-
Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Witam wszystkich serdecznie! Pierwszy raz piszę na tym forum, ale z Bieszczadami łączy mnie już trzydzieści lat. Były to lata jakże wspaniałe, ale też przerwy spowodowane prozą życia, kiedy to nie dane mi było tam być, wędrować i chłonąć tego jakże specyficznego „klimatu”. Lata częstych fascynacji tymi górami,ludźmi, ale nie będę ukrywał, że również chwile zwątpienia i rozgoryczenia. Całkiem przypadkiem znalazłem to forum i troszkę poczytałem, a najbardziej co mnie urzekło to to, z jaką łatwościąi szczerością ludzie na nim piszą i opowiadają o swoim stosunkudo tych gór. Rzadki to sposób wyrażania swoich opinii we współczesnym świecie...Postanowiłem i ja podzielić się swoją opowieścią. To trochę z nostalgii za upływającym czasem. Może też z chęci wspominania i zatrzymania tego co się tam przeżyło i mam nadzieję jeszcze dane będzie przeżyć.
Duże wrażenie zrobiła na mnie opowieść Natalii pod nickiem Tasza i linkiem http://forum.bieszczady.info.pl/showthread.php/8168-Moja-pierwsza-wizyta-w-Bieszczadach-prosz%C4%99-przeczytaj , a był to pierwszy post, który przeczytałem na tym forum. Muszę napisać, że kilkadziesiąt lat temu podobnie się czułem i miałem podobne przemyślenia. Po pierwszym powrocie do domu z Bieszczadów chodziłem jak w amoku. Wszystko zyskało nowy wymiar, a ja snułem się ulicami miasta jak w letargu, już na drugi dzień po powrocie.Rozmawialiśmy z kompanami naszej wyprawy o przeżyciach, górach,spotkaniach z nowo poznanymi ludźmi, planowaliśmy kolejny wyjazd.... teraz widzę , że tęskniliśmy...
Opowieść stanowi czas, miejsce i ludzie. Tu należałoby troszkę to rozwinąć,aby można było ocenić z jakiego rodzaju grupą bieszczadzką, lub pojedynczym osobnikiem ma się do czynienia. Wiadomo, że tak jak wszędzie to i w Bieszczadach można spotkać różnych ludzi i tak-są tu tubylcy - przynajmniej urodzeni w Biesczadzie, wędrowcy chodzący i po górach i po knajpach, zdobywcy, których interesuje tylko wierzchołek, ludzie ciekawi wszystkiego, których żadna nacja nie przeraża, solinowcy lubiący sporty wodne, tzw plażing, disco,albo jednorazową wizytę na "Rozsypańcu", turyści rodzinni ciągnący swoje pociechy - "patrz tak wyglądają wspaniałe góry, po których tatuś onegdaj hasał niczym kozica i ty też masz tak hasać", harcerze, czyli lekka militaryzacja o"silnych nogach", biesiadnicy (tego pojęcia nie trzeba wyjaśniać), uciekinierzy, rzemieślnicy (mogący egzystować przez cztery pory roku, lub znaczną jego część), czyli wszelkiego rodzaju drwale, pasterze, zbieracze,sklepikarze, obsługa turystyczna, smolarze, a nawet niespokojne artystyczne dusze, które w każdej tej nacji się znajdują. Rzemieślnicy wywodzą się z ludu tubylczego i przyjezdnego i w większym, lub mniejszym stopniu przenikają się nawzajem, a czasami też z nacją turystyczną,biesiadniczą, wędrowców, czy innych. Przenikanie to jest zależne właśnie od miejsca i czasu, czyli "epoki bieszczadzkiej".Zasada ogólna jest prosta - im trudniej, lub większa ilość alkoholu tym przenikanie większe i następuje swoista symbioza,której podwaliną jest niewątpliwie miejsce, czyli bieszczadzkie połoniny, lasy, osady... Każda z tych nacji miała gdzieś swój początek i każdy pojedynczy osobnik , który należy do tych nacji często miał różną historię, ale łączy ich bez względu na przynależność miejsce. Pozostawmy jednak te socjologiczne rozprawki, bo jest to temat rzeka w tym miejscu i pewnie można na ten temat napisać całą książkę. No właśnie... książkę. Teraz zdałem sobie sprawę, że o tym wszystkim nie można napisać kilku słów. Postaram się to opisać w sposób na jaki mnie stać i na ile starczy czasu i sił.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Witaj na forum! Czekam z niecierpliwością.
Pozdrawiam
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Moja wędrówka po Bieszczadach rozpoczęła się około siedmiuset kilometrów od nich w niewielkim mieście na drugim krańcu Polski.Stan wojenny był już zawieszony, a w lipcu nastąpiło zniesienie.Młodzież po podwórkach skupiała się wokół trzepaków i tam głównie toczyło się życie towarzyskie gdzie przekazywało się różne historie z rejonu, lub odleglejszych części kraju. Odbywało się to z gęby do gęby, czyli pocztą pantoflową, bo wolność prasy i innych mediów nie była raczej ich domeną. Przemycane były pewne informacje najczęściej przy okazji biografii na przykład w piśmie „Non Stop” , czy „Literatura”, radiowej „Trójce”.Jako że „hipisowało” się już ze dwa lata część wiedzy pochodziła od starszych „mentorów”. Wtedy pierwszy raz usłyszałem o „chacie socjologa” i o ludziach, którzy rzucili swoje dotychczasowe życie, przenosząc się nie tylko w Bieszczady,ale też w Kotlinę Kłodzką, czy inne odludne miejsca mieszkając w opuszczonych, lub własnoręcznie zbudowanych chatach, buntując się i walcząc w ten sposób z obecnym systemem, a już najpewniej uciekając od niego, tworząc swoją inną piramidę wartości opartą na uwolnieniu. Każdy z nich, co potem zauważyłem, inaczej postrzegał to uwolnienie, no i powody też miał diametralnie często różne. Dużo o tym myślałem...Zastanawiałem się co w tym miejscu takiego jest. Wraz z przyjaciółmi chłonęliśmy wszystkie informacje, opowieści i dojrzewała w nas chęć wyjazdu w Bieszczady. Chcieliśmy to wszystko zobaczyć, dotknąć,powąchać...Mieliśmy wtedy kapelę, która grała w klimatach folkowo-bluesowo-rockowych i to co wcześniej napisałem miało wpływ na naszą muzykę, teksty. Wielu osobom się to podobało, a my postanowiliśmy sprawdzić jak wyglądają rzeczy o których śpiewaliśmy, a które znaliśmy częściowo z autopsji.Wszystko to razem wzięte spowodowało, że ze Skrzypem (perkusistą naszego zespołu) postanowiliśmy wybrać się w Bieszczady. Skrzypu był osobą ciekawą wszystkiego co inne. Lubił folklor pełną gębą, cokolwiek by nim było i co by to pojęcie oznaczało, a kiedy się do czegoś zapalił dążył do przodu zarażając innych swoim optymizmem. Kolejnym uczestnikiem naszej wakacyjnej wyprawy był Odys. Melancholijny romantyk, piszący wiersze, który był zafascynowany muzyką elektroniczną, grupą Osjan, planetami, gwiazdami ... i pracą pod ziemią w kopalni. Nie jeden raz, gdy zaczął opowiadać o kopalni to ciężko go było zatrzymać, a robił to w taki sposób jakby czytał swój wiersz, albo dryfował w stanie nieważkości na orbicie okołoziemskiej. Następny to Ridol,mój przyjaciel praktycznie od kołyski. Fan muzyki rockowej od King Crimson po WC. Trochę zwariowany, wesoły kolejarz, bardzo dobrze i szybko nawiązujący kontakt z ludźmi. Moja osoba to natomiast raczej mało gadatliwy typ pochłonięty muzyką, a wszystko co na drodze - idee, przyjaźnie, szczęścia i nieszczęścia służyły jej.. Skład był więc dobrany,decyzja podjęta i nastąpiły krótkie przygotowania z bardzo mizernymi zasobami finansowymi. Były to czasy peerelowskie i na ogół żyło się biednie, a zniżki na pociągi były, to tym problemem nie zaprzątaliśmy sobie głowy. Wtedy brak gotówki nic nie znaczył.... no chyba, że się chciało zapalić, albo wypić piwo, czy wino. Żyliśmy tym wyjazdem. Potem pojawiła się Baśka - kumpela, która kontestowała z nami pod domem kultury, lub innymi miejscami, gdzie spotykała się ówczesna młodzież. Oznajmiła nam, że chciałaby pojechać z nami, a że miała piętnaście lat udaliśmy się do jej rodziców, którym już wcześniej to oznajmiła i przysięgaliśmy, że będziemy się nią opiekować jak siostrą, nie dając jej zrobić krzywdy. Dziś się trochę dziwię z perspektywy rodzica, że poszło wszystko tak gładko i bezproblemowo, ale wtedy jakoś to uznałem za rzecz normalną. Było już nas pięcioro i tak pozostało.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Witaj! Jak na muzyka przystało uwertura porywająca, czekamy na dalszą część dzieła!
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
przemolla
...mieliśmy wtedy kapelę (...) potem pojawiła się baśka
Czyżby Wilki??? :mrgreen: ;)
już mnie cieszy Twój zapał do pisania. :))))
bo relacja zapowiada się super!
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Proszę, zmień czcionkę na troszkę większą, ciężko mi czytać.
A czytać warto;)
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Dziękuję za dobre słowo i otuchę. Z tym muzykiem to przesada...lepiej pasuje grajek, albo muzykant, Godzinę temu wróciłem z czterodniowego wyjazdu w Pieniny i kiedy się zorientowałem, że cała moja rodzinka smacznie śpi to postanowiłem napisać kilka zdań.
Wszyscy przedstawiciele płci brzydkiej tej wyprawy byli już zaprawieni w boju ze względu na bliskość Karkonoszy, gdzie dość często odbywaliśmy zimowe wędrówki po wszystkich szlakach tych gór, a zwieńczeniem większości była impreza i nocleg w Odrodzeniu, w pomieszczeniu gospodarczym obok kotłowni na stosie materacy.Pamiętam jak kiedyś z innym towarzyszem wypraw górskich Koszlem wybraliśmy się zimą ze Szklarskiej na Szrenicę. Pogoda fajna,więc stwierdziliśmy, że pójdziemy dalej i w jakieś sześć godzin uwiniemy się do Odrodzenia,. Zaczął padać śnieg i trochę wiać, ale tragedii nie było. Ludzi zero i trochę się dziwiliśmy, że WOPu ani śladu. Przed nami przed Halą Pod Łabskim Szczytem minęliśmy mówiąc cześć, dziewczynę i chłopaka wędrujących dość wolnym krokiem. Zaczęło bardziej padać i wiać. Oglądając się za siebie stwierdziliśmy, że para utrzymuje od nas w miarę równy dystans, czyli przyspieszyli, co oznaczało po załamaniu się pogody pod Łabskim, albo poczuli się nieswojo, albo trochę się pogubili. Postanowiliśmy na nich poczekać. Nerwowo spoglądaliśmy na zegarki i już mieliśmy realną obawę, że do zmierzchu to Odrodzenia raczej nie zobaczymy. Naradziliśmy się i postanowiliśmy nie schodzić do schroniska pod Łabskim tylko iść dalej. Parka do nas doszła. Wymieniliśmy parę zdań i dziewczyna przyznała, że nie bardzo wiedzą gdzie są. Chcieli iść ze Szrenicy do schroniska pod Łabskim. Powiedzieliśmy, że mogą, ale idą na około. Okazało się, że chcieli iść tym krótszym szlakiem. No cóż, nie wyszło,ale i tak bywa. Dziewczyna postanowiła,że idą z nami i nie ważne jak to schronisko się nazywa. Widać przestała wierzyć w zmysł orientacji swojego chłopaka, ale nie wiedzieć dlaczego zaufała nam. Może dlatego, że na razie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy.Ruszyliśmy dalej wymieniając się z Koszlem z przodu, za nami dziewczyna i kończył orszak chłopak. Zaczęło się robić nie ciekawie, szliśmy coraz wolniej zapadając się w śniegu, a wiało niemiłosiernie, byliśmy spoceni, ale twarz była śniegiem siekana niczym lodem. Widoczność spadała bardzo szybko i musieliśmy się gimnastykować, żeby ujrzeć kolejną tyczkę. Raz były, a raz nie. Może to my kluczyliśmy, ale celowo nawet szliśmy wolniej, bo wiedzieliśmy, że wkraczamy, albo już jesteśmy na dosyć niesprzyjającym terenie zimą, a na dodatek prawie nic nie widać przez tą zadymkę. Idzie oczywiście o następną tyczkę. Nic nie widać. Przemknęło mi przez głowę, czy jeszcze idziemy dobrze, aż tu nagle niczym widmo ukazuje się budynek. To przekaźnik TV, a więc idziemy dobrze, ale nie za dobrze, bo przed nami jeszcze ŚnieżneKotły i Wielki Szyszak. Najważniejsze, by przy tym braku widoczności nie zboczyć ze szlaku. Wielki Kocioł to chyba jakieś sto pięćdziesiąt metrów w dół, a na Szyszaku też jest trochę stromo, ale jakoś powoli daliśmy radę. Za Szyszakiem pogoda zaczęła się na szczęście poprawiać, a gdy przeszliśmy Czarną Przełęcz było całkiem pogodnie, lecz godzina była późna i zaczynało się ściemniać. Byliśmy tego dnia w czepku urodzeni, bo gdy słońce zaszło nastała pogodna i nie tak ciemna noc, a raczej wieczór. Powoli i do przodu, ale bez silnego wiatru i z widocznością lepszą jak w dzień dotarliśmy do Odrodzenia, a dziewczyna gdy zdejmowała plecak w schronisku powiedziała, że już nigdy nie pojedzie w góry zimą. Ciekawe, czy tak było... a może właśnie wtedy połknęła bakcyla? Muszę przyznać, że i my mieliśmy lekkiego pietra. Nie wiem nawet, czy w tej zadymie nie większego, bo jak się okazało oni byli pierwszy raz w Karkonoszach i pewnie traktowali je jako nie za wysokie, dobrze oznaczone i w miarę cywilizowane góry. Powróćmy jednak do tematu Bieszczadów.Wieczorem przed wyjazdem wyciągnąłem swój stary plecak w kolorze khaki o dizajnie rodem z okresu wojny światowej w którym szmuglowano szpek do miasta. Wrzuciłem skarpetki, szczoteczkę do zębów, sweter, majtki i koszulkę. Potem skrzętnie zwinąłem watolinowy śpiwór, by zmieścił się w plecaku, włożyłem gitarę do pokrowca i z całym tym ekwipunkiem udałem się na dworzec PKP gdzie w nocy wyruszaliśmy pociągiem do Krakowa.
W pociągu panował tłok i dokąd by on nie jechał prawie nie możliwe było znaleźć miejsce siedzące. Korytarze wagonów też były zatłoczone. Tylko w lokalnych liniach panował luz. Zajęliśmy sobie przejście między wagonami i tak dojechaliśmy do Krakowa .Pamiętam, że po przyjeździe powłóczyliśmy się po tym mieście,coś zjedliśmy i w godzinach wieczornych zajęliśmy sobie miejsce we wcześniej podstawionym piętrusie, który miał nas dowieźć do Przemyśla. To było już miasto całkiem nieznane dla nas, więc nie omieszkaliśmy w godzinach rannych pozwiedzać okolice dworca. Skrzypu, który folklor wyłapywał w mig, zwrócił nam uwagę na ludzi, a konkretniej mężczyzn. Każdy z jakąś staromodną teczką i w czapce. Czapka to był chyba główny atrybut faceta powyżej trzydziestki, a przypominała te, które można było oglądać w filmach o okupacji niemieckiej, kiedy to dzielni członkowie konspiracji przemycali w wózku dziecięcym radiostację, czy ulotki.Szybko zwrócił nam uwagę na pozostałe różnice między tym rejonem Polski, a tym z którego przyjechaliśmy. Proszę mi wierzyć różnica była i nie idzie tu o to, czy gorzej, czy lepiej. Było inaczej i widać to było w dużym mieście. Obecnie to w miastach praktycznie nie ma bez mała żadnych różnic, ale widać je jeszcze na wsiach, choć duży wpływ na inność ma rodzaj zabudowy i zwyczaje ludzi. Zrozumieliśmy, że jedziemy w miejsce bardzo odmienne od tego w którym żyliśmy na co dzień. Później, kiedy pociągiem z Przemyśla do Ustrzyk Dolnych po szerokich torach przekroczyliśmy granicę naszego kraju i wjechaliśmy do sojuszniczego mocarstwa, którym był ZSRR coraz bardziej byliśmy zafascynowani tym folklorem. Nie idzie tu o kobitki w spódnicach i chustach w kwiaty, ale o odmienność i inność od miejsca gdzie mieszkaliśmy. Z tą granicą to było tak, że nawet dokładnie nie zauważyliśmy kiedy ją przekroczyliśmy. Chyba jeszcze w Polsce wskoczyli na stopnie pociągu w ciemnych okularach umundurowani rosjanie. Trochę się zdziwiłem po co te okulary, ale za chwilę było jasne. Były po to, żeby ochronić oczy przed podmuchem jadącego pociągu, bo podróżowali, a raczej zabezpieczali cały skład na zewnątrz wagonu. Nie wolno było się wychylać przez okno, ani tym bardziej fotografować. Widoczność i tak była słaba,bo wzdłuż torów rósł żywopłot mający chyba szpiegom uniemożliwić zdobycie jakichkolwiek informacji. Tylko czasami przez moment w przerwach między krzaczyskami ukazywał się krajobraz. Grzecznie jechaliśmy, a to chyba dlatego, że to był pierwszy raz.Z czasem gdy tych wyjazdów było więcej to i my na więcej sobie pozwalaliśmy. Kiedyś Ridol otworzył okno i się mocno zaczął wychylać tak żeby go zauważyli. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Do przedziału wpadł zaraz jakiś kamandir z asystą i coś zaczął do nas sapać. Na to Ridol, że to nie my, że to w sąsiednim przedziale i na pewno fotografowali. Kamandir chyba się zorientował, że ktoś tu z niego robi wała, zmierzył nas wściekłym wzrokiem i coś zaklął w stylu „jub twaja mać”.Zasada była prosta – jeden przejazd – jedno ciągnięcie łacha. Drugie mogłoby już mieć jakieś swoje konsekwencje. Jak powtórnie wjechaliśmy do Polski, jakoś nie mogę sobie przypomnieć, ale szczęśliwie, bo prosto z dworca PKP udaliśmy się na PKS w Ustrzykach Dolnych.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Było już po południu. Patrzymy, a tu turystów nie tak mało. Jeden autobus gdzieś jedzie – zawalony ludźmi, a więc sprawdzamy o której nasz do Ustrzyk Górnych. Ustawiamy się grzecznie, a tu widać, że czeka już na niego około dwudziestu osobników. W czasie oczekiwania jeszcze dobiło sporo. Kiedy podjechał to wystarczyło stanąć w środku tłumu i ludzie człowieka sami wnieśli do autobusu. Pan kierowca to był Pan pełną gębą. Coś tam żartował, coś tam pokrzykiwał, żeby włazić i się upychać. Było widać, że on tu rządzi. Patrzę, a on raz sprzedaje i dziurkuje tym swoim urządzeniem bilet, a raz nie sprzedaje. Pyta tylko dokąd. Skrzypu wszedł, Baśka też. Po chwili widzę Odysa na stopniach. Miejsca mało, ale wszedł Ridol, jakiś grubas ( z całym szacunkiem dla osób okrągłych, ale nie chamskich) się wepchał, ja na dobitkę i na schodach stanął jakiś. kumpel Pana – pana kierowcy. Pan krzyknął – Wiesiek zamykaj drzwi i ruszamy. Mówię Panu, żeby bilet do Górnych sprzedał, a ten wziął pieniądze i mówi, że kontroli nie będzie, a jak by co to szybko mi da. Ciekawe jak by dał te bilety czwartej części pasażerów.... Ten Wiesiek coś mu tam przy biletach pomagał. Może to był konduktor... Tak to sobie chłopaki dorabiali. Teraz to by pewnie się nie odważył. Zaraz by go w jakiejś gazecie opisali, a może nawet w TVNie pokazali, albo innym „dlaczego ja”. Jedną ręką oparłem się o przednią szybę, bo spocony grubas brzuchem na plecy napierał, a drugą chwyciłem tej poręczy przed. pierwszym rzędem siedzeń, co by na Wieśka nie polecieć. Gdyby to była jakaś ładna dziewczyna to jeszcze człowiek by się ucieszył, a ten nie dość, że się wepchał na chama to jeszcze od tyłu atakuje. Pan ruszył i rozpędzał się. Teraz już wszyscy wiedzieli kto tu rządzi. Zakręty pokonywał niczym Kubica, a raczej w tamtych czasach Zasada. Grubas napierał jeszcze kolanem na gitarę, którą musiałem ewakuować do ludzi siedzących. Pan dwa przystanki minął trąbiąc czekającym ludziom i już wszyscy nawet poza autobusem wiedzieli, że to Pan. Później się zatrzymywał, by ludzie wysiadali i wsiadali, a każda ta operacja była karkołomna i okraszona pokrzykiwaniami naszego super szofera – dalej, dalej, upychać się. Jakoś szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce pojazdem, który był trochę luźniejszy. Wzięliśmy swój ekwipunek i przemieściliśmy się pod sklep, gdzie usiedliśmy na plecakach i zapaliliśmy po papierosie. To było działanie czysto terapeutyczne, aby wyzbyć się tej Pańskiej podróżnej traumy.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Przyjemnie rozpocząć dzień od takich opowieści, z których bije przyjemne ciepło. Jak czytam takie historie to zawszę żałuję, że nie urodziłam się w tamtych czasach bo do tych zupełnie nie pasuję.
Razem z pozostałymi czekam na kolejną część :)
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Wić,
Przemollu - czy bywasz jeszcze w Sudetach?:) Ja tu mieszkam od jakiegoś czasu i poszukuję ludzi, którym Bieszczady nie obce:) Byłoby miło powspominać Bieski np Pod Łabskim przy kufelku jakiegoś Kozela...
Pozdrawiam,
Derty
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Wydaje mi się, że każdy czas jest ciekawy, bo jest inny. Nie ma czego żałować, Jak się skomponuje swoją historię i jaki ma się stosunek do niej, taką się ma. Przypadek to tylko czas i miejsce, ale właśnie z tym trzeba dać sobie radę. Tak myślę, ale czy mam rację...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
Derty
Wić,
Przemollu - czy bywasz jeszcze w Sudetach?:) Ja tu mieszkam od jakiegoś czasu i poszukuję ludzi, którym Bieszczady nie obce:) Byłoby miło powspominać Bieski np Pod Łabskim przy kufelku jakiegoś Kozela...
Pozdrawiam,
Derty
Witaj. Moja ślubna pochodzi z Sudetów. Nawet kiedyś miała okno z widokiem na Śnieżkę. Bywam czasami, choć nie tak często jak kiedyś. Trochę już zdrowie nie te, ale jak zajdzie potrzeba to na Łabski się jeszcze jakoś wdrapię :razz:. Piwo trochę za bardzo gazowane, ale szklaneczkę okowity ... czemu nie... nawet chętnie :razz:. Tak mi się ulęgło w głowie, żeby za tydzień w Bieszczady pojechać, ale jak w domu będą mocno krzyczeć, że znowu mnie gdzieś nosi ( kilka dni temu byłem w Pieninach) to na 100% będę w Sudetach. Planuję porobić parę zdjęć rzek, strumieni, kaskad, czy wodospadów. Tak, że jesienią będę, ale kiedy to zależy, czy pojadę w Bieszczady :?:. Z tym powspominaniem fajny pomysł. W jakiej okolicy pomieszkujesz :?:. Pozdrawiam. Przemek.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Siedzieliśmy na plecakach paliliśmy papierosy Extra Mocne i Popularne, a może jeszcze Sporty, byliśmy żywcem w Bieszczadach - całym ciałem i duszą. Niedługo miał nadejść wieczór. Rozglądaliśmy się wokół. Za naszymi plecami był sklep i pod nim stało trzech wyglądających na miejscowych, albo przyjezdnych drwali. Po lewej knajpa na lekkim wywyższeniu, a prawie na wprost droga w kierunku Wetliny. Po prawej stronie droga w kierunku z którego przyjechaliśmy i tam musieliśmy się udać na rekomendowane przez starszych kolegów pole namiotowe. Ruszyliśmy - po prawej minęliśmy słynny jakże potężny urząd pocztowy, pole studenckie, a po lewej kemping. Doszliśmy według wskazówek do mostu pod którym przepływała Wołosatka, a raczej już Wołosaty (za dopływem Terebowca) tak odmienny od rzek nizinnych. Szerokie, kamieniste brzegi wskazywały, że niejednokrotnie w ciągu roku znacznie zwiększała swoje wymiary. Za mostem w pewnej odległości zaczęliśmy wypatrywać drogi w prawo na pole namiotowe. Znaleźliśmy tę krótką drożynkę i po niej dziarsko wkroczyliśmy na teren w którym zabawiliśmy dwa tygodnie z okładem. Obozowisko przylegało do Wołosatego, a w jakieś dwadzieścia metrów od schodzącego w dół brzegu, stało kilka wiat oddalonych od siebie o jakieś trzydzieści metrów. Gdzieś pod koniec majaczyła latryna. My, żeby nie spać koło kibla zatrzymaliśmy się bliżej wejścia, ale skręciliśmy w lewo, by nie być na linii przejścia do innych namiotów i zatrzymaliśmy się przed szerokim pasem chaszczy odgradzających pole od drogi do Ustrzyk. Miejsce było fajne i zaciszne. Rzeka płynęła blisko, a namiotów wkoło nie było za wiele. Uwijaliśmy się z rozbijaniem, bo jeszcze mieliśmy w planie wybrać się na rekonesans do sklepu i knajpy. Kiedy rozłożyliśmy namiot, to wrzuciliśmy do niego plecaki i gitary. Rozłożyliśmy mapę i zaczęliśmy się odnajdywać za jej pomocą w terenie. Patrzyliśmy,jak daleko jest do innych miejscowości, jakie rzeki w pobliżu przepływają , jakie góry znajdują się w naszym najbliższym otoczeniu i które szlaki są najszybciej dostępne z tego miejsca. Oczywiście robiliśmy to już w domu, ale teraz wreszcie byliśmy tu i mogliśmy tego dotknąć. Za nami i Wołosatką była Kiczera. Praktycznie po zachodniej stronie niewidoczna Połonina Caryńska, którą oddzielały mniejsze górki pięknie "dymiące" podczas deszczu o czym mogliśmy się przekonać niebawem.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Ruszyliśmy na rekonesans do "centrum". Sklep był już zamknięty, więc ochoczo się udaliśmy do pobliskiej knajpy. Przebrnęliśmy koło stolików pod zadaszeniem i udaliśmy się do kolejki, która prowadziła do kontuaru za którym jegomość sprzedawał złocisty napój. W kolejce, jak to w kolejce wszyscy wymieniali swoje spostrzeżenia - gdzie byli, skąd pochodzą, że piwo chrzczone i sprzedają tylko po dwa na głowę. Wtedy w kolejkach najszybciej nawiązywało się znajomości. Wszyscy się jednoczyli przeciwko systemowi, którego przedstawicielem był na tamtą chwilę pan Staszek, lub Władek (dokładnie nie pamiętam, ale będę go nazywał Staszkiem, bo raczej tak było):mrgreen:. Kontuar wyznaczał granicę. Po jednaj stronie barykady my - zjednoczeni w bólu, że tylko po dwa kufle można kupić, potęgowaliśmy i celebrowaliśmy swoje oburzenie nie afiszując się z tym za bardzo przed Staszkiem. On był po drugiej stronie - stanowił tu prawo i gotów był w obronie tego prawa wezwać Uaza z magicznym napisem MO, więc lekko oburzeni, ale grzeczni przed naszym Staszkiem ustawialiśmy się kiedy w kuflu pozostawała połowa piwa, aby dopić w kolejce i wrócić do stolika z dwoma. Humory dopisywały w miarę wypitego trunku i Staszek nawet zaczął się jawić innym człowiekiem, a po pewnym czasie zawadiacko zaczął się uśmiechać. Troszkę wybiegnę do przodu jak już jestem przy temacie knajpy "u Staszka". Po kilku dniach się zorientowaliśmy jakie zwyczaje panują i jakimi prawami się rządzi dzień knajpowy, bo bywaliśmy tam o różnych porach. Tłok był wprost proporcjonalny do pory dnia - im później tym większy. Ludzie wracali ze szlaków i przeróżnych wycieczek zahaczając i rozsiadając się w tym miejscu. Część imprezowiczów się dopiero budziła i zaleczała dzień poprzedni. Drwale, zbieracze i inni tubylcy kończyli swoje zajęcia i czasami pod wieczór również przybywali w to miejsce. Staszek przy otwarciu był mniej nerwowy, a w miarę upływu czasu... bardziej. Miał kontakt z wszystkimi, lub prawie wszystkimi, bo niektórzy przesiadywali w "Beczce". Panowie z magicznego pojazdu z napisem MO, również zajeżdżali do tego jegomościa. Chyba byli z Ustrzyk Dolnych, a wyglądali tak jakby panowali nad całymi Bieszczadami od dziecka (nawet Staszek widać było po nim, miał respekt, choć żyli raczej w przyjaźni). W tym punkcie zbornym działo się wiele i oprócz spożywania w różnej formie można się było dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy - co się działo na innych polach namiotowych, co na przykład w Stuposianach, gdzie są najładniejsze jagody, jak smakuje ser robiony przez górali wypasających owce, czy jaka aura na Caryńskiej i Tarnicy. Istna kopalnia praktycznej wiedzy. Piwo w tym miejscu było różne o każdej porze dnia, a w zasadzie to jedna beczka smakowała różnie. Kiedy była pełna to napój był bardziej wyrazisty, a kiedy go ubywało w raz z czasem to było coraz mniej piwa w piwie. Czasami pędziliśmy przed otwarciem lokalu, by pomóc panu Staszkowi wytoczyć beczkę z potoku (skrzętnie zabezpieczoną) i wtedy piło się najlepsze smakowo piwo :lol:, ale wracając do pierwszego wieczoru ... czas było wracać do namiotów. Niespiesznie w dobrych humorach podsyconych promilami udaliśmy się drogą asfaltową nad naszą Wołosatkę, po drodze wymieniając choćby po kilka zdań z mijanymi przez nas różnymi ludźmi. Wchodząc na otwarte nasze pole namiotowe naszym mętnym oczom ukazał się fascynujący widok:grin:. Pod każdą wiatą paliło się ognisko rzucające blask i walczące z nikłymi resztkami światła odchodzącego dnia, a po polanie snuł się dym, zagnieżdżający się w jej zagłębieniach. Przechodząc obok pierwszej wiaty pozdrowiliśmy krzątających się pod nią ludzi zapewne szykujących kolację i udaliśmy się również na żer. Wyjedliśmy podróżne resztki, zapaliliśmy i chwyciliśmy z Odysem za gitary, a że w miarę sprawnie dawaliśmy sobie radę z instrumentami, a wokół panowała cisza, to po paru minutach podszedł do nas chłopak z dziewczyną zapraszając pod wiatę.... Długo się nie namyślając, a w zasadzie nic się nie namyślając ruszyliśmy pod najbliższą wiatę. Poznaliśmy tam ekipę z Międzyrzecza, z Warszawy, a reszty to już nie pamiętam. Słupy wiaty na których był oparty dach, łączyły ławki na których zasiedliśmy. Po krótkiej rozmowie i wymianie informacji - skąd jesteśmy, jak i po co przyjechaliśmy, czym się zajmujemy itd, - rozpoczęliśmy granie. Na początek poleciały jakieś mało zobowiązujące piosenki z repertuaru Martyny Jakubowicz, Eli Mielczarek i innych ówczesnych gwiazd rodzimego rynku blues-rockowego. Wiara się rozluźniła i po niedługim czasie czuliśmy się tak, jak by nasza znajomość nie trwała od godziny, ale od długich lat. Nie wiem na czym ten fenomen polegał... Na pewno czynników było kilka ... młodość, bezinteresowność, wspólne zainteresowania, alkohol, a przede wszystkim chyba miejsce w którym się znajdowaliśmy. Ridol rąbał drewno, a wtedy trzeba mu było zagrać coś ostrzejszego i od czasu do czasu serwował też swoją "nalewkę" (a miał tradycje gorzelnicze z dziada pradziada).Płeć piękna podawała coś na przekąskę, a my graliśmy i granie to przeradzało się jak zwykle w swoisty koncert życzeń. Muzykowanie... Muszę tu napisać o kolejnej osobie z którą wielokrotnie później się spotykałem, przypadkowo i nie przypadkowo, w Bieszczadach i po za nimi. Koleś o imieniu Tomek vel Winter pochodził z Warszawy, ksywkę swoją zawdzięczał temu bluesmenowi, albinosowi o imieniu Johnny (miałem później okazję u niego w domu, podziwiać i słuchać całej dyskografii tego artysty). Jak on szył na gitarze...(mowa o Tomku)... od razu zaczęliśmy nadawać na jednej fali i rozumieliśmy się bez słów. Tak naprawdę to w ogóle nie musieliśmy gadać. Wystarczało nam, że graliśmy. Przez cały czas późniejszego muzykowania i nawet dziś, kiedy to siądę w jakimś kącie domu z gitarą wykorzystuję zagrywki Tomka. Pod naszą wiatą zaczęło się robić coraz tłoczniej, bo pojedynczo schodzili się ludzie z innych ognisk. Było to spowodowane tym, że inne grupy miały jedną gitarę, a my dysponowaliśmy już trzema, przeszkadzajkami i harmonijką ustną. Nie bez znaczenia był tu Winter, który oprócz gry, bardzo dobrze śpiewał w refrenach drugim głosem. Jakąś tam przewagę muzyczną wytworzyliśmy i byliśmy z tego faktu bardzo dumni8). Wtedy ktoś tam zaproponował, żeby coś z poezji... śpiewanej. U mnie z tą poezją to jest tak - słuchać mogę kilku utworów, a grać dwa, góra trzy i zaczynam mieć doła, choćby nie wiem jak wesoła ta poezja była:twisted:. Skrzypu zaproponował, że może Gintrowskiego i po krótkiej naradzie jakoś poszło. Później ja zaproponowałem Herberta, bo wcześniej grałem do spektaklu "Pan Cogito", więc coś tam pamiętałem. Poszło... ale to już były trzy kawałki:roll:. Wiedziałem, że Odysowi to nie przeszkadza i może dalej... więc zaproponowałem "orient". Pora była dobra , bo nad ranem. Jakieś dziewczyny wpatrywały się w migocący ogień, opierając delikatnie o ramiona chłopaków. Ci lekko poprawiali się, aby ich nie spłoszyć. Nie było nawet słychać zabójczego chichotania Baśki, ani kawałów opowiadanych przez Ridola. Robiło się sennie i melancholijnie. Czas dobry, a Odys uwielbiał grać "orient", więc aby wyzbyć się poezji zaczęliśmy przestrajać gitary w kierunku Azji południowo-wschodniej i muzyki lekko hinduskiej, która w bieszczadzki klimat wkomponowała się idealnie. Zawsze stosowaliśmy w niej czystą improwizację, a utwór był długi do bólu i za każdym razem inny, więc rzuciliśmy się w otchłań hipnotycznej muzyki, która na przemian - raz smutna i wolna, a potem szybka, rytmiczna i transowa dobijała nas i słuchaczy po dawce poezji i wróżyła nie ubłagalny koniec dzisiejszej imprezy przy pierwszych promyczkach słońca;).
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
No, no, no... przemolla śpiesz się powoli.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Wiesz ... kiedyś mówili na mnie "flegma" :wink:.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Uśmiechnąłem się po przeczytaniu.
Poczułem jakbym tam był.
dzięki
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
A ja żałuję, że mnie tam nie było, a mogło się zdarzyć, że byłabym, jeździłam w tamtych czasach w Bieszczady i uwielbiałam muzykę przy ognisku (nadal bardzo lubię).
-
1 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Pobódka, była dosyć bolesna, po nie przespanej nocy, ale kiedy w namiocie zrobiło się nie do wytrzymania gorąco - wstaliśmy. Opłukaliśmy rozespane twarze w lodowatej rzece, wydobyliśmy resztki suchego chleba z plecaków i jak zwykle całą sytuację uratował Odys, który w przeciwieństwie do reszty był dosyć dobrze zaopatrzony. Posiadał cały słój smalcu i nawet tabliczkę czekolady. Smalec ten uratował nas od głodu, bo na kilka dni go starczyło. Po późnym śniadaniu stwierdziliśmy, że czas wyruszyć w góry. Na pierwszy ogień poszła Caryńska. To tak, żeby zapoznać się z tutejszymi warunkami - może specyfiką. Wzięliśmy mapę i wodę ze sobą i ruszyliśmy na szlak. Pogoda była wyśmienita, więc nie braliśmy ze sobą ekwipunku, który mógłby nam ciążyć. Po wejściu na ścieżkę można było od razu zauważyć różnicę pod względem roślinności okrywowej, gleby i drzew w stosunku do gór które przemierzaliśmy na co dzień. Krótko pisząc - dużo więcej gliny, olszy, buka i jodły. Trudno się rozpisywać o szlaku na Połoninę Caryńską, bo wielu tam było i jest to jeden z podstawowych szlaków które "trzeba" zaliczyć, a niejedna relacja była opisana. Wchdziliśmy- czerwonym, a schodziliśmy – zielonym. Do połowy wejścia alkohol z niewyspaniem odparował, a kiedy wyszliśmy na połoninę ukazał się naszym oczom widok, którego wcześniej w górach nie widzieliśmy. Mowa tu o samej połoninie z którą nigdy nie mieliśmy do czynienia. Coś w stylu stepu na górze – takie było pierwsze skojarzenie. Po wejściu na kulminację połoniny rozłożyliśmy mapę, a że widoczność była wyśmienita odszukiwaliśmy góry i miejscowości, które widzieliśmy. Widok był imponujący i potęgowała go znikoma ilość turystów w tych latach, a pora dnia była przecież taka, że było ich na ówczesne czasy najwięcej. Obecnie to pewnnie jest tam w sezonie tłok jak na szlaku do Giewontu … Na Caryńskiej byłem potem jeszcze kilka razy, ale od dwudziestu lat, kiedy zobaczyłem co się dzieje w Ustrzykach Górnych jakoś mnie tam specjalnie nie ciągnie, choć piękno tego miejsca pewnie pozostało nienaruszone, ale eksploracja tej połoniny jest tak silna, że może zniweczyć chęć wejścia na Caryńską. Trzy lata temu (dałem się namówić) ze swoim szwagrem wybraliśmy się na Połoninę Wetlińską w porze okołopołudniowej i przewijały się tam całe rzesze turystów. Wtedy to postanowiłem, że raczej nie będę chodził po miejscach powszechnie zwiedzanych w Bieszczadach, tym bardziej, że w wielu tych miejscach się już było. Sentyment jednak czasami jest silniejszy... i nic nie stoi na przeszkodzie temu, żeby się wybrać nad ranem, gdy się chce pobyć samemu. Każdy kto trochę poprzemierzał Bieszczady ma w nich gdzieś swoje spokojne i odludne miejsca... Bardzo dobrze, że są ludzie, którzy chcą poznawać te góry i ich specyfikę, a tłok niestety coraz bardziej się wpisuje w nasz codzienny krajobraz. Pisząc - góry, mam na myśli również ludzi w nich mieszkających, cerkwie, ruiny wsi i cmentarzy. Po przejściu połoniny zeszliśmy przez jagodziska na Przełęcz Wyżniańską i słynnym asfaltem udaliśmy się w stronę Ustrzyk prosto do knajpy Staszka. Nie wiedziałem wtedy, że asfalt ten przyjdzie mi poźniej przemierzać wiele razy i to różnymi środkami transportu od nóg przez wóz konny, rożnego rodzaju ciągniki i samochody. Żar lał się z nieba, a przemarsz smolistą drogą zrobił swoje i po odstaniu kolejki w barze można było wlać w siebie chłodny, złocisty napój. Ruch w lokalu był większy niż dnia poprzedniego, więc dla rozluźnienia sytuacji i po krótkiej naradzie udaliśmy się do sklepu po chleb...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
przemolla
Trzy lata temu (dałem się namówić) ze swoim szwagrem wybraliśmy się na Połoninę Wetlińską w porze okołopołudniowej i przewijały się tam całe rzesze turystów. Wtedy to postanowiłem, że raczej nie będę chodził po miejscach powszechnie zwiedzanych w Bieszczadach, tym bardziej, że w wielu tych miejscach się już było. Sentyment jednak czasami jest silniejszy... i nic nie stoi na przeszkodzie temu, żeby się wybrać nad ranem, gdy się chce pobyć samemu. Każdy kto trochę poprzemierzał Bieszczady ma w nich gdzieś swoje spokojne i odludne miejsca...
Oj tak, w sezonie pilnie omijam połoniny, wolę pochodzić po lasach, gdzie spotkanych turystów można policzyć na palcach jednej ręki (góra dwóch :wink:).
-
3 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
witaj, cudna ta twoja opowieść, czekam na ciąg dalszy...i dobrze, że jest miejsce gdzie czas tak naprawdę niewiele zmienia
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
Tasza
Jak czytam takie historie to zawszę żałuję, że nie urodziłam się w tamtych czasach bo do tych zupełnie nie pasuję.
Razem z pozostałymi czekam na kolejną część :)
Nie jestes sama w tych odczuciach... Pozdrowienia od drugiej takiej co sie za pozno urodzila..
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Nasze dziecki i wnuki też będą żałować, że się urodziły zbyt późno.
Cytat:
Zamieszczone przez
buba
Nie jestes sama w tych odczuciach... Pozdrowienia od drugiej takiej co sie za pozno urodzila..
Ale dzięki temu jesteście, Bubo, młode!!
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
creamcheese
Nasze dziecki i wnuki też będą żałować, że się urodziły zbyt późno.
!
Na pewno! Ja juz im goraco wspolczuje.... Cieszac sie ogromnie ze nie musze byc na ich miejscu
Cytat:
Zamieszczone przez
creamcheese
Ale dzięki temu jesteście, Bubo, młode!!
A tak bym byla mloda 30 lat temu ;) Dla kazdego czas plynie tak samo i tyle samo mlodosci jest mu dane.. Tylko niektorym los splatal figla i rzucil w czasy do ktorych nie pasuja ..
Czekam na dalsze odcinki przemolla, by choc czytajac moc przeniesc sie we wspanialy swiat ktory pamietam z perspektywy pieluchy i trzykolowego rowerka a namioty, gitary i beczka piwa u Stacha byly poza zakresem moich mozliwosci :P
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
,,Tylko niektorym los splatal figla i rzucil w czasy do ktorych nie pasuja ..''
to naprawdę fajne, że są ludzie, którzy maja tak jak ja :-D
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Oj-łezka się w oku zakręciła jak czytam relację......też po raz pierwszy ujrzałem Bieszczady w '82 roku....
To jednak był inny świat od obecnego.
Góry niby teraz te same-ale "ludków" za dużo.....
-
1 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Hej!
Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa i cieszy mnie to, że ktoś to czyta...
W podziękowaniu dla wszystkich kochających Bieszczady i biegnących do krainy niedoścignionej, dedykuję tę fotkę :wink:
Załącznik 32744
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Sklep jak na czasy w których pewnym produktem był w zasadzie tylko ocet i chleb nie był źle zaopatrzony - było w nim mydło i powidło. Kolejka jakaś tam była, ale mniejsza jak za piwem. Grzecznie się ustawiliśmy, kiedy to do naszego supermarketu wkroczyło trzech jegomości wyglądających na tubylców. Jeden z nich to był dopiero charakterystyczny gość - od dołu - czarne gumowce, czarne spodnie, czarny golf, czarny kapelusz. Żeby mało nie było to miał jeszcze lekko czarną twarz i ręce, a murzynem nie był. W żałobie też nie chodził, bo nawet trzy lata później go widywałem w tym uniformie (może miał na zmianę identyczny) i rzadko ktoś tak długo w żałobie chadza. Panowie pewnym krokiem skierowali się do ekspedientki i ignorując kolejkę jeden z nich tubalnym głosem "poprosił" o trzy "jagodzianki". Tak mi się ta nazwa wtedy spodobała... Słyszałem już - "piszczelówa", "dykta", "na kościach", ale "jagodzianka"...Zapewne produkt ten nie posłużył im do opalania pierza z kurczaka, z którego miał być rosół, a nazewnictwo produktu wskazało, że są to drwale, albo jagodziarze, którzy wtedy okupowali tereny niedalekie od Przełęczy Wyżniańskiej. Nawet mieliśmy przyjemność spotkania z ich hersztem, ale o tym później. Tym czasem, zakupiliśmy chleb do smalcu (bo już każdy się z nim utożsamił, oczywiście z tym odysowym smalcem) i wiadro. Solidne, ocynkowane wiadro, takie do którego niewiasty zdajały mleko z wymion swoich poczciwych krasul. Przeznaczenie jego było u nas całkiem inne. Z naczyniem tym udaliśmy się do knajpy i każdy kupując dwa piwa, jedno wlewał do owego wiadra. Chyba po trzech, czy czterech kolejkach nie zapełniając naczynia po wręby (w dbałości o trunek) poszliśmy na pole namiotowe na zmianę niosąc naszą zdobycz. Rok później, kiedy nastąpił kolejny krok cywilizacyjny ludzkości, przygotowaliśmy się do transportu piwa w inny sposób, gdyż nasze wiadro zostało przekazane podczas powrotu innym koneserom chmielowego napoju (i nie wiadomo gdzie teraz się podziewa i krąży po Biesach). Zakupiliśmy w naszym rodzinnym mieście, w sklepie "Ludwik" trzy plastikowe, pięciolitrowe kanisterki. To był dopiero hit ... My w Bieszczadach, z nimi, z dumą kroczyliśmy, a inni patrzyli z podziwem i nawet lekką zazdrością. Tylko wtedy już można było kupić więcej niż dwa piwa i były one lane bezpośrednio przy beczce z kufla przez lejek. Wyczerpując wątek alkoholowy można tylko dodać, że jego wszechobecność była bardzo znaczna we wszystkich nacjach bieszczadzkiego ludu.... Zapadał powoli wieczór i czas na następne ognisko.... Teraz jak się zastanawiam to przez całe lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych nie przypominam sobie ani jednej doby spędzonej w tym rejonie kraju bez ogniska. Koczowanie pod namiotami ma jednak tę specyfikę, że stwarza większą otwartość. Jest bardziej prymitywne, a może należałoby napisać pierwotne w dobrym tego słowa znaczeniu.... Schemat jest prosty i działa w ten sam sposób od wieków. Robi się chłodno to rozpalamy ognisko. Nosimy wspólnie drewno. Dosiadają się inne osoby, które ten ogień przyciąga. Nawiązujemy kontakt i zaczynamy tworzyć taką, czy inną wspólnotę. Trwałą, lub mniej trwałą, a wszystko tak naprawdę zależy od ognia, tlącego ogniska i ilości drew, które w nim spłoną.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
przemolla
[SIZE=3] Przeznaczenie jego było u nas całkiem inne. Z naczyniem tym udaliśmy się do knajpy i każdy kupując dwa piwa, jedno wlewał do owego wiadra. ]
Cudny pomysl, po prostu rewelacyjnie cudny! jak musialo smakowac takie piwo z wiadra!
Cytat:
Zamieszczone przez
przemolla
Teraz jak się zastanawiam to przez całe lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych nie przypominam sobie ani jednej doby spędzonej w tym rejonie kraju bez ogniska. Koczowanie pod namiotami ma jednak tę specyfikę, że stwarza większą otwartość. Jest bardziej prymitywne, a może należałoby napisać pierwotne w dobrym tego słowa znaczeniu.... Schemat jest prosty i działa w ten sam sposób od wieków. Robi się chłodno to rozpalamy ognisko. Nosimy wspólnie drewno. Dosiadają się inne osoby, które ten ogień przyciąga. Nawiązujemy kontakt i zaczynamy tworzyć taką, czy inną wspólnotę. Trwałą, lub mniej trwałą, a wszystko tak naprawdę zależy od ognia, tlącego ogniska i ilości drew, które w nim spłoną.
Tez prawie zawsze palimy wieczorami ogniska.. choc przewaznie nie wolno... w tym roku bylo takowych chyba ze 20... Przy sudeckich wiatach i tych w beskidzie niskim.. Ale nikt nieznajomy sie nie przysiadl... pewnie wszyscy obecni wedrowcy siedzieli wieczorem uwiezieni w okowach sterylnych pensjonatow z lazienka.. bo ognisko to zlo... mozna rączki pobrudzic.. no i ubranko potem smierdzi... i od iskier moga sie dziurki wypalic w odzieniu , w kosmicznych tkaninach, oczywiscie koniecznych i niezbednych do osiagniecia wysokosci 500 m npm zachowujac zdrowie i zycie ... ;)
Biwak bez ognia jest niepelny.. A jak jeszcze dolacza do tego brzek gitary i grupa wspoltowarzyszy to juz pelna magia! Czasem sie tak trafi, ale chyba juz trudniej niz za czasow opisywanych w pachnacej dymem twojej relacji...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
trochę metalem waliło i zwietrzałe było, ale zapewniam Ciebie, że smak był niepowtarzalny :razz:
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
judytka
,,Tylko niektorym los splatal figla i rzucil w czasy do ktorych nie pasuja ..''
to naprawdę fajne, że są ludzie, którzy maja tak jak ja :-D
Jest ich trochę (tych ludzi)
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Cytat:
Zamieszczone przez
przemolla
(...).. Teraz jak się zastanawiam to przez całe lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych nie przypominam sobie ani jednej doby spędzonej w tym rejonie kraju bez ogniska. (...).
Jeśli się bardzo chce, to można i teraz. Tydzień już mija od ostatniego pobytu, gdzie w każdy wieczór płonęło ognisko, raz na połoninie, raz na torach.
Nie zmienia to faktu, że ognisko nie jest już trendy i odchodzi w przeszłość. Czytając tą wspominkową relację przenosimy się w czas miniony. Fajnie.
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Ej, widzę tu jakoweś czarnowidztwo, wczoraj przez ognisko przepuścilim z pół kubika, tylko że zamiast zbierać chrust w ruch poszła spalinówka ;)
A w tamtych czasach nowocześniejszym i z wielu względów lepszym rozwinięciem wiadra była kanka 20l po mleku, a na piwo ;)
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Fakt, kanka lepsza i pokrywę ma co by browar nie zwietrzał. Wiesz... nowicjuszem byłem ....mało piłem ;)
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Właśnie się o tym przekonuję,jestem,,początkującą bieszczadniczką'' -przynajmniej od strony praktycznej (niedawno byłam pierwszy raz w Bieszczadach i za parę dni znów się wybieram!) bo tak naprawdę siedziało to we mnie od dawna chociaż nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę, a teraz pojechałam,poznałam i wsiąkłam...
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Kanka na mleko... taaak, ale nie na piwo. Odkąd pamiętam, a coraz lepiej pamiętam "to" z przed kilku lat, kanka na mleko była na to, co nakapało ;)
-
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
Ok, zgadzam się w zupełności, ale mówimy o transporcie, nie o produkcji.
-
1 załącznik(ów)
Odp: Jak postrzegam te góry i ludzi, po nich chodzących i w nich mieszkających...
długi, przeomla - jaki konspiracyjny język :razz:
ale oprócz kany na mleko były jeszcze kanki takie jak ta niebieska i aluminiowa (miały też pokrywkę)
Załącznik 32771