Cytat Zamieszczone przez sir Bazyl Zobacz posta
Ależ ten świat jest mały - trafić na siebie na takim szczycie!
Ano jakiś mały, tego samego dnia i o tej samej porze, tak daleko od Polski.

Dzień 3 - wtorek - 24 września

O świcie obudził mnie jakiś trzask, samoczynnie sobie strzelił aluminiowy stelaż w namiocie, hmmm. Póki co idę połazić po okolicy. 10 metrów od namiotu mamy fajny punkt widokowy.
Stoh (1650m) o poranku. łatwo się domyślić skąd nazwa góry.



Nie może zabraknąć czarnohorskiego Popa Ivana który nas prześladuje od początku wyprawy.



Nasze namioty + tarp w karzaczorach.



Spod namiotów mamy ładny widok na Farcaul.



Zbieramy się w dalszą drogę, cel na najbliższe godziny to dojść do Stoha.



Już prawie...



Pod Stohem znajduje się posterunek straży granicznej i nowy okręg, pokazujemy paszporty i rejestrują nas w swoich systemach. Zostawiamy plecaki i idziemy na lekko na Stoha. Przed II ww. był tu trójstyk granic Polska-Czechosłowacja-Rumunia. Pogoda dopisuje, widoki na każdą stronę piękne.



Na szczycie ostał się stary solidny granitowy tripleks, stare godła i napisy oczywiście skute.



Wracamy do strażnicy po plecaki i wkraczamy w Góry Czywczyńskie. O ile dotychczasową trasą biegł szlak turystyczny i jakiś tam ruch turystyczny jest, to w Czywczyny już zbyt wielu ludzi się nie zapuszcza. Bezludzie bez spektakularnych szczytów, daleko do cywilizacji, rozległych połonin za to nie brakuje.



Graniczne "Oko Saurona" na tle Popa Ivana Czarnohorskiego.



Coraz lepiej widać "pieczarki" czyli dawną bazę radarową ZSRR tzw. "Pamir" na górze Tomnatyk.



Wędrówka sistiemą, w mniejszej lub większej ruinie, druty kolczaste w większości walają się już po ziemi, czasami jeszcze droga graniczna zaorana.



Powoli dzień się kończy. Z daleka, na bocznym ramieniu połoniny Ledeskul upatrzyliśmy staje pasterskie. mamy nadzieję na nocleg pod dachem. Niestety po dojściu staja okazuje się w ruinie. Pasterstwo po tej stronie granicy najwidoczniej zamiera, po rumuńskiej stronie widać wiele eleganckich staji. Trzeba spać pod namiotami.



Wieczorem udaje się nawiązać kontakt z szóstym członkiem wyprawy, który gdzieś nas tam goni. Okazuje się, że jest jakieś 10 km za nami i ma zamiar nas dopaść na tym biwaku. Dajemy namiary gdzie obozujemy. Mamy dobry widok na grzbiet graniczny i po zmroku wypatrujemy jakichkolwiek świateł. W końcu wiele kilometrów od nas pojawia się światełko czołówki. Odpowiadamy dyskoteką podniebną. Kontakt został nawiązany. Pogranicznicy pewnie się pukali po głowach. Ostatnie kilka kilometrów podwiózł go patrol straży, jeszcze kawałek w boczne ramię i po 22.00 ekipa jest w komplecie. Zrobił w dwa dni to co my zrobiliśmy w trzy dni choć szliśmy od rana do wieczora. Pierwszy raz łazi z ciężkim plecakiem, sporo sprzętu ma "z Biedronki". W Diłowem był o 3.00 w nocy i pobudził strażników w jednostce, żądając wydania "dozwiłu" i od razu po nocy ruszył na szlak w pogoni za nami. Taki tam wariat...
Czas spać.

C.D.N.