Prawdopodobnie jednak mapę na wyrypie ze sobą miał, bo jak niby inaczej mógłby „nawigować” w nieznanym sobie terenie, natomiast mógł jej faktycznie nie mieć przy pisaniu wspomnień.
Mnie zastanawia cały czas coś innego - dlaczego jednak, w kluczowym momencie swej relacji, wiedząc, że ktoś po latach może to roztrząsać, nie wspomina nic o zjeździe do słupka nr 56 w siodle Styniszory (tym bardziej, że mniej „ważne” odcinki swej trasy potrafił Studziński niejednokrotnie opisać szczegółowo)? Odpowiedź, być może jest następująca:
Żeby prawidłowo rozwikłać zagadkę jego trasy tego dnia, trzeba, w miarę oczywiście możliwości poprawnie odczytać nieliczne wskazówki dodatkowe, jakie daje nam tu autor. Na wstępie wypada zaznaczyć więc, że około godziny stracił Studziński błądząc w okolicach Przełęczy Łostuńskiej (to zresztą kolejny dowód e silentio na prawdziwość jego relacji - przełęcz ta, choć niby to takie niepozorne miejsce faktycznie stanowić może pułapkę - pamiętam, jak w 2015 roku samemu zajęło mi trochę czasu ustalenie, w którą stronę należy się udać, żeby dostać się na Pirje – płaj graniczny przechodzi tam bowiem nieoczekiwanie „jakby” na równoległy grzbiet (przynajmniej takie odczucie ma się na dole, bo trzeba niespodziewanie, idąc od strony Łostunia zakręcić o 90 stopni na lewo)), tak więc był w niedoczasie i na pewno nie ryzykowałby czasochłonnego obejścia grzbietu Hnitesy jej wschodnim, stromym zboczem (tym bardziej, że miał w świeżej pamięci bezsensowny trawers Pop Iwana, który kosztował go niedotarcie przed zmrokiem do celu). Zresztą, gdzieś od wysokości Komanowej doskonale widział już wybiegający na południe grzbiet z kulminacją Hnitesy, a akurat ten skręt o 90 stopni na prawo jest łatwy orientacyjnie; co więcej łagodne wejście na Hnitesę od tej strony nie nastręcza żadnych trudności.
Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt warunków, jakie Studziński miał tego dnia na szlaku – przy jakiejś okazji autor zaznacza, że „wiało w prawy policzek” - a więc wiał wiatr południowy. Nie musiał to być bardzo silny „halny”, ale pan Tadeusz zaznaczył jednak, że „dmuchało solidnie”. Co prawda nie napisał tego explicite, a jedynie ogólnikowo, iż „wkrótce wiatr zwiał mgły w doliny”, ale skądinąd wiemy, że pogoda przy takim wietrze ma to do siebie, iż chmury kumulują się i kłębią po stronie południowej grzbietu głównego, podczas gdy strona północna jest jasna (widna). Być może więc „morze” chmur kłębiło się w dolinie Wazeru i choć chmurom nie udawało się wedrzeć (wtargnąć) na grań, to przelewały się jednak przez siodło Styniszory? Może więc ostatnim miejscem z „widokiem” na południe był teren powyżej słupka nr 55, natomiast po zjeździe na przełęcz pan Tadeusz znalazł się w kompletnym „mleku” (na korzyść tej hipotezy przemawiałoby to, że przy braku widoczności nie ma się często świadomości stromizny zjazdu, a co za tym idzie tego, jak nisko się zjechało. Przeciw z kolei świadczyć może fakt, iż w takich warunkach łatwo jest się pogubić i zjechać na lewo bądź na prawo z grani grzbietowej). Nic tam nie widząc, zdołał tylko odczytać nr słupka i po swoich śladach wrócił na wierzchołek Hnitesy, gdzie znalazł się ok godziny 15. To stamtąd miał właśnie widok na „zbałwaniony ocean gór” (lub raczej chmur, znad którego wyrastały poszczególne pasma). Po godzinie piętnastej Studziński rozpoczął zjazd z Palenicy (nic dziwnego nie musiało być więc też w tym, że kosówka na Palenicy przy silnym wietrze południowym mogła być częściowo odwiana, a będąc częściowo nadtopioną dnia poprzedniego mogła wystawać ze śniegu właśnie jak „stepowe zielsko”) i to oczywiście nie „Płajem Dziewięciu Źródeł”, bo po cóż by miał tak czynić zimą, jak zresztą słusznie zauważyłeś, tylko „na krechę” prosto na połoninę Wesnarkę (alternatywna trasa przez połoninę Bałtaguł jest chyba nieco dłuższa, a ponadto wymaga króciutkiego (ale zawsze) podejścia pod Komanową). Tam spodziewał się odnaleźć leśną drogę, która sprowadziłaby go do doliny Czarnego Czeremoszu i przy której to drodze zapewne nastąpiło spotkanie z huculskimi drwalami.
Tu dochodzimy być może do rozwikłania „tajemniczej” nazwy Palenicy, jaką posłużył się Studziński – czyli „Gropy”. Przychylam się do Twojej tezy, że ów oronim w takim brzmieniu zasłyszał autor właśnie z ust huculskich drwali. Być może Huculi mianem „Gropy” określali wówczas cały stromy obryw grzbietu Palenicy od wschodu, czyli od strony doliny Białego Czeremoszu. Zresztą, to właśnie sami drwale początkowo, jak to sugeruje w swej relacji Studziński brali naszego bohatera za przemytnika, a ci ostatni zapewne, aby uniknąć kontroli rumuńskich graniczarów omijali Hnitesę wschodnim zboczem i następnie „Płajem Dziewięciu Źródeł” dochodzili do Wesnarki (trzeba oczywiście wziąć poprawkę na to, że rumuńskich pograniczników zimą nie było w ich schronie, jednak w rozmowie toczonej „na gorąco” często umykają nam racjonalne argumenty; Huculi poza tym mogli po prostu nie wiedzieć, że strażnicy zimą nie dyżurują). Wg mnie dyskusja ta, prowadzona zapewne częściowo przy użyciu rąk i gestów mogła wyglądać tak, iż huculscy rozmówcy pana Tadeusza wskazując na południe wykrzykiwali co jakiś czas „Gropa! Gropa!” sądząc, że właśnie tamtędy Studziński obchodził szczyt Hnitesy, co zrozumiane zostało przez naszego autora jako huculskie (miejscowe) miano desygnujące masyw Palenicy i jako takie już mu zostało.



Odpowiedz z cytatem