Czołem Wyrypiarzu! Miło będzie sobie pogawędzić rocznicowo o wyczynie Studzińskiego, bo finiszował na "pętelce" właśnie w ostatnich dniach roku. Jedno zastrzeżenie na początek: skitura wieloosobowej ekipy współcześnie nie ma, bo mieć nie może, pełnej i miarodajnej analogii do wyczynu samotnika przed 80 laty. Nie dlatego, że wyruszyłeś "zza biurka", bo Ty akurat jesteś chyba wybiegany przez okrągły rok, nie?Natomiast zasadnicze różnice są w warunkach nawigacji i pokonywania górskich przestrzeni zimą. W zespole zmienialiście się na prowadzaniu, torując w głębszym śniegu. Warunki pogodowe i śnieżne niemal nigdy (poza wiosennymi firnami i betonami) nie będą analogiczne, a wystarczy jeden dłuższy etap w kopnym śniegu, albo łamliwej szreni bądź gipsie w zaspach, żeby wykończyć samotnika. Przy nawigacji musiał polegać tylko na własnym nosie. W zespole można korygować wzajemnie błędy w ustalaniu położenia czy wyborze kierunku, trasy zjazdu itd. Miał nad Wami przewagę w obciążeniu, idąc na lekko. Ale kosztem bazowania na schroniskach, do których musiał trafić po ciemku. Biwak bez śpiwora przeżył jedynie dzięki przypadkowi - wpadł w naturalną jamę śnieżną w głębokiej kosówce.
Nie spisał relacji na gorąco, po powrocie z gór, lecz po latach - wspomnieniowo. Pytanie: czy wspomagał się WiGowską "setką"? Przejawiał zamiłowanie do tych map. Gdyby miał je przed oczyma, to na pewno nie pomyliłby szczytu Hnitesy z najdalszym punktem terytorium II RP. Czyli jednak chyba konfabulacja, bo nie wspomina zjazdu z Hnitesy na Styniszorę z rumuńską pikietą tuż pod grzbietem, ani tym bardziej powrotu z niej (do Menczila nie zjeżdżał, bo to byłoby karkołomne przedsięwziecie).
Zaplanował sobie "pętelkę" ze schroniska Ziemblica, któremu podał chyba datę powrotu. Dlatego pociągnął z Szybenego z powrotem w Czarnohorę, ale przeliczył się z siłami i kurniawa go zaskoczyła. W Szybenem mógłby przenocować choćby w strażnicy KOP, albo zjechać do Jawornika do leśniczówki. Generalnie odwrót doliną Czarnego Czeremoszu zimą byłby bezpieczniejszy, ale logistycznie o wiele bardziej kłopotliwy, niż przez Czarnohorę do kolejki na Foreszczence i kolei w Worochcie.
Dotarłem do wersji drukowanej lata temu. Ziętkiewicza interesował aspekt surwiwalowy nocnej przygody Studzińskiego pod Smotercem, a nie przebieg samej jego tury po Czywczynach i Hryniawach. Wspomnieniową relację z przejścia spisał i opublikował po wojnie, i to z problemami. Pytanie, czy zachowały się w schedzie po nim jakieś maszyno- czy rękopisy tego tekstu?
Nie przesadzajmy! Czasy Jagiellonów to jednak ciut dawniej, niż międzywojnie. Choć z drugiej strony autorowi tego słynnego tekstu zwidziały się kamienne słupki nad granicznym Menczilem... Licentia poetica płatała tam różne figle.
Pozdrawiam
Tom



Natomiast zasadnicze różnice są w warunkach nawigacji i pokonywania górskich przestrzeni zimą. W zespole zmienialiście się na prowadzaniu, torując w głębszym śniegu. Warunki pogodowe i śnieżne niemal nigdy (poza wiosennymi firnami i betonami) nie będą analogiczne, a wystarczy jeden dłuższy etap w kopnym śniegu, albo łamliwej szreni bądź gipsie w zaspach, żeby wykończyć samotnika. Przy nawigacji musiał polegać tylko na własnym nosie. W zespole można korygować wzajemnie błędy w ustalaniu położenia czy wyborze kierunku, trasy zjazdu itd. Miał nad Wami przewagę w obciążeniu, idąc na lekko. Ale kosztem bazowania na schroniskach, do których musiał trafić po ciemku. Biwak bez śpiwora przeżył jedynie dzięki przypadkowi - wpadł w naturalną jamę śnieżną w głębokiej kosówce.
Odpowiedz z cytatem