Jest tu ktoś, kto zna się na psich rasach? Ten podobno był myśliwski, tak następnego dnia twierdzili Dobrze Zorientowani Ludzie. Prawdopodobnie porzucił właściciela-myśliwego (może to był Topas-ekolog?) i wybierał sobie na połoninie następnego. Jeden dzień łaził za poznanym przez nas na Menczyle turystą a potem przyłączył się do nas. Aby była jasność: nie karmiliśmy go dość długo, chyba dopiero wieczorem dostał coś do żarcia (a żarł wszystko, nawet to czego psom żreć nie przystoi), ale jak zobaczył naszą trójkę to postanowił zmienić ją w czwórkę. Antek nadał mu imię Topas i tak już zostało. Antek, barotlomeo, Wojtek i Topas
A Antek od razu postanowił pomóc mu znaleźć dobrego opiekuna. Próbował najpierw z młodym (9 lat!) Sławikiem, który akurat przechodził koło szczytu. Sławik był zbieraczem brusznicy, jak się za chwile okazało pomieszkiwał w namiocie w obozie zbieraczy kawałeczek za szczytem Menczyła. Wyszła z tego poszukiwania opiekuna mała draka, bo koło tego obozu zaatakował nas (werbalnie) nabuzowany i czarny jak smoła Jednoręki, zły jak osa i nawalony jak Messerschmitt. Dziad, jak go nazywał mały Sławik, ale nie dziadek... Długa i skomplikowana historia, której chyba nie ma potrzeby tutaj przytaczać w całości. W każdym bądź razie pierwsza próba znalezienia stałego opiekuna dla Topasa się nie udała, Topas poszedł za nami a wołającego za nim Dziada totalnie zignorował, choć Dziad twierdził, że to w zasadzie jego pies, choć może dobrego kolegi, a ostatecznie z pewnością nie nasz. I chyba tylko to ostatnie było zgodne z prawdą
Wszystko wskazuje na to, że Topas - podobnie jak i my - nie był obojętny na piękno otaczających nas gór. Biegał dookoła, ale czasem w zadumie podziwiał to, co na podziw zasługiwało.
Po kliknięciu większa wersja
Prawdziwy Pies Gór!
Czterech panów B.
I życie pojawiło się w relacji, (turysta, kład, pies, chłopiec)
dzięki czemu nabrała pełnego wymiaru
Dzięki.
Teraz to coś więcej niż oglądanie widokówek
Na razie zapominamy o strzelaniu z procy i różnicy w spojrzeniu; idziemy dalej
Teraz czeka nas wdzięczny odcinek, ponad 3 km połoninnym grzbietem na północ, na Mały Menczył. A dalej - jeszcze nie wiemy. Była tu niedawno zaprzyjaźniona ekipa, która odradzała przejście z Małego Menczyła na grzbiet główny Krasnej po trasie gazociągu. Na mapie jest tu wprawdzie zaznaczona droga, ale w terenie prawie jej nie ma. Są za to stromizny, błota i młodniki gorsze od gorgańskiej kosodrzewiny. Ja sobie jeszcze dopowiedziałem, że brak wody, dzikie zwierzęta, wściekłe komary i zakłócenia magnetyczne.
Dlatego jeszcze przed wyjazdem mieliśmy opracowany wariant awaryjny: zejście z Małego Menczyła na zachód do wsi Olczany/Wilszany w dolinie Terebli, przejscie na północ wzdłuż brzegu jeziora i podejście na Krasną grzbietem przez Perechrestie (aby zrozumieć, co ja piszę, trzeba spojrzeć na mapę).
Który wariant wybierzemy, okaże się po dojściu na Mały Menczył, po zobaczeniu własnym okiem, jak to wygląda w terenie.
Na Małym Menczyle była mała wyprawa po wodę do nisko położonego źródła. Poszły dwie osoby plus pies, ja zostałem pilnować plecaków.
Główny grzbiet z Topasem, do którego mamy dotrzeć widać tuż, tuż, jak na wyciągnięcie ręki (nie wiemy jeszcze, że dotrzemy tam dopiero jutro, w samo południe). Obejście przez dolinę Terebli też widać - jest gdzieś tam daleko, daleko. Idziemy rurociągiem!
Nad głowa psa Topasa - góra Topas z wieżą.
Czyż nie jest on "na wyciągnięcie ręki"?
Widok na nieco zarośniętą nitkę rurociągu.
Przejście odcinka ok. 5 kilometrów zajęło nam ok. 4 godziny, do przełęczy w grzbiecie głównym miedzy 1184 a Wosową 1379 doszliśmy pół godziny przez zmrokiem. Przełęcz nie była szczególnie urokliwa, ale znalazło się miejsce na dwa namioty i nieco drewna na ognisko.
![]()
Gdy poszliśmy spać, pies został przy dogasającym ognisku. Rano omal go nie rozdeptałem, gdyż w nocy wlazł bez pukania pod tropik i mocno spał, wiedząc, że opiekunowie dobrze go pilnują
Poranek u nas na przełęczy był ponury. Widzieliśmy całkiem niedaleko zbocza i lasy oświetlone ostrym słońcem a tutaj było mokro i zimno.
Zwinęliśmy ociekające namioty i bez śniadania ruszyliśmy do góry. Pierwszy odcinek był skalisty i bardzo stromy. Ale cieszymy się, że jesteśmy już na grzbiecie głównym i idziemy "wzdłuż".
Do słońca i ciepła dotarliśmy na połoninach pod górą Wosowa i kawałek za szczytem zrobiliśmy długi postój, połączony ze śniadaniem i suszeniem namiotów.
Suszarnia z widokiem na Menczył.
A z przeciwnej strony widać Gorgany.
O tej porze roku połonina jest rzeczywiście krasna a my zbliżamy się do - widzianego już trzeci dzień - Topasa.
Na grzbiecie Krasnej nie ma już osiedli noclegowych zbieraczy, zdarzają się pojedyncze, naprędce sklecone budki.
Uzupełnienie wody w skromnym źródełku.
Teraz na Topas już naprawdę niedaleko (pół godziny).
Mam nadzieję, że Bartoloomeo w wolnej chwili uzupełni relację swoimi panoramami.
Trzeciego dnia w samo południe weszliśmy na szczyt Topasa.
Na północy widać Kołoczawę.
Teraz widzimy już Topas z drugiej, wschodniej strony. I jeszcze jedno schronienie zbieraczy brusznic.
Rur na rurociąg za dużo nawieźli.
Nasz Topas nie miał na trasie problemów z zaspokojeniem pragnienia. Miał wodę o różnych smakach co chwilę.
Teraz idziemy na najwyższy szczyt Połoniny Krasnej - Syhliański 1564 m.
Na szczycie zdjęcie typu "zbobywcy";-)
Rzut oka na Gorgany
W przeciwieństwie do psa, pozostała trójka wędrowców musiała nosić wodę w paskudnych, plastikowych butelkach.
Ze źródełka pod Gropą, z którego nabieramy wodę powstanie niżej spory potok, spływający przez leśne ostępy do Ruskiej Mokrej.
Kawałek dalej spotkaliśmy zmotoryzowaną ekipę miejscową, która ugościła nas lokalnymi potrawami i napojami.
![]()
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)
Zakładki