Rankiem, jak się tylko zebraliśmy, wróciliśmy kilkaset metrów do wypatrzonej wcześniej drogi idącej w odpowiednim kierunku (to ta w prawo na zdjęciu poniżej).



I, szczęśliwie, ta droga pewnie przeprowadziła nas przez sporą część podejścia na Lutańską Holicę.



Nie do końca jednak. Urwała się w połowie stoku a jaj końca pilnował przyczajony-tygrys-ukryty-smok



Jak się później okazało przywiózł tu zbieraczy borówek, którzy wydeptali dla nas wygodną ścieżkę na boczny język połoniny.



Im wyżej połoniną tym ścieżka była mniej widoczna, ale nie miało to większego znaczenia. Byliśmy już tak wysoko, że mogliśmy oglądać nasze odkrycia z dnia poprzedniego.



Jeszcze przed południem zameldowaliśmy się na szczycie drugiej z Holic, tym razem Lutańskiej.