Tak, podzielam zdanie Henia, że opowieść bez ludzi jest trochę niekompletna. Tym razem rzeczywiście tak było.
Pasterze już zeszli z gór. Widać to było na zdjęciach z przejazdu doliną Tereszwy. Nieregulaminowo zeszli, bo powinni być do świętego Michała, czyli prawie do końca września.
Turystów nie było, bo to niepopularny, boczny grzbiet i środek tygodnia. Pierwszego dnia widzieliśmy z daleka młodą pasterkę, która również nas spostrzegła i odeszła w jeszcze dalszy zakątek hali, osłonięty krzakami. Skąd wiem, że młoda? To widać po ruchach: chód miała sprężysty i bawiła się telefonem komórkowym.
Wieczorem przejechał obok nas quad. Bartolomeo trochę na niego poburczał, ale niezbyt intensywnie, bo był tylko jeden i hałas emitował umiarkowany.
Drugiego dnia spotkaliśmy trzyosobową rodzinę, która zbierała grzyby. Przyjechali tu wprawdzie samochodem terenowym, ale Bartolomeo nie burczał, bo jak na grzyby, to można. Pogawędziliśmy nawet chwilę na temat gatunków grzybów zbieralnych i aż do Menczyła była pustka.

A teraz uwaga! Za chwile się ostro zaludni!!!
Weszliśmy na szczyt Menczyła, spoglądamy na przebytą drogę, na "wokół góry, góry i góry" z Marmaroszami na ostatnim planie. W odległości kilkunastu metrów spoczywa oparty na plecaku samotny turysta.



Odbywamy z nim spotkanie na szczycie. Pochodzi z pobliskiego miasteczka Tiacziw. Dość długo rozmawiamy. Bartolomeo opowie, bo więcej zrozumiał