Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
Autor, Stały Bywalec, niniejszym uroczyście oświadcza, iż wszystkie występujące w tym wątku tematycznym osoby są postaciami fikcyjnymi, a opisywane sytuacje nigdy nie miały miejsca. Wszelkie podobieństwo osób, instytucji i wydarzeń do występujących w rzeczywistości, chociażby nawet najbardziej jaskrawe, jest jednak zupełnie przypadkowe. A cała opowiadana w odcinkach historia jest literacką fikcją i wyłącznie wytworem bujnej fantazji autora.
Zastój na tym Forum jak w północnokoreańskiej gospodarce.
Na te zimowe wieczory proponuję więc "aktywną" lekurę - będziemy czytali i dopisywali kolejne fragmenty powieści. WSZYSCY.
A o czym będzie ta powieść ? O zaczarowanym kruku z Otrytu. O tym, co widzi i co myśli (właśnie o tym, co widzi).
Napisałem już konieczną introdukcję, aby uzasadnić pochodzenie owego ptaka. Oto ona.
************************************************** *******
Wysoko, nad pogorzeliskiem Chaty Socjologa, szybował kruk. Patrzył nienawistnie na pierwszych szabrowników, którzy właśnie przystępowali do rozbiórki pozostałości komina, licząc na parę złotych za wózek cegieł. Te parę złotych miało im starczyć na butelkę najtańszego wina, a jak dobrze pójdzie, to może i na dwie butelki.
- Nie upilnowali, zmarnowali - pomyślał kruk, łapiąc się po raz kolejny na tym, że myśli wprawdzie składnią ruską, ale po polsku.
Wyjaśnić tu trzeba, iż nie jest to zwyczajny kruk. Naprawdę nazywa się Włodzimierz Lestinski, który w tej ptasiej postaci kilkadziesiąt lat temu otrzymał był dar życia wiecznego.
W pewnym skrócie (krócej się nie da) było to tak.
Pokój brzeski zastał młodego kpt. Lestinskiego, zawodowego wojskowego, pół - Rosjanina, pół - Ukraińca, w armii rosyjskiej, przemianowanej właśnie w Robotniczo - Chłopską Armię Czerwoną. Do tej pory nie dezerterował, będąc odpornym na bolszewickie agitacje, ale teraz nie wytrzymał i rzucił to wszystko. Zresztą musiał. Politrucy już mu się przypatrywali podejrzliwie, a i podwładni pragnęli się zemścić za jego ciężką, karzącą rękę w warunkach frontowych. Uciekł na południe, w swoje rodzinne strony, na Kubań.
A tam wpadł z deszczu pod rynnę. Zdążył pomścić (z nawiązką) rodziców, zamordowanych przez lokalnych bolszewików. Potem uwijał się w partyzanckich oddziałach kozackich. Z narastającą rozpaczą obserwował zanik ducha bojowego u kolegów, aż pozostał prawie sam, tylko z kilkoma towarzyszami broni. M.in. z Bazylim K., młodym inżynierkiem, którego politechniczne studia w Petersburgu wyreklamowały przed frontem rosyjsko - niemieckim, ale nie uchroniły przed późniejszym udziałem w wojnie domowej. Bazylemu K. też już pozostało tylko wspomnienie po rodzinie, wymordowanej z powodu posiadania małego majątku ziemskiego.
Następnie Włodzimierz i Bazyli uwierzyli, a raczej udali, że wierzą, w jedną z bolszewickich amnestii i ujawnili się. Wcielono ich szybko do armii konnej Budionnego i wysłano na front polski. Lestinskiego mianowano nawet komrotem (komandirem roty), co z grubsza odpowiadało jego stopniowi wojskowemu.
Przy pierwszej nadarzającej się okazji przeszli, wraz z całym pułkiem Kozaków Orenburskich, na stronę polską. Piłsudski zaufał Kozakom, nie rozformował pułku. Bili się dzielnie. Osobiste przeżycia powodowały, że ... nie brali jeńców. Polacy patrzyli na to przez palce, często sami nie byli lepsi.
Po Pokoju Ryskim Bazyli zupełnie „opolaczał”. Przypomniał sobie, że jest inżynierem budownictwa i podjął pracę w tym zawodzie. Z czasem założył własną firmę. Ożenił się (z babcią Stałego Bywalca). Doszło, o zgrozo, nawet do tego, iż porzucił prawdziwą wiarę dla rzymskiej herezji.
A Lestinski (też postać autentyczna) był przez jakiś czas oficerem kontraktowym WP. Potem go zdemoblizowano. Rozpił się. Przed całkowitym stoczeniem się chroniła go przyjaźń z Bazylim, pod którego dachem zawsze znajdował łóżko do spania i miejsce przy stole. Obaj prowadzili nieraz męskie, zakrapiane rozmowy wspomnieniowe, podsłuchiwane przez polską już rodzinę Bazylego.
Włodzimierz Lestinski zmarł krótko przed wybuchem nowej wojny, na przełomie 1938 i 1939 r. Zapił się na śmierć w wieku 50 lat, chlejąc na umór z byłymi towarzyszami broni. Bazylego przy tym nie było, ale zdążył wyprawić przyjacielowi pogrzeb.
Lestinski był tak pijany, że leciało jeszcze od niego gorzelnią, gdy już stał przed Świętym Piotrem.
- Won, pijaczyno - takie były pierwsze słowa Św. Piotra.
- A moje zasługi ? Walka z bezbożnikami ? Obrona cerkwi ? Zasługuję chyba na życie wieczne.
Był to potężny argument. Św. Piotr się zamyślił. Potem udał się na konieczne, w tej nietypowej sprawie, konsultacje.
- Będziesz żył wiecznie, ale w postaci ptaka. Konkretnie: kruka - zadecydował po powrocie. - Wracaj teraz na ziemię.
Włodzimierz sfrunął na polskie podówczas Podole. Po kolejnej, powojennej zmianie granic został zmuszony do repatriacji do Polski. Tak, zmuszony, albowiem przebywając po radzieckiej stronie srał z upodobaniem na pomniki Lenina i jego pomagierów, a także na żywych czerwonoarmistów i enkawudzistów. Ci strzelali do niego, rzucali weń kamieniami. Nie zginął, mając orzeczone życie wieczne, ale w trosce o swoje upierzenie postanowił się przenieść do Polski.
Zamieszkał w lasach Otrytu. Z sympatią obserwował w latach 70-tych budowę Chaty Socjologa. Zamieszkał w jej okolicach. Zżył się z przebywającą tam młodzieżą. W noce wigilijne rozmawiał z mieszkańcami chaty, jeśli takowi się trafili. Byli zazwyczaj tak pijani, że nie widzieli w tym nic nadzwyczajnego.
Teraz patrzył z rozpaczą na zgliszcza chaty.
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
...patrzył z rozpaczą na zgliszcza chaty, stopiony śnieg i zamarzającą mazie błocka. To nie pojęte - pomyślał - czy mi już zawsze musi towarzyszyć takie zniszczenie. Nawet tutaj, w tej ostoji zapomnienia i studenckich fantazji. Jakby tego było mało - ci szabrownicy...
Bez pardonu potraktował ich jak niegdyś pomniki Lenina, urządzając przy tym taką wrzawę, że zleciało się wiele czarnoskrzydłych ptaków. Wiadomo powszechnie, że wśród ludu prostego przesądy mają wielką moc, a ciemne jak noc ptaszyska niczego dobrego wróżyć nie mogły... Nie zdziwił go więc fakt, iż niedoszli złodzieje czmychneli co prędzej. Wściekłość go jednak nie opuszczała. Zaś w drzewach pobrzmiewały słowa piosenki Brodskiego:
Oto testament i spadkobiercy.
Oto świat, żywszy i przestronniejszy
Po twojej śmierci.
A oto gwiazdy. Lśnią z dawną siłą,
jak gdyby ciebie nigdy nie było.
Może tak było?
Oto pośmiertny byt, w którym nie ma
Ni śladu ciebie. Twego istnienia
Brak w tych przestrzeniach.
Witaj w ich mroku, gdzie gaśnie tchnienie,
Gdzie zastępuje jasne zbawienie...
Echo tych słów drażniło...
Gdy tak krążył po okolicy, zobaczył przedzierającą się przez las postać, która niewiadomo czemu, wetkneła biało-czerwoną flagę w to, co pozostało z jego ulubionej chaty.
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
"Biało-czerwoną? A właściwie dlaczego? Jeśli już to może dodać żółtoniebieską? A może np. Królestwa Dol-Amrothu?" Pomimo wschodniego pochodzenia i krótkiego czasu pomiędzy napisaniem a śmiercią, Włodzimierz zdążył przeczytać autorską wersję powieści pewnego Brytyjczyka, którą przesłał mu z Londynu jego "białygwardyjski" znajomy, Golicyn. "Ach ci Polacy, zawsze skłonni do pompatycznych gestów. Tylko jak trzeba wziąć się w garść to zaczynają się kłopoty. Ciekawe, czy odbudują chałupę, bo komin pewno długo nie wytrzyma."
Leśną ścieżką pięli się pod górę kolejni wędrowcy, przedzierając się przez zaspy i sapiąc niemiłosiernie. "Misia by wystraszyli tym hałasem" pomyślał, ale Barnaba spał akuratnie, więc kolejnym drepczącym na górę Stachom nic nie groziło. Patrzył uważnie: znowu amatorzy cudzej własności? Nie, robią tylko jakieś błyski, oglądają i obchodzą pogorzelisko dookoła. Uspokojony dokonaną wizją lokalną, Włodzimierz popatrzył na wschód, tam gdzie czerwienią zachodzącego słońca spać kładła się jego mała ojczyzna. Hm, a może polecieć tam, za San. I przypomniał sobie słowa autora przewodników turystycznych, mówiące o pięknie Tamtych Gór, o "polskim Hindukuszu niebieskim". A może? Odwiedzić? Co prawda to i tam większość w ruinie, a to co jest zbyt mocna pachnie czasami, kiedy paskudził na pomniki, ale z drugiej strony pogadam z kamratami, język poćwiczę, odpocznę, odetchnę powietrzem Popa Iwana, Howerli, Szpycich. A jednak wahał się. "Może tu jestem bardziej potrzebny?"
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
I wzbił sie wysoko na nieboskłon, patrząc na ten Łez Padół.
Za Sanem włśnie pociąg Siannki mijał, w Komańczy ludzie z cerkwi procesją ruszyli, bo to Święto Jordanu, a w jego sercu sumutek jakiś zagościł.
Szybował tak, " kra,kra,kra" pocichutku wydobywając z piersi, próbując przypomnieć sobie słowa pieśni Wł. Wysockiego.
-" Dopóki Ziemia kręci się
dopóki jest .... "
pamieć jest jednak zawodna, pomyślał, próbójąc dalej
- "Panie Boże podaruj
każdemu ........"
Ehhh!! nic z tego nie będzie!!!
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
Mijał właśnie kulminację Wetlińskiej, gdy nagły podmuch powietrza zmusiłgo do wytężonej pracy skrzydeł. Ocknął się z zadumy i uświadomił sobie iż autorem tej " Modlitwy " jest Okudżawa.
- Ki czort , ale jak idą te słowa?
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
Po chwili jednak (dokładnie po trzech ruchach skrzydłami), doszedł do wniosku, że zasadniczo zawsze można zaśpiewać "ja liubliu 'Tiebia zizn" albo skoczną piosenkę opisującą losy słynnego komendanta, Czapajewa. "Nie bądźmy tak pompatyczni jak ci na dole; przecież pomimo całej zadumy można się i poweselić".
Jak pomyślał, tak uczynił. Nucąc "Sokole (wybaczą mi to) moj ridnyj, Ty wysoko lietajesz..." i skręcając lekko w dół zbliżał się do...
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
... do Przełęczy Orłowicza, gdzie wylądował. Tam też odebrał codzienne meldunki od innych kruków, bezdyskusyjne uznających jego autorytet.
Nic nowego się nie wydarzyło. Ptasia społeczność żyła jeszcze pożarem Chaty Socjologa. Była to strata również i dla tego środowiska - ubyło jedno miejsce żerowania na resztkach pozostawianych przez ludzi.
Następnie rozpuścił zgromadzenie i rozejrzał się za noclegiem.
- Przenocuję tu obok, w Suchych Rzekach, w „Ostoi” - pomyślał.
I tak uczynił.
Dokładnie o północy dobiegł go głos biesa Rokity, ćwiczącego pod ziemią dusze komisarzy.
- Głośniej i wyraźniej ! - darł się diabeł. - Tak jak w 1939 roku ! Recytować poezję i modlić się. I po polsku, bo jesteśmy teraz pod polską ziemią. Głośniej i rytmiczniej, bo wrzącej smoły do kotłów doleję !
Przerażone tą całkiem realną wizją potępione głosy modliły się bluźnierczo, wierszem Aleksandra Błoka:
„Niech burżujów strach oblata,
Rozdmuchamy pożar świata,
Świat w pożarze, we krwi stanie -
Pobłogosław Panie !”
Lestinski wzdrygnął się i starym, wyuczonym ruchem chciał wyrwać szaszkę z pochwy. Dziobnął się jednak tylko w lewe skrzydło.
- Dobrze wam tak, swołocze !- zakrakał. Potem znów zasnął i spał aż do świtu.
Rano najspokojniej w świecie zjadł pół porcji z psiej miski. Wilczur pilnujący „Ostoi” nie protestował. Ba, patrzył nań z psim uwielbieniem, wyczuwając w odważnym kruku kogoś nadprzyrodzonego.
Po śniadaniu Włodzimierz wzbił się wysoko ponad buki i obrał kurs na Sękowiec.
Przed domkiem myśliwskim w Sękowcu, luksusowym ale drogim i dlatego raczej świecącym pustkami, stał teraz mercedes z warszawską rejestracją.
Kruk zniżył lot i dostrzegł na drzewie wiewióra Iwana, wiodącego identyczny co on, żywot. Wiewiór był niegdyś księdzem greckokatolickim, lecz wszedł w zbyt bliskie, wręcz zbrodnicze, układy z UPA, więc zamiast zbawienia żył wiecznie pod postacią wiewiórki.
- Kto przyjechał tym autkiem ? - spytał Lestinski.
- Podgarlak i Aneta - odrzekł Iwan.
- Co to za jedni ?
- Przyjechali wczoraj wieczorem. On to gość koło 60-tki. 160 cm wzrostu, łysa pała, 110 kg wagi. Trzy duże podbródki i czwarty mniejszy, dopiero tworzący się. Dlatego nazwałem go Podgarlakiem. Ale ząbki wszystkie i równiutkie - implanty. Jakiś milioner.
- A ona, ta Aneta ?
- Około 25 lat. Super dupa. Najwyraźniej chce go wykołować, tj. oskubać z kasy i nie dać nic w zamian.
- Niemożliwe. Stary jest pewnie za cwany na to.
- Możliwe, możliwe. Wczoraj mówiła, że ją boli głowa po podróży. I że mu się odda dopiero w Chacie Socjologa.
- Przecież spłonęła !
- Ale oni jeszcze o tym nie wiedzą. Dziś rano tam się wybierają. O, właśnie idą !
Faktycznie. Z domku myśliwskiego wyszła wysoka laska jak marzenie, w czerwonych, obcisłych puchowych spodniach. Za nią toczył się grubas, sapał i piszczał:
- Ale to chyba niedaleko stąd, kochanie. Prawda ?
- Nie, skąd, bliziutko. Mała górka. Cóż to dla takiego stuprocentowego mężczyzny, jak ty, Jerzyku.
Lestinski zadecydował, że tej pary prędko nie opuści. Jakaś rozrywka też mu się należy w tym kruczym życiu. Pofrunie nad nimi. Nareszcie jakieś urozmaicenie.
Wiewiór Iwan spojrzał na niego z zazdrością.
- Opowiesz mi o wszystkim ? - spytał z nadzieją w głosie.
- Oczywiście, stary klecho. Masz to jak w carskim banku przed rewolucją.
Potem poszybował za Podgarlakiem i Anetą, starając się podsłuchać ich rozmowę.
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
Jednak po dłuższym czasie okazało się to dość nudnym zajęciem. On z trudem radził sobie z chodzeniem po śniegu, sapal i ślizgał się niemiłosiernie. Ją znowu szybko znudziło powolne dreptanie i irytowała sie co chwila. Poza tym co tam dla niej jakieś Bieszczady, przecież to nie góry... co innego byłoby być teraz na nartach w Alpach...
Takie teksty nie mogły go zachwycić, jemu wczoraj marzyl się Pop Iwan, szumiał Brodski i Okudżawa, a ta ględzi coś o kurortach w Alpach. Z ironicznym kraknięciem pomyślal o ich minach na widok spalonej chaty i sprawiło mu to nawet satysfakcję, że nie odpoczną pod przytulnym dachem, ale będą musieli wracać z powrotem. W końcu to zdrowo chodzić po lesie... Dziś miał ochotę na skocznego kozaka, na porywające dusze tupańce...
- Oj pohulałbym, pohulał
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
Z przyjemnego rozmarzenia wyrwał Włodzimierza dobiegający z dołu głosny okrzyk.
No tak. Podgardlak poślizgnął się tym razem naprawde porządnie. Sturlał sie ze zbocza i wpadl glowa w usypana na dole wielką zaspę.
Aneta nie wygladala na przejętą. Uśmiechnela sie jadowicie i - pewna, ze nikt jej nie słyszy, wysyczała:
- Masz za swoje, grubasie. Romantycznych wieczorow w dzikich ostępach ci się zachciało.
Zbiegła lekko na dól, złapala niezdarnie szamoczacego sie Podgardlaka pod ramiona i pomogla mu wstać.
- Nic ci się nie stało, Jerzyku? - delikatnie otrzepywała go ze śniegu.
"Jerzyk" był czerwony jak burak i oddychał chrapliwie. Nie był w stanie wydusic nawet słowa.
"Pieknie" - pomyslal Wlodzimierz. - "On chyba zaraz dostanie zawału".
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
Kłuje mnie 1/8 serca, chyba nie dam rady-wysapał po około minucie Podgarlak, siedząc na mokrym śniegu i nieczując wcale zimna i wilgoci. Anetka nawet nie próbowała go namawiać na wstawanie. "Jak się przeziębi, to i amory mu z głowy wyfruną, a kaska i tak będzie moja" pomyślała.
Włodzimierz przez chwilę zastanawiał się, czy swoim starym sposobem nie opaskudzić Jerzyka, ale zrezygnował. Byłoby to chyba przelanie czary goryczy. "Ma się tą litość nad ludźmi" pomyślał, "nie będę dobijał leżącego". Ale może uczynić nagły zwrot akcji i zrobić to temu Czerwonemu Kapturkowi? Tak rozmyślając poderwał się z gałęzi i rozłożystego świerka i skierował nad malowniczą i egzotycznąparkę. Lekko zamyślony zniżał swój lot, ...
sofron
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
Lekko zamyślony zniżał swój lot, gdy zobaczył, że Podgarlak i Aneta nie są już w tej głuszy sami. W krzakach czaili się ci sami menele, którzy wczoraj chcieli rozebrać komin Chaty Socjologa. A nawet już się nie czaili, lecz zaczęli się skradać, trzymając w rękach jakieś „gazrurki”. W istocie były to ich „narzędzia pracy”, którymi dokonywali dzikich rozbiórek.
Wtedy kruk narobił piekielnego hałasu krakaniem i łopotem skrzydeł.
Podgarlak drgnął, oprzytomniał, przestał się żalić, obejrzał się i dostrzegł dwie podejrzane postacie w krzakach. Zauważył nawet, co trzymali w rękach. Wzrok miał jeszcze dobry, pewnie na skutek nieprzestrzegania diety i jedzenia codziennie masła. Sięgnął pod lewą pachę i wyciągnął z tzw. operacyjnej kabury swój HW-38, na który miał legalne zezwolenie. Dyszał jeszcze ciężko, ale był już spięty i gotowy.
Obwiesie odkryli, że zostali już zauważeni i wyszli z krzaków. Rewolweru w dłoni Jerzego nie dostrzegli, gdyż zasłonił go połą rozpiętej kurtki.
Anetę przeraził w pierwszej chwili manewr jej „Jerzyka” (czyżby to na nią ?), ale wnet się zorientowała w sytuacji, gdy dojrzała obcych.
Menele byli jeszcze niezdecydowani. Tzw. mokrej roboty nigdy jeszcze nie wykonywali, zresztą nie nadawali się do niej. Chroniczna bieda, a przede wszystkim głód alkoholowy, uczyniły ich jednak zdeterminowanymi i podpowiadały, aby koniecznie wykorzystać niespodziewaną okazję.
- Portfel i torebkę - zażądał wyższy. - A nic wam się nie stanie. Zresztą zaraz oddamy. Weźmiemy tylko kasę.
Podgarlak odwiódł kciukiem kurek. Był skoncentrowany i spokojny. Nawet dłoń mu się na kolbie nie spociła. Wstał, wymierzył w stojącego bliżej menela i powiedział krótko:
- Sp...aj !
- Nie strasz, ty ch..., gazowym - odpowiedział menel i zrobił krok do przodu. Drugi zbliżał się z boku do Anety.
Re: Bieszczadzka GRAFOMANIA. Refleksje kruka
Wyższy z łotrzyków był już zdecydowany.
- Zasłonię się torbą przed strumieniem gazu i przywalę grubemu prętem w łeb - postanowił i zdjął z ramienia torbę, w której miał swój skarb, czyli uzbierane i zgniecione puszki po piwie.
W tym momencie Podgarlak strzelił mu prosto w tę torbę, nie bacząc już nawet (nie było na to czasu), że może go też trafić. Pocisk szczęśliwie tylko przeszył ze chrzęstem torbę na wylot, mijając minimalnie brodę menela. Tego od razu opuściła odwaga. Drugi obwieś, który już, już miał skoczyć na Anetę, też stanął jak zamurowany ze strachu.
- Ręce do góry ! - ryknął Jerzy. - Obydwaj ! Żelastwo odłóżcie, tylko powolutku, na ziemię ! I cofnąć mi się o trzy kroki. Stanąć jeden obok drugiego ! Szybciej, ruszać się ! Aneta, weź te łomy i wywal na dół, ze zbocza. Tylko podchodź ostrożnie, z boku, nie po linii strzału !
Anetka ochoczo wypełniła to polecenie. Cisnęła precz, ze stokówki w dół, metalowy pręt jednego menela i gazrurkę drugiego. Potem jednak przekroczyła zakres otrzymanego przed chwilą rozkazu i wymierzyła silnego kopniaka w podbrzusze menelowi, który jeszcze pół minuty temu chciał się na nią rzucić. Niedoszły bandzior zajęczał, chciał się złapać rękami za obolałe miejsce, ale Jerzy go ostudził:
- Cały czas ręce w górze ! Obydwaj !
Następnie powiedział coś, co wręcz zdumiało, uradowało i z tej radości wręcz uszczęśliwiło Anetę:
- A teraz ja z wami, gnojki, pogram tak, jak wy chcieliście z nami. Dawać kasę, no już !
Menele byli równie zdumienia, jak Aneta, chociaż wcale nie było im do śmiechu.
- Ależ, panie, my biedni. My nic nie mamy ! Nic !
- Nie kłam. Coś tam macie. Wypróżniać kieszenie. A jak nie, to strzelam ! Potem zrzucimy trupy w dół i prędzej was lisy zjedzą, niż ktokolwiek znajdzie.
Opryszkowie posłusznie opróżnili kieszenie. Jeden miał 50 gr, drugi złoty dwadzieścia. Razem więc łup Jerzego wyniósł jeden złoty i siedemdziesiąt groszy.
- Cholera, nawet kosztu naboju mi nie pokryło - zażartował. - A teraz won mi stąd szybko, żebym was więcej nie oglądał. Pozwalam iść na policję i powiedzieć, że was obrabowałem z oszczędności. Na pewno wam uwierzy.
Menele oddalali się, jego zdaniem, zbyt wolno, więc jeszcze raz strzelił z rewolweru - tym razem obok nich, w krzaki. To znakomicie dodało łobuzom popędu, za chwilę już ich nie było widać.
Aneta była cała w skowronkach.
- Jureczku, nie znałam cię od tej strony.
- Ty mnie jeszcze w ogóle mało znasz, kochanie.
Aneta miała teraz tylko jedno pragnienie: jak najszybciej dojść do Chaty Socjologa i oddać się tam Jerzemu. Powiedziała mu to otwarcie, dodając:
- Najdroższy, pójdziemy w chacie na górę, pokażę ci jaskółkę ...
- Kochanie, nie wiem, czy ta pozycja, ta jaskółka, jest odpowiednia do mojego wieku i tuszy - Jerzy był ostrożny.
- Ależ Jerzyku, jaskółka to nie żadna pozycja (masz kosmate myśli), tylko najwyższa kondygnacja chaty, w sam raz dla zakochanych.
Następnie Aneta wyjęła z torebki mapę i zaczęła Podgarlakowi tłumaczyć:
- Wyszliśmy tędy z Sękowca, tu weszliśmy na stokówkę pod Otrytem. Potem szliśmy tędy, teraz jesteśmy już bardzo blisko Chmiela. Skręcimy w lewo, koło ostatniego domu, o tu, tego zaznaczonego na mapie i pójdziemy pod górę na Otryt, do samej chaty. Nie martw się, będę cię ciągnęła za rękę i za co tylko chcesz. Jestem młoda, silna i cię tam doholuję, choćbym miała paść.
W tym momencie kruk Lestinski znów dał znać o sobie. Cicho zakrakał i zatrzepotał skrzydłami.
Para przyjemniaczków przerwała naradę. Rozejrzeli się bacznie dokoła, ale nic nie dostrzegli. Doszły ich za to dźwięki gitary i śpiew. O tej porze, w styczniu ?!
Za chwilę zza zakrętu wyszło dwóch młodzieńców, w stanie lekko, ale tylko lekko, „wskazującym”. Byli to Korybut i Paweł, stali mieszkańcy Polańczyka. Pracowali tam w administracji ośrodków wczasowych. Dziś mieli wolny dzień i przyjechali wcześnie rano, aby obejrzeć zgliszcza Chaty Socjologa. Teraz wracali. W planie mieli jeszcze odwiedziny znajomych w hotelu w Zatwarnicy. Dlatego weszli na stokówkę, na której niedawno, o mało co, nie rozegrała się tragedia (za to rozegrała się komedia, na którą nie zdążyli).
Korybut płakał. Był chory z miłości. Grał na gitarze i śpiewał:
„Przyjdź, a burze ucichną szalone,
Przyjdź, a wiosna owionie znów mnie !
Ty uleczysz me serce zranione,
Wróć Asiczko, czarowny mój śnie !”
Trzy tygodnie temu z okładem poznał w Polańczyku, na balu sylwestrowym, Asiczkę. Była w swoim towarzystwie, bawiła się w gronie przewodników bieszczadzkich. Zatańczyła z nim tylko trzy razy. Ale to wystarczyło. Korybut był „ugotowany”. Robota leciała mu z rąk, w pracy i w domu nie mógł się skupić.
Paweł okazał się rzeczowy i szczerze chciał przyjacielowi pomóc:
- Przestań się mazać i opowiedz mi wszystko po kolei jeszcze raz. Nie martw się, odnajdziemy ją. Jak ma na imię ? Asiczka ? Łasiczka ? A może to nazwisko ? Powiedziała ci w tańcu, że jest stąd, z Bieszczadów. Na pewno ją więc znajdziemy. Na tym balu była też Zośka, cioteczna siostra Baśki, tej pracującej w hotelu w Zatwarnicy. Może ją zna.
W tym momencie dostrzegli Jerzego (jeszcze z rewolwerem w dłoni), Anetę i czarnego kruka, który bezczelnie nisko siedział na gałęzi, dosłownie metr od twarzy dziewczyny.
************************************************** ***********
Następny mój post z tego wątku tematycznego będzie nie wcześniej, niż za trzy dni, a i to pod warunkiem, że w międzyczasie inne osoby dopiszą nie mniej, niż trzy odcinki. Bo może czas skończyć „Grafomanię”, może mało kogo już ona interesuje.
************************************************** ***********
Wiadomość została zmieniona (24-01-03 21:14)