Dzień 2 - poniedziałek - 23 września
W środku nocy budzą mnie ryki. Rogate bydle urządziło sobie rykowisko w pobliżu naszych namiotów. Ze dwie godziny nam ryczał nad głowami.
Wstałem przed świtem, uwielbiam poranki w górach. W tle czarnohorskie dwutysięczniki Pietros i Howerla.
Pokręciłem się po okolicy, porobiłem zdjęć i czas jeszcze poleniuchować w namiocie.
Słońce coraz wyżej, czas się zbierać.
Grzbiet graniczny przez kolejne kilometry nieco się obniża do około 1500 m i przez dłuższe odcinki będziemy szli lasem. Widoki tylko od czasu do czasu. Rzut okiem za siebie na Popa Ivana Marmaroskiego.
Czasami znienacka na horyzoncie wyskoczy Farcaul...
Gdy przychodzi pora na siestę obiadową czas rozpalić pod kociołkiem.
Wkrótce teren się podnosi i widoków ponownie nie brakuje. Spojrzenie na zdobytą już górkę.
Na okoliczne polany ze stajami pasterskimi...
Na odległe szczyty, jak gorgańskie Sywule...
No i przed siebie, na drogę graniczną.
Po bokach głębokie doliny.
W kotłach wiją się strumyki.
Czasami minie się jakieś urwisko.
Ostatnią wyższą górką na dzisiaj są Nieneski 1815 m.
Czas rozglądać się za noclegiem. Jeszcze kilka kilometrów i na zarośniętej połonince wśród drzew rozbijamy obóz. Ognisko, kolacja, gorący kisiel i można iść spać.
Poza kilkoma strażnikami granicznymi innych ludzi nie spotkaliśmy. Mamy góry dla siebie. Zastanawiamy się co się dzieje z szóstym wariatem który nas goni. Ostatnie informacje jakie mamy to to że jest we Lwowie.
C.D.N.
















Odpowiedz z cytatem