A ja akurat dzisiaj pożegnałem się z butami.

Od kilkunastu już lat staram się mieć zawsze 2 pary butów do łażenia po lasach i górach. Jak już pisałem, preferuję takie wojskowo - policyjne, koniecznie produkowane przez fabrykę w Lublinie. Ich wzory są różnie nazywane: antyterrorystyczne, spadochroniarskie, itp. Są to jednak buty faktycznie zamawiane przez jednostki podległe MON i MSWiA, więc jest jakaś gwarancja, że szybko się nie rozlecą.
I rzeczywiście - są raczej trwałe. Częste używanie do nich dobrego impregnatu w tubie (zamiast pasty) sprawia, że stają się naprawdę nieprzemakalne. Można w nich suchą nogą przejść nie tylko po mokrej łące, lecz nawet pochodzić po płytkich strumyczkach, w wodzie do wysokości kostek (buty mają wszyty język). Są jednak śliskie, na ubitym śniegu trzeba bardzo uważać (wczoraj raz fiknąłem).

Te które dziś wystawiłem koło śmietnika, miały chyba ponad 7 lat i były starsze od drugiej pary, używanej przemiennie (3-letniej).
Już od pewnego czasu lewy but zaczął mi się rozwalać w środku, w okolicach kostki. Pękł materiał, przy wkładaniu lub zdejmowaniu buta czułem niewielkie obcieranie.

W tym roku zdążyłem już być na 4 całodniowych wycieczkach po wertepach Puszczy Kampinoskiej. Pamiętny był zwłaszcza dzień 8 stycznia, z pogodą kwietniową (9 st. C, cały dzień słoneczko). Przedostatni odcinek zaplanowanej trasy zachciało się nam iść na skróty. Poleźliśmy przez podmokłą łąkę. Zaczęliśmy brnąć w wodzie coraz bardziej, ale tak, że nie było sensu się już wycofywać (ściana lasu tuż, tuż - kilkadziesiąt metrów !). W końcu woda była już do kolan, machnęliśmy na to ręką i brnęliśmy do przodu. Po wyjściu na skraj lasu zdjęliśmy buty, wylaliśmy z nich wodę i wyżęliśmy skarpety. Nic więcej nie mogliśmy zrobić. Przedarliśmy się potem przez las nad Kanałem Zaborowskim do parkingu w Roztoce. Tam w kiosku gastronomicznym zostawiłem przy ciepłej herbatce żonę i Żabki, a sam - już po ciemku - pomaszerowałem z latarką przez las (czerwonym szlakiem) z Roztoki do Łubca, gdzie w zaprzyjaźnionym gospodarstwie pozostawiłem samochód. Zmieniłem buty (samochód prowadzę zawsze w półbutach) i pojechałem do Roztoki po towarzyszy niedoli. Siedzieli sobie w ciepełku z gołymi stopami, suszyli sobie skarpety i buty przy grzejniku. Zamartwiali się o moją skromną osobę i co chwilę dzwonili do mnie na komórkę. Bezskutecznie, gdyż to przewidziałem i telefon wyłączyłem (nie chciałem być w puszczy dekonspirowany, latarkę też zapalałem tylko co pewien czas). Op... ich trochę, powiedziałem przecież wcześniej, że martwić o mnie mogą się zacząć dopiero za godzinę od wyjścia z Roztoki. A wróciłem po 57 minutach - tyle zajął mi marsz przez las + zmiana butów + dojazd z Łubca do Roztoki.

I chyba ów marsz przez las w mokrych butach nie był dla lewego z nich szczęśliwy. Wczoraj też założyłem te buty na wycieczkę i już przy zakładaniu zauważyłem, że lewy jakoś bardziej mnie obciera. I że obciera nie tylko przy zakładaniu, ale i przy chodzeniu (pomimo grubej skarpety). Zrobiliśmy jakieś 15 km i dorobiłem się małego obtarcia lewej stopy pod kostką. W warunkach bieszczadzkich na pewno byłoby większe. Dziś rano dokładnie zlustrowałem wnętrze owego lewego buta i stwierdziłem, że niestety nie nadaje się on już do takiego intensywnego chodzenia, jakie ja uprawiam. A zatem - adieu buciki. A szkoda, bo wiele km w nich przeszedłem.