Ten fragment naszej dyskusji zaczął się koncentrować na zagadnieniu typu „ czy w przewodniku o Krakowie może znaleźć się także mapa okolic Krakowa”. Przecież już wcześniej przekonująco objaśniłeś genezę powstania tej mapki, więc po co drążyć temat?
Bilingwizm, jak i brak twardej wymowy spółgłosek w dialekcie wschodniohuculskim to póki co jedynie supozycja – hipoteza, którą najpierw trzeba by udowodnić. Póki co nie mamy żadnych pewnych przykładów potwierdzających palatalizację na tym obszarze (w ruskich gwarach góralskich). Nieliczne „spalatalizowane” przykłady imienia Hnitesy świadczą o czymś wręcz przeciwnym - wszystkie wyszły spod pióra autorów polskich, bądź w drugiej grupie – mniej licznej – spod rysika kartografów austriackich, a w języku niemieckim palatalizacja jak wiadomo występuje. Dostosowywanie wymowy do własnych reguł językowych przy zapożyczeniu danej nawy to zresztą nic nadzwyczajnego – zajmowałeś się przecież trochę etymologią nazw karpackich to przecież musisz coś na ten temat wiedzieć (tu pozwolę sobie na małą dygresję – wyrazy uznania za prawidłową etymologię oronimu ‘Tatry’, który to, powtarzając się w nazewnictwie wielu punktów w Karpatach (a także poza nimi) każe traktować to miano jako oczywiście pierwotnie apelatywne i jako apelatyw żywe zresztą do niedawna właśnie w dialektach huculskich). Co do bilingwizmu – to istnienie takiego zjawiska suponował badacz wpływu języka rumuńskiego na gwary huculskie Jan Janów – twierdząc, że na wschodzie Huculszczyzny istnieć miała większa ilość zapożyczeń, ale że bardziej archaiczne pożyczki istniały w huculskich gwarach doliny Prutu (a więc w gwarach zachodniohuculskich). Ten ostatni fakt nie dziwi – wołoski dialekt Maramureszu, skąd szły te pożyczki był bardzo archaiczny. Natomiast szeroko pojmowane południowo-wschodnie pogranicze Huculszczyzny, odgraniczające od rumuńskojęzycznych mieszkańców dolin np. Złotej Bystrzycy, Mołdawy i Mołdawicy bardzo długo pozostawało niezasiedlone (za wyjątkiem sezonowej transhumancji pasterzy zapuszczających się w głąb karpackich dolin), co więcej „pierwotna” ludność zamieszkująca górskie (choć oczywiście nie najwyższe, pozostające bezludne) odcinki dolin tych rzek była ruskojęzyczna (o czym świadczy toponimia), która z czasem została językowo zwalachizowana (jeśli gdzieś występował bilingwizm, to właśnie tam), a więc nie mogła (z uwagi na pustki osadnicze) jako taka mieć jakiegokolwiek wpływu na bilingwizm również Hucułów z dolin obu Czeremoszów. W regionie czeremoskim możliwe było więc przenikanie językowe i zapożyczenia, ale raczej nie dwujęzyczność. Zresztą, owo przenikanie na pewno mogło mieć miejsce głównie w początkowych fazach zaludnienia górskich pustkowi (jednak z uwagi na ową pustkę osadniczą następowało ono później niż nad górnym Prutem i to głównie z mniej „archaicznego” dialektu mołdawskiego), z czasem wytworzyła się jednak ostra granica językowa między gwarami ruskimi a wołoskimi. O jakimkolwiek wpływie gwar rumuńskich na palatalizację w gwarach huculskich okresu międzywojennego na terytorium II RP nie może być więc mowy.
Tutaj trzeba by założyć, że pan Tadeusz zachował w pamięci toponimię zasłyszaną w czasie krótkiej rozmowy sprzed kilkunastu (bądź kilkudziesięciu) lat (sam zaznaczyłeś wcześniej, że archiwum Studzińskiego (a więc zapewne i jego notatki odręczne) spłonęły w trakcie powstania warszawskiego). Zresztą, często zdarza się po prostu, że przekręcamy zasłyszane nazwy. Jednak istnienie tej nazwy w takiej formie, jaką przekazał Studziński i jeszcze co najmniej dwóch autorów, a także istnienie jej dokładnych, tyle, że pozbawionych palatalizacji odpowiedników przekonują o tym, że miano takie w tym właśnie brzmieniu musiało być rzeczywiście w użyciu (nadal podtrzymuję jednak swoje poprzednie mniemanie, iż wersja spalatalizowana jest jedynie wynikiem użycia jej przez polskich autorów, jakkolwiek zapewne istniała takowa również w mowie, ale Polaków zamieszkujących Huculszczyznę).
Mogę zamieścić zdjęcie swojej mapy pt. Muntii Maramuresului po jednym użyciu z przetarciami uniemożliwiającymi sensowne posługiwanie się nią w przyszłości akurat w górnym rogu – tam, gdzie była najintensywniej studiowana podczas wyprawy (zresztą na Hnitesę i właśnie w jej miejscu jest najbardziej poprzecierana).
No tu mnie zaskoczyłeś. Jesteś chyba optymistą sadząc, że jakiekolwiek schronisko czy schron na południowy-wschód od schroniska po Pop Iwanem posiadało zegar. Z tym „spieszeniem” to raczej miałem na myśli sytuację, że Studziński mógł np. nie nakręcić zegarka na noc na Maryszewskiej albo pod Pop Iwanem i w efekcie zmuszony był dostosować rano swój zegarek do wskazań zegara schroniskowego, które mogły być niewłaściwe.
Opis poszukiwań schroniska pod Popadią wskazuje na coś przeciwnego – musiał dysponować „setką” arkusz „Burkut” z 1932 r, bo tam – jak zresztą sam zauważyłeś - jest zaznaczone właśnie to schronisko (nie ma co do tego zresztą wątpliwości, bo Studziński podał to literalnie: „na mapie było oznaczone schronisko pod Popadią”).
Zaplanował, ale czy dotarł?
Co do tego, że słup był „odwiany”, to ja też nie mam wątpliwości. Zwróć uwagę, że w opisie zjazdu z Palenicy Studziński napisał, iż jechał przez „zielska stepowe”. Jeśliby nadtopiona kosodrzewina nie wystawała faktycznie spod śniegu, nie napisałby o tym „zielsku”. Jest to moim zdaniem kolejny dowód e silentio na prawdziwość jego relacji (ale także na to, że zjeżdżał po widoku) - w opisie dnia poprzedzającego owo zdarzenie Studziński wspominał, że było bardzo ciepło i słonecznie (prawdopodobnie panowała wtedy w górach inwersja, o czym świadczy opinia Studzińskiego, że widoki tego dnia były „bardzo rozległe”), tak więc wszystko, co wystawało znad śniegu musiało odtajać.
No moim zdaniem nie jedyne, bo:
- zakładając, że nie było go przy słupie nr 56 mamy tylko jedną niezgodność (precyzyjnie, „z pamięci” podany nr słupka).
- zakładając, że był mamy dwie niezgodności – czas i opis niemożliwego z tego miejsca widoku. Trzecią niezgodnością, nie wyrażoną co prawda w tym wypadku explicite jest brak zaznaczenia faktu, iż słup 56 posadowiony był w głębokim siodle Styniszory i co za tym idzie brak opisu zjazdu do niego i mozolnego powrotu pod górę „po śladach”. Zgodnie więc z tzw „brzytwą Ockhama” przyjąłem rozwiązanie mające mniej słabych punktów.
Nie twierdzę, że Studzińskiego na pewno nie było w siodle Styniszory, ale wg mnie, podkreślam według mnie jest to – podpierając się wszak jedyną znaną nam relacją z tego wydarzenia - wersja bardziej prawdopodobna (przy czym cały czas uważam, że Studziński nie zmyślał celowo, a jedynie po latach po prostu odczytał nr słupa z mapy, sądząc w dobrej wierze, że był tam, dokąd w rzeczywistości nie dotarł).
Argument, że autor „nie mógł dalej iść” ponieważ przebywał przy słupku nr 56 jest o tyle nietrafiony, iż Studziński pisząc, że „nie mógł dalej iść” ma na myśli niemożność ruszenia dalej „śladami Daków”, a nie przebywanie pod słupem nr 56 (co oczywiście wiąże się z istnieniem granicy rumuńsko-polskiej, aczkolwiek nie literalnie z przebywaniem pod tym słupem). Zresztą, z całego kontekstu (opis widoków, zastanawianie się, czy ktoś był już przed nim o tej porze roku wędrując samotnie nartach na „Hniatysi”) wynikałoby, że autor cytuje swe myśli przebywając albo na wierzchołku Hnitesy, albo na południowym „cyplu” jej grzbietu. Zresztą, skąd wiadomo, że autor pomylił się (lub zrobił to celowo, jak zakładasz) akurat przy opisie widoku i odczytywaniu godziny, a nie właśnie przy podawaniu numeru słupka?
Wałkowanie na okrągło tego zagadnienia do niczego nas już jednak nie doprowadzi. Wątpliwości mógłby rozwiać ewentualnie chyba tylko syn pana Tadeusza, więc jedyną nadzieją jest kontakt z nim (Pete!), może ma on jakieś bruliony, brudnopisy, które z jakichś względów nie znalazły się ostatecznie w „płajowej” wersji opowiadania, może jest coś tam o zjeździe w siodło Styniszory???



Odpowiedz z cytatem