z Gdańska do Warszawy, to może i do Łodzi.
Rzucamy więc hasło i czekamy odzewu - z Łodzi.
Podróże kształcą.
I jeśli chodzi o mnie, to byłoby „na tyle”.
Pozdrawiam
Re: Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r
Witajcie!
No, no, SB, jestem pod wrazeniem szybkosci, z jaka Twoja relacja pojawila sie na forum. I jak zwykle opis jest niezwykle barwny i zywy. Ale to nie ja natknelam sie na tego misia w Bieszczadach...
Spotkanie udalo sie wysmienicie, kto nie byl niech zaluje! Ciesze sie, ze moglam zetkac sie z wami wszystkimi "na zywo", i wypic calkiem niewirtualne piwko, i to niejedno, hehe.
Jako uzupelnienie moich opowiesci, skrobne jutro legende o kosciele w Nowosiolkach i czolgu, bo dzis cos mi sie slowa nie kleja...
Re: Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r
Dobry pomysł w Łodzi.... Jest tu taki pabik p.t. Zapiecek, coby się w sam raz na konferencję nadawał.
Pozdrawiam
Ps. Jak często planujecie Konferencje????
Re: Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r
Hej, hej...
Wczoraj wieczorem niektórzy z nas mieli możność zaspokoić swoją ciekawość podwójnie: na znajomość smaków chmielowych i wyobrażeń niekoniecznie wirtualnych. I tak jednogłośnie okrzyknięto, że w Bieszczadach wszystko ma inny, lepszy smak a bieszczadzkim drwalą jeno dwie niewiasty, dorównać kroku w smakowaniu tych trunków, mogą. Zdradzać na razie mi nie wypada, ale niektórzy zapewne się zdziwią, oglądając zapowiedziany fotoreportarz.
Drżyjcie panowie!!!
Co do wyobrażęń, hmm, podobno nikt sobie nie tworzył obrazu, a jednak...co dwie Aleksandry to nie jedna, to jest pewne, poświadczyć już to może swym autorytetem Stały Bywalec. Kto jeszcze miałby wątpliwości, niech się zaprzyjaźni z ostrzem aleksandryjskiej szaszki... Jej właścicielka, choć o rysach łagodnego bieszczadzkiego anioła, to władać bronią niczym najzuchwalszy kozak, bezwątpienia potrafi.
Za to nikt, kto usłyszał choć trzy słowa wypowiedziane przez S.B. nie wątpił, ż władza prezydecka tego forum znajdowała się we właściwych rękach. Tak też nie znajdziemy chyba ani jednej osoby, która dorównywałaby Mu znajomością okolic Krywego. Żal jeno wielki mogę mieć, ze stół tak skutecznie oddzielał mnie od bezpośrednich dyskusji z S. Bywlcem. Kto przewidywałby coś takiego na wiosnę :)
Zdecydowanie łatwiej było z pozostałymi osobami. Łatwiej- bardziej jednoznacznie - bowiem można było ich zobaczyć na ich stronie internetowej (pasja fotograficzna Irka towarzyszyła nam przez całe spotkanie) bądź stanowili całkowitą zagadkę ze względu na nieliczne "pojawianie się" na forum. Teraz zdecydowanie łatwiej wyobrazić sobie domek z podchodzącym pod niego jeleniem, gdy już się wie kto w nim był :>
No coż, "ja też tam byłam, wino i miód piłam..."
Pozdrawiam wszystkich serdecznie
Aleksandra.
Re: Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r
Witam!
Dziękuję za pozdrowienia ;0)
Szkoda, że to tak daleko :(
Re: Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r
Witam ponownie!
Żeby nie bylo, ze ja tylko o piwie (i zanim fotoreprtaz Irasj-a pogrąży mnie calkowicie), opowiem o kosciele w Nowosiólkach.
Bylo na początku lat 70-tych. Mieszkancy od długiego czasu bezskutecznie starali sie o pozwolenie na wybudowanie we wsi koscioła.
W koncu postanowili wziac sprawy w swoje rece. Na dzialce przeznaczonej na kosciol zasiali kukurydze. Rownoczesnie okoliczni gospodarze zaczeli przygotowywac w swoich warsztatach drewniane czesci konstrukcji.
Kiedy kukurydza urosła wysoko, wylano w niej fundamenty - z drogi byly zupelnie niewidoczne. Nastepnie w ciagu jednej nocy - a dzialo sie to 3 sierpnia 1975 r. (udało mi sie znalezc date!) wybudowali kosciół.
Ale to jeszcze nie wszystko. Zupelnie niezaleznie od tego co dzialo sie w Nowosiólkach, w Baligrodzie jakis czas wczesniej podjeto decyzje o wymianie czolgu-pomnika stojacego na tamtejszym cmentarzu. Poprzedni czołg był podobno jakims unikatowym zabytkiem z czasow I w. swiatowej. Wywieziono go, a nowy czolg mial dojechac na miejsce o wlasnych silach.
No i jechal - akurat tuz po postawieniu kosciola. Mieszkancy bardzo wzburzyli sie jego widokiem, wylegli na droge uzbrojeni w kosy, motyki, butelki z benzyna i inne tego typu akcesoria. "Po naszym trupie!" "Nie damy kosciola!" - krzyczeli. Czołg sie zatrzymal, klapa sie podniosla i wyjrzal z niej zupelnie oglupialy dowodca: "Ludzie! O co wam chodzi?! Jaki kosciol?!". Musial sie dlugo tlumaczyc, zamim ludzie w koncu mu uwierzyli i pozwolili przejechac...
Re: Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r
Szaszka, wspaniala opowiesc :)
A kosciol nadal stoi?
Re: Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r
Stoi, stoi. Tylko zostal oblozony "sajdingiem", ble. Mam nawet jego zdjecie. Jutro je zeskanuje i dolacze.
Re: Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r
Jak często..., no cóż, wszystko zależy od nastawienia i chęci.
Pozdrawiam :D
Aleksandra
Darku, ja też strasznie podpadłem w dzieciństwie.
Faktycznie, Darku, miałeś pecha.
Ale i ja też, będąc w dziecinno - młodzieżowym wieku 15 lat, raz nieźle podpadłem.
Byłem wtedy wzorowym harcerzykiem i dobrym uczniem elitarnego radomskiego liceum, zwanego kuźnią olimpijczyków (od tzw. olimpiad przedmiotowych). Jesienią, we wrześniu, z soboty na niedzielę, urządzono nam w lasach podradomskich zlot środowiska naszego hufca harcerskiego. Naprędce podzielono nas na zastępy. M.in. zostałem zastępowym i ja. Przydzielono mi ok. 10 w sumie sympatycznych urwisów, ale takiej zbieraniny z radomskich zawodówek, którzy od samego początku tylko formalnie mi się podporządkowali. Niektórzy z nich byli nawet o rok, dwa starsi ode mnie, co w wieku "nastu" lat miewa spore znaczenie.
Od szefa zgrupowania, jakiegoś 40-letniego harcmistrza, dostałem kartkę z adresem i zadanie "bojowe" do wykonania: odnaleźć i przeprowadzić wywiad z kombatantem Batalionów Chłopskich, a potem zdać relację wieczorem przy ognisku. Inne zastępy otrzymały podobne dyspozycje.
I tak oto kilkaset sztuk radomskiej młodzieży rozpełzło się po okolicznych wsiach, wyjątkowo obfitujących w członków ZBoWiD.
Moje orły, zaraz po zejściu z oczu drużynowym, wyjęły "sporty" i zaczęły "jarać". Potem weszły w szkodę - na jabłka i gruszki ! Gdy jakiś chłop zaczął nam złorzeczyć, rzucili w niego kamieniami. Ja oczywiście nie brałem w tym udziału, usiłowałem im tego zabronić, powstrzymać ich - ale nadaremnie. Powiedzieli, że jestem tylko ich przewodnikiem (bo mam kartkę z adresem !), a nie żadnym dowódcą i żebym się odp...
W końcu znaleźliśmy chałupę z wręczonego mi adresu, ale bohatera to w niej już nie było. Poszedł do kościoła a potem do knajpy. No to i my za nim. Znaleźliśmy go w wiejskiej gospodzie. Jako druh zastępowy ładnie mu się zameldowałem, wyraziłem w imieniu całej radomskiej młodzieży "wdzięczność i podziw", a potem poprosiłem o wywiad. Wujek się ucieszył, napuszył i rozgadał, postawił nam nawet piwo. Ja nie piłem, bo mi - jako młodemu zastępowemu - nie wypadało, ale moi "podwładni" ... . A potem ów bohater, będąc już wstawiony (piwem to on tylko popijał inny trunek), oświadczył, że chętnie pójdzie z nami na ognisko i sam opowie o swoich zwycięskich bojach z okupantem hitlerowskim. I tak uczynił, wcześniej się jeszcze raz napiwszy (a moje orły razem z nim).
A następnie to było już tak.
Przyprowadziłem na obrady przy ognisku zataczającego się opoja, który bełkotliwie wszystkim obwieścił, że nikogo się nie boi. Moi, pożal się Boże, podwładni, też coś bluźnili bez sensu. Jeden z nich, chyba najstarszy (17-latek), publicznie odlał się przy ognisku. Ja stałem na baczność, wyprężony jak struna, i odbierałem opeer od drużynowego.
Ale to jeszcze bynajmniej nie wszystko. W tym momencie wpadł między nas sołtys z jakimś chłopem, który wskazując mnie i mój zastęp, zaczął się drzeć: "To oni, to oni zniszczyli mój sad i kamieniami we mnie rzucali. Łobuzy, chuligani !"
Sprawa ta była później przedmiotem korespondencji pomiędzy ZSL i ZHP, a także tematem odrębnych obrad rady pedagogicznej w mojej szkole.
Co do relacji z ojcem, to były one podobne, jeśli wręcz nie identyczne, jak te opisane przez Darka.
Pozdrawiam
Re: Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r
Witam wszystkich i przepraszam że zamilkłem chwilowo, ale zaraz po spotkaniu miałem inwentaryzacje w firmie i dopiero teraz dotarłem do domu po2 dobach pracy. Zdjecia odbieram jutro a jak się uda to w czwartek je zobaczycie :) ( szaszka chce je ocenzurować)
:) - co wy na to
pozdrawiam
Re: Relacja z konferencji w Warszawie dn. 14. grudnia 2002 r
Ocenzurować???!!!???!!!
[precz z cenzurowaniem....?]