Rozpoczynał się trzeci dzień. Nad ranem najsampierw trzeba było wyjść za potrzebą. Czynność tę, dla mieszczucha, korzystającego na co dzień z ciepłej, domowej toalety, można zaliczyć do kategorii czynów bohaterskich. Ale jak trzeba, to trzeba. Nie będę koledze zanieczyszczał nowego namiotu. Jakoś to poszło i szybko wróciłem do śpiwora.

Leżeliśmy w tych śpiworach długo, jako pretekst wykorzystując różne przeszkody. A to, że pada deszcz, a to, że wieje wiatr. Potem, że trzeba zaczekać, aż na tropiku stopnieją lodowe kryształy. Zaświeciło słońce i kryształy zaczęły topnieć. Wtedy przeleciał prawdziwy wiatr. Wczoraj bartolomeo mówił, że kocioł jest z trzech stron osłonięty i będzie tu spokojnie. Widocznie wiatr skorzystał z tej czwartej strony.

W pewnym momencie oberwałem czymś twardym w głowę. I nie była to sprawka kolegi po sąsiedzku, bo leżał cały schowamy w śpiworze. Atak powtórzył się. Wiatr wyrwał szpilki odciągów z ziemi. Wiatr dociskał ściany namiotu do podłoża a w pewnym momencie rurki stelaża nie wytrzymywały naporu i w ułamku sekundy uderzały o podłoże. Przez przypadek przy jednym z podmuchów, tym podłożem okazała się moja głowa. Jakimś cudownym sposobem, po każdym z ataków wiatru stelaż powracał do przewidzianego przez wytwórcę kształtu.

Każdy nocleg kiedyś się kończy. Wstaliśmy, spakowaliśmy się pilnując każdego przedmiotu, by go wiatr nie porwał. Namiotu nie udało się zwinąć w standardowy sposób, bo by poleciał do jeziorka. Trzeba go było upychać po kawałku do worka, pozostałą część przyciskając do ziemi.