Po poprzednim wyjeździe niedosyt pewien pozostał, no bo czymże są niespełna dwa tygodnie włóczęgi w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy człowiek przywykł do kilkakrotnie dłuższych wędrówek (nie liczę kilkudniowych wypadów po okolicznych opłotkach typu Niski, Biesy czy inne takie, bo to żadne wakacje - dlaczego, patrz część pierwsza, gdzie piszę o spacerowaniu po lesie).
Kolejna włóczęga, dla mnie swego rodzaju post scriptum do powyższej, była wynikiem pewnej rozmowy telefonicznej:
- Te, a do Rumunii byś nie pojechał... - rzuciłem pytanie-niepytanie.
- A kiedy - w odpowiedzi również wyraźnie dało się wyczuć brak tonu pytającego.
- A choćby zaraz.
- A pewnie, że bym pojechał - to stwierdzenie rozwiało jakiekolwiek wątpliwości.
I w konsekwencji jeszcze jednego telefonu pojechaliśmy we trójkę.
Uwaga: osoby wrażliwe proszę o opuszczenie poniższego akapitu i przejście od razu do zdjęć.
Zwykle w Karpatach wrzesień jest stabilny, tym razem też był stabilny. Stabilnie mglisty, co nie przeszkadzało trzymać trzem wyżej wspomnianym chłopom pewnego, dość stabilnego poczucia humoru. Stabilnie marznąc i moknąc przy cowieczornych ogniskach ustaliliśmy wspólnie pewien stabilny kanon: brak "niebkowego", "zechlołem", "małeaskromne" i "kurwajapierdole" zarechotanego przez ochroniarza z rumuńskiej "Biedry" na okoliczność spotkania z trzema dziadami z Polski. Tutaj proszę się nie obrażać na użyty język, już tłumaczę. Otóż polskie przekleństwa vel rzucane mięcho, prócz charakteru typowo agresywnego (nie znam drugich takich przekleństw na świecie, które byłyby tak dosadnie twarde w wymowie - to najprawdopodobniej efekt twardego "r"), mają również wydźwięk integrujący. Wielokrotnie mi się zdarzało, że człek spotkany gdzieś w drodze, usłyszawszy, żem z Polski, używał tychże lub podobnych wyrażeń w celu nawiązania bliższej znajomości - nie zdarza się tak wśród innych nacji peregrynujących po świecie. Być może z punktu widzenia językowego purysty to smutne, że jesteśmy tak kojarzeni, ale zauważyłem też, że to skojarzenie nigdy nie jest negatywne (sic!) - zawsze towarzyszy temu śmiech, ogólna wesołość i bratanie się z miejscowymi podparte najczęściej historyjką wcześniejszych podobnych spotkań. Takoż było i tym razem. Rzeczony ochroniarz pracował z Polakami na misji wojskowej w Iraku czy gdzieś tam, więc był temat do wspomnień z trzema przypadkowymi Polakami wyłuskanymi z "biedronkowego" parkingu (tu przyszły z pomocą polskie blachy na aucie). A to wydaje mi się dość istotne w czasach powszechnej polityki "dystansu społecznego" i zamykania się przed innymi z obawy przed wszelkiego typu "sygnalizmem" (czytaj: kapusiostwem do odpowiednich służb za przestępstwa przeciw poprawności).
Pozostałe wyrażenia ("niebkowy", "zechlołem", "małeaskromne") były pokłosiem historyjek prywatnych pomieszanych z cytatami używanymi w powszechnym obiegu.
Jadziem w takim razie w drugą wyrypę.
Kwintesencja ekskursji. Góry w cwangli, rumuńskie drewniane sacrum i trzech starych dziadów. Zdjęcie na tyle małej rozdzielczości, żeby nie było łatwo zidentyfikować postaci (no-bo-rodo, ale przede wszystkim systemy guglowskie).
Tu niebkowego niestety nie ma.
Gwiazdy na ziemi częściej spotykaliśmy niż na niebkowym.
Sapanta, cimitrul vesel, wesoły cmentarz. Z pewnym "ale", ale nie będę go zdradzał. Dociekliwi sami skojarzą.
To co mnie rozkłada na łopatki w rumuńskiej współczesnej architekturze sakralnej i czego mi brakuje u nas: pikne drewniane monastyry trzymające fason po linii historii, a nie betonoza. Z cyklu "małe-a-skromne", ale przynajmniej efekty optyczne rewelacyjne.
Babina miała uciechę, jak ją brałem - proszę bez skojarzeń - w kadry.
Ponieważ miliona gwiazdek stabilnie nie bywało, braliśmy to, co na podorędziu czyli szałasy ciabanów, puste w większości, bo już po łosodzie.
Łosod czyli jesienny redyk powrotny.
No właśnie - większość poranków i wieczorów, często także i spore kawałki dni, wyglądało tak; można podejrzewać, skąd opowieści dziwnej treści o wampirach i Drakulach. W takiej cwangli, gdy jakiś ciaban wypatrzył drugiego, to mu się zjawą objawiał lub innym diobłem kosmatym.
Czasem bywało i tak, chwilowo jednakże. Po lewo kurorty nad pewnym znanym jeziorem, a my na połoninie w pustej bacówce.
Ale i cwangla ma swój urok.
Nieczynna kopalnia siarki.
Na miejsce noclegu udaliśmy się w gęstej mgle, więc oficjalnie ledwo trafiliśmy.
Tu ciut wyszło słońce na gołoborza.
Kopalnia z innej strony.
Kapliczka przydrożna - wydaje mi się, że rzymskokatolicka, nie prawosławna, bo INRI. Nota bene piękny zestaw okołosyberyjskich kontrastów kolorystycznych.
Trochę lansu, trochę wolności (po angielsku nazywa się to "free climbing"). Ale trudno nie było.
A tu pan gospodarz zrobił sobie ogrodzenie posesji z mostu i wydłubał parę takich budyneczków jak ten parlament z Budapesztu czy kościół z Ditrau. Ot, tak w ramach zajęć popołudniowych.
Gotycki renesans z Lazaru.
Romańsko-gotycki renesans z odrobiną baroku z Lazaru.
Bicaz - atrakcja dla ludów, ale jako że pogoda nie dla ludów i po sezonie, to nawet pusto i fajosko. Zawsze to twierdziłem - cwagnla ma swoje dobre strony.























