-
Bieszczady po raz pierwszy w życiu
05.10.
Dzień pierwszy.
Droga i góry.
Pani GPS wyliczyła mi 650 kilometrów drogi, ale na szczęście w niecałe dwie godziny od wyjazdu z Leszna wjechałem na autostradę A4 i jechałem nią do końca, aż za Kraków, a już w okolicach Jasła zobaczyłem góry. Za Duklą wjechałem na drogę 897, tą, którą chciałem jechać już po pierwszym oglądaniu mapy Bieszczad. Poznałem ją na całej długości, obserwując stopniowe tworzenie się i wzrost Bieszczad – od przedgórza do Tarnicy zamykającej horyzont nad Ustrzykami. Jadąc górską drogą nierzadko widać góry szczelnie zamykające horyzont, a droga, jakby nie wiedząc o tych zaporach, dalej prowadzi prosto na nie; budzi się wtedy ciekawość (gdzie droga znajdzie przesmyk dla siebie?), a nawet odrobina zupełnie irracjonalnej obawy, że za najbliższym zakrętem wstęga asfaltu skończy się u stóp góry broniącej przejazdu. Mija się jeden zakręt, drugi, i nagle stwierdza się ze zdziwieniem, że te góry, które wydawały się nieprzejezdne, są już za nami, ale oto przed nami wyrastają następne zbocza. Jeśli stoki gór można obserwować w czasie ich mijania samochodem, potrafią zadziwić swoimi metamorfozami, nieustającym procesem przemian uruchomianych pędem samochodu i zmieniającą się perspektywą. Wydają się być w ciągłym ruchu, co dziwi, jako że fakt ten, potwierdzany przecież wzrokiem, przeczy wiedzy o ich stałości. Zbocza zmieniają kształty i wielkości, wyłaniają się zza innych, zamieniają miejscami i nikną w tyle, zastępowane pojawiającym się z nikąd małym szczytem przytulonym do głównego masywu lub zębatą granią rozcinającą swoimi skałami lasy zbocza.
Na łysym szczycie góry mignął mi… domek. Zatrzymałem się na pobliskim parkingu, i porównując wspaniały widok wokół mnie z mapą, dowiedziałem się, że oto przede mną wznoszą się obie Połoniny, a domek na szczycie bliższej jest Chatką Puchatka, schroniskiem na grzbiecie Wetlińskiej. W głębi doliny błękitniały nieznane mi szczyty, a gdzieś u ich stóp były Ustrzyki.
Wiedziałem, że domek z moim pokojem stoi za kościołem, którego spodziewałem się znaleźć w centrum wioski. Jechałem więc powoli między pierwszymi domami rozglądając się, gdy po chwili… wioska skończyła się. Zawróciłem wiedząc już, że skrzyżowanie ze stojącą przy nim wiatą przystanku jest centrum osady. Dwa bary, dwa sklepu, garść domów, kościół schowany za drzewami, wieża anten telefonicznych i góry wokół. Ustrzyki Górne.
Przywitała mnie drobna kobieta, moja gospodyni i właścicielka tego drewnianego domku stojącego na końcu szutrowej dróżki. Za nim kończyła się wioska, a zaczynał las.
Gdy zapaliłem światło w pokoju, zmierzch za oknem zmienił się nagle w czarną noc nierozjaśnioną żadnym światłem; zobaczyłem dwa regały z książkami, i gdy odruchowo szedłem ku nim, dotarło do mnie, że jestem w Bieszczadach, u celu 650 kilometrowej podróży.
06.10.
Dzień drugi.
Tarnica. Dal.
Przed siódmą wyjechałem autobusem szkolnym do Wołosatego. Na końcu dostępnej drogi kierowca zawrócił, a ja wysiadłem i rozejrzałem się: skład drewna, kilka domów, budka kasy Parku, dalej ośrodek wypoczynkowy, wąska droga, a w górze Tarnica, cel mojej dzisiejszej trasy. Pusto tutaj. Trójka dzieciaków z plecakami weszła do czekającego na nich autobusu, i znowu zrobiło się pusto. Założyłem plecak, spojrzałem na chmurne niebo i ruszyłem. Było dziesięć po siódmej.
Szlak wiódł wygodną, acz pozbawioną widoków szutrową drogą ku Przełęczy Bukowskiej, czyli górę zostawiłem po lewej; wiedziałem, że zrobiwszy zakole, wrócę do niej. Widok po obu stronach dróżki zasłaniał młodniak jaworowy; chcąc upewnić się, brałem do ręki liście uważnie je oglądając, skoro nie mogłem rozpoznać drzewek po ich młodej, gładkiej jeszcze korze: niewątpliwie jawory, tworzące tutaj zwarty las. Na przełęczy wyszedłem z lasu na połoninę i obejrzałem się wydając westchnienie zachwytu po raz pierwszy.
Te góry są hojne w rozdawaniu dali, a nawet rozrzutne, pozwalając się oglądać ze wszystkich stron. W rezultacie gdy szedłem grzbietem, oglądałem się za siebie chcąc jeszcze raz nasycić wzrok ogromem i dalą, w której nikną stojące jeden za drugim, coraz bardziej niebieskie szczyty; oglądałem kobierce czerwieniejących jagodzin przeplatanych jaskrawo zielonymi wyspami mchów i jasnoszarymi połaciami gołobórz, a to wszystko wśród falującego morza wysokich, żółtych traw. Jednocześnie goniła mnie do przodu ciekawość i nienasycenie: chciałbym już być na szczycie wzniesienia przede mną, aby zobaczyć dal jeszcze nie oglądaną, a czekającą tam na mnie.
Słońce, w tych rzadkich chwilach wychylania się zza chmur, równie szczodrze jak góry rozdawało swe uroki nasycając barwy drzew w dolinach i rozjaśniając żółknące trawy połonin.
Z głębokiej i rozległej doliny, gdzieś spomiędzy drzew rosnącego tam boru, dobiegał mnie ryk jelenia wzywającego przeciwników na pojedynek. Ryk był odległy, ale czuć było w nim potęgę dźwięku. Ten odgłos przenosił mnie przez wieki – w jakieś przedhistoryczne czasy mojej zależności od przyrody. Szedłem nasłuchując i patrząc w dół, na bór wspinający się po zboczach. Znowu dobiegł mnie ryk. Zadrżałem. Były w tym głosie moc i wyzwanie, a ja poczułem to, co pewnie czuje słabszy konkurent ryczącego byka: że ten bór nie do mnie należy, a do siły większej ode mnie.
Gdy nieco później, na szczycie Halicza, zobaczyłem dziewczynę czytającą książkę, przyszła mi do głowy myśl o posłuchaniu w górach Brahmsa; nie wiem skąd ta myśl, a Brahms zapewne przez wspomnienie wędrówki polami po Roztoczu wiele lat temu, gdy przenikanie się odmiennych wrażeń zrobiło na mnie silne wrażenie. Koncert skrzypcowy D-dur Brahmsa i Dal oglądana ze szczytu góry…
Tarnicę widać było z daleka, już z Połoniny Bukowskiej, i później, gdy minąłem wyniosły Halicz i szedłem zboczem zębatego Krzemienia zbliżając się ku niej, góra chwaliła się sobą cały czas, rosnąc i potężniejąc aż do kulminacji na Przełęczy Goprowskiej u jej stóp. Wysoko, na siodle przełęczy pod szczytem, wolno poruszały się maleńkie drobinki, jakby błądziły tam bezradnie mrówki. Po drugiej stronie przełęczy nitka szlaku odważnie wspinała się na stromą ścianę Krzemienia, po chwili i tam zobaczyłem wolno przemieszczające się ludzkie drobinki.
Szczyt przywitał mnie mgłą i wiatrem. Gnał wiechcie białawej waty od Wołosatego, a te przemykały obok mnie niczym przestraszone duchy szarpiąc nogawkami spodni. Szybko zszedłem na Przełęcz Siodło i usiadłem otwierając plecak. Gdy zjadłem kanapkowy obiad, mgła przerzedziła się, więc wszedłem na szczyt ponownie. Tym razem czekała tam na mnie Dal. Pierwszą zobaczyłem nitkę szlaku opadającą stromym zboczem ku Wołosatemu doskonale widocznemu w dolinie, a później, gdy podniosłem głowę i obróciłem się, po raz kolejny tego dnia świat otwarł się wokół ogromnym widnokręgiem.
Ogrom towarzyszył mi aż do granicy lasów, gdy przez Tarniczkę i Szeroki Wierch schodziłem ku Ustrzykom.
07.10.
Dzień trzeci.
Rawki, schronisko i Krzemieniec. Dal po raz drugi i spotkanie bez spotkania.
Idąc z Ustrzyk szosą 897, krótko po siódmej skręciłem w las śladem znaków szlaku na Wielką Rawkę. Drogowskaz informował o dwóch godzinach marszu na szczyt.
Długie podejście wiedzie lasem, w którym zobaczyć można metrowej średnicy olbrzymy rozsypujące się w pył i rosnące na nich młode drzewka – samosiejki; inne olbrzymy umierają tam stojąc i strasząc kikutami swoich ramion na rozsypujących się pniach obrośniętymi hubami. Bywa też, że taki martwy z pozoru olbrzym żyje jeszcze, bo oto wysoko dostrzec można zieloną jego gałąź. Liczne są klony jawory, częstokroć omszałe aż po konary; plamami porostów i swoją łuszczącą się korą czynią wrażenie bardzo starych, pierwotnych drzew górskich borów; natomiast świerki, tak liczne w Sudetach, tutaj są tylko uzupełnieniem bukowo-jaworowych lasów.
Wysoko, przy granicy połonin, liczne są krzewiaste, skarlałe buki tworzące zwarte zarośla, a jeszcze wyżej, już wśród traw i jagód połonin, spotyka się liczny tutaj endemit: olszę zieloną, funkcją i wyglądem przypominającą tatrzańską kosodrzewinę. Mój gospodarz podał mi lokalną ich nazwę: olcha kosa. Oczywistym wydaje się istnienie tutaj związku etymologicznego z pierwszym członem słowa kosodrzewina, ale jaki on może być – nie wiem. Spodziewałbym się starego znaczenia słowa kosa jako czegoś niskiego czy pokręconego (jak te drzewa), ale jedyne znane mi stare znaczenia to kosa – warkocz, i kosa – narzędzie do ścinania zboża, a przecież te drzewka ani nie są podobne do dziewczęcych warkoczy, ani nie kosiło się ich. Gdyby ktoś znał wspólne korzenie etymologiczne olchy kosy i kosodrzewiny, proszę o informacje.
Na najwyższych wysokościach – wracam w góry - gdzie nawet skarłowaciałe buki nie sięgają, olcha zielona dzieli się swoimi siedliskami jedynie z jarząbem pospolitym, czyli pospolitą jarzębiną, czym byłem tak zaskoczony, że pytałem mojego gospodarza, bieszczadzką encyklopedię, czy aby nie mylę się, widząc rachityczne krzewy z wyraźnym trudem radzące sobie na kilometrowej wysokości.
A w dolinach widziałem nasze lipy, jesiony, klony (te zwyczajne, wspaniale kolorowe jesienią), rubinie akacjowe, piękne jesienią sumaki, kaliny z cudnie czerwonymi owocami, zielone jeszcze modrzewie, oczywiście wierzby i brzozy, chociaż pnie tych ostatnich wydawały się inne, jakby chore, bo pokryte porostami.
Tuż przed szczytem – teraz wracam na szlak – już na wysokości połonin, wyprzedził mi chłopak. Zapytałem o czas, spojrzał na zegarek i krzyknął: 35 minut. Podejście jest tam dwugodzinne. Później spotkałem go jeszcze raz: gdy zobaczył mój podniesiony kciuk, pokręcił głową i krzyknął, że dzisiaj ma słaby czas. Może po drodze zbierał maliny?..
Im byłem wyżej, tym wolniej szedłem, odwracając się i patrząc w dal, a widok otwierał się tam ogromny i szeroki: od zbocza Połoniny Caryńskiej na północy, poprzez grupę szczytów w pobliżu Tarnicy na wschodzie, po nieznane a liczne szczyty po ukraińskiej stronie. Tam właśnie widziałem surrealistyczny widok: strażnika na motocyklu. Miałem mu krzyknąć, że chyba na światłach skręcił w niewłaściwą ulicę, ale nie zdążyłem, bo minął mnie podskakując na kamieniach i pojechał gdzieś w stronę Krzemieńca, może na złamanie karku.
Poszedłem i ja w stronę tego magicznego miejsca spotkania się trzech granic, a gdy doszedłszy usiadłem na pniaku i patrzyłem na otoczenie trójgraniastego słupa granicznego wyznaczającego stronę słowacką, polską i ukraińską, pomyślałem, że chociaż drzewa są wszędzie jednakowe, to pójść mogę tylko prosto, na Słowację, a w lewo, na Ukrainę, iść nie mogę. Granice niemożliwe do swobodnego przekraczania są czymś niesamowicie nienaturalnym i idiotycznym. Ograniczającym przyrodzoną człowiekowi wolność. Obiecałem sobie pójść jeszcze tej zimy do drugiego, sudeckiego miejsca styku trzech granic, i szerokim kołem, swobodnie, bez oglądania się za strażnikami, przejść ziemie dwóch naszych sąsiadów, a to dla doświadczenia poczucia wolności.
Powoli, zapisując sobie w pamięci widoki i chwile, minąłem rozgałęzienie szlaków ku Małej Rawce, i poszedłem górskim grzbietem w stronę Wetliny, bez zamiaru dotarcia tam, ale dla samego marszu, dla drogi przede mną i widoków wokół mnie. Na południu ukraińskie szczyty coraz częściej zatrzymywały granatowe chmury, wiał silny wiatr, a gdy zaczęło kropić uznałem, że pora zawrócić, by idąc przez Małą Rawkę zejść do schroniska, w którym spodziewałem się znaleźć wiadomość zostawioną tam dla mnie przez internetową znajomą.
To była niesamowita chwila, gdy usiadłem na ławie, wziąłem w rękę książkę, i kartkując ją znalazłem kartkę adresowaną do mnie. Oto miałem w ręku dwa dowody: na istnienie w realnym, materialnym świecie osoby znanej mi jedynie jako autorki czarnych znaczków liter na ekranie komputera, i dowód jej pamiętania o mnie. Dziękuję za przeżycie, dziękuję za pamięć:)
A zjedzony tam bigos odbijał mi się jeszcze na drugi dzień:(
08.10.
Dzień czwarty.
Dzióbek Polski: źródło Sanu. Pustka.
Wstałem o szóstej i spojrzałem w okno: śnieg przygniatał gałęzie drzew. Gospodarz pocieszył mnie historyjką z przed dwóch lat, gdy 10 października spadło metr śniegu i Ustrzyki przez 6 dni nie miały prądu. A dzisiaj szosa jest czarna – zakończył. Pojechałem, chociaż okazało się, że czarna była jedynie w pobliżu wioski. Wystraszony białą nawierzchnią górskiej drogi, jechałem na drugim biegu z szybkością niewiele ponad 20 kilometrów. Świerki wyglądały naturalnie i ładnie pod śniegiem, ale brzozy wydawały się być nim przygniecione, ich gałęzie były zwisające, jakby bliskie złamania; zieleń i żółć ich liści w połączeniu z czapami śniegu dawały ładne kompozycje, ale była w nich nienaturalność, do której oczy nie przywykły.
Droga wiodła na północ do miejscowości Stuposiany, tam skręciłem w prawo w bezimienną drogę prowadzącą z powrotem na południe. Na dystansie 40 kilometrów minąłem tylko trzy czy cztery osady złożone z kilku domów i parę ośrodków turystycznych. Przy wjeździe na teren Parku bileterka sprzedająca mi bilet wstępu wyraziła zdziwienie moją decyzją wędrówki w taką pogodę. Dalej droga była jeszcze węższa i zupełnie już pusta. Wyglądała niesamowicie, jakby nie była używana od wielu lat, jakby ludzi i ich samochodów już nie było, a Przyroda, jedyna pani pustego świata, ponownie brała w posiadania zagrabione jej włości. Rosnące przy szosie drzewka, jakieś zarośla i badyle, dźwigając warstwę ciężkiego śniegu, pochylały się nad jezdnią tak mocno, że miejscami zasłaniały ją całą. Mimo zjeżdżania na brzeg jezdni, rozpychałem maską samochodu i przednią szybą śnieżno-zielone gałęzie. Bukowiec na końcu drogi nie był wioską, a jedynie miejscem: jest tam droga do leśniczówki, wyboisty parking, tablica informująca o braku zasięgu GSM, zakazy dalszej jazdy, las i góry. Drobna mżawka ustała, ale niebo dalej było buro chmurne, gdy założyłem plecak i zanurzyłem się w las. Drogowskaz informował o trzech godzinach drogi. Droga wiodła lekko pagórkowatym terenem, lasami lub łąkami, czy raczej byłymi polami.
Bieszczadzkie szlaki są dobrze oznaczone; w ciągu tych czterech dni tylko raz zawracałem, właśnie na tej trasie, ale o pomyłce popełnionej na śniegiem pokrytym polu wiedziałem już po przejściu stu metrów. Po kwadransie marszu poczułem charakterystyczny chłód na lewej stopie, po drugim kwadransie przemoczone miałem obydwa buty, a po godzinie cały ociekałem wodą. Kurtka okazała się być faktycznie nieprzemakalna, ale spodnie już nie, czułem zimny okład na kolanach, a wszystko przez chaszcze zagradzające ścieżkę szlaku. Na początku starałem się je odchylać rękoma, ale szybko przekonałem się o nieskuteczności tych starań, i ociekające zarośla rozpychałem tułowiem, zasłaniając twarz dłonią.
Szlak prowadził przez nieistniejące już wioski, folwark, po którym zostało kilka kamieni ledwie zauważalnych wśród zarośli, obok dwóch grobów dawnych właścicieli tych terenów. Dwa stare groby odwiedzane jedynie przez turystów jako ciekawostka na szlaku, a przy nich kamienny mur kapliczki bez dachu.
Beniowa, Sianki, Bukowiec… puste miejsca, napisy kursywą na mapie, zarastające pola, resztki fundamentów, rosła lipa ocieniająca nieistniejący od półwiecza dom, w którym kiedyś żyli ludzie, a obok, wśród zarośli, przerdzewiały krzyż i potargana wiatrem tablica informacyjna...
Gdy w Beniowej oglądałem kamienną chrzcielnicę stojącą wśród ruin i badyli, pomyślałem o matkach, które kiedyś kładły tam swoje małe dzieci i wierzyły w ich dobrą przyszłość. Teraz na resztkach fundamentów ich świątyni rosną drzewa…
A w spisach wyborczych nadal te wioski, widma przeszłości, są wymieniane jako przynależne do okręgu wyborczego – wiadomość o tym fakcie zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Te wywoływanie duchów przeszłości budzi żal minionego życia.
Wracam na szlak.
Za murkiem kapliczki było jeszcze dwa metry Polski kończącej się Sanem, strumykiem metrowej szerokości. Na środku nurtu kamień wystawał ponad wodę, już przymierzałem się do kroku, gdy przypomniałem sobie o ukraińskich strażnikach i tego kroku za granicę nie zrobiłem. To nie granica z Czechami czy Słowacją, gdzie człowiek ma prawo pójść tam, gdzie chce, i żaden strażnik nie będzie robić awantury z powodu jej przekroczenia.
Parę razy słyszałem posapywanie, jakieś ryki… niedźwiedź, czy moja wyobraźnia?
Niebo rozjaśniło się, i słońce zaświeciło na milionach kropelek wody zdobiących końce świerkowych igieł. Nadal ociekający wodą las uśmiechnął się do mnie, a ja pochwaliłem jego surowy urok.
Szlak kończy się przy miejscu uznawanym za źródło Sanu: z pod kępki drzew, ze skalnej szczeliny, wypływa strumyk, któremu tamę można postawić jedną dłonią, a granica, rozdzieliwszy tę kapkę wody na dwie części, wspina się dalej łagodnym zboczem ku bezimiennemu szczytowi. Za nim, trzy kilometry dalej, jest Opołonek, szczyt i miejsce Polski najbardziej wysunięte na południe. Co prawda przesunięcie równoleżnikowe względem źródła wynosi jedynie około 300 metrów, ale jednak istnieje… Dobrze, powiem jak było: kręciłem się tam dobre pół godziny nie mogąc się zdecydować. Iść tam, czy nie? Gdy trafię na strażników polskich, wymigam się, gdy na ukraińskich, zabiorą mnie (uprzedzano mnie o tym!) do Lwowa, a później do przejścia granicznego. Pójdę lasem! Po przejściu stu metrów, wyminięciu kilku rozłożystych świerków i przedarciu się przez gęstą kępę zarośli, zawróciłem.
Doszedłem aż tutaj i nie przejdę tych trzech kilometrów? – patrzyłem na pas wykarczowanego lasu poznaczonego polskimi i ukraińskimi słupami granicznymi. Pójdę! Poszedłem. Każdy dźwięk, realny i wyobrażony, był dla mnie odgłosem goniących mnie strażników. Po przejściu kilometra, przy naszym słupie granicznym numer 222, poddałem się i zawróciłem. Nie dałem rady psychicznie.
Przy źródle spotkałem dziewczynę, towarzyszkę mojej drogi powrotnej; chyba też słyszała te grube, złowrogie pomrukiwania w lesie (więc nie były one wytworem mojej wyobraźni?), i jak ja uznała, iż są to odgłosy niedźwiedzia:) Marsz rozgrzał mokre i marznące stopy, a spodnie na kolanach wysuszyłem ciepłem nóg. Przed zmierzchem zaparkowałem forda obok drewnianego domku moich gospodarzy.
Po co poszedłem na tamto pustkowie, skoro rozległych widoków tam nie ma? Bo chciałem być na samym końcu Polski, być tam, skąd dalej nie ma już gdzie iść. Chciałem poznać tamtą pustkę i posłuchać jej, aby usłyszeć siebie.
Zrobiłem to.
09.10.
Dzień piąty. Mgła i droga.
Połonina Caryńska i powrót do Leszna.
-Gdy wejdzie pan na szczyt, mgły już nie będzie – orzekł mój gospodarz, gdy krótko po świcie szykowałem się do wyjścia. Pomylił się po raz drugi.
W jego domu wieczór zamieniał się w noc już około godziny 21, a dzień zaczynał się o świcie, także w niedziele. Już pierwszego wieczoru poddałem się temu rytmowi, bo tam, w tej zapadłej wsi, w domu z drewnianą, skrzypiącą podłogą, z oknami przez które nie widać żadnego światła na dworze, taki rytm wydawał się naturalnym i oczywistym powrotem do natury.
W planach miałem wejście czerwonym na Połoninę Caryńską, przejście jej grzbietem do drugiego szczytu, powrót do skrzyżowania szlaków, zejście do Przełęczy Przysłup, i dalej dojście żółtym do Bereżki, skąd miałem nadzieję złapać okazję do Ustrzyk, albo przejść szosą te kilka kilometrów dzielących obie wioski.
W Bieszczadach wiele szczytów, i to nie małych, zalesionych górek stojących na uboczu zainteresowań turystów, ale i tych popularnych, nie ma swoich nazw. Połonina Caryńska jest nazwą wieloznaczną, używaną do określenia tej jednej konkretnej połoniny, obu szczytów odległych od siebie o około dwa kilometry, oraz całego masywu górskiego – a to tylko przykład. Gdy zapytałem się gospodarza o nazwę szczytu bliższego Ustrzykom, powiedział, że ta góra nie ma nazwy, a gdy pokazałem na mojej mapie nazwę o ukraińskim brzmieniu, powiedział, że nie jest używana.
W wielu miejscach Bieszczad została przerwana nić połączeń międzypokoleniowych, ludzie starsi nie przekazali młodym stosowanych nazw miejsc, bo w pewnej chwili, parę lat po wojnie, zabrakło tam jednych i drugich: obecna ludność Ustrzyk jest w całości napływowa. Mój gospodarz sprowadził się tam 40 lat temu, jako jeden z pierwszych osiedlających się tam leśników, i nie miał kto zaznajomić go z nazwami.
W tej zrozumiałej historii dziwi mnie jedynie brak potrzeby nadania swoich nazw górom i miejscom przez nowych mieszkańców tamtych okolic.
Dwugodzinne podejście na Połoninę (piszę z wielkiej litery mając na myśli nazwę masywu Połoniny Caryńskiej, albo z małej, gdy myślę o bezleśnym obszarze góry) zaczyna się w wiosce i wiedzie – jak wiele innych podejść tutaj – pięknym lasem bukowym. Dzisiaj uroku dodawała mu mgła (tak!, mgła czyni las urokliwszym), także jaskrawe kolory jesieni na niektórych drzewach, oraz świadomość przeżywania ostatniego dnia w Bieszczadach. Szlak nie jest tam dokuczliwy, a połonina zaczyna się dość nisko, otwierając rozległe widoki… Nie dzisiaj. Szedłem we mgle, a dali jedynie domyślałem się. Dopiero na szczycie spotkałem pierwszego człowieka, porozmawialiśmy chwilę, uścisnęliśmy sobie dłonie i rozeszliśmy się. Zadziwiająca jest szybkość zmiany naszych reakcji na widok człowieka! Wystarczą góry, trochę odludzia, trochę samotności, by drugiego człowieka witać z radością jak dobrego znajomego.
Postanowiłem zejść na drugą stronę masywu do schroniska, i zaczekać tam na poprawę pogody. Szlak wiódł stromym, gliniastym zboczem, szedłem nim w tempie żółwia starannie wybierając miejsca stawiania stóp, a niżej, już w lesie, gdy wyszedłem na niewielką polankę, zobaczyłem słońce prześwitujące przez rzadką już mgłę. Więc z powrotem na szczyt! Wejście było łatwiejsze od zejścia, ale na górze spotkałem… mgłę. Trudno – pomyślałem – miałem przejść całą długość masywu, więc przejdę. Naciągnąłem czapkę na uszy, zaryzykowałem chowając zgrabiałe dłonie w kieszeniach kurtki (nie pomyślałem o wysuszeniu przemokłych wczoraj rękawic), i poszedłem.
Szlak pojawiał się 20 kroków przede mną i tyleż za mną niknął, szedłem patrząc pod nogi, na bardzo utrudniające marsz pionowo wystające, cienkie i długie, kamienie obnażonego do kości, bo pozbawionego traw masywu. Były niczym kostne płyty na grzbiecie stegozaura.
Na stromych zboczach i na najpopularniejszych szlakach wyraźne są procesy degradacji połonin. Gdy gęste krzaki jagód zostaną rozdeptane, woda spłukuje (wiatr rozwiewa, buty dalej rozdeptują) cienką, przez tysiąclecia tworzoną warstwę ziemi, odsłaniając nagą skałę, co uruchamia nowe i przyśpiesza już działające procesy denudacyjne. Czasami ścieżka szlaku znajduje się nawet pół metra poniżej pierwotnej powierzchni, i jest skalnym martwym rumowiskiem. W wielu miejscach szlaków postawione są tabliczki zakazujące marszu poza wyznaczoną ścieżką, a to w celu zahamowania tych degradacyjnych procesów.
Przyroda w górach ma bardzo delikatną równowagę. Chrońmy ją nie schodząc ze szlaku, nawet jeśli szlak jest grzbietem stegozaura – jak na Połoninie Caryńskiej.
Zbocza czasami przypominały łagodne górskie łąki, ale były też takie miejsca, gdzie opadając stromo i symetrycznie na obie strony, tylko zdążyły zafalować kładącymi się pod wiatrem trawami, i zaraz ginęły we mgle – jakbym nie tylko ja szedł we mgle, ale i góra w niej płynęła. Na wprost zmaterializował się we mgle kształt człowieka przygniecionego plecakiem; właśnie tak to wyglądało, jakby mgła skupiła się wydając z siebie ludzki kształt.
Po lewej, na granicy widoczności, zobaczyłem mały, samotnie tam rosnący świerk; zapomniałbym o nim, gdybym nie zobaczył go ponownie, tym razem z dołu, z kilkukilometrowej odległości, gdy już opuszczałem Bieszczady. Zobaczyłem, rozpoznałem, i w tej jednej chwili wydał mi się swojski, bliski, mój.
Minąłem drugi szczyt, i gdy szlak zaczął stromo opadać ku przełęczy oddzielającej obie Połoniny, zawróciłem. Tym razem na szlaku było dużo ludzi; wyobraziłem sobie ich tłum tutaj w ładną pogodę, w letni dzień, i wtedy pomyślałem o Górach Kaczawskich. Tam przez cały dzień wędrówki nie spotkałem nikogo, a tutaj w mglisty dzień jest tyle ludzi… Przez chwilę czułem smutek, żal i najzupełniej irracjonalną niechęć do tej lubianej i tak chętnie odwiedzanej Połoniny.
Może właśnie w tamtej chwili postanowiłem wracać już dzisiaj, nie czekać ranka jutrzejszego dnia, jak planowałem, a wyjechać wieczorem.
Na zboczu góry, jeszcze nad lasem, zszedłem poniżej mgły. Zatrzymałem się, i po prostu gapiłem się, stęskniony dali, jak gapi się zakochany w twarz kochanki. A twarz Dali miała wiele znajomych już rysów, co cieszyło mnie i napełniało dumą. Rozpoznawałem Wołosate, Tarnicę, Krzemień, gdzieś tam i dzióbek Halicza się wyłaniał; w dole, za grzbietem, niewidoczne stąd Ustrzyki, na prawo biegła schowana za zboczem szosa 897, którą już za 3 godziny miałem jechać, a dalej wznosiła się Rawka…
Te góry nie są już mi całkiem obce, mam w nich swoje miejsca.
O piętnastej byłem na dole, o szesnastej wyjechałem, i jadąc już zobaczyłem, że mgła ukrywa jedynie wyższy szczyt Caryńskiej. Na parkingu w okolicach Brzegów zatrzymałem się, chcąc jeszcze raz spojrzeć na rozpoznawane już szczyty. Daleko, na krańcu horyzontu, zobaczyłem jasne w tej chwili siodło między Tarnicą a Tarniczką, a bliżej plamy słońca pełzające po zboczu Połoniny. Góra pokazała mi się majestatyczna i ogromna; zobaczyłem tamten samotny świerk na jej zboczu, i nie czułem już żalu wiedząc, że wrócę.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Dzień Dobry,
czytanka fajna, a fotybyłyby jeszczelepsiejsze :-)
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Witam Bieszczadnika:) Mam zdjęcia, postaram się je zamieścić, chociaż nie są one super. Lepiej wychodzi mi pisanie niż prztykanie aparatem:(
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Witaj.
Świetnie napisane,przyjemnie się czyta.
Tylko borów w Bieszczadzie na lekarstwo ;)
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Zobaczyłam Twoją relacje sporo napisałeś sięgnęłam po okulary chodź wstać z fotela mi się nie chciało,ale warto było;)pozdrawiam
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Dziękuję, Browarze.
Trudno mi polemizować z Tobą, Bieszczady znam tyle co nic, powiem tylko, że za bór mam duży kompleks leśny w którym nie ma wycinek drzew, dróg z samochodami i ścieżek z gromadą rowerzystów. Jaka byłaby Twoja definicja boru?
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Skoro wzbudziłem Twoją tęsknotę i wyobraźnię, to Tobie winienem podziękowanie, a sobie, mężczyźnie, powinszowanie:)
Dziękuję za ciepłe przyjęcie mojego tekstu.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Cytat:
Zamieszczone przez
olgaa
Zobaczyłam Twoją relacje sporo napisałeś sięgnęłam po okulary chodź wstać z fotela mi się nie chciało,ale warto było;)pozdrawiam
Dziekuję, Olgo:) Zobaczyłaś bez okularów? To Ty masz sokoli wzrok przy moim! Ja bez okularów bez trudu zauważę, że komputer jest włączony. Cóż, skoro jest się molem książkowo-komputerowym... Fajnie Ci, mieszkasz w Krośnie, więc w góry masz bliziutko. Ja najbliżej mam w Sudety, trzy godziny drogi samochodem. Byłem tam tydzień temu, będę jutro.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Cytat:
Zamieszczone przez
Krzysztof Gdula
Dziekuję, Olgo:) Zobaczyłaś bez okularów? To Ty masz sokoli wzrok przy moim! Ja bez okularów bez trudu zauważę, że komputer jest włączony. Cóż, skoro jest się molem książkowo-komputerowym... Fajnie Ci, mieszkasz w Krośnie, więc w góry masz bliziutko. Ja najbliżej mam w Sudety, trzy godziny drogi samochodem. Byłem tam tydzień temu, będę jutro.
A to czekam na relacje i okularów nie chowam;)pięknej pogody życzę.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Bory są iglaste:) , bory mieszane - iglaste z liściastymi, lasy mieszane - liściaste z iglastymi , a lasy - liściaste.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Cytat:
Zamieszczone przez
edytadt
Bory są iglaste:) , bory mieszane - iglaste z liściastymi, lasy mieszane - liściaste z iglastymi , a lasy - liściaste.
O! Dowiedziałem się czegoś nowego. :-)
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Świetnie mi się czytało tylko biedny człecze nie wiesz tego żeś już zapadł na chorobę Bieszczadami zwaną:-) Lekarstwa na nią nikt jeszcze nie wynalazł
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Dzień czwarty dla mnie najlepszy ale generalnie cały zapisek po prostu cudny.Widzisz więcej niż inni...pozdrawiam serdecznie.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Przeczytałem w Bieszczadzie. Super relacja.
Pozdrawiam
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Cytat:
Zamieszczone przez
olgaa
A to czekam na relacje i okularów nie chowam;)pięknej pogody życzę.
Witaj, Olgo.
Miałem piękną pogodę:) We wtorek byłem w Górach Stołowych, dzisiaj w Kaczawskich. Z moich wędrówek po Sudetach mam sporo zamieszczonych w internecie relacji, ale nie wiem, czy mogę tutaj podawać linki. Nie chce mi się czytać regulaminu. Gdybyś była zainteresowana, zadaj przeglądarce google takie zapytanie: Krzysztof+Proust
Dwa pierwsze wyniki będą o mnie na stronie, gdzie są setki stron moich tekstów, także o górach.
Z pozdrowieniami - Krzysztof
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Cytat:
Zamieszczone przez
robines
Dzień czwarty dla mnie najlepszy ale generalnie cały zapisek po prostu cudny.Widzisz więcej niż inni...pozdrawiam serdecznie.
Dzięki.
Bo widzisz, trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Ja je taaaak wybałuszam:) Pewna znajoma powiedziała mi kiedyś, że będąc na łonie przyrody nie można gonić szybko do celu, bo wiele wtedy ominie się, że trzeba znaleźć czas i na zbieranie malin. Zbierajmy więc je.
Przyjmij i Ty moje pozdrowienia.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Cytat:
Zamieszczone przez
bertrand236
Przeczytałem w Bieszczadzie. Super relacja.
Pozdrawiam
Pozdrowienia i dla Ciebie:) Dziękuję Ci.
Na dole widzę adres sklepu sportowego - to Twój adres? Pytam, bo nie znam tej strony, jestem tutaj nowy, a ostatnio sporo miałem do czynienia z pewnym poznańskim sklepem sportowym, gdzie kupiłem Islandy Meindla, które okazały się być za ciasne, i których nie mogąc wymienić na większe, muszę sprzedać.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Cytat:
Zamieszczone przez
edytadt
Bory są iglaste:) , bory mieszane - iglaste z liściastymi, lasy mieszane - liściaste z iglastymi , a lasy - liściaste.
Tak? Nie przeczę, tylko dziwię się, bo zawsze uważałem, że bór to stary, wielki las ze starodrzewem, z gnijącymi, powalonymi wiatrem lub wiekiem drzewami, z jeleniami i bez ludzi. A las to las. Jak ten podmiejski.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Cytat:
Zamieszczone przez
diabel-1410
Świetnie mi się czytało tylko biedny człecze nie wiesz tego żeś już zapadł na chorobę Bieszczadami zwaną:-) Lekarstwa na nią nikt jeszcze nie wynalazł
Niestety, chyba masz rację...:(
Ta choroba tym bardziej jest dokuczliwa, że do lekarstwa mam 650 km.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Szczęściarz;) tylko 650 km..
Miałeś piękne, rozległe widoki przy ładnej pogodzie. Pewnie teraz przyjdzie pora na:
- małą, zamgloną polankę na Stołach
- niewielką dolinę Hulskiego z kaskadą
- ścieżkę biegnącą 8,5 km na zachód od Balnicy
Czego Ci serdecznie życzę
Długi
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Cytat:
Zamieszczone przez
Krzysztof Gdula
wśród traw i jagód połonin, spotyka się liczny tutaj endemit: olszę zieloną, funkcją i wyglądem przypominającą tatrzańską kosodrzewinę. Mój gospodarz podał mi lokalną ich nazwę: olcha kosa. Oczywistym wydaje się istnienie tutaj związku etymologicznego z pierwszym członem słowa kosodrzewina, ale jaki on może być – nie wiem. Spodziewałbym się starego znaczenia słowa kosa jako czegoś niskiego czy pokręconego (jak te drzewa), ale jedyne znane mi stare znaczenia to kosa – warkocz, i kosa – narzędzie do ścinania zboża, a przecież te drzewka ani nie są podobne do dziewczęcych warkoczy, ani nie kosiło się ich.
Lubię dzielić włos na czworo, więc podywaguję botanicznie.
Inna nazwa kosodrzewiny to sosna kosa podobnie olcha kosa, "kosa" to inaczej pochyła, pokrzywiona - chodzi o formę wzrostu, pokrój (powiązane z ukos i np. też kose spojrzenie). Czyli tak jak intuicyjnie podejrzewałeś.
Bór, jak podała Edytadt to dokładnie las iglasty, lub jakby powiedzieli w Krakowie "szpilkowy";-)
Rację ma Browar, bo w Bieszczadach przeważa buczyna.
To co rozumiesz przez rozległy kompleks leśny o charakterze naturalnym (różne fazy rozwojowe drzewostanu, zdolność samoregulacji...) to może być puszcza od dawnego słowa "pustość" - czyli braku siedzib ludzkich, oznacza las wielogatunkowy oraz bór. Ale tu akurat nie pasuje.
Słowo las niesie wiele znaczeń i jest tu jak najbardziej na miejscu :)
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Cytat:
Zamieszczone przez
maciejka
Lubię dzielić włos na czworo, więc podywaguję botanicznie.
Inna nazwa kosodrzewiny to sosna kosa podobnie olcha kosa, "kosa" to inaczej pochyła, pokrzywiona - chodzi o formę wzrostu, pokrój (powiązane z ukos i np. też kose spojrzenie). Czyli tak jak intuicyjnie podejrzewałeś.
Bór, jak podała Edytadt to dokładnie las iglasty, lub jakby powiedzieli w Krakowie "szpilkowy";-)
Rację ma Browar, bo w Bieszczadach przeważa buczyna.
To co rozumiesz przez rozległy kompleks leśny o charakterze naturalnym (różne fazy rozwojowe drzewostanu, zdolność samoregulacji...) to może być puszcza od dawnego słowa "pustość" - czyli braku siedzib ludzkich, oznacza las wielogatunkowy oraz bór. Ale tu akurat nie pasuje.
Słowo las niesie wiele znaczeń i jest tu jak najbardziej na miejscu :)
Wow! Masz rację, ale relacja jest super...I długi ma rację, oj ma.
Pozdrawiam
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Dzięki Krzyśku za podzielenie się Twoim pierwszym spojrzeniem na Bieszczady, bardzo udana relacja!
Cytat:
Zamieszczone przez
bogdaneg
Dzień Dobry,
czytanka fajna, a fotybyłyby jeszczelepsiejsze :-)
Ja akurat jestem przeciwnego zdania, foty i owszem mogą uzupełniać relację, ale najważniejszy zawsze dla mnie jest tekst opowieści, o który w dobie kultury obrazkowej coraz trudniej. Od rozmaitych galerii z widoczkami bieszczadzkimi w sieci i na naszym forum aż gęsto, a słowa pisanego jak na lekarstwo.
Cytat:
Zamieszczone przez
długi
(...) Pewnie teraz przyjdzie pora na:
- małą, zamgloną polankę na Stołach
- niewielką dolinę Hulskiego z kaskadą
- ścieżkę biegnącą 8,5 km na zachód od Balnicy
Czego Ci serdecznie życzę
Długi
Przyłączam się do życzeń, ale Długi zataił, pewnie nie chcąc Cię wystraszyć, że teraz nadejdzie pora na jeszcze kilkaset innych ścieżek :)
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Lubię dzielić włos na czworo, więc podywaguję botanicznie.
Inna nazwa kosodrzewiny to sosna kosa podobnie olcha kosa, "kosa" to inaczej pochyła, pokrzywiona - chodzi o formę wzrostu, pokrój (powiązane z ukos i np. też kose spojrzenie). Czyli tak jak intuicyjnie podejrzewałeś.
Bór, jak podała Edytadt to dokładnie las iglasty, lub jakby powiedzieli w Krakowie "szpilkowy";-)
Rację ma Browar, bo w Bieszczadach przeważa buczyna.
To co rozumiesz przez rozległy kompleks leśny o charakterze naturalnym (różne fazy rozwojowe drzewostanu, zdolność samoregulacji...) to może być puszcza od dawnego słowa "pustość" - czyli braku siedzib ludzkich, oznacza las wielogatunkowy oraz bór. Ale tu akurat nie pasuje.
Słowo las niesie wiele znaczeń i jest tu jak najbardziej na miejscu :)[/QUOTE]
Rzeczowe i precyzyjne wyjaśnienie, za które bardzo dziękuję. Warto je sobie zapamiętać.
Widuję takie bory w Sudetach, które często odwiedzam. Teraz przypominam sobie wędrówkę zboczem góry porosłej starym, dziewiczym borem, zdaje się, że to było w Górach Bialskich, u stóp Rudawca. Jesienny, mokry i szary dzień, omszałe skały i posępne świerki wokół…
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Witaj, sir Bazyli:)
I ja bardziej cenię słowa nad obrazy, których dużo jest wszędzie. Słowa to bezbrzeżny ocean, to magia i przygoda z własną wyobraźnią. Słowa to czyste czary, bo oto patrząc na czarne paciorki dziwnych znaków na białej płaszczyźnie kartki czy ekranu, przenosisz się w obcy świat – świat widziany oczyma innego człowieka.
Kilkaset ścieżek czeka… Ledwie część z nich doczeka się mnie a ja ich. Mam swoje poważne ograniczenia, głównie finansowe, i z ich powodu rzadkim będę gościem w Bieszczadach. Już wyjeżdżając obiecałem sobie wrócić na połoniny, ale też wiem, że będzie to powrót po roku. Ze względu na charakter mojej pracy nie mogę jechać tam między kwietniem na końcem września, a w zimie – patrz wyżej. Pojadę na kilka dni, ale dopiero w październiku. Za rok.
Dziękuje Ci za komentarz.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Dziękuję Ci, Długi:)
Nie znam wymienionych przez Ciebie miejsc, ale mam nadzieję poznać. Te i inne. Faktycznie, będąc z Sopotu masz dalej i chyba nie przejedziesz połowy trasy autostradą tak, jak ja przejadę. Jadąc z powrotem podróż zajęła mi 9,5 godzin, co mam za dobry wynik, bo ani rajdowiec ze mnie, ani mój ford nie jest GTX.
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Dziękuję za poetycką relację...pięknie ubierasz "widoki" w słowa
-
Odp: Bieszczady po raz pierwszy w życiu
Witaj, Peruwianko. Witaj i przyjmij moje podziękowania za tak łaskawą swoją ocenę.
Ten portal jest o Bieszczadach, więc nie mogę zamieszczać tutaj innych moich opisów górskich wypraw, bo dotyczą one Sudetów. W Bieszczady na pewno pojadę i to nie raz, jeśli tylko bogowie będą dla mnie łaskawi, ale najbliższy wyjazd będzie dopiero w przyszłym roku. Wtedy zgłoszę się tutaj jako autor.
Przed chwilą oglądałem tutaj niedawno robione zdjęcia w Bieszczadach; ech, pojechałoby się już teraz!