W maju tego roku miałem tydzień wolnego do wykorzystania dla siebie. Normalnie pewnie bym mocno spoglądał w kierunku Ukrainy, ale że w maju ja byłem dopiero świeżo po szczepieniu covid, oraz nadal trzeba było się testować (koszty, problemy ,ryzyko że jednak coś masz...) no to odpusćiłem wyjazd za wschodnią granicę i skierowałem się na kręcenie się po Niskim.

Wyjazd samotny, ale tego właśnie potrzebowałem. Miałem nadzieję na dobrą pogodę, możliwość podjechania tam gdzie mam ochotę, zatrzymania się kiedy chcę, luzowania lub dokręcenia sobie korby, w zależności od humoru i sił :) :)

Połączenie kolejowe z Poznania okazało się bardzo bardzo sensowne, bezpośrednio dojechałem do Grybowa (jakoś 21 start, ok 6 byłem na miejscu). Przywitała mnie piękna pogoda no i dawaj - jakaś herbatka, coś zjadłem i w trasę :)

Pierwszy etap wiódł przez Brunary, Śnietnicę, Banicę, do Izb. Trochę się po drodze zakręciłem i dorobiłem dodatkowe metry w górę (podjechałem na przepięęęknieee położoną wioskę Wawrzkę). To są takie momenty że trafiasz niby w miejsce dostępne, autem, asfalt spoko - ale nie miałeś pojęcia o potencjale miejsca...














Z Izb wymyśliłem sobie żeby jakoś jak najbliżej granicy przedrzeć się do Wysowej. No i w ten sposób trafiam do kolejnego magicznego miejsca w którym jeszcze nie byłem - czyli cerkwi w Bielicznej :)











No i teraz tak... chcąc odwiedzić Bieliczną i dostać się do Wysowej, świadomie zrezygnowałem z fajnej szutrówki czerwonym szlakiem - która przecina pasmo parę kilometrów na północ do Ropek. Liczyłem że odnajdę sensowną drogę leśną, coś tam popcham, coś tam zjadę i będzie ok.. Tja... O ile wyjazd i częściowo wypych w rejon przełęczy Pułaskiego było spoko (obserwowałem cielisko LAckowej w wielu miejscach) to potem przedostanie się z rowerem w rejonie Ostrego Wierchu... No, było godne nazwy OSTRY Wierch :D

Krótko mówiąc wytahało mnie to konkretnie, łącznie z mroczkami w oczach i takie tam inne przyjemności.





Potem od odbicia w prawo na czerwonym też w wielu miejscach musiałem zsiadać z roweru bo było "niejezdliwe" dla moich umiejętności i zjazd z przełęczy Cigielka (jak to będzie po polsku??) do Wysowej na resztkach dosłownie sił i wody. Jak wjechałem do Wysowej to chyba pierwszy raz miałem sytuację że nie mogłem się dogadać z drugim człowiekiem - konkretnie kelnerką w pizzerii... Jakoś tam poszło, po wypiciu coli i zjedzeniu konkretnej pizzy i znowu cola i kawa - poczułem że wracają siły :) Plan był zacząć ruszać się w kierunku noclegu. Ok 17 ruszyłem w dalszą drogę.