Dzień 2-gi
Wczesna pobudka , podjedziemy busem do Wołowca a potem elektriczką na start.
Wiekszość zamawia śniadanie na wynos , ja od wieczora mam zachciankę jak przysłowiowa baba w ciąży na rybę . Zakupiłem ją wieczorem rankiem spełniam zachciankę.
Pakujemy graty i w drogę. Już jadac po wybojach do głównej drogi okazuje się , że ta rybka to nie był najlepszy pomysł. Chyba choleryna jedna ożyła w brzuchu i zdecydowanie próbuje się wydostać na wolność tylko nie do końca jest zdecydowana którą stroną.
W pociągu nieoczekiwana atrakcja- miejscowy zakapior na występach. W odróżnieniu od tych naszych , ustrzyckich czy wetlińskich daje koncert nie na gitarze lecz dmucha w taka sporą fujarę.
IMG_0148.jpg
Dojeżdżamy do miejsca startu , towarzystwo zasiada na ławeczkach do śniadania ja preferuję miejsca bardziej zadrzewione próbując dogadać się z moją rybą – bezskutecznie.
Wreszcie ruszamy . Na początku widać jakieś dwie szlakówki potem ścieżka nabiera pionu i tak przez godzinę. Jest goraco , parno , chmary komarów i meszek i oczywiście pełna wigoru rybka wedrująca po układzie pokarmowym. Wreszcie się wypłaszcza czekamy na resztę grupy. Dochodzą po kwadransie szlakiem , który strawersował to nasze mordercze podejście. Jeszcze chwila i zaczyna się połonina. Tu niespodzianka , byłem pewien , że będziemy przechodzić przez ruiny bazy ale nie jesteśmy bardziej na północ. Bazę chciałem obejrzeć jednak bardziej liczyłem na wodę ,która szybko ubywa. Jest też dobra wiadomość : rybka się uspokoiła – pewnie zdechła.
Zaczynają się widoki to i morale idzie w górę.
Karp. ws 093.jpgKarp. ws 092.jpg
Grupa rozciąga się ,sciezka prowadzi na grań i dalej na Stoha ale ja wypatruję przy płaju prowadzącym na wschód ciemniejsze plamy zieleni i licząc na jakieś źródła w kilka osób nadkładamy drogi – niepotrzebnie bo wody nie ma . Z opcję z zejściem do bazy i szukaniem „wody z rurki” opisanej przez Wojtka Pysza rezygnuje – to ponad moje siły. Statecznie zdobywamy Stoha z flanki.
Karp. ws 110.jpgKarp. ws 096.jpgKarp. ws 097.jpgKarp. ws 104.jpgKarp. ws 107.jpg
Teraz przez Wielki Wierch , racjonując wodę wracamy do Pilipca. Wokół zielone góry tą charakterystyczną wiosenną zielonością a my jak na Gobi. Schodzimy w trójke do potoku i głowe daję Grecy Ksenofonta tak się nie cieszyli widząc wodę jak my. Stąd już nienerwowo opici jak wielbłądy w oazie przez teren hippisowskiego festiwalu wracamy do bazy. Regenerację zaczynamy od lanego i jeszcze jednego …a co tam jeszcze jednego, prysznic , lekki obiadek i pod sklep. Tam z poznanymi Rumunami – kamieniarzami gawędzimy dość długo aż wyciągiem zjeżdża grupa główna. Jeszcze kolejna próba zakupu map , na jednym ze stoisk na nasze zapytanie o mapy/karty dostajemy talię 52sztuki +2 Jocery.


Odpowiedz z cytatem